Adrienne Rich

1929-2012, EE. UU

Sobre Tina Modotti escribió Pablo Neruda:

“Puro tu nombre suave, pura tu frágil vida,
abejas, sombras, fuego, nieve, silencio y espuma,
combinaron con acero, alambre y
polen para crear tu firme  
y delicado ser”.

Trad. Natalia Carbajosa

modotti

Tus huellas de luz sobre papel fotosensible
la máquina de escribir que hiciste famosa
mis pasos tras de ti por el hueco de roble gastado
y con restos de periódico de la escalera
el vaho del aliento manchando las ventanas
pasillos de baldosa y enlucido amarillento
si es aquí donde te he de buscar
pues aquí es donde te he de encontrar

Desde el óvalo mojado de una farola inclinada
sobre un bordillo cubierto de periódicos
cuyos titulares te apuntan justo a los ojos
hasta la luz oscura en el aire condensado de una estancia
estos pasos con los que te sigo
por las baldosas de un pasillo rojo
si éste es el modo de encontrarte
claro está que es así como he de encontrarte

Tendidos a secar tus negativos en un cuarto oscuro
colgados sobre el óvalo de una bañera
tus huellas de luz sobre papel fotosensible
curvándose en montones bajo cristales ennegrecidos
tu guarida siempre arriba
el gesto severo de tus cejas
–estos pasos con los que te sigo
no son para apresarte–

Las rectas pestañas de tu mirada
la máquina de escribir que hiciste famosa
tu inmensa voluntad de capturar y encuadrar
lo que fue y es, aún líquido, fluido
sobre tus testimonios revelados, tu
bombilla en un techo descascarillado
pues si así es como te encuentro

Modotti así te encuentro
Bajo la luz roja de tu cuarto oscuro
desde tu vecindario de volcanes
hasta el geranio clavado en una lata
sobre la pared de tu guarida en lo alto
casi sin resuello una ventana
de la revolución te admitió
en esta escalera amarillenta en este ojo de largas pestañas
                                                                                                                                 estos
pasos con los que te sigo

Isabelle Huppert en Villa Amalia, adaptación de la novela homónima de Pascal Quignard

Tłum. Ada Trzeciakowska

modotti

Twoje odciski światła na czułym papierze
ta maszyna do pisania, którą uczyniłaś sławną
moje kroki podążające za tobą po schodach…
szyby ze spękanego dębu i strzępów gazet
te szyby okienne zamazane zduszonym oddechem
korytarze kafli i pożółkłego tynku
skoro mam cię tu szukać
to tu cię odnajdę

Od mokrego rombu ulicznej latarni wygiętego
nad krawężnikiem oklejonym gazetami
z nagłówkami wymierzonymi w twoje oczy
do mrocznego, zamglonego oddechem pokoju
tymi śladami podążam za tobą
po płytach czerwonego korytarza.
skoro to sposób, by cię znaleźć
oczywiście, że tak cię odnajdę

Twoje negatywy rozwieszone w ciemni
zamocowane nad zaokrąglonym rombem wanny
twoje odciski światła na czułym papierze
w stosy zwiniętych pod poczerniałymi szybami
twoja kryjówka zawsze na górze
surowa ekspozycja twoich brwi
– tymi śladach podążam z(a) tobą
lecz nie po to, by cię złapać.

Sztywne rzęsy twojego błyskowego oka
ta maszyna do pisania, którą uczyniłaś sławną
twoja wielka wola, by złapać i ująć w ramy
to co było, jest, wciąż płynne, potoczyste jak
twoja ekspozycja manifestów, twoja
żarówka pod spękanym sufitem
skoro w ten sposób cię odnajdę

Modotti, tak cię odnajduję
W czerwonym świetle twojej ciemni
od twojego sąsiedztwa wulkanów
po pelargonie wetknięte w puszkę
na ścianie twojej kryjówki na górze
w urwanym oddechu okno
rewolucji popchnęło cię
na te pożółkłe schody, w tym wielkim ocienionym rzęsami oku
                                                                                                                                    tymi
 śladami podążam z(a) tobą

MODOTTI

Your footprints of light on sensitive paper
that typewriter you made famous
my footsteps following you up stair-
wells of scarred oak and shredded newsprint
these windowpanes smeared with stifled breaths
corridors of tile and jaundiced plaster
if this is where I must look for you
then this is where I’ll find you

From a streetlamp’s wet lozenge bent
on a curb plastered with newsprint
the headlines aiming straight at your eyes
to a room’s dark breath-smeared light
these footsteps I’m following you with
down tiles of a red corridor
if this is a way to find you
of course this is how I’ll find you

Your negatives pegged to dry in a darkroom
rigged up over a bathtub’s lozenge
your footprints of light on sensitive paper
stacked curling under blackened panes
the always upstairs of your hideout
the stern exposure of your brows
—these footsteps I’m following you with
aren’t to arrest you

The bristling hairs of your eyeflash
that typewriter you made famous
your enormous will to arrest and frame
what was, what is, still liquid, flowing
your exposure of manifestos, your
lightbulb in a scarred ceiling
well if this is how I find you

Modotti so I find you
In the red wash of your darkroom
from your neighborhood of volcanoes
to the geranium nailed in a can
on the wall of your upstairs hideout
in the rush of breath a window
of revolution allowed you
on this jaundiced stair in this huge lashed eye
                                                                                              these
footsteps I’m following you with

Amelia Biagioni

1916-2000, Argentina

Cavante, andante

A veces
soy la sedentaria.
 
Arqueóloga en mí hundiéndome,
excavo mi porción de ayer
busco en mi fosa descubriendo
lo que ya fue o no fue
soy predadora de mis restos.
 
Mientras me desentierro y me descifro
Y recuento mi antigüedad,
pasa arriba mi presente y lo pierdo.
 
Otras veces
me desencorvo con olvido
pierdo el pasado y soy la nómada.
 
Exploradora del momento que me invade,
remo sobre mi canto suyo
rumbo al naufragio en rocas del callar,
o atravieso su repentino bosque mío
hacia el claro de muerte.
 
Y a extremas veces
mientras sobrecavándome
descubro al fondo mi
fulgor inmóvil ojo
de cerradura inmemorial,
 
soy ave llave en el cenit
ejerciendo
mi remolino.

Cuaderno de Samineh Alafar con fotogramas de Sergei Parajanov

Tłum. Ada Trzeciakowska

Cavante, andante

Czasem,
wiodę tryb życia osiadły..

Archeolożka w samej sobie zatapiam się,
odkopując porcję wczorajszego dnia,
przegrzebuję własny grób odkrywając
co było lub czego nie było,
ja drapieżnik własnych szczątków.

Podczas gdy odkopuję się i rozpoznaję
robię rachunki z trwania,
a teraźniejszość przesuwa się nade mną i tracę ją.

Innym razem
rozprostowuję się w niepamięci
tracę przeszłość, staję się koczownikiem.

Badaczka porwana przez chwilę,
wiosłuję na mej pieśni
by rozbić się o skały ciszy,
lub przecinam jej nagły mój las
w drodze na polanę śmierci.

A w skrajnych przypadkach,
gdy kopiąc zbyt głęboko
odkrywam na dnie mój
niewzruszony blask,
odwieczną dziurkę od klucza,

staję się ptakiem kluczem w zenicie
wciąganym przez
swój wir.

Björk Guðmundsdóttir

1965 -, Islandia

Trad. Ada Trzeciakowska

UnrAvel

cuando estás lejos
mi corazón se deshilacha
lentamente se deshace
en un ovillo

el diablo lo recoge
con una sonrisa malvada
nuestro amor
en un ovillo

él nunca nos lo devolverá

así que cuando regreses
tendremos que hilar un amor nuevo

Directora: Lynn Fox (2003)

Tłum. Ada Trzeciakowska

UnrAvel

gdy jesteś daleko
moje serce się rozsnuwa
pruje się powoli
na kłębek przędzy

a diabeł zwija ją
w śmiechu szczerząc zęby
naszą miłość
na kłębek przędzy

nigdy nam jej nie zwróci

dlatego gdy powrócisz
będziemy musieli utkać sobie nową miłość.

UnrAvel

while you are away
my heart comes undone
slowly unravels
in a ball of yarn

devil collects it
with a grin
our love
in a ball of yarn

he’ll never return it
so when you come back
we’ll have to make new love

Wallace Stevens

1979 – 1955, Estados Unidos

La verdad parece ser aquello que vivimos en conceptos de imaginación antes de que la razón los haya fijado.

Wallace Stevens en El valor de la imaginación

Trad. Andrés Sánchez Robayna

Seis paisajes significativos

III

Me mido a mí mismo
En un árbol alto.
Descubro que yo soy mucho más alto,
Porque alcanzo directamente al sol,
Con mi ojo;
y alcanzo a la orilla del mar
Con mi oído.
Aún así, no me gusta
La forma en que las hormigas
Entran y salen de mi sombra.

Harmonium, 1923

Fotografías propias (Povedillla)

Tłum. Jacek Gutorow

Sześć znaczących pejzaży

III

Porównuję siebie
Z wysokim drzewem
Odkrywam, że jestem znacznie wyższy
Bo sięgam słońca
Wzrokiem
I sięgam morskiego brzegu
Słuchem
Jednak nie podoba mi się
Sposób w jaki mrówki pełzną
Do i od mojego cienia

z tomu Harmonium, 1923

DomSix Significant Landscapes

III

I measure myself
Against a tall tree.
I find that I am much taller,
For I reach right up to the sun,
With my eye;
And I reach to the shore of the sea
With my ear.
Nevertheless, I dislike
The way ants crawl
In and out of my shadow.

Wallace Stevens

1979 – 1955, Estados Unidos

La verdad parece ser aquello que vivimos en conceptos de imaginación antes de que la razón los haya fijado.

Wallace Stevens en El valor de la imaginación

Trad. Alberto Girri

Dominio del negro

De noche, junto al fuego,
los colores de los arbustos
y de las hojas caídas,
repitiéndose,
giraban en el cuarto
como las mismas hojas
girando en el viento.
Sí: pero el color de los pesados abetos
entró a grandes pasos.
Y recordé el grito de los pavos reales.

Las tonalidades de sus colas
eran como las mismas hojas
girando en el viento,
en el viento del crepúsculo.
Se arrastraban por el cuarto,
así como descendían volando desde las ramas
de los abetos hasta el suelo.
Los oí gritar… los pavos reales.
¿Era un grito en contra del crepúsculo
o en contra de las mismas hojas
girando en el viento,
girando como las llamas
giraban en el fuego,
girando como las colas de los pavos reales
giraban en el sonoro fuego,
sonoro como los abetos
plenos del grito de los pavos reales?
¿O era un grito en contra de los abetos?

Ventanas afuera,
vi cómo los planetas se agrupaban
a semejanza de las hojas
girando en el viento.
Vi cómo llegaba la noche,
a grandes pasos, como el color de los pesados abetos.
Sentí miedo.
Y recordé el grito de los pavos reales.

Harmonium, 1923

Bellísima escena de Armonías de Werckmeister de Béla Tarr: el movimiento giratorio, la noche de los tiempos, el terror. Y también el título que comparte con el poemario: son los motivos por los que decidí complementar el poema con esta sublime secuencia .

Tłum. Jacek Gutorow

Dominacja czerni

W nocy przy kominku
Kolory krzaków
I opadłych liści
Powtarzały się
I wirowały w pokoju
Jak same liście
Wirujące na wietrze.
Tak. Ale kolor ciężkich świerków
Wszedł, odmierzając kroki.
I zapamiętałem krzyk pawi.

Kolory ich ogonów
Były jak liście
Wirujące na wietrze,
Na wietrze o zmierzchu.
Omiatały cały pokój,
Opadały z gałęzi świerków
Na ziemię.
Słyszałem jak krzyczały – pawie.
Czy krzyczały przeciw zmierzchowi
Czy też przeciw liściom
Wirującym na wietrze,
Wirującym jak płomienie
W ogniu, wirującym jak pawie ogony
W głośnym ogniu,
Głośnym jak świerki
Pełne krzyku pawi?
A może krzyczały przeciw świerkom?

Za oknem
Widziałem, jak się zbierają planety,
Przypominające liście
Wirujące na wietrze.
Widziałem, jak nadeszła noc,
Odmierzała kroki jak kolor ciężkich świerków.
Przestraszyłem się.
I zapamiętałem krzyk pawi.

z tomu Harmonium, 1923

Domination of Black

At night, by the fire,
The colors of the bushes
And of the fallen leaves,
Repeating themselves,
Turned in the room,
Like the leaves themselves
Turning in the wind.
Yes: but the color of the heavy hemlocks
Came striding.
And I remembered the cry of the peacocks.

The colors of their tails
Were like the leaves themselves
Turning in the wind,
In the twilight wind.
They swept over the room,
Just as they flew from the boughs of the hemlocks
Down to the ground.
I heard them cry — the peacocks.
Was it a cry against the twilight
Or against the leaves themselves
Turning in the wind,
Turning as the flames
Turned in the fire,
Turning as the tails of the peacocks
Turned in the loud fire,
Loud as the hemlocks
Full of the cry of the peacocks?
Or was it a cry against the hemlocks?

Out of the window,
I saw how the planets gathered
Like the leaves themselves
Turning in the wind.
I saw how the night came,
Came striding like the color of the heavy hemlocks
I felt afraid.
And I remembered the cry of the peacocks.

Eugenio Montejo

1938-2008, Venezuela

lo nuestro

Mira setiembre: nada se ha perdido
con fiarnos de las hojas.
La juventud vino y se fue, los árboles no se movieron.
El hermano al morir te quemó en llanto
pero el sol continúa.
La casa fue derrumbada, no su recuerdo.
Mira setiembre con su pala al hombro
cómo arrastra hojas secas.

La vida vale más que la vida, sólo eso cuenta.
Nadie nos preguntó para nacer,
¿qué sabían nuestros padres?¿los suyos que supieron?
Ningún dolor les ahorró sombra y sin embargo
se mezclaron al tiempo terrestre.
Los árboles saben menos que nosotros
y aún no se vuelven.
La tierra va más sola ahora sin dioses
pero nunca blasfema.
Mira setiembre cómo te abre el bosque
y sobrepasa tu deseo.
Abre tus manos, llénalas con estas lentas hojas,
no dejes que una sola se te pierda.

Fotos propias. Aranjuez.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Wrzesień

Spójrz na wrzesień: nic nie stracono
zaufawszy liściom.
Młodość nastała i odeszła, a drzewa nie drgnęły.
Umierając brat oparzył cię płaczem
ale słońce nadal świeci.
Dom zburzono, ale nie pamięć o nim.
Spójrz na wrzesień jak z szuflą na ramieniu.
powłóczy suchymi liśćmi.

Życie jest warte więcej niż życie, tylko to jest ważne.
Nikt nas nie pytał o narodziny.
cóż wiedzieli nasi rodzice? ich rodzice? co wiedzieli?
Żaden ból nie oszczędził im cienia, a jednak
zmieszały się z ziemskim czasem.
Drzewa wiedzą mniej niż my
lecz jeszcze nie wracają.
Ziemia kroczy coraz bardziej samotna bez bogów
lecz nigdy nie złorzeczy.
Spójrz na wrzesień, jak otwiera las przed tobą
i wyprzedza twoje życzenie.
Otwórz ramiona, wypełnij je tymi powolnymi liśćmi,
nie dopuść, by choć jeden się utracił.

Eugenio Montejo

1938-2008, Venezuela

lo nuestro

Tuyo es el tiempo cuando tu cuerpo pasa
   con el temblor del mundo,
   el tiempo, no tu cuerpo.
Tu cuerpo estaba aquí, tendido al sol, soñando,
   se despertó contigo una mañana
   cuando quiso la tierra.

Tuyo es el tacto de las manos, no las manos;
la luz llenándote los ojos, no los ojos;
acaso un árbol, un pájaro que mires,
   lo demás es ajeno.
Cuanto la tierra presta aquí se queda,
   es de la tierra.

Sólo trajimos el tiempo de estar vivos
entre el relámpago y el viento;
el tiempo en que tu cuerpo gira con el mundo,
el hoy, el grito delante del milagro;
la llama que arde con la vela, no la vela,
la nada de donde todo se suspende,
   —eso es lo nuestro.

lo mío

Tłum. Ada Trzeciakowska

TO, CO NASZE

To czas, kiedy twoje ciało przemija
   przy drżeniu świata,
   czas, nie ciało.
Twoje ciało było tutaj, leżało na słońcu, śniło,
   obudziło się z tobą kiedyś rano
   gdy ziemia go zapragnęła.

Twój jest dotyk rąk, lecz nie ręce;
światło wypełniające twoje oczy, lecz nie oczy;
może drzewo, ptak, na które patrzysz,
   wszystko inne jest obce.
To, co ziemia użycza tutaj, tutaj zostanie,
   do ziemi należy.

Wnieśliśmy tylko czas, w którym żyjemy
pośród błyskawic na wietrze;
czas, w którym twoje ciało obraca się wraz ze światem,
dzień dzisiejszy, płacz wobec cudu;
płomień, który płonie wraz ze świecą, lecz nie świecę,
nicość, w której wszystko jest zawieszone,  
   – oto, co nasze.

Eugenio Montejo

1938-2008, Venezuela

LA CAsa

En la mujer, en lo profundo de su cuerpo
   se construye la casa,
   entre murmullos y silencios.
Hay que acarrear sombras de piedras,
   leves andamios.
   imitar a las aves.

Especialmente cuando duerme
   y en el sueño sonríe
   —nivelar hacia el fondo,
    no despertarla;
seguir el declive de sus formas,
los movimientos de sus manos.

Sobre las dunas que cubren su sueño
    en convulso paisaje,
    hay que elevar altas paredes,
fundar contra la lluvia, contra el viento,
    años y años.

Un ademán a veces fija un muro,
de algún susurro nace una ventana,
desmontamos errantes a la puerta
    y atamos el caballo.

Al fondo de su cuerpo la casa nos espera
y la mesa servida con las palabras limpias
para vivir, tal vez para morir,
   ya no sabemos,
porque al entrar nunca se sale.

Escena de El espejo de Andréi Tarkovsky

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dom

W kobiecie, w głębi jej ciała
   buduje się dom
   wśród szmerów i ciszy.
Trzeba przytaszczyć cienie kamieni,
    lekkie rusztowania.
    naśladować ptaki.

Zwłaszcza, gdy śpi
    i we śnie się uśmiecha
    -wyrównać do głębi,
    nie zbudzić jej;
śledzić pochyłość jej kształtów,
ruchy jej rąk.

Na wydmach pokrywających jej sen
    w konwulsyjnym krajobrazie,
    trzeba wznieść wysokie ściany,
wesprzeć by chroniły przed deszczem, przed wiatrem,
    przez lata.

Jeden gest czasem jest spoiną dla muru,
z jakiegoś szeptu rodzi się okno,
zsiadamy z siodeł zbłąkani przy drzwiach,
  wiążemy konia.

W głębi jej ciała czeka na nas dom
a na stole podano czyste słowa
do życia, a może do śmierci,
   już nie wiemy,
bo gdy wejdziemy, nie chcemy go opuszczać.

Gonzalo Rojas

1916-2011, Chile

RÉQUIEM DE LA MARIPOSA MUERTA

Sucio fue el día de la mariposa muerta.
                                                                    Acerquémonos
a besar la hermosura reventada y sagrada de sus pétalos
que iban volando libres, y esto es decirlo todo, cuando
sopló la Arruga, y nada
sino ese precipicio que de golpe,
y únicamente nada.

Guárdela el pavimento salobre si la puede
guardar, entre el aceite y el aullido
de la rueda mortal.
                                   O esto es un juego
que se parece a otro cuando nos echan tierra.
Porque también la Arruga…

O no la guarde nadie. O no nos guarde
larva, y salgamos dónde por último del miedo:
a ver qué pasa, hermosa.
                                             Tú que aún duermes ahí
en el lujo de tanta belleza, dinos cómo
o, por lo menos, cuándo.

De Réquiem de la mariposa (2001)

Collage propio

Tłum. Ada Trzeciakowska

Requiem dla martwego motyla

Brudny był dzień martwego motyla.
                                                                 Podejdźmy
by ucałować stłamszone i święte piękno jego płatków,
które unosiły się wolne, a to tyle co powiedzieć wszystko, kiedy
zdmuchnęła go Zmarszczka, i nic
ponad tą przepaścią, która nagle,
i wyłącznie nic.

Oszczędź jej słonawego chodnika, jeśli możesz
ocal go od oleju i skowytu
śmiertelnego koła.
                                  Czy to jest zabawa
przypominająca inną, gdy chowają nas.
Bo i Zmarszczka…

Albo niech go nikt nie ocala. Albo zachowaj dla nas
larwę, i otrząśnijmy się jak? w końcu ze strachu:
zobaczmy, co się stanie, piękności.
                                                              Ty, który wciąż śpisz tam
w luksusie nieopisanego piękna, powiedz nam jak?
lub, przynajmniej, kiedy?

César Vallejo

1892-1938, Perú

NO VIVE YA NADIE…

—No vive ya nadie en la casa —me dices—; todos se han ido. La sala, el dormitorio, el patio, yacen despoblados. Nadie ya queda, pues que todos han partido.

Y yo te digo: Cuando alguien se va, alguien queda. El punto por donde pasó un hombre, ya no está solo. Unicamente está solo, de soledad humana, el lugar por donde ningún hombre ha pasado. Las casas nuevas están más muertas que las viejas, porque sus muros son de piedra o de acero, pero no de hombres. Una casa viene al mundo, no cuando la acaban de edificar, sino cuando empiezan a habitarla. Una casa vive únicamente de hombres, como una tumba. De aquí esa irresistible semejanza que hay entre una casa y una tumba. Sólo que la casa se nutre de la vida del hombre, mientras que la tumba se nutre de la muerte del hombre. Por eso la primera está de pie, mientras que la segunda está tendida.

Todos han partido de la casa, en realidad, pero todos se han quedado en verdad. Y no es el recuerdo de ellos lo que queda, sino ellos mismos. Y no es tampoco que ellos queden en la casa, sino que continúan por la casa. Las funciones y los actos se van de la casa en tren o en avión o a caballo, a pie o arrastrándose. Lo que continúa en la casa es el órgano, el agente en gerundio y en círculo. Los pasos se han ido, los besos, los perdones, los crímenes. Lo que continúa en la casa es el pie, los labios, los ojos, el corazón. Las negaciones y las afirmaciones, el bien y el mal, se han dispersado. Lo que continúa en la casa, es el sujeto del acto.

Fotos propias

Tłum. Ada Trzeciakowska

NIKT JUŻ Tutaj NIE MIESZKA…

-Nikt już w tym domu nie mieszka -mówisz-; wszyscy sobie poszli. Salon, sypialnia, podwórko, świecą pustkami. Nikt nie został, bo wszyscy odeszli.

A ja powiem ci: Kiedy ktoś odchodzi, ktoś inny pozostaje. Miejsce, przez które przewinął się człowiek, nie jest już samotne. Samotne jest jedynie, i to ludzką samotnością, miejsce, przez które on się nie przewinął. Nowe domy są bardziej martwe niż stare, bo ich ściany są z kamienia lub ze stali, ale nie z ludzi. Dom przychodzi na świat, nie wtedy, kiedy zostaje zbudowany, ale gdy zaczyna być zamieszkiwany. Dom żyje ludźmi, jak grobowiec. Stąd nieodparte podobieństwo między domem a grobowcem. Tyle, że dom żywi się życiem człowieka, a grób jego śmiercią. Dlatego ten pierwszy stoi, a ten drugi leży.

Wszyscy odeszli z domu, rzeczywiście, ale wszyscy tak naprawdę pozostali. I to nie wspomnienie o nich pozostaje, ale oni sami. Co nie oznacza, że pozostają w domu, lecz, że nadal w nim trwają. Przedstawienia i działania opuszczają dom pociągiem, samolotem, konno, pieszo lub czołgając się. To, co trwa w domu to łącznik, czynnik sprawczy w imiesłowie czynnym i zapętlony. Odeszły kroki, pocałunki, przeprosiny i zbrodnie. To, co trwa w domu, to stopy, usta, oczy, serce. Negacje i afirmacje, dobro i zło, rozproszyły się. To, co nadal trwa w domu jest podmiotem działania.

Crea tu sitio web con WordPress.com
Primeros pasos
A %d blogueros les gusta esto: