Francisco Brines

1932 – 20 de mayo 2021, España (Oliva)

Trastorno en la mañana

¿Qué sucede en los pinos, las palmeras?
He leído el poema de un amigo
y se han puesto a cantar todos los pájaros.
Lo leía en voz alta
y ellos sonaban con cantos de otros siglos.
Hay también flores que llenan la terraza bajo el azul:
míralas vivas, son rojas y son ácidas.
Un poema que suena como un pájaro
y es también flor.
Nunca vi una mañana
(que cantara, que oliera)
con tanta luz.

Fotografías propias

Trad. Ada Trzeciakowska

Anomalia o poranku

Co się dzieje wśród sosen, wśród palm?
Przeczytałem wiersz przyjaciela
i wszystkie ptaki buchnęły śpiewem.
Czytałem go na głos
a one wyśpiewywały pieśni z dawnych wieków.
Są też kwiaty, obsypują taras po sam błękit:
spójrz, są żywe, czerwone i kwaśne.
Wiersz, który brzmi jak ptak
i jest kwiatem.
Nigdy nie widziałem poranka
(który śpiewałby, które pachniałby)
takim światłem.

Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

Trad. Jerzy Sławomirski y Anna Rubió

La poesía y la duda

La poesía y la duda se necesitan recíprocamente, coexisten como el roble y la hiedra, el perro y el gato. Pero su unión no es ni armónica ni simétrica. La poesía necesita la duda mucho más que la duda a la poesía. Gracias a la duda la poesía se purifica de la insinceridad retórica, de la palabrería, de la falsedad, de la logorrea juvenil y de la euforia vacía (que no de la verdadera). Sin la mirada severa de la duda, la poesía—sobre todo en nuestros tiempos lóbregos —podría degenerar en una canción sentimental, un canto exaltado pero estulto o una alabanza irreflexiva de cualquier forma del mundo.
Con la duda no pasa lo mismo. La duda rehúye la compañía de la poesía; la poesía es para ella un adversario peligroso. Diré más: una amenaza mortal. La poesía, incluso la trágica y oscura, siempre se eleva por encima de la duda y la aniquila, le quita la razón de ser. La duda enriquece y dramatiza la poesía, pero la poesía anula la duda o por lo menos la debilita tanto que los escépticos pierden la cabeza y cierran la boca o bien se convierten en artistas.
La duda es más inteligente que la poesía, ya que nos dice algo malicioso sobre el mundo, algo que sabíamos desde siempre, pero que no queríamos ver; pero la poesía excede los límites de la inteligencia, señalándonos lo que no podemos saber.
La duda es narcisista: lo contemplamos todo críticamente, incluso a nosotros mismos, y tal vez nos sintamos aliviados. En cambio, la poesía da muestras de confianza en el mundo, nos saca con fuerza de la escafandra demasiado estrecha del yo, cree en la posibilidad de que la belleza exista y en su dimensión trágica.
La controversia entre la poesía y la duda no tiene nada que ver con el debate superficial entre el optimismo y el pesimismo.
El gran drama del siglo XX creó dos tipos de mentalidad: la resignada y la inquisidora. La duda es la poesía de los resignados. En cambio, la poesía es una búsqueda y un interminable peregrinaje.
La duda es un túnel; la poesía, una espiral.
El gesto preferido de la duda es el de cerrar, y el de la poesía, el de abrir.
La poesía ríe y llora; la duda ironiza.
La duda es la embajadora plenipotenciaria de la muerte y su sombra más larga y más graciosa; la poesía corre hacia un fin desconocido.
Por qué uno elige la poesía y otro la duda no lo sabemos y no lo sabremos jamás. No sabemos por qué uno nace Cioran y otro Milosz.

en Defensa del fervor

Poezja i wątpienie

Poezja i wątpienie potrzebują siebie nawzajem, współżyją ze sobą jak dąb i bluszcz, jak pies i kot. Ale ich związek nie jest ani harmonijny, ani symetryczny. Poezja potrzebuje wątpliwości dużo bardziej niż wątpliwość poezji. Dzięki wątpieniu poezja oczyszcza się – z retorycznej nieszczerości, z gadulstwa, z fałszu, z młodzieńczego rozgadania, z pustej euforii (nie z euforii prawdziwej). Pozbawiona surowego spojrzenia wątpliwości poezja – zwłaszcza w naszych ciemnych czasach – mogłaby się łatwo wyrodzić w sentymentalną piosenkę, w egzaltowaną ale niemądrą pień, w bezmyślną pochwałę każdej postaci świata.
Inaczej z wątpliwością: ucieka ona od towarzystwa poezji; poezja jest dla niej groźnym przeciwnikiem, ba, więcej, śmiertelnym zagrożeniem. Poezja, nawet tragiczna, ciemna, zawsze wyrasta ponad wątpliwość, unicestwia ją, odbiera jej rację bytu. Wątpienie wzbogaca i udramatycznia poezję, ale poezja likwiduje wątpliwość – albo przynajmniej osłabia ją tak bardzo, że sceptycy tracą głowę i milkną, lub też zamieniają się w artystów.
Wątpliwość jest inteligentniejsza od poezji, jako że mówi nam o świecie coś złośliwego, coś, co zawsze wiedzieliśmy, lecz ukrywaliśmy przed sobą; poezja jednak przekracza inteligencję, wskazując na to, czego nie możemy wiedzieć.
Wątpliwość jest narcystyczna: patrzymy na wszystko, także na nas samych, krytycznie – być może przynosi nam to ulgę. Poezja natomiast okazuje zaufanie światu, wyrywa nas z ciasnego skafandra naszego ja, wierzy w możliwość istnienia piękna i w jego tragiczność.
Spór poezji z wątpliwością nie ma nic wspólnego z płytką debatą optymizmu i pesymizmu.
Wielki dramat XX wieku sprawił, że mamy obecnie do czynienia z dwoma rodzajami umysłów: z umysłem zrezygnowanym i z umysłem poszukującym. Wątpliwość jest poezją zrezygnowanych. Poezja natomiast jest poszukiwaniem, wędrówką bez końca.
Wątpliwość jest tunelem, poezja – spiralą.
Ulubionym gestem wątpliwości jest zamykanie, poezji -. otwieranie.
Poezja śmieje się i płacze, Wątpliwość ironizuje.
Wątpliwość jest ambasadorem pełnomocnym śmierci, najdłuższym i najdowcipniejszym jej cieniem; poezja biegnie w stronę nieznanego celu.
Dlaczego kto wybiera poezję, a kto inny – wątpliwość, tego nie wiemy i nie będziemy wiedzieli. Nie wiemy, dlaczego kto jest Cioranem, a kto Miłoszem

w Obrona żarliwości

Denise Levertov

1923-1997, Inglaterra/Estados Unidos

Trad. Lisa Rose Bradford

Los mudos

Esos gruñidos que los hombres usan 
al cruzarse con una mujer en la calle 
o en la escalera del subte

para decirle que es hembra
y que su carne lo reconoce,

¿son una especie de melodía,
un canto algo feo, cantado
por un pájaro de lengua partida

pero lanzados en pos de música?

¿O son rugidos asfixiados
de un sordomudo atrapado en un edificio
que lentamente se llena de humo?

Ambos, tal vez.

Esos hombres por lo general
no parecen ser capaces de hacer más que gemir,
sin embargo, una mujer, a pesar de sí misma,

sabe que le rinden homenaje:
si careciera de toda gracia
pasarían en silencio:
entonces no es sólo para decirle que ella es
un cálido agujero. Es una palabra

en lengua-pena, nada que ver con lo
primitivo o una lengua-prima;
una lengua magullada, contagiada, precipitada

hacia la decrepitud. Ella quisiera
deshacerse del homenaje, dis-
gustada, y no puede,

sigue zumbando en sus oídos,
cambia el ritmo de su andar, 
los afiches rotos en un pasillo vacío

le hacen eco,
rechinan con el estertor del tren que arriba.
Su pulso reticente

se acelera,
pero bajan de velocidad los vagones
y se sacuden al detenerse mientras su comprensión

sigue traduciendo:
“vida tras vida tras otra vida pasa

sin poesía,
sin decoro,
sin amor.”

Tłum. Czesław Miłosz

Głuchoniemi

Te chrząknięcia mężczyzn
kiedy mijają kobietę
na ulicy albo przy wejściu do metra.

mające jej powiedzieć, że pleć jej żeńska,
i że ich ciało wic o tym,

czy są rodzajem melodii,
brzydką pieśnią śpiewaną
przez ptaka z rozciętym językiem,

choć miała być muzyką?

Albo stłumionym rykiem
głuchoniemych zamkniętych w budynku,
ktory wypełnia się dymem?

Pewnie i jedno i drugie.

Zdaje się, że tak chrząkać
to wszystko, co mogą zrobić,
ale kobieta, wbrew sobie

wie, że to wyraz hołdu,
gdyby nie to, że ma wdzięk
minęliby ją milcząc.

Bo jednak nie tylko jej mówią,
że jest ciepłą dziurką. To pomruk
żalu, nic prymitywna
mowa jaskini. Język pokorny,
pobity, niezdarny,

w rozkładzie. Ona chciałaby
odrzucić ten hołd, który ją brzydzi
i nie może.

Idzie, a to brzęczy jej w uchu,
zmienia rytm jej kroków. Podarte plakaty
w dudniących korytarzach

powtarzają to, i to zgrzyta, dygoce
kiedy nadjeżdża pociąg.
Nagle jej puls

przyśpiesza, ale wagony
zwalniają i już przystanek,
kiedy jej zrozumienie

tłumaczy ten dźwięk na słowa:
życie, jedno po drugim, mija

bez poezji,
bez urody,
bez miłości.


Robert Doisneau, Le Muguet du Métro, 1953.

The mutes

Those groans men use
passing a woman on the street
or on the steps of the subway

to tell her she is a female
and their flesh knows it,

are they a sort of tune,
an ugly enough song, sung
by a bird with a slit tongue

but meant for music?

Or are they the muffled roaring
of deafmutes trapped in a building that is
slowly filling with smoke?

Perhaps both.

Such men most often 
look as if groan were all they could do,
yet a woman, in spite of herself,

knows it’s a tribute:
if she were lacking all grace
they’d pass her in silence:

so it’s not only to say she’s
a warm hole. It’s a word

in grief-language, nothing to do with
primitive, not an ur-language;
language stricken, sickened, cast down

in decrepitude. She wants to
throw the tribute away, dis-
gusted, and can’t,

it goes on buzzing in her ear,
it changes the pace of her walk,
the torn posters in echoing corridors

spell it out, it
quakes and gnashes as the train comes in.
Her pulse sullenly

had picked up speed,
but the cars slow down and
jar to a stop while her understanding

keeps on translating:
‘Life after life after life goes by

without poetry,
without seemliness,
without love.’

W. S. Merwin

1927-2019, EE. UU

Trad. Sandra Toro

Luz resonante

Cuando estaba aprendiendo a leer, me imaginaba
que los puentes tenían algo que ver con los pájaros
y con lo que parecían ser jaulas, pero yo sabía
que no eran, debió haber sido otoño
cuando la luz polvorienta destellaba desde los cables del tranvía
y esos lugares anaranjados se incendiaban en las imágenes
De hecho ahora es otoño días claros
no lejos del mar con un viento leve que husmea
el pasto seco que ayer era verde
el maíz vacío parado temblando y un plumón
de flores fantasma velando los campos anónimos
y en todas partes hay colores de los que no puedo
apartar la vista, rojos incluso los arroyos anchos
el rojo es la estación de los pájaros que migran
que vuelan de noche sintiendo cómo gira la tierra
abajo y yo me desperté en la ciudad al oír
las notas del canto del chorlito una y otra vez
antes de dormirme y allí lejos, río abajo
resonando en grupo cerca de la costa
los puentes más largos abrieron sus delicadas alas.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Echo światła

Kiedy uczyłem się czytać wyobrażałem sobie
że mosty łączy coś z ptakami
i upodabnia je do klatek choć wiedziałem
że nimi nie są to chyba było jesienią
pełne pyłu światło rozbłyskiwało nad trakcjami tramwajów
i te pomarańczowe miejsca płonęły na obrazach
teraz w rzeczy samej jest jesień jasne
dni w pobliżu morze lekki wiatr węszy
nad suchymi trawami zielonymi wczoraj
pusta kukurydza stoi trzęsąc się a puch
widmowych kwiatów przysłania zapomniane pola
i wszędzie barwy od których nie mogę oderwać
oczu, czerwień nawet na szerokich strumieniach
czerwień jest porą odlatujących ptaków
lecących nocą czujących obracającą się ziemię
pod sobą i obudziłem się w mieście słysząc
śpiewy sieweczki raz za razem
zanim zasnąłem a tam w oddali nad rzeką
gromadząc się razem odbijając się przy brzegu
najdłuższe mosty rozpostarły swoje smukłe skrzydła.

Echoing light

When I was beginning to read I imagined
that bridges had something to do with birds
and with what seemed to be cages but I knew
that they were not cages it must have been autumn
with the dusty light flashing from the streetcar wires
and those orange places on fire in the pictures
and now indeed it is autumn the clear
days not far from the sea with a small wind nosing
over dry grass that yesterday was green
the empty corn standing trembling and a down
of ghost flowers veiling the ignored fields
and everywhere the colors I cannot take
my eyes from all of them red even the wide streams
red it is the season of migrants
flying at night feeling the turning earth
beneath them and I woke in the city hearing
the call notes of the plover then again and
again before I slept and here far downriver
flocking together echoing close to the shore
the longest bridges have opened their slender wings

Emil Cioran

1911-1995, Rumanía

Trad. Rafael Panizo

Melancolía

La desproporción entre la infinitud del mundo y la finitud del ser humano es un motivo grave de desesperación; sin embargo, cuando se la considera con una perspectiva onírica —como en los estados melancólicos— deja de ser torturadora, pues el mundo adquiere una belleza extraña y enfermiza. El sentido profundo de la soledad implica una suspensión del hombre en la vida —un hombre atormentado, en su aislamiento, por el pensamiento de la muerte. Vivir solo significa no pedirle ya nada a la vida, no esperar ya nada de ella. La muerte es la única sorpresa de la soledad. Los grandes solitarios no se aislaron nunca con el fin de prepararse para la vida, sino, por el contrario, para esperar, resignados, su desenlace. Imposible traer de los desiertos y de las grutas un mensaje para la vida. ¿Acaso no condena ésta, en efecto, a todas las religiones cuyos orígenes se sitúan en ellos? ¿No hay acaso en las iluminaciones y las transfiguraciones de los grandes solitarios una visión del final y del hundimiento, opuesta a toda idea de aureola y de resplandor?
El significado de la soledad de los melancólicos, mucho menos profunda, llega a adoptar, en ciertos casos, un carácter estético. ¿No se habla de melancolía dulce y voluptuosa? La propia actitud melancólica, por su pasividad y su desapego, ¿no está teñida de esteticismo?
La actitud del esteta frente a la vida se caracteriza por una pasividad contemplativa que goza de lo real según las exigencias de la subjetividad, sin normas ni criterios, y que convierte al mundo en un espectáculo al que el ser humano asiste pasivamente. La concepción “espectacular” de la vida elimina lo trágico y las antinomias inmanentes a la existencia, las cuales, una vez reconocidas y experimentadas, nos hacen aprehender, en un doloroso vértigo, el drama del mundo. La experiencia de lo trágico supone una tensión inconcebible para un diletante, pues nuestro ser se implica en ella total y decisivamente, hasta el punto de que cada instante deja de ser una impresión para convertirse en un destino. Presente en todo estado estético, el ensueño no constituye el elemento central de lo trágico. Ahora bien, lo que de estético hay en la melancolía se manifiesta precisamente en la tendencia al ensueño, a la pasividad y al encanto voluptuoso. Sus aspectos multiformes nos impiden, sin embargo, considerar íntegramente la melancolía como un estado estético. ¿Acaso no es muy frecuente en su forma sombría?
Pero, ¿qué es, en primer lugar, la melancolía suave? ¿Quién non conoce la extraña sensación de placer que se experimenta en las tardes de verano, cuando nos abandonamos a nuestros sentidos olvidando toda problemática definida y el sentimiento de una eternidad serena procura al alma un sosiego extraordinario? Parece entonces que todas las preocupaciones de este mundo y las incertidumbres espirituales son reducidas al silencio, como ante un espectáculo de una belleza excepcional, cuyos encantos volverían todo problema inútil. Más allá de la agitación, de la confusión y de la efervescencia, un ánimo tranquilo saborea, con una voluptuosidad reservada, todo el esplendor del ambiente. Entre los elementos esenciales de los estados melancólicos figuran la tranquilidad, la ausencia de una intensidad particular, la nostalgia, parte integrante de la melancolía, explica también esa ausencia de intensidad específica. Si a veces la nostalgia persiste, nunca tiene, sin embargo, suficiente intensidad para provocar un sufrimiento profundo.

en Las cimas de la desesperación (1934)

Fotogramas de Melancholia de Lars von Trier

Tłum. Ireneusz Kania

Melancholia

Rozziew między nieskończonością świata a skończonością człowieka jest istotnym powodem rozpaczy. Gdy jednak spoglądamy na tę dysproporcję z perspektywy marzenia, jak to się dzieje w stanach melancholicznych, przestaje ona być torturą, świat bowiem ukazuje się ubrany w dziwne, chorobliwe piękno. Głębokie odczucie samotności prowadzi do zawieszenia człowieka w życiu, w tej zaś izolacji nawiedza go niepokojąca myśl o śmierci. Żyć w osamotnieniu znaczy niczego już nie żądać i nie oczekiwać od życia. Jedyną niespodzianką osamotnienia jest śmierć. Wielcy samotnicy nigdy nie usuwali się ze świata, aby przygotować się do życia, lecz by z rezygnacją i skupieniem znosić wygasanie życia w sobie. Z pustkowi i grot nie mogą wychodzić przesłania dla życia. Czyż wszystkie religie, jakie zrodziły się na pustyniach, nie potępiają życia? I czyż w iluminacjach i transfiguracjach wielkich samotników nie ma apokaliptycznych wizji końca i ruiny? Brak w nich za to aureoli blasku i triumfu.
Samotność melancholików ma sens o wiele mniej głęboki; nieraz nosi ona charakter li tylko estetyczny. Czyż nie mówi się o słodkiej melancholii, o melancholii rozkosznej? A czy sama postawa melancholiczna nie ma — skutkiem swej pasywności i dystansu — zabarwienia estetycznego?
Postawa estetyczna wobec życia cechuje się kontemplacyjną pasywnością, która, nie kierując się żadną normą ani kryterium, smakuje z życia wszystko to, co najsubiektywniej jej odpowiada. Świat uważany jest za spektakl, człowiek zaś — za widza, przyglądającego się biernie takim czy innym procesom. Koncepcja życia jako widowiska eliminuje tragizm i antynomie przyrodzone istnieniu, które, gdy je uznasz i odczujesz, chwytają cię w bolesny wir dramatu świata. Doświadczenie tragiczności zakłada napięcie tak wielkie, że postawa estetyczna nawet nie potrafi go przeczuć. W tragiczności intensywne uczestnictwo w całej treści naszego bytu nabiera takiej wagi, że każda chwila staje się kwestią przeznaczenia, podczas gdy w przypadku postawy estetycznej jest to tylko kwestia wrażenia. Tragiczność nie zawiera rozmarzenia jako elementu centralnego, bez którego nie może się obejść żaden stan estetyczny. Aspekt estetyczny melancholii przejawia się w tendencji do pasywności, rozmarzenia i rozkosznych zachwyceń. To, że nie można jej utożsamić bez reszty ze stanem estetycznym, wynika z rozmaitości jej aspektów. Czyż nie spotyka się często czarnej melancholii?
Ale czym przede wszystkim jest słodka melancholia? Któż z nas nie zna dziwnej przyjemności, jaka owłada nami w letnie popołudnie, gdy pozwalamy się ogarniać doznaniom właściwie bezprzedmiotowym i gdy przenika nas odczucie jakiejś pogodnej wieczności, w której ładzą się i godzą wzajemnie najbardziej nieoczekiwane przeciwieństwa? Jest to tak, jak gdyby wszystkie troski tego świata i wszelkie nasze duchowe rozterki nagle oniemiały wobec urzekająco pięknego widowiska, którego czar pozbawia znaczenia wszelkie problemy. Jesteśmy poza wszelkim zamętem, wzburzeniem i rozpłomienieniem, napawamy się w ukojeniu, acz powściągliwie, wspaniałością przepysznego widoku. Zasadniczym rysem stanów melancholicznych jest spokój, brak jakiegoś specjalnego napięcia. Brak ten tłumaczy się również uczuciem żalu, obecnym w strukturze melancholii. Żal, chociaż może być uporczywy, nigdy nie jest tak intensywny, by wywołać głębokie cierpienie.

W Na szczytach rozpaczy (1934)

Cuadro de Z. Beksiński

Transl. Ilinca Zarifopol-Johnston

Melancholy

The disparity between the world’s infinity and man’s finitude is a serious cause for despair; but when one looks at this disparity in states of melancholy, it ceases to be painful and the world appears endowed with a strange, sickly beauty. Real solitude implies a painful intermission in man’s life, a lonely struggle with the angel of death. To live in solitude means to relinquish all expectations about life. The only surprise in solitude is death. The great solitaries retreated from the world not to prepare themselves for life but, rather, to await with resignation its end. No messages about life ever issue forth from deserts and caves. Haven’t we proscribed all religions that began in the desert? All the illuminations and dreams of the great solitaries reveal an apocalyptic vision of downfall and the end rather than a crown of lights and triumphs.
The solitude of the melancholic man is less profound. It even has sometimes an esthetic character. Don’t we talk of sweet melancholy or of voluptuous melancholy? Melancholy is an esthetic mood because of its very passivity.
The esthetic attitude toward life is characterized by contemplative passivity, randomly selecting everything that suits its subjectivity. The world is a stage, and man, the spectator, passively watches it. The conception of life as spectacle eliminates its tragic element as well as those antinomies which drag you like a whirlwind into the painful drama of the world. The esthetic experience, where each moment is a matter of impressions, can hardly surmise the great tensions inherent in the experience of the tragic, where each moment is a matter of destiny. Dreaminess, central to all esthetic states, is absent from tragedy. Passivity, dreaminess, and voluptuous enchantment form the esthetic elements of melancholy. Yet, due to its multifarious forms, it is not purely esthetic. Black melancholy is also fairly frequent.
But first, what is sweet melancholy? On summer afternoons haven’t you experienced that sensation of strange pleasure when you abandon yourself to the senses without any special thought and when intimations of serene eternity bring an unusual peace to your soul? It is as if all worldly worries and all spiritual doubts grow dumb in front of a display of overwhelming beauty, whose seductions render all questions superfluous. Beyond turmoil and effervescence, a quiet existence enjoys the surrounding splendor with discreet voluptuousness. Calm, the absence of intensity of any kind, is essential to melancholy. Regret, also inherent in melancholy, expands its lack of intensity. But though regret may be persistent, it is never so intense as to cause deep suffering.

In On Heights of Despair (1934)

Rafael Fombellida

1959 – , España

Nadadores

En el lago mi hijo es una cuerda atirantada.
Hemos nadado juntos hasta que mis pulmones se han abierto
y dejado escapar su poco hálito. Lo veo regresar suculento y desnudo
desde la orilla en donde espero. La tiniebla escarlata del crepúsculo
encapota mi piel abandonada a un húmedo estremecimiento.
Cuánto detesto esta rojez de gasa adherida a una honda cortadura.
A mi lado, mi hijo está secándose envuelto en esta luz color fresón maduro.
Silba Lady Tonight, se tiende soberano sobre el entarimado
y remece sus sólidos tobillos en la maraña tosca de las plantas acuáticas.
Me habla con mi voz, pero su idioma no es mi lengua muerta, es un desperdigarse
suelto, vivaz, sincero lo mismo que un galope de caballo.
Soy el padre de un hombre, un hombre grave, meditativo, oculto,
que se gobierna con pericia mientras cabe pensar
que su mano, ya enorme, clausurará mis párpados como se sella un ataúd de plomo.
Su cuerpo se ha acostado bajo la vena cárdena del cielo.
Miro su trazo hermoso, la cabellera untada con arcilla de un ocaso granate.
El braceó más lejos con mi salud, mi fuerza, mi enconada constancia,
y se reclina ufano como un bárbaro después de violentar a sus mujeres.
Es la masa engreída que yo amo con el temple del nadador de fondo.
Es el rival que aguarda mi ahogamiento con el bravo estupor del aspirante.
Ocupa mi lugar porque es su padre joven, prematuro,
inconsciente de toda dentellada del tiempo. Disfruto esa codicia
de converger conmigo, arriesgada ambición de parecérseme.
Miro el milagro de su mocedad. La atmósfera bermeja
de la última hora da a su pecho el impulso de un incendio.
Ha cerrado los ojos. Silabea sin ganas Love, hate, love.
Despreocupado, ajeno. Sólo espera que el púrpura del aire
me desintegre. Adoro el esplendor de su avidez.

Foto de Mohamed Nohassi

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pływacy

W jeziorze mój syn jest napiętą struną.
Pływaliśmy razem aż otwarły się moje płuca
i pozwoliły ujść nikłemu tchnieniu. Z brzegu, gdzie czekam
patrzę, jak wraca soczysty i nagi. Szkarłatny mrok zmierzchu
okrywa płaszczem moją skórę opuszczoną na wilgotnym dreszczu.
Jakże nie znoszę tej czerwieni gazy przywartej do głębokiej rany.
Tuż obok mój syn wyciera się otulony tym światłem koloru dojrzałej truskawki.
Gwiżdże Lady Tonight, kładzie się władczy na deskach
i mąci masywnymi kostkami zmierzwioną gmatwaninę wodnych roślin.
Mówi do mnie moim głosem, ale jego język nie jest moim martwym językiem, to rozpierzchiwanie się nieokiełznane, rzutkie, szczere niczym koński galop.
Jestem ojcem mężczyzny, mężczyzny poważnego, skłonnego do kontemplacji, skrytego,
który umiejętnie steruje życiem podczas gdy wypada pomyśleć,
że jego dłoń, ogromna już, przysłoni moje powieki tak jak się zamyka ołowianą trumnę.
Jego ciało położyło się pod fioletową żyłą nieba.
Patrzę na jago piękny zarys, włosy powleczone glinką wiśniowego zmierzchu.
Jego rozwarte ramiona dotarły dalej mając moje zdrowie, moją siłę, zażartą wytrwałość,
a on rozkłada się teraz jak zaspokojony barbarzyńca po zniewoleniu swoich kobiet.
Jest próżną materią, którą kocham z wytrwałością długodystansowego pływaka.
Jest rywalem, który czeka aż utonę ze śmiałym zdumieniem aspiranta.
Zajmuje moje miejsce, bo jego ojciec jest młody, przedwczesny,
nieświadomy działania zęba czasu. Czerpię przyjemność z tej żądzy
zbiegnięcia się ze mną, ryzykownej ambicji upodobnienia się do mnie.
Spoglądam na cud jego młodzieńczych lat. Bordowa atmosfera
ostatniej godziny przelewa na jego pierś podnietę płomieni.
Przymknął oczy. Pogwizduje leniwie Love, hate, love.
Beztroski, nieznany. Czeka tylko aż purpura powietrza
mnie unicestwi. Uwielbiam blask jego zachłanności.

Rafael Fombellida

1959 – , España

Sólo una vez

Los había llevado hasta la iglesia. Mujeres afligidas,
criaturas impúberes, paisanos con camisa y sin aperos
por unas horas. Se juntaron al grueso del rebaño.
Arranqué el coche y proseguí. Un despuntar en flor acariciaba
el destello de la carrocería. La luz caía en vetas transversales,
absorbía las cosas y las atesoraba como una laja de ámbar.
Inmadura la fronda, titilaban los sauces
como las campanillas de algún ceremonial.
Cada sombra filtraba un hilo de concordia, devolvía a las formas
el naciente propósito de ser imaginadas.
Se deslizaba el auto lo mismo que un patín rasgando el hielo,
como nuestra cuchilla al afeitarnos.
No estaba Dios, de acuerdo,
pero reconocía la belleza que pudo haber creado,
esa bondad visible de la que vino y pan son también atributo.
Ellos callaban dentro, en la penumbra
de la oración. Mis hijos sacudiendo la cabeza de sueño,
mi esposa preocupándose por el fatal destino de mi espíritu.
Y quizá recibieran la comunión ahora, y solemnes posaran
la santa oblea en su paladar, y acunaran desnudo
y húmedo a Jesús igual que al pez arco iris de su acuario.
No estaba Él, de acuerdo. Nadaba en la saliva
de los niños, en la garganta atribulada de ella.
Fuera brotaba todo bajo una irrebatible claridad.
En el coche elevaba mi inocente plegaria a las alturas,
intuía en su ascenso el esbelto humear de una fogata.
«Quisiera ser eterno
como los dones terrenales», esa
era mi rogativa.
Y el susurro plateado del aire en el ramaje
del fresno, el revolar violento de la tórtola,
el galope del agua perseguida
por un salvaje sol; aquello que encendía
esa rubia mañana del planeta,
podría haberse dado Dios por nombre
sólo una vez, un absoluto instante.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Raz tylko

Zawiozłem ich do kościoła. Przygnębione kobiety,
małoletnie istoty, rolnicy w koszulach i bez narzędzi
na kilka godzin. Zebrała się cała trzódka.
Włączyłem silnik i ruszyłem dalej. Jaśniejący dzień gładził
refleksy karoserii. Światło padało poprzecznymi pręgami,
chłonęło przedmioty i zatapiało je w sobie jak w bryłkach bursztynu.
Wciąż nierozwinięte listki, migotały wierzby
jak dzwonki w trakcie ceremonii.
Każdym cieniem sączyła się stróżka harmonii, cień zwracał formom
rodzącą się intencję bycia wymyślonymi.
Auto prześlizgiwało się niczym łyżwa zarysowująca lód,
jak nasza żyletka przy goleniu.
Boga nie było, zgoda,
ale rozpoznawałem piękno, które mógł stworzyć,
tę widoczną dobroć, której chleb i wino są również atrybutami.
Wewnątrz oni zaś milczeli, w półmroku
modlitwy. Moje dzieci potrząsające głowami by odpędzić sen,
moja żona zamartwiająca się fatalnym końcem mojej duszy.
Zapewne właśnie przystępowali do komunii, uroczyści, zatrzymywali
opłatek święty na podniebieniu, kołysząc do snu Jezuska
nagiego i wilgotnego niczym tęczową rybkę z ich akwarium.
Nie było Go, zgoda. Pływał w ślinie
dzieci, w jej strapionym gardle.
Na zewnątrz wszystko rozkwitało zalane niebywałą jasnością.
W samochodzie zanosiłem na wysokości moje niewinne błagania,
i wyczuwałem w ich wznoszeniu smukłe tlicie się ogniska.
„Chciałbym być wieczny
jak ziemskie talenty”, taka
była moja modlitwa.
I rozsrebrzonemu szelestowi powietrza wśród gałęzi
jesionu, gwałtownemu trzepotowi skrzydeł turkawki,
galopowi prześladowanej
przez słońce wody; temu co wzniecało
ten płowy poranek planety,
można byłoby dać Bóg na imię
ale raz tylko, w absolutnej chwili.