Dan Andersson

1988-1920, Suecia

Trad. Francisco J. Uriz

Pesimismo

He soñado con la muerte cuando arde el
latido y la sangre se lamenta y llora acerca
de la belleza del morir, el tedioso hombre
que ha sufrido deja de creer que los dioses
de la tierra son sus amigos. Cualquier persona
que odiaba la muerte, percibe el descanso como
un bendito lago que brilla.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pesymizm

Śniłem o śmierci, gdy puls
płonie a krew lamentuje i rozpacza -jak
pięknie jest umierać-, znudzony człowiek,
który, ucierpiawszy, przestał wierzyć, iż
bogowie i przyjaciele zamieszkują ziemię- to ja.

Ktokolwiek, znużony jak ja, z ochotą umiera,
brak postrzegania przynosi wytchnienie-
bezokie zwierzę w jeziorze bez światła
pod migotem świętych gwiazd – oto ja.

Pessimism 

Jag har drömt om döden, när pulsarna bränt
och när blodet har jämrat och gråtit –
hur skönt är att dö – en uttråkad man,
som har lidit och slutat att tro
och vars vänner och gudar i jorden bo –
det är jag.

Den som hatat som jag må gärna dö,
det är vila att sluta förnimma. –
Ett ögonlöst djur i en ljuslös sjö
under heliga stjärnor som glimma
är jag lik. –

Denise Levertov

1923-1997, Inglaterra/Estados Unidos

Trad. desconocido

La lluvia de cinco días

La ropa puesta a secar que cuelga del limonero
en medio de la lluvia
y el pasto largo y grueso.

Secuencia interrumpida, tensión
de luz solar naranja-agria
deshilachada.
                          Una lluvia tan tenue

finos jirones
que cuelgan sobre las hojas rígidas.

¡Vuélvete escarlata! Arranca los limones verdes
del árbol! Yo no quiero
olvidar quién soy, qué ardió en mí,
y colgar flácida y limpia, un vestido vacío…

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pięciodniowy deszcz

Pranie zwisające z cytryny
na deszczu
 i trawa wysoka i szorstka.

Sekwencja przerwana, napięcie
promieni słonecznych zerwane.
                           Tylko lekki deszczyk

cienkie szmatki
zwisają nad sztywnymi liśćmi.

Ubierz się w szkarłat! Zerwij zielone cytryny
z drzewa! Nie chcę
zapomnieć kim jestem, co płonęło we mnie
i wisieć zwiotczała i czysta, jak ta pusta sukienka…

1.Francesca Woodman 2. José Vicente Morcillo Morcillo 3. Rene Groeble 4. Norman Parkinson 5. Marit Beer

The Five-Day Rain

The washing hanging from the lemon tree
in the rain
and the grass long and coarse.

Sequence broken, tension
of sunlight broken.
                            So light a rain

fine shreds
pending above the rigid leaves.

Wear scarlet! Tear the green lemons
off the tree!     I don’t want
to forget who I am, what has burned in me
and hang limp and clean, an empty dress —

Karol Maliszewski

1960 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

En el desfiladero

A Joanna

La lluvia ha echado un vistazo al café, ha retirado
su hocico áspero: sentados en la terraza
miramos el mapa -la muerte queda aplazada
por ahora, hay posibilidades de excursión

a Certaldo; el café derramado
se empantana entre las rajas de sandía,
los acontecimientos se detienen, estamos a punto
de, ya sabes; después de la tormenta

los campos no se han deslizado al centro
de la tierra arrastrando
granjas solitarias, no se ha borrado de las colinas
el solemne fingimiento, la máscara

del mapa servicial, la nada después de la tormenta
y durante su paso,
la nada antes de la tormenta
la nada inmersa en sí misma

ahora sale al sol,
está absorbiendo su resplandor.

Fotos del paisaje propias y fotogramas de Viaggio in Italia de Roberto Rossellini y Copie conforme de Abbas Kiarostami

W przesmyku

Joannie

Deszcz zajrzał do kawy, cofnął
oschły pysk: siedzimy na tarasie,
oglądając mapę – chwilowo odłożone
umieranie, szansę na wycieczkę

do Certaldo; wylana kawa
grzęźnie w kawałkach arbuza,
zatrzymują się zdarzenia, jesteśmy o krok
od tego, co wiesz; po burzy

pola nie zsunęły się do środka
ziemi, pociągając za sobą
samotne fattorie, nie zeszło ze wzgórz
uroczyste zakłamanie, maska

usłużnej mapy, nic po burzy
i w czasie jej trwania,
nic przed burzą
zatopione w sobie

teraz wychodzi na słońce,
już chłonie jego blask.

Adam Zagajewski

1945 -2021 , Polonia

Trad. Xavier Farré

Sabemos qué es el arte

Sabemos qué es el arte, conocemos bien la sensación de felicidad
que nos aporta, a veces difícil, amarga, amargo-dulce,
y a veces sólo dulce, como los postres turcos. Valoramos el arte
porque quisiéramos saber qué es nuestra vida.
Vivimos, pero no siempre sabemos qué significa.
Así que viajamos, o sencillamente abrimos un libro en casa.

Recordamos el momento de iluminación ante un cuadro,
y también quizá recordemos qué nubes pasaban entonces por el cielo.
Temblamos al oír cómo toca el violoncelista
las suites de Bach, cuando escuchamos cómo canta el piano.
Sabemos qué puede ser la gran poesía, un poema
escrito hace tres mil años o ayer mismo.

Pero no entendemos por qué algunas veces en un concierto
nos domina la indiferencia. No entendemos por qué
algunos libros parecen ofrecernos el perdón
mientras otros no ocultan su rabia. Lo sabemos, y después lo olvidamos.
Con dificultad sólo suponemos por qué sucede que las obras de arte
se enrollan, se cierran como un museo italiano un día de huelga (sciopero).

Por qué se enrollan también nuestras almas a veces y se cierran
como un museo italiano un día de huelga (sciopero)?
¿Por qué el arte calla cuando suceden cosas terribles,
por qué no lo necesitamos entonces, como si esas cosas terribles
llenaran el mundo por completo, del todo, hasta el techo?
No sabemos qué es el arte.

Fotografías de Nadav Kander (1961-, Israel)

Wiemy, czym jest sztuka

Wiemy, czym jest sztuka, dobrze znamy uczucie szczęścia
jakie nam daje, niekiedy trudne, gorzkie, gorzko-słodkie,
a czasem tylko słodkie, jak turecki smakołyk. Cenimy sztukę
bo chcielibyśmy wiedzieć, czym jest nasze życie.
Żyjemy, ale nie zawsze wiemy, co to znaczy.
Podróżujemy więc, albo po prostu otwieramy w domu książkę.

Pamiętamy moment olśnienia gdy staliśmy przed obrazem,
i pamiętamy też może, jakie obłoki płynęły wtedy po niebie.
Drżymy słysząc jak wiolonczelista gra
suity Bacha, gdy słuchamy jak śpiewa fortepian.
Wiemy, czym może być wielka poezja, wiersz
napisany trzy tysiące lat temu albo wczoraj.

A jednak nie rozumiemy, dlaczego niekiedy na koncercie
ogarnia nas obojętność. Nie rozumiemy, dlaczego
niektóre książki zdają się ofiarowywać nam przebaczenie
a inne nie kryją swego gniewu. Wiemy, a potem zapominamy
Z trudem tylko domyślamy się, dlaczego zdarza się, że dzieła sztuki
zwijają się, zamykają jak włoskie muzeum w dniu strajku (sciopero).

Dlaczego także nasze dusze zwijają się niekiedy i zamykają
jak włoskie muzeum w dniu strajku (sciopero).
Dlaczego sztuka milczy, gdy dzieją się rzeczy straszliwe,
dlaczego jej wtedy nie potrzebujemy – tak jakby rzeczy straszliwe
wypełniały świat całkowicie, kompletnie, po sam dach.
Nie wiemy, czym jest sztuka.

Trans. Clare Cavanagh

We know what art is

We know what art is, we recognize the sense of happiness
it gives, difficult at times, bitter, bittersweet,
sometimes only sweet, like Turkish pastry. We honor art,
since we’d like to know what our life is.
We live, but don’t always know what that means.
So we travel, or just open a book at home.

We recall a momentary vision as we stood before a painting,
we may also remember clouds drifting through the sky.
We shiver when we hear a cellist play
Bach’s suites, when we catch a piano singing.
We know what great poetry can be, a poem
written three millennia ago, or yesterday.

But we don’t know why a concert sometimes
fails to move us. We don’t see why
some books seem to offer us redemption
while others can’t conceal their rage. We know, but then we forget
We can only guess why a work of art may suddenly
close up, slam shut, like an Italian museum on strike (sciopero).

Why our souls also close at times, and slam shut, like
an Italian museum on strike (sciopero).
Why art goes mute when terrible things happen,
why we don’t need it then—as if terrible things
had overwhelmed the world, filled it completely, totally, to the roof.
We don’t know what art is.

Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

Trad. Xavier Farré

En ningún lugar

Fue un día en ningún lugar al volver del entierro de mi padre,
un día entre continentes, iba perdido por las calles
de Hyde Park escuchando retazos de voces americanas,
no pertenecía a ningún lugar, era libre,
pero si eso era la libertad, pensé, preferiría
ser cautivo de un buen rey, de un cálido emperador;
las hojas fluían a contracorriente del rojizo otoño,
el viento bostezaba como un perro cazador,
la cajera en el colmado, en ningún lugar
(le intrigaba mi acento), me preguntó de dónde era,
pero lo había olvidado, tenía ganas de hablarle
de la muerte de padre, pero pensé: ya soy
demasiado viejo para ser huérfano; vivía
en Hyde Park, en ningún lugar, where fun comes to die,
como decían no sin envidia los estudiantes de otras universidades,
era un lunes sin carácter, cobarde,
sin forma, un día sin inspiración, en ningún lugar, ni siquiera el penar
había adoptado una forma radical, tenía la sensación
de que el mismo Chopin en un día como ése se limitaría,
en el mejor de los casos, a dar clases
a estudiantes aristocráticas, acaudaladas;
de repente me acordé de lo que había escrito de él
Gottfried Benn, dermatólogo berlinés,
en uno de mis poemas preferidos:
«Cuando Delacroix anunció su teoría,
él se quedó preocupado porque no podía
justificar sus nocturnos»*,
estos versos, irónicos y tiernos a la vez,
siempre me colmaron de una felicidad
casi tan grande como la música de Chopin.
Una cosa sí sabía: tampoco hace falta justificar
la noche, ni el dolor, en ningún lugar.

*El poema completo se puede leer en esta entrada

Fotografías de William Eggleston (1939- , EE.UU.)

Nigdzie

To był dzień nigdzie zaraz po powrocie z pogrzebu ojca,
dzień między kontynentami, zagubiony chodziłem ulicami
Hyde Parku słuchając strzępów amerykańskich głosów,
nigdzie nie należałem, byłem wolny,
ale jeśli to jest wolność, myślałem, to wolałbym chyba
być jeńcem dobrego króla, ciepłego cesarza;
liście płynęły pod prąd czerwonej jesieni,
wiatr ziewał szeroko jak myśliwski pies,
kasjerka w sklepie spożywczym, nigdzie
(intrygował ją mój akcent), spytała, skąd jestem,
ale zapomniałem, miałem ochotę opowiedzieć jej
o śmierci ojca, pomyślałem jednak: jestem już
trochę za stary na sierotę; mieszkałem
w Hyde Parku, nigdzie, where fun comes to die,
jak mówili nie bez zazdrości studenci innych uczelni,
to był poniedziałek bez charakteru, tchórzliwy,
bez formy, dzień bez natchnienia, nigdzie, nawet żal
nie przybierał radykalnej postaci, wydaje mi się,
że sam Chopin w taki dzień ograniczyłby się,
w najlepszym razie, do udzielania lekcji
zamożnym, arystokratycznym uczennicom;
naraz przypomniałem sobie co napisał o nim
doktor Gottfried Benn, berliński dermatolog,
w jednym z moich ulubionych wierszy:
„Kiedy Delacroix wygłaszał swoje teorie
stawał się niespokojny, on bowiem
nie potrafiłby uzasadnić nokturnów”*,
te linijki, ironiczne i czułe zarazem,
zawsze napełniały mnie szczęściem
prawie tak wielkim jak muzyka Chopina.
Jedno wiedziałem: także nocy nie trzeba
uzasadniać, ani bólu, nigdzie.

*Wiersz Gottfrieda Benna w całości znajduje się w tym poście

Trans. Clare Cavanagh

Nowhere

It was a day nowhere just after I got back from my father’s funeral,
a day between two continents; lost, I walked the streets
of Hyde Park catching shreds of American voices.
I belonged nowhere, I was free,
but if this is freedom, I thought, I’d rather be
a good king’s, a kindly emperor’s, captive;
leaves swam against red autumn’s current,
the wind yawned like a foxhound,
the cashier in a grocery store, nowhere,
couldn’t place my accent and asked “Where are you from?”
but I’d forgotten, I wanted to tell her
about my father’s death, then thought: I’m too old
to be an orphan; I was living
in Hyde Park, nowhere, “Where fun comes to die,”
as college students elsewhere said, a little enviously.
It was a faceless Monday, craven,
vague, a day without inspiration, nowhere, even grief
didn’t take a radical shape; it strikes me
that on such days even Chopin would commit himself
at best to giving lessons
to wealthy, aristocratic pupils;
suddenly I remembered what Doctor Gottfried Benn,
the Berlin dermatologist, said about him
in one of my favorite poems:
“when Delacroix expounded his theories,
it made him nervous, he for his part
could offer no explanation of the Nocturnes,”*
these lines, both ironic and tender,
always filled me with joy,
almost like Chopin’s music itself.
I knew one thing: night too needed no
explanation, likewise pain, nowhere.

*From Gottfried Benn, “Chopin,” trans. Michael Hofmann

Elizabeth Bishop

1911-1979, Estados Unidos

Trad. D. Sam Abrams y Joan Margarit

Cuestiones de viaje

Aquí hay demasiadas cascadas: arrolladores torrentes
bajan rápidamente hacia el mar,
y la presión de tantas nubes en las cimas de las montañas
los hace desbordarse en una suave cámara lenta sobre las laderas,
volviéndose cascadas ante nuestros propios ojos.
-Ya que si aquellas venas, aquellas largas millas de brillantes manchas de lágrimas,
aún no son cascadas,
en una época más o menos rápida, como las que aquí transcurren,
probablemente lo serán.
Pero si los arroyos y las nubes continúan viajando, viajando,
las montañas parecen cascos de volcados buques
con limos colgantes y lapas.

Piensa en el largo viaje a casa.
¿Tendríamos que haber permanecido en casa y pensar en esto de aquí?
Hoy, ¿dónde deberíamos estar?
¿Es correcto ser espectadores de extraños que actúan en una obra
en el más extraño de los teatros?
¿Qué infantilismo nos empuja, mientras queda un aliento de vida
en nuestros cuerpos, a correr
para mirar el sol desde el otro lado?
¿Para ver el más pequeño colibrí verde del mundo?
¿Para mirar con atención alguna vieja, inexplicable obra de piedra,
inexplicable e impenetrable,
desde todos los puntos de vista,
percibida en el acto y siempre, siempre encantadora?
Oh, ¿debemos soñar nuestros sueños
y también realizarlos?
¿Y nos queda espacio
para un poniente plegable de viaje, y todavía lo bastante cálido?

Hubiese sido una lástima, a buen seguro,
no haber visto los árboles a lo largo del camino,
realmente exagerados en su belleza,
no haber visto sus gestos,
como nobles pantomimas con vestidos color rosa.
-No haber necesitado detenerse a poner gasolina y no haber podido oír
esas dos tristes notas de la melodía de madera
de unos desaparejados zuecos de madera
que, sin cuidado alguno, golpean
el suelo manchado de aceite de la gasolinera.
(En otro país los zuecos estarían controlados:
cada par sonaría con un idéntico tono.)
-Sería una lástima no haber escuchado
la otra música, la menos primitiva, del gordo pájaro castaño
que canta posado sobre la estropeada bomba de gasolina
en la barroca iglesia de cañas de los jesuitas:
tres torres, cinco cruces de plata.

-Sí, sería una lástima no haber ponderado nunca,
sin precisión, indefinidamente,
qué relación puede existir durante siglos
entre el más burdo calzado de madera
y el cuidado y la exigencia
de las fantasías en las jaulas de madera.
-No haber estudiado historia en
la débil caligrafía de las jaulas de pájaros cantores.
-Y nunca haber tenido que escuchar la lluvia,
tan parecida a los discursos de los políticos:
dos horas de oratoria sin pausa alguna
y después, de repente, un silencio de oro
durante el cual la viajera toma un cuaderno de notas y escribe:

“¿Es una falta de imaginación lo que hace que vengamos
a lugares imaginados, en lugar de quedarnos en casa?
¿O quizá Pascal no tenía toda la razón
en aquello de sentarse tranquilo en una estancia?

Continente, ciudad, país, sociedad:
la elección nunca es amplia ni libre.
Y aquí, o allí… No. ¿Tendríamos que habernos quedado en casa,
doquiera fuese?”.

Fotogramas de Jauja de Lisandro Alonso y Moonrise Kingdom de W. Anderson

Tłum. Andrzej Sosnowski

Pytania w kwestii podróży

Za dużo tych wodospadów; stłoczone strumienie
za szybko pędzą w dół ku morzu,
a pod naporem tylu chmur te górskie wierzchołki
zaczynają musować ze wszystkich stron w zwolnionym tempie,
zmieniając się w wodospady wprost na naszych oczach.
-Bo jeśli te smugi, te błyszczące, kilometrowe łzy
to jeszcze nie wodospady,
to w mgnieniu wieku, a tak biegną tu wieki,
zapewne nimi się staną.
Lecz gdy strumienie i chmury tak sobie podróżują, podróżują,
góry wyglądają jak przewrócone okręty
z brodami skorupiaków i szlamu.

Pomyśl o drodze powrotnej.
Należało zostać w domu i o tych stronach pomyśleć?
Gdzie wypadałoby nam być dzisiaj?
Czy godzi się oglądać dziwnych nieznajomych w sztuce
w tym najdziwniejszym z teatrów?
Cóż to za dziecinada, że póki tchu,
nie wahamy się spieszyć choćby zaraz,
żeby obejrzeć słonce z drugiej strony?
Najmniejszego zielonego kolibra na świecie?
Gapić się w niepojęte, zacne rumowisko,
niepojęte i nieprzeniknione,
w dowolnie wybrany widok,
ujrzany w lot i zawsze, na zawsze cudowny?
Och, czy musimy śnić te swoje sny
i na dokładkę je zjadać?
I czy zdołamy zmieścić kolejny
zawijany zachód słońca, jeszcze ciepły?

Jednak na pewno byłoby nam szkoda
nie ujrzeć drzew rosnących wzdłuż tej drogi,
naprawdę zbyt natarczywych w swoim pięknie,
nie ujrzeć ich gestykulacji w stylu
majestatycznych mimów odzianych na różowo.
Nie musieć stawać po benzynę w polu,
nie słyszeć smutnej, drewnianej melodii
niezgranych codaków na dwie nuty
beztrosko stukających o podłogę
lepkiej od smaru stacji benzynowej.
(W innym kraju drewniaki musiałyby przejść testy.
Każdą parę obowiązywałby identyczny dźwięk).
-Tak, szkoda nie posłuchać innej,
mniej prymitywnej muzyki tłustego brązowego ptaka
nad zepsutą pompą benzynową, w środku
jezuickiego baroku bambusowego kościoła:
trzy wieże, srebrnych krzyży pięć.

-Tak, szkoda nie podumać trochę,
niewyraźnie i bez głębszych wniosków,
nad możliwym związkiem łączącym przez wieki
najtoporniejsze drewniane obuwie
ze struganymi cackami
wymuskanych fantazji tych drewnianych klatek.
-Nigdy nie odcyfrowywać historii
w zwiewnej kaligrafii tych śpiewających klatek.
-Nie być zmuszonym wsłuchiwać się w deszcz
tak przypominający mowy polityków:
dwie godziny bezpardonowej oracji,
po której zapada nagła, złota cisza.
Podróżny wyciąga notes, może pisać:

„Czy to z braku wyobraźni cięgle odwiedzamy
miejsca wyobrażone, zamiast siedzieć w domu?
A może jednak Pascal nie całkiem miał rację
w kwestii tego ślęczenia we własnym pokoju?

Kontynent, miasto, państwo, środowisko:
wybór szeroki nie jest, nie do nas należy.
Tu czy tam… Nie. Należało w domu zostać,
gdziekolwiek ten dom leży?”

El cielo protector de Bernardo Bertolucci

Moonrise Kingdom

Questions of Travel

There are too many waterfalls here; the crowded streams
hurry too rapidly down to the sea,
and the pressure of so many clouds on the mountaintops
makes them spill over the sides in soft slow-motion,
turning to waterfalls under our very eyes.
– For if those streaks, those mile-long, shiny, tearstains,
aren’t waterfalls yet,
in a quick age or so, as ages go here,
they probably will be.
But if the streams and clouds keep travelling, travelling,
the mountains look like the hulls of capsized ships,
slime-hung and barnacled.

Think of the long trip home.
Should we have stayed at home and thought of here?
Where should we be today?
Is it right to be watching strangers in a play
in this strangest of theatres?
What childishness is it that while there’s a breath of life
in our bodies, we are determined to rush
to see the sun the other way around?
The tiniest green hummingbird in the world?
To stare at some inexplicable old stonework,
inexplicable and impenetrable,
at any view,
instantly seen and always, always delightful?
Oh, must we dream our dreams
and have them, too?
And have we room
for one more folded sunset, still quite warm?

But surely it would have been a pity
not to have seen the trees along this road,
really exaggerated in their beauty,
not to have seen them gesturing
like noble pantomimists, robed in pink.
– Not to have had to stop for gas and heard
the sad, two-noted, wooden tune
of disparate wooden clogs
carelessly clacking over
a grease-stained filling-station floor.
(In another country the clogs would all be tested.
Each pair there would have identical pitch.)
– A pity not to have heard
the other, less primitive music of the fat brown bird
who sings above the broken gasoline pump
in a bamboo church of Jesuit baroque:
three towers, five silver crosses.

– Yes, a pity not to have pondered,
blurr’dly and inconclusively,
on what connection can exist for centuries
between the crudest wooden footwear
and, careful and finicky,
the whittled fantasies of wooden cages
– Never to have studied history in
the weak calligraphy of songbirds’ cages.
– And never to have had to listen to rain
so much like politicians’ speeches:
two hours of unrelenting oratory
and then a sudden golden silence
in which the traveller takes a notebook, writes:

‘Is it lack of imagination that makes us come
to imagined places, not just stay at home?
Or could Pascal have been not entirely right
about just sitting quietly in one’s room?

Continent, city, country, society:
the choice is never wide and never free.
And here, or there… No. Should we have stayed at home,
wherever that may be? ‘

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. M. Bellmunt Serrano

Ángel

Trabajo en sueños. Me levanto y salgo, la acera está cubierta
por una capa de escarcha. Entro allí cuando duerme y la tomo tal como es;
de espaldas, sobre el vientre o encogida, y entonces se agitan las paredes
los muebles y, tras la ventana, las calles, y, más allá, hasta que ella sienta todas
estas cosas irreales, cómo millones de palabras que fluyen, esas imágenes
inverosímiles que comienzan a girar en silencio, ah, a llenarla.

Así trabajo cada noche, soy invisible. Después me siento y observo
cómo mueve los párpados y sus dedos tiemblan. Y sé incluso qué ve
cuando empieza a llorar.

Ah, trabajo a través del sueño, la amo a través del sueño. Cada noche le entrego
todo mi ser, espero un hijo. Y después vuelvo por todas esas calles,
todo permanece inmóvil, las casas, los árboles y lo demás. Y en la piel
tengo una capa de escarcha. Y cuando la oigo despertar con un grito, lo sé;
alguien más trabaja en la realidad.

Collage de Robin Isely.

Anioł

Pracuję we śnie. Wstaję i wychodzę, a chodnik pokryty jest  
jasnym nalotem. Wchodzę tam, kiedy śpi i biorę ją tak, jak jest;  
na wznak, na brzuchu, albo skuloną, i wtedy poruszają się  
ściany, meble i za oknem ulice i dalej, aż poczuje te wszystkie  
nierealne rzeczy, jak płyną te miliony słów, te nieprawdopodne  
obrazy i zaczynają cicho krążyć, ach, wypełniać ją.
 
Tak pracuję co noc, jestem niewidzialny. I potem siedzę i patrzę
 jak porusza powiekami i drgają jej palce. I nawet wiem, co widzi
 gdy zaczyna płakać.  
 
Ach, pracuję przez sen, kocham ją przez sen. Co noc zostawiam  
w niej to wszystko, oczekuję dziecka. A potem wracam tymi ulicami
 wszystko jest nieruchome, domy, drzewa i dalej. A na skórze
 mam jasny nalot. I kiedy słyszę, że budzi się z krzykiem, wiem;
 ktoś inny pracuje na jawie.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Primer hipótico*

Si es un castigo, sé cuándo ocurrió.
Por la mañana, porque las mañanas son malignas.
Por la mañana, porque es cuando más cosas ocurren
entre Dios y el suelo.

Si es un castigo, sé de dónde viene.
Quería decir algo, abrí la boca y una pequeña parte
del vacío que llenaba por la mañana
la calle y las casas vecinales, penetró en mí.

Si es un castigo, yo desde aquel momento intento
llenarlo, esta pequeña burbuja vacía. Y echo
dentro de mí varios asuntos, gente, coches,
casas y ciudades enteras, me los tomo a pecho.

Si es un don, me gustaría devolverlo.
Escupir ya esa pastilla en la que habita la nada,
pero ella no está entre las palabras que cada día,
y de allí los gritos nocturnos, y de allí las poluciones.

Si es un don, una vez intenté quitarlo, por ahora
sin embargo, la tráquea y los pulmones, el estómago
y el hígado, el tegumento y el corazón, el corazón, el corazón.

Mundo y Antimundo (2003)

*Psuedogénero inventado por Różycki

Pierwszy hipotyk

Jeżeli to jest kara, wiem, kiedy to się stało.
Rankiem, ponieważ ranki są złowrogie. Rano,
ponieważ ranem dzieje się najwięcej pomiędzy
Panem Bogiem a podłogą.

Jeżeli to jest kara, to wiem, skąd przychodzi.
Chciałem powiedzieć coś, otworzyłem usta
i wtedy mała część tej pustki, której pełna była
rankiem ulica i sąsiednie domy, weszła we mnie.

Jeżeli to jest kara, ja od tamtej pory próbuję
ją wypełnić, małą pustą bańkę. I wrzucam
w siebie napotkane sprawy, ludzi, samochody,
domy i całe miasta, biorę to do siebie.

Jeżeli jest to darem, ja chciałbym go zwrócić.
Wypluć już tę pastylkę, w której mieszka nicość,
ale jej nie ma wśród słów, które codziennie,
i stąd te krzyki nocne, i stąd te polucje.

Jeżeli to jest dar, ja chciałem go wyjąć,
na razie jednak tchawica i płuca, żołądek
i wątroba, powłoki oraz serce, serce, serce.

Świat i Antyświat (2003)

Collages de Robin Isely.

Marzanna Bogumiła Kielar

1963 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Los amantes

Uno al lado del otro desde hace miles de años –
nos adherimos como brotes de las ramas, para que se forme
una ligadura viviente.

Un filo de dos hojas.

Aferrados uno al otro
como aquellos amantes del Neolítico, desenterrados en los arrabales de Mantua,
estrechamente abrazados
en una fosa envuelta en el abrigo de piedras,
en tierra como en cama, cuando un rayo de sol abre el cuarto desde la ventana.

Nuestros labios en una burbuja de aire.
En una grieta cuando se separa el témpano del tiempo.

Morirán nuestros dioses.
Se romperán las cadenas de causas iniciadas por nuestros actos e ideas.
Dejarán de existir todas nuestras obras maestras.
Se acabarán las palabras y retornará el silencio.
El silencio hablará.

Somos
Un vacío que necesita forma para darse.

Nuestros ojos, liberados de la muerte, se volverán el sol, brillarán.
Nuestros alientos, liberados de la muerte, se volverán el viento-.

Amantes de Mantua/ Pintura de Zdzisław Beksiński

Kochankowie

Obok siebie od tysięcy lat —
zrastamy się niczym pędy konarów, żeby wytworzyło się
żywe wiązanie.

Dwulistne ostrze.

Wczepieni w siebie
jak ci kochankowie z neolitu, odkopani na przedmieściu Mantui,
objęci ciasno
w jamie okolonej kamiennym płaszczem,
w ziemi jak w łóżku, kiedy promień słońca otwiera pokój od okna.

Nasze wargi w pęcherzu powietrza.
W szczelinie, kiedy rozsuwa się kra czasu.

Umrą nasi bogowie.
Urwą się łańcuchy przyczyn rozpoczęte przez nasze myśli, czyny.
Przestaną istnieć wszystkie nasze dzieła.
Skończą się słowa i powróci milczenie.
Milczenie będzie mówić.

Jesteśmy
Pustką, co potrzebuje formy, żeby się zjawiać.

Nasze oczy, uwolnione od śmierci, staną się słońcem, rozbłysną.
Nasze oddechy, uwolnione od śmierci, staną się wiatrem —

Mi montaje

Z tomiku Nawigacje (2018)

Gary Snyder

1930 – , Estados Unidos

* Recomiendo leer el poema de G. Snyder junto con este de M. Kielar

Trad. Ada Trzeciakowska

Quema. 2.

Uno se mueve continuamente con la conciencia
De aquello otro, ajeno por completo, no humano:
que zumba dentro como un tambor tenso,
evitando con cuidado cualquier pensamiento directo,
Atento al mundo real (de) carne y piedra.

Intrincadas capas de vacío
Sólo este mundo, formas tramposas
             una mano, un pecho, dos abrazados
Ternura humana se echa por tierra
En ciclos secos sin fin
Formas dentro de formas cayendo
                                                        aferrándose
Con holgura, ¿qué se ha marchado?
                                                          -amor-

En primavera el Aguacate pierde las hojas muertas
Suave tembleteo atraviesa el bosque de Cerezos
Pájaro en aquel instante
Todos aquellos libros
            ella lleva un jersey fino
            sin sujetador
            en escasa luz
Una ojeada, millas abajo
Carne y huesos se funden en la roca
            “sin arrepentirse-
pío pío
             (gorriones)
ni una palabra sobre el vacío
Al cual una mano al copular
Se aferra

Fotogramas de Woman of the lake de Yoshida Yoshishige (1966)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Spalanie. 2.

Człowiek porusza się świadom ciągle
Tego innego, obcego całkiem, nieludzkiego:
co brzęczy wewnątrz, jak napięty bęben,
Uważnie unika każdej myśli o nim;
Skupiony na realnym świecie ciała i kamienia.

Misterne warstwy pustki
Ten jedyny świat i formy podstępne
             ręka, pierś, dwoje w objęciu –
Ludzka czułość uchodzi prędko
zwiędłymi nieskończonymi cyklami,
Kształty do środka kształtów wpadają
                                                             przylegając,
Luźno, co przeminęło?
                                     – miłość

Wiosną drzewo Avocado zrzuca zeschłe liście
Miękki dreszcz przeszywa Wiśniowe sady

Ptak w tej chwili
Te wszystkie książki
            ona w cienkim swetrze
            bez stanika
            w słabym świetle
Jedno spojrzenie, mile poniżej
Ciało i kości stapiają się na skale
            “bez żalu-
ćwir ćwir
            (wróble)
i ani słowa o pustce
do której kopulując jedną ręką
kurczowo przywiera

Burning. 2.

One moves continually with the consciousness
Of that other, totally alien, non-human:
Humming inside like a taut drum,
Carefully avoiding any direct thought of it,
Attentive to the real-world flesh and stone.

Intricate layers of emptiness
This only world, juggling forms
            a hand, a breast, two clasped
Human tenderness scuttles
Down dry endless cycles
Forms within forms falling
                                              clinging
Loosely, what’s gone away?
                                              —love

In Spring the Avocado sheds dead leaves
Soft rattling through the Cherry greens
Bird at this moment
All these books
            wearing a thin sweater
            & no brassiere
            in failing light
One glance, miles below
Bones & flesh knit in the rock
            “have no regret-
chip chip
            (sparrows)
& not a word about the void
To which one hand diddling
Cling