Francisco Brines

1932 – 20 de mayo 2021, España (Oliva)

LA DESPEDIDA DE LA CARNE

Se gastaron mis manos y mis ojos en numerosos cuerpos,
y solo sé
que el mirar complacido y las lentas caricias
anulaban el mundo
que no era el territorio precioso de la carne.
Ni el humo de los leños que ardieron
puede ya retornar.
Adoré lo que el tacto adoró. Lo sé como me sé.
Y me es ajeno y débil como si fuese imaginado.
Sigo siervo del dios que me otorgó una vida
por la que la desdicha pudo ser aceptada.
Hoy ven los ojos, en la presencia de la carne,
igual lo diferente,
y el tacto del que oficia no halla nada
que le otorgue el temblor:
mi cuerpo ya es la llaga de una sombra.
El dios que tanto dio para quitármelo,
y al que nunca recé, ni fui blasfemo,
también se desvanece como si fuese un cuerpo.
Misericordia extraña
esta de recordar cuanto he perdido,
y amar aún su inexistencia.

Fotografía de Rudolf Schneider-Rohan y de Jerry Uelsmann

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pożegnanie z cielesną rozkoszą

Ręce i oczy zużyły mi się na wielu ciałach,
wiem tylko,
że ufne spojrzenie i powolne pieszczoty
anulowały świat
nienależący do prześlicznego terytorium cielesnej rozkoszy.
Ani, że dym z polan rzuconych w ogień
nie powróci już.
Wielbiłem to co wielbił dotyk. Wiem to, tak jak znam siebie.
I obcy mi jest i przytępiony, jakbym go zmyślił.
Nadal jestem sługą boga, który przyznał mi życie
w zamian za nie przyjąłem też nieszczęście.
Oczy postrzegają dzisiaj, w bliskości ciała,
jednakowo to co różne,
a dotyk, tego który nim wiedzie nie znajduje nic,
co wprawiłoby go w drżenie:
moje ciało jest już raną cienia.
Bóg, który dał mi tyle, by potem odebrać,
do którego nigdy się nie modliłem, ani któremu nie bluźniłem,
rozpływa się również, jakby był ciałem.
Dziwne to miłosierdzie,
ta pamięć o wszystkim co utraciłem,
i miłość aż po jego nieistnienie.

Antonio Gamoneda

1931 – , España (León)

Lápidas (1977-1986) frg.

En la quietud de madres inclinadas sobre el abismo.  
En ciertas flores que se cerraron antes de ser abrasadas por el infortunio,
antes de que los caballos aprendieran a llorar.
En la humedad de los ancianos.
En la sustancia amarilla del corazón.

* * *
I

Gritos sobre la hierba y el huracán de púrpura.
Giráis envueltos en banderas y exhaláis con dulzura.
Obedecéis a ancianos invisibles cuyas canciones pasan por vuestra lengua.
Ah, jóvenes elegidos por mis lágrimas.

  * * *

Tras asistir a la ejecución de las alondras has descendido aún hasta encontrar tu rostro dividido entre el agua y la profundidad.
Te has inclinado sobre tu propia belleza y con tus dedos ágiles acaricias la piel de la mentira:
ah tempestad de oro en tus oídos; mástiles en tu alma, profecías…
Mas las hormigas se dirigen hacia tus llagas y allí procrean sin descanso
y hay azufre en las tazas donde debiera hervir la misericordia.
Es esbelta la sombra, es hermoso el abismo:
ten cuidado, hijo mío, con ciertas alas que rozan tu corazón.

* * *

Asediados por ángeles y ceniza cárdena enmudecéis hasta advertir la inexistencia
y el viento entra en vuestro espíritu.
Respiráis el desprecio, la ebriedad del hinojo bajo la lluvia: blancos en la demencia como los ojos de los asnos en el instante de la muerte,
ah desconocidos semejantes a mi corazón.

(…)

* * *

Vi la sombra perseguida por látigos amarillos,
ácidos hasta los bordes del recuerdo,
lienzos ante las puertas de la indignación.
Vi los estigmas del relámpago sobre aguas inmóviles, en extensiones visitadas por presagios;
vi las materias fértiles y otras que viven en tus ojos;
vi los residuos del acero y las grandes ventanas para la contemplación de la injusticia (aquellos óvalos donde se esconde la fosforescencia):
era la geometría, era el dolor.
Vi cabezas absortas en las cenizas industriales;
yo vi el cansancio y la ebriedad azul
y tu bondad como una gran mano avanzando hacia mi corazón
Vi los espejos ante los rostros que se negaron a existir:
era el tiempo, era el mar, la luz, la ira.

* * *

A la inmovilidad del gris convocado por un pájaro silencioso,
bajas llorando.
Hay un mar incesante que desconoce la división del resplandor y la sombra,
y resplandor y sombra existen en la misma sustancia,
en tu niñez habitada por relámpagos.

* * *

Oigo hervir el acero. La exactitud es el vértigo. Ah libertad inmóvil, ejecución del día en la materia nocturna.
Es tu madre el clamor, pero tus manos abren los párpados del abismo.
De resistencias invisibles surge un rumor de límites:
ah exactitud de mar, exactitud sin nombre.

* * *

Puedes gemir en la lucidez,
ah solitario, pero entonces líbrate
de ser veraz en el dolor. La lengua
se agota en la verdad. A veces llega
el incesante, el que enloquece: habla
y se oye su voz, mas no en tus labios:
habla la desnudez, habla el olvido.

* * *

Hierves en la erección, dama amarilla,
y estas son aguas preteridas, líquidos invernales.
Dama en mi corazón cuya luz me envejece:
eres la obscenidad y la esperanza.

* * *

En la oquedad de Dios, ah paloma viviente, te obligué a la lectura del silencio. Y fulgías.
Tú eres corporal en dos abismos,
azul entre dos muertes, entre dos lenguas físicas.
Ah paloma final, va a ser noviembre.

* * *

Todos los animales se reúnen en un gran gemido y su dolor es verde.
Tú acaso piensas en desapariciones; veo humedad sobre tu alma.
Háblame para que conozca la pureza de las palabras inútiles,
oiga silbar a la vejez, comprenda
la voz sin esperanza.

Lucian Freud, Mathieu Laca  y dos obras de Francis Bacon

Tłum. Ada Trzeciakowska

Płyty nagrobne (1977-1986) frg.

W bezruchu matek pochylonych nad otchłanią.
W niektórych kwiatach, które zamknęły się nim spopieliło je nieszczęście,
zanim konie nauczyły się płakać.
W wilgoci starców.
W żółtej substancji serca.

* * *
I

Krzyki na trawach i huragan z purpury.
Wirujecie zawinięci w sztandary i słodko wzdychacie.
Posłuszni jesteście niewidzialnym starcom, których pieśni krążą po waszym języku.
Ach, młodzi wybrani przez me łzy.

* * *

Po egzekucji skowronków zszedłeś niżej, aż znalazłeś swą twarz rozdzieloną między wodę i głębokość.
Pochyliłeś się nad własnym pięknem i zręcznymi palcami pieścisz skórę kłamstwa:
ach sztorm ze złota w twoich uszach; maszty w twojej duszy, przepowiednie…
Lecz mrówki kierują się ku twoim wrzodom i tam rozmnażają się niestrudzenie
a w filiżankach, gdzie powinno wrzeć współczucie, jest siarka.
Cień jest wysmukły, otchłań piękna:
Uważaj, dziecko moje, na skrzydła, które muskają twe serce.

* * *

Osaczeni przez aniołów i fiolet popiołu milkniecie, aż dostrzeżecie nieistnienie, a wiatr hula po waszej duszy.
Oddychacie pogardą, upojeniem fenkułu podczas ulewy: biali w demencji jak oczy osłów w chwili śmierci,
ach, nieznajomi na podobieństwo mego serca.

* * *

Widziałem cień ścigany przez żółte bicze,
kwasy aż po brzegi pamięci,
płótna przed bramami oburzenia.
Widziałem stygmaty błyskawic na stojących wodach, w rozszerzeniach nawiedzanych przez przepowiednie;
widziałem płodne materie i te inne, które żyją w twoich oczach;
widziałem pozostałości stali i wielkie okna do kontemplacji niesprawiedliwości (te owale, w których kryje się fosforescencja):
to była geometria, to był ból.
Widziałem głowy pogrążone w industrialnych prochach;
widziałem zmęczenie i niebieskie upojenie
i twą dobroć jako wielką dłoń zbliżającą się do serca.
Widziałem lustra przed twarzami, które wyrzekły się istnienia:
to był czas, to było morze, światło, wściekłość.

(…)

* * *

Przywołany przez cichego ptaka, opadasz z płaczem
w bezruch szarości.
Jest nieprzerwane, ciągłe morze, nieznające podziału na blask i cień,
a blask i cień istnieją w tej samej substancji,
w twoim dzieciństwie zamieszkałym przez pioruny.

* * *

Słyszę jak wrze stal. Wierność jest zawrotem głowy. Ach, niewzruszona wolności, egzekucjo dnia w materii nocy.
To krzyk twojej matki, lecz twe ręce otwierają powieki otchłani.
Z niewidzialnego oporu wydobywa się krańcowy pomruk:
ach wierność morza, bezimienna precyzja.

* * *

Możesz jęczeć na jawie,
ach samotny, lecz wtedy uwolnij się
od szczerości w bólu. Język
wyczerpuje się w prawdzie. Czasami pojawia się
ten nieprzerwany, ciągły, ten, który popadł w obłęd: mówi
i słychać jego głos, ale nie z twoich ust:
przemawia nagość, przemawia zapomnienie.

* * *

Wrzesz w erekcji, żółta pani,
a to są wody wzgardzone, zimowe ciecze.
Pani w moim sercu, której światło postarza mnie:
obsceniczność i nadzieja to ty.
* * *

W dziupli Boga, o żywa gołębico, zmusiłem cię do lektury ciszy. A ty promieniałaś.
Jesteś cieleśnie w dwóch otchłaniach,
niebieska pośród dwóch śmierci, między dwoma fizycznymi językami.
Ach ostatnia gołębica, listopad już blisko.

* * *

Wszystkie zwierzęta zbierają się w wielkim jęku a ból ich zielony.
Myślisz może o znikaniu, dostrzegam wilgoć na twojej duszy.
Mów do mnie, abym mógł poznać dziewiczość próżnych słów, usłyszeć świst starości, zrozumieć głos pozbawiony nadziei. 

Francisco Brines

1932 – 20 de mayo 2021, España (Valencia)

Otro golpe duro. Se nos ha ido uno de los poetas españoles que más quería.

Imágenes en un espejo roto

Ahora que puedo ya saber que está mi vida hecha,
en la penumbra de esta dormida habitación
que da al jardín de mi lejana adolescencia
(aún rozan los cristales
los jazmines, las alas de los pájaros),
la miro reflejada
en los fragmentos rotos de este espejo
que no ha sobrevivido a su pasar
pausado y velocísimo;
se muestran las imágenes sin voz
y el estaño perdido las extraña.

¿Y es lo que veo ahora todo cuanto viví?
Debo robar palabras, o inventarlas, y concederle al mundo aquel fulgor que tuvo,
pues todo se me acaba, en esta habitación,
al ver mi rostro roto
en todos los pedazos de este espejo ahora roto.
¿Y en dónde se han perdido el amor y el dolor,
esta verdad pequeña de haber sido?

¿Cómo salvarla, en su inutilidad,
antes de que me arrojen adonde todo está anulado,
          y ni siquiera el sueño
será capaz de hilar la imagen fantasmal, que el día desvanece?
¿La salvaréis vosotros,
que veis lo que ahora miro, en este texto roto,
en el instante vano del feliz parpadeo
que es toda la sustancia del ser que os fundamenta?

Dios pasea la gran negra humareda de su cuerpo
por el jardín estéril del Espacio curvado
(y caen de sus manos los soles, y estas centellas tristes
que lucen, y que somos, y se apagan),
con la Verdad que solo a Él le pertenece.
Ese Dios fantasmal que crea y desconoce, y que camina
con su bastón de ciego.

Fotogramas de La estrella de mar de Man Ray

Tłum. Ada Trzeciakowska

Obrazy w zbitym lustrze

Teraz, kiedy mogę już powiedzieć, że moje życie się dokonało,
w mroku tego uśpionego pokoju
wychodzącego na ogród odległej młodości
(wciąż muskają szyby
jaśmin i ptasie skrzydła),
patrzę na nie, odbite
w odłamkach tego lustra,
które nie przetrwało jego przemijania
powolnego i pośpiesznego;
pojawiają się obrazy bez głosu
a odpryśnięta cyna tęskni za nimi.

I czy to, co widzę jest wszystkim co przeżyłem?
Muszę ukraść słowa lub wymyślić je i nadać światu ten połysk, jaki miał,
bo wszystko mi dobiega końca, w tym pokoju
gdy widzę moją zniszczoną twarz
we wszystkich kawałkach tego teraz rozbitego lustra.
I gdzie podziały się miłość i ból,
ta mała prawda o tym, że byłem?

Jak ocalić ją, w jej bezużyteczności,
nim zostanę wrzucony tam, gdzie wszystko ulega anulacji,
          gdzie nawet sen
nie będzie mógł snuć urojonego obrazu, który dzień rozprosza?
Uratujecie ją wy,
co widzicie to, na co patrzę teraz, w tym rozbitym tekście,
w bezcelowej chwili szczęśliwego migotania,
będącym esencją bytu, który jest wam fundamentem?

Bóg prowadzi czarny słup dymu swego ciała
przez jałowy ogród zakrzywionej Przestrzeni
(i słońca wypadają z jego rąk, i te smutne iskry
które świecą i którymi jesteśmy, i które gasną)
z Prawdą, która tylko do Niego przynależy.
Ten urojony Bóg, który stwarza i nie pamięta, i który chodzi z
białą laską przed sobą.

José Manuel Caballero Bonald

1926-9 de mayo 2021, España (Jerez de la Frontera)

La vuelta

Por el camino se me van cayendo
frutas podridas de la mano
y voy dejando manchas de tristeza en el polvo
donde quiera que piso;
un pájaro amanece ante mis ojos
y en seguida anochece entre sus alas;
la asamblea de hormigas se disuelve
cuando en mí la tormenta se aproxima;
el sol calienta al mar en unas lágrimas
que en el camino enciende mi presencia;
la desnudez del campo va vistiéndose
según van mis miradas acosándole
y el viento hace estallar
una guerra civil entre las hierbas.

Noticia triste de mi cuerpo dictan
las verdes amapolas en capullo,
la codorniz se espanta
y asusta al macho con historias mías.
Vengo desnudo de la hermosa clámide
que solía vestirme cuando entonces:
clámide con las voces de los pájaros,
el graznido del cuervo, la carrera veloz de la raposa
–a la que llaman zorra mis parientes–,
del arroyo que un día se llevaba mis pasos
y de olores de jara y de romero
hace tanto tejida.

Días de mi ascensión, cuando el lagarto
solía conocer mis intenciones,
cuando solía la retama
pedirme venia para echar raíces,
cuando algún cazador me confundió
con una piedra viva entre las piedras.
Pero yo te conozco, campo mío,
yo recuerdo haber puesto entre tus brazos
aquel cuerpo caliente que tenía,
haber dejado sangre entre los surcos
que abrían los caballos de mi padre.
Yo te conozco y noto que tus senos
empiezan a ascender hacia mis labios.

Fotos propias

Tłum. Ada Trzeciakowska

Powrót

Po drodze wypadają mi
z rąk zgniłe owoce
i gdziekolwiek stąpam
zostają plamy smutku w pyle;
Na moich oczach świta ptak
i natychmiast zmierzcha wśród skrzydeł;
zgromadzenie mrówek rozwiązuje się
kiedy zbliża się burza we mnie;
słońce ogrzewa morze kilkoma łzami.
po drodze rozpalonymi przez moją obecność;
nagość pola przywdziewa suknie,
gdy nękają ją moje spojrzenia,
a wiatr znów rozpętał
wojnę domową pośród traw.

Smutne wieści o moim ciele dyktują
zielone maki całe w pąkach,
przepiórka spłoszyła się
i straszy samca moimi opowieściami.
Przybywam nagi, bez pięknej chlamidy,
którą kiedyś wkładałem na siebie:
chlamidy lśniącej głosami ptaków,
krzykiem kruka, szybkim biegiem lisicy,
-którą moi krewni zwą rudzielcem-
strumieniem, który dawno zmył moje ślady
i zapachem czystka i rozmarynu
-tak dawno utkanej-.

Dni były dni mojej wspinaczki: gdy jaszczurka
odgadywała moje zamiary,
a janowiec zwykł prosić mnie
o pozwolenia na zapuszczenie korzeni,
gdy pewien myśliwy wziął mnie
za żywy kamień pośród kamieni.
Ale ja znam cię, ziemio moja,
pamiętam, jak złożyłem w twoich ramionach
to ciepłe ciało, które miałem,
jak zostawiłem krew między bruzdami,
które otwarły konie mojego ojca.
Znam cię i widzę, że twoje piersi
zaczynają piąć się ku moim ustom.


Ramón Andrés

1955 – , España (Pamplona)

Sin donación

Un poema sencillo,
como el corazón de un perro,
no me será dado.                       Nada es fácil,
no lo es acercarte a un árbol viejo,
          entre la densa bruma,
ver que es el padre que ya no te recuerda.
Se ha ido igual que las ondas apaciguadas
tras el salto de la trucha.
Rezas, no rezas. No crees, no rezas. Rezar
es no pedir, no pedir, no juntar las manos,
desmigajar el pan para su boca enferma.
Es silla, cordón mal atado, hueso de flauta,
rebaño polvoriento que baja hacia su mente.

En estos lugares se aprende lo extraño:
ves la sombra del águila en el río
y algo te dice que es la nave
de los muertos que va a su desembocadura.

Algo te dice que tú también estás ávido
de no pesar, ávido de no tener lengua,
y, en cambio, de pronto, la espina en el pie
te devuelve escindido a tu comienzo. El dolor.
                El camino siempre avisa,
                y no lo que se acerca por él.

Ilustración de Anxo Pastor

Tłum. Ada Trzeciakowska

Bez daru

Prosty wiersz,
jak serce psa,
nie jest mi dany.                   Nic nie jest łatwe,
niełatwo zbliżyć się do starego drzewa,
               w gęstej mgle,
przekonać się, że ojciec już cię nie pamięta.
Odszedł tak jak rozeszły się kręgi na wodzie
po skoku pstrąga.
Modlisz się, nie modlisz się. Nie wierzysz,
nie modlisz się. Modlitwa to nie proszenie,
nie proszenie o nic, to nie składanie rąk,
kruszenie chleba do jego chorych ust.
To krzesło, źle zawiązana sznurówka, flet z kości,
pokryte kurzem stado zstępujące ku jego myślom.

W takich miejscach uczysz się tego, co niezwykłe:
dostrzegasz cień orła na rzece
i coś mówi ci, że to barka
umarłych, która dąży do swojego ujścia.

Coś mówi ci, że ty też boleśnie pragniesz
pozbyć się ciężaru, pragniesz pozbyć się języka,
lecz zamiast tego, nagle, cierń w twojej stopie
przywraca cię, rozdartego, do punku wyjścia. Ból.
               To droga zawsze ostrzega,
                a nie to, co się nią zbliża.

Fotogramas de Solaris de Andréi Tarkovsky

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Retrato con comentarios

He aquí el retrato de un hombre que conocí.
Sentado a la mesa, el periódico abierto.
Los ojos se cierran tras las gafas.
El traje lavado con brillo de pinar.

Es un rostro pálido y a medio terminar.
Pero él siempre ha inspirado confianza. Por esto
la gente evitaba acercársele
y quizá, así, toparse con la desgracia.

Su padre ganaba dinero a raudales.
Pero en la casa nadie andaba seguro.
La sensación de que extraños pensamientos
se metían en la casa por las noches.

El periódico, gran mariposa sucia,
la silla y la mesa y el rostro, descansan.
La vida se detuvo en los grandes cristales.
¡Dejémoslo un momento suspendido!

                          *

Eso que soy yo en él descansa.
Existe. Él no lo siente
y por eso existe y está vivo.

¿Qué soy yo? A veces, hace mucho tiempo,
por unos segundos me acerqué
a qué es YO, qué es Yo, qué es YO.

Pero cuando precisamente vi a YO,
YO desaparecí y quedó un hueco
por el que yo caí como cayera Alicia.

Matthieu Bourel

Tłum. Leonard Neuger

Portret z komentarzem

Oto portret człowieka którego znałem.
Siedzi przy stole z rozłożoną gazetą.
Oczy zadomowiły się za okularami.
Ubranie obmyte blaskiem sosnowego lasu.

Jest to mizerna i półgotowa twarz.
Lecz zawsze budził zaufanie. Dlatego
zbliżano się do niego z oporem
by się nie przytrafiło jakieś nieszczęście.

Jego szanowny ojciec miał pieniędzy jak lodu
A jednak nikt nie szedł tam całkiem bezpiecznie
odnosiło się wrażenie, że obce myśli
wdzierają się do willi nocą.

Gazeta ten wielki brudny motyl,
krzesło i stół i twarz odpoczywają.
Życie trwa jeszcze w wielkich kryształach.
I bodaj sobie trwało aż do odwołania!

                               *

A to co w nim spoczywa to ja.
To jest. On tego wcale nie dostrzega
i dzięki temu to żyje i jest.

Czym jest ja? Czasem, dawno temu,
na kilka sekund byłem bardzo blisko
tego czym JA jest, czym JA jest, czym JA jest.

Lecz gdy już JA dostrzegłem
JA się rozwiało i powstała dziura,
przez którą ja spadłem w dół jak Alicja.

Transl. Robin Fulton

Portrait with Commentary

Here is a portrait of a man I knew.
He’s sitting at the table, his newspaper open.
The eyes settle down behind the glasses.
The suit is washed with the shimmer of pinewoods.

It’s a pale and half-complete face. –
Yet he always inspired trust. Which is why
people would hesitate to come near him
for fear of meeting some misfortune.

His father earned money like dew.
But no one felt secure there at home –
always a feeling that alien thoughts
broke into the house at night.

The newspaper, that big dirty butterfly,
the chair and the table and the face are at rest.
Life has stopped in big crystals.
But may it stop there only till further notice!

                           *

That which is I in him is at rest.
It exists. He doesn’t notice
and therefore it lives, exists.

What am I? Now and then long ago
I came for a few seconds quite close
to ME, to ME, to ME.

But the moment I caught sight of ME
I lost ME – there was only a hole
through which I fell like Alice.

Inger Christensen

1935-2009, Dinamarca

Trad. Francisco J. Uriz

Alfabeto (frag.)

la bomba de cobalto existe  
envuelta en su capa
de isótopos de cobalto 60

cuyo periodo de semidesintegración
garantiza un efecto
extremadamente dañino

no hay más que
decir; nosotros garantizamos
que el daño será el mayor
posible; no hay más que
decir; nosotros

nos garantizamos todo o
nada; no hay más que
decir; al garantizar
que todo
puede ser transformado

en nada, perdemos
la capacidad de
pensar en nada,
en ninguna de las cosas
del mundo como nosotros

decimos, cuando nosotros
simplemente existimos; no hay más
que decir; nosotros
garantizamos

que aniquilamos
todo, destruimos
todo, de manera que
a la primera nada
la decisiva
no se le dará permiso
para escribir poesía
como escribe el viento
en aire o agua;

no hay más que
decir; matamos
más de lo que creemos
más de lo que sabemos
más de lo que sentimos;
no hay más que
decir; odiamos;
no hay más;

como un pájaro regio
en su caja de fango,
en el lodo como un gusano,
como un águila ratonera
que la tormenta ha destrozado,
como un loro gris
metido en la barcaza de algodón
de la plantación de alguien

quiero vivir de ahora en adelante;
semiahogada y embalada
una cualquiera entre
todas las palomas cansadas
del tráfico, en cuyo último
puñado de plumas el desesperado
tiempo gris de la paz
hace precipitarse al ojo

del hombre; así quiero vivir;
con mi pequeño y grato
periodo de semidesintegración en el interior
de mi corazón; así quiero morir;
me he enterado de que voy a morir,
me dije a mí misma
que voy a morir, lo he dicho
y he dado las gracias por la pena,
por el olvido, hecho; me dije
a mí misma: piensa
como un pájaro que construye su nido,
piensa como una nube, como
las raíces del abedul enano

piensa como piensa una hoja
de un árbol, como piensan la sombra y la luz
como piensa la resplandeciente corteza,
como las crisálidas debajo
de la corteza piensan, como los líquenes
sobre una piedra y un poco de madera podrida
piensan, como piensa la latharea squamaria,
como la brumosa planicie boscosa
piensa, los paúles piensan
cuando la ascensión del arcoíris
se refleja, piensa como un poco de
fango, como piensan las gotas
de lluvia, piensa como un espejo

tan de vital importancia; mira
su trono de nada
el vórtice de la tormenta de arena;
mira lo banalmente
que en el grano de arena más pequeño
una ingeniosa vida
fósil encerrada descansa
después del viaje; mira sólo
con qué tranquilidad lleva
el enjambre de comienzos
del mar primigenio; mira sólo
la sencillez de un signo
en el que como un ser

se refleja
la verdad; mira sólo
qué verdad, clemente; deja
estar las cosas; junta
las palabras, pero deja
estar las cosas; mira
con qué facilidad
encuentran refugio
detrás de una piedra; mira
con qué facilidad
se deslizan dentro
de tu oído y susurran
a la muerte que se vaya

Tłum. Bogusława Sochańska

Alfabet (frag.)

bomba kobaltowa istnieje
spowita w woal
izotopówkobaltu-60

którego czas rozpadu
gwarantuje skrajnie
szkodliwe działanie

nie ma już nic do
dodania; gwarantujemy
szkody tak duże jak to
tylko możliwie; nie ma już
nic do dodania; gwarantujemy

sobie wszystko albo
nic; nie ma już nic
do dodania; gwarantując
że wszystko może
być zamienione

w nic, tracimy
zdolność myślenia
o czymkolwiek.
o żadnej z rzeczy
tego świata, jak

mawiamy, o ile tylko
istniejemy; nie ma
już nic do dodania;
gwarantujemy

że zgładzimy
wszystko, unicestwimy
wszystko, tak że pierwsze
najistotniejsze
nic nie będzie mogło
tworzyć wierszy jak
tworzyć potrafi je wiatr
w powietrzu albo na wodzie;

nie ma już nic
do dodania; zamordujemy
więcej niż sądzimy
więcej niż sobie wyobrażamy
więcej niż przeczuwamy;
więcej nie ma już nic
do dodania; nienawidzimy;
więcej nie ma nic;

jak królewski ptak
w trumnie ze szlamu,
jak glista w biocie,
jak zszarpany przez
sztorm myszołów,
jak żako
zawleczone na statek
z czyjejś plantacji

żyć będę od dziś;
ściśnięta na wpół uduszona
pierwsza lepsza pośród
zmęczonych ruchem
gołębi, w których ostatnie
upierzenie beznadziejną
szarugę pokoju
zapada się ludzkie

oko; tak będę żyć;
z moim własnym subtelnym
czasem rozpadu w głębi
serca; tak właśnie umrę;
zrozumiałam ze umrę,
powiedziałam sobie
że umrę, powiedziałam i
dziękowałam za żałobę, za
zapomnienie, koniec;
powiedziałam sobie: myśl jak
wijący gniazdo ptak,
myśl jak chmura, jak
korzeń brzozy karłowatej

myśl jak myśli liść na
drzewie, światło i cień
jak myśli jaśniejąca kora,
jak myślą larwy pod
skórą kory, porosty
na kamieniu i okruch
próchna; jak myśli łuskiewnik,
jak myśli osnuta mgłą
polana, jak myślą moczary gdy
się w nich przegląda wspinająca
się na niebo tęcza, myśl jak myśli
grudka błota, odrobina kropel
deszczu, myśl jak lustro

tak nieskończenie ważne; patrz
wir burzy piaskowej
na swoim tronie nicości;
spójrz jak banalnie
zamknięte w maleńkim
ziarnku piasku odpoczywa
po podróży zmyślnie skamieniałe
życie; tylko spójrz
z jakim spokojem nosi w
sobie miriady początków
pierwotnego oceanu; patrz
jaki prosty jest znak
w którym niczym istota

przegląda się
prawda; patrz jak
prawdziwie, łaskawie;
zostaw te rzeczy; dodaj
słowa, ale zostaw
te rzeczy; patrz
z jaką łatwością same
znajdują schronienie
za kamieniem; patrz z
jaką łatwością
wślizgują ci się do
ucha i szepczą
śmierci żeby odeszła

Nicola Samori (1977- ) In principio era la fine

Transl. Susanna Nied

Alphabet

cobalt bombs exist
wrapped in their cloaks
of cobalt-60 isotopes

whose half-life
ensures the most
harmful effects

there’s no more to
say; we ensure that
the harm is as great
as it can he; there’s no
more to say; we

ensure ourselves all or
nothing; there’s no
more to say; by
ensuring that all
can be turned into

nothing, we
lose the capacity to
think of nothing,
of not a thing
in the world as we

say, when we simply
are being; there’s
no more to
say; we
ensure

that it’s all erased,
obliterated,
so the first
the crucial
nothing gets no chance
to make the poetry
that wind can make
in air or water;

there’s no more
to say; we kill
more than we think
more than we know
more than we feel;
there’s no more
to say; we hate;
there is no more;

like a regal bird
in its coffin of silt
in mud like a worm,
like a hawk
the storm has broken
like a grey parrot
dragged onto a steamboat
from someone’s plantation

I’ll live from now on
half-smothered, stuffed down
no one special among
all the traffic-worn doves
in whose last
clutch of feathers the hopeless
cloud cover of peace
makes the human eye

plummet; that’s how I’ll live;
with my own little fine
half-life deep in
my heart; that’s how I’ll die,
I have said to myself
I will die, said it with
thanks for sorrow,
oblivion, done; said
to myself: think like
a bird building nests,
think like a cloud, like
the roots of the dwarf birch

think; like a leaf on a tree
thinks; like shadow and light,
like shining bark thinks,
like the grubs beneath
the barkskin think, like lichen
on a stone and a bit of dry rot
think, like the squawroot thinks,
like this misty forest clearing
thinks, like the marshes think
where the rising of the rainbow
is reflected, think like a bit of
mud, a bit of raindrop
thinks, think like a mirror

so vitally — see
on its throne of nothing
the sandstorm’s vortex;
see how banally enclosed
in the least small grain of
sand an ingenious
fossilised life rests up
from the trip; just see
how calmly it bears
the primal sea’s swarm
of beginnings; just see
how simple a sign
in which like a substance

the truth is reflected;
just see how
truly, graciously; let
things be; add
words, hut let
things be; see
how easily they find
shelter by themselves
behind a stone; see
how easily they steal
into your ear
and whisper
to death to go away

Francisco Brines

1932 – , España (Valencia)

Mis tres fauces

El perro aquel aulló varios veranos,
siempre solo en la casa abandonada.
Aún sigue su terror en mis oídos,
dentro de mí aúllan
(con el miedo de Cristo abandonado
en el ciego olivar)
las fauces de aquel perro, tan sediento
de alguna compañía,
en aquel cielo azul que se apagaba
por entre las palmeras y naranjos
donde mi juventud
se miraba en el mundo.
Yo soy ahora el perro, que aún no ha muerto,
y soy también el miedo de Cristo abandonado
en el viejo olivar,
bajo los astros fríos.
Mis tres fauces:
del animal que soy
del Dios (que me abandona)
y estos restos de espíritu y de carne
que se muerden.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Moje trzy gardła

Tamten pies wył co lato,
zawsze sam w opuszczonym domu.
Ciągle jego trwoga dzwoni mi w uszach,
wyje wewnątrz mnie
(ze grozą Chrystusa opuszczonego
w ślepym oliwnym gaju)
gardło tamtego psa, tak złaknionego
czyjejś obecności,
w tamtym granatowym niebie, co gaśnie
pośród palm i drzew pomarańczy
gdzie moja młodość
przeglądała się w świecie.
Teraz ja jestem psem, który ciągle nie skonał,
jestem też grozą opuszczonego Chrystusa
w starym oliwnym gaju,
pod zimnymi gwiazdami.
Moje trzy gardła:
zwierzęcia, którym jestem
Boga (który mnie opuszcza)
i te resztki ducha i ciała
gryzące się nawzajem.

Cuadros expresionistas de Edvard Munch y Chaïm Soutine

Inger Christensen

1935-2009, Dinamarca

Trad. Francisco J. Uriz

[Me apoyo tiernamente en la noche]

Me apoyo tiernamente en la noche,
con ayuda de una balaustrada oxidada,
encuentro el camino de mi mejilla y mi hombro,
encuentro el camino de mi ternura:
hierro y carne.
                            El resto son banderas
que ondean silenciosas, interrogando fuera y dentro,
en el espacio de la noche, en el espacio del alma:
                                                                                       ¿muerte?
pongo la mano sobre el rostro palpitante
de la noche
quito un poco de óxido de mi mejilla.

Obra de Cordelia Urueta (1908-1990, México)

Tłum. Ada Trzeciakowska

[Wychylam się z czułością w noc]

Wychylam się z czułością w noc,
wspierając się o zardzewiałą balustradę,
odnajduję policzek i ramię,
odnajduję czułość:
żelazo i krew.
                          Cała reszta to sztandary,
trzepoczące cicho, wypytujące na zewnątrz i wewnątrz,
w czterech ścianach nocy, w czterech ścianach duszy:
                                                                                                 śmierć?
kładę dłoń na wykrzywionym obliczu
nocy,
ścieram odrobinę rdzy z policzka.

[Læner mig ømt mod natten]

Læner mig ømt mod natten,
ved hjælp af et rustent gelænder,
finder jeg frem til min kind og min skulder,
finder jeg frem til min ømhed:
jern og kød.
                   Resten er faner
tyst blafrende, spørgende ude og inde,
i nattens rum, i sindets rum:
                                              død?
Iægger min hånd over nattens
skævende ansigt.
piller lidt rust af min kind.


Juan Carlos Friebe

1968 -, España (Granada)

Un nido

Feliz quien parte atado al corazón
pues aunque no regrese nunca, siempre
habitará su casa. Feliz quien viene y va
a antojo de su dicha y sus senderos,
en pos de sí y de sus misterios hondos,
de su amor, su quimera, de su nada.
Cuánto más si al susurro de su voz
sujeto, atento sólo a su murmullo,
se escucha y dice: heme: al mismo tiempo
que presta tacto, vista, oído al mundo,
y lo comprende o no, pero le incumbe,
le inmuta, le conmueve, le anonada.

Pasa la brisa sobre tallo tierno,
mece el aire los álamos combados:
feliz la rama, si feliz la hoja.

Fotografías: André Kertész; Olivia Bee. Fotograma de Orfeo de Jean Cocteau

Tłum. Ada Trzeciakowska

Gniazdo

Szczęśliwy ten kto wyrusza sercem przywiązany
choćby nie powrócił nigdy, na zawsze
zamieszka we własnym domu. Szczęśliwy ten
kto przychodzi i odchodzi
zgodnie z wolą swojego losu, ścieżka swoją,
w ślad za samym sobą i najgłębszą tajemnicą,
za miłością, chimerą, za pustką.
O ileż bardziej, gdy wsłuchany w szept własnego głosu,
wyczulony na jego pomruk,
słucha siebie i mówi: oto jestem: w tym samym czasie
wysila wzrok, nadstawia ucha i komórki skóry na świat,
i rozumiejąc go lub nie, lecz ciąży mu on,
przejmuje trwogą, wzrusza, oszałamia.

Powiewa bryza nad młodym pędem,
wiatr zakołysał zgiętymi topolami:
szczęśliwa gałąź, gdy liść szczęśliwy.