Joseph Brodsky

1940-1996, Rusia/EE. UU

Trad. Horacio Vázquez Rial

Joseph Brodsky volvía a Venecia cada año durante diecisiete inviernos y sobre la que escribió un mosaico de 51 secuencias breves en el libro Marca de agua, probablemente su mejor ensayo. A pesar de haber muerto en Nueva York en 1996, volvió su cuerpo a Venecia donde fue enterrado en el cementerio de San Miquele.

Marca de agua

La luz de invierno en esta ciudad! Tiene la extraordinaria propiedad de aumentar el poder de resolución del ojo hasta el pun­to de la precisión microscópica: la pupila, especialmente cuando es de la variedad gris o mostaza-y-miel, humilla a cualquier lente Hasselblad y perfecciona los recuerdos posteriores, proporcio­nándoles una nitidez de National Geographic. El cielo es de un azul brillante; el sol, cuya dorada apariencia pasa bajo el pie de San Giorgio, se deja ir por encima de las incontables escamas de los in­quietos rizos de la laguna; detrás, bajo las colum­natas del Palazzo Ducale, un grupo de hombres bajos y robustos con chaquetas de piel aceleran su interpretación de Eme kleine Nachtmusik, sólo para uno, hundido en la silla blanca y mirando de soslayo los exasperantes gambitos de las palomas sobre el tablero de ajedrez de un vasto campo. El café del fondo de la taza es el único punto negro en, se percibe, un radio de kilómetros. Así son los mediodías aquí. Por la mañana, esta luz enfrenta tu ventana y, habiéndote abierto el ojo como una concha, corre ante ti, pasando sus largos rayos -como un escolar con prisa que hace sonar su bastón a lo largo de la verja metálica de un parque o un jardín- a lo largo de arcadas, columnatas, chime­neas de ladrillo, santos y leones. «¡Pinta! ¡Pinta!», te grita, tomándote equivocadamente por un Canaletto o un Carpaccio o un Guardi, o porque no confía en la capacidad de tu retina para retener lo que te ofrece, por no hablar de la capacidad de tu cerebro para absorberla. Tal vez lo último explique lo primero. Tal vez el arte no sea más que una reac­ción del organismo contra sus limitaciones retenti­vas. En cualquier caso, obedeces la orden y coges tu cámara, para complementar tus células cerebra­les y tu pupila. Si esta ciudad tuviese alguna vez es­casez de dinero, podría acudir directamente a la Kodak en busca de ayuda, o gravar sus productos salvajemente. Igualmente, mientras este lugar exis­ta, mientras la luz de invierno brille sobre ella, las acciones de Kodak son la mejor inversión.

A la puesta de sol, todas las ciudades pa­recen maravillosas, pero unas más que otras. Los relieves se hacen más flexibles, las columnas más rotundas, los capiteles más riza­dos, las cornisas más resueltas, las agujas más níti­das, las hornacinas más hondas, los apóstoles pare­cen mejor vestidos y los ángeles más leves. En las calles, cae la oscuridad, pero aún es de día para la Fondamenta y ese gigantesco espejo líquido en que las motoras, los vaporetti, las góndolas, los botes y las barcazas, «como viejos zapatos cedidos», piso­tean cuidadosamente las fachadas barrocas y góti­cas, sin ahorrarse tampoco el reflejo del espectador o de una nube pasajera. «¡Píntalo!», susurra la luz de invierno, detenida por el muro de ladrillo de un hospital o al llegar a su casa, en el paraíso del frontone de San Zaccaria, tras su largo tránsito por el cosmos. Y se siente la fatiga de esta luz cuando descansa en las conchas de mármol de Zaccaria duran­te cerca de una hora más, mientras la tierra le pone la otra mejilla a la luminaria. Es la luz de invierno en toda su pureza. No lleva calor ni energía, se ha desprendido de ellas y las ha dejado atrás, en algún lugar del universo, o en los cúmulos próximos. La única ambición de sus partículas es alcanzar un ob­jeto y hacerlo, grande o pequeño, visible. Es una luz privada, la luz de Giorgione o de Belhni, no la luz de Tiépolo o de Tintoretto. Y la ciudad per­siste en ella, saboreando su contacto, la caricia del infinito del que procede. Un objeto, en definitiva, es lo que hace del infinito algo privado.

(…) En este sitio, se puede verter una lágrima en varias ocasiones. Admitiendo que la belleza es la distribución de la luz en la forma que más congenie con nuestra retina, una lágrima es una confesión de la incapacidad de la retina, así como también de la lágrima, para retener la belleza.

Fotogramas de Las alas de la paloma de de Iain Softley (1997). Adaptación de la novela homónima de Henry James.

Tłum. Stanisław Barańczak   

Znak wodny

Zimowe światło w tym mieście! Posiada nadzwyczajną właściwość potęgowania w oku ostrości obrazu, aż osiąga ono precyzję mikroskopu — źrenica, szczególnie okolona przez tęczówkę należącą do odmiany szarej albo musztardowo−miodowej, jest w stanie zawstydzić soczewkę każdej kamery Hasselbladt i widokom wywoływanym później jako odbitki wspomnień nadaje ostrość jakby rodem z „The National Geographic”. Niebo jest orzeźwiająco niebieskie; słońce, umykając przed swoim złotym odwzorowaniem u stóp San Giorgio, posuwa się długim szusem nad niezliczonymi rybimi łuskami chlupoczących drobnych fal laguny; za nami, pod kolumnadami Palazzo Ducale, gromadka krępych jegomości w pelisach rzępoli na cały gaz Eine Kleine Nachtmusik, specjalnie dla nas, którzy spoczywamy obwiśle na białym krzesełku i przymrużonymi oczyma przypatrujemy się irytującym gambitom gołębi na szachownicy rozległego campo. Resztka espresso na dnie naszej filiżanki stanowi jedyny punkcik czerni w promieniu- jak nam się wydaje- wielu mil. Takie są tutejsze popołudnia. O poranku światło to napiera na nasze szyby, podważa nam powieki, jakby otwierało muszle, i kiedy już tego dokona, ciągnie nas za sobą na dwór: biegnie, trącając długimi promieniami — jak rozpędzony uczniak, przejeżdżający patykiem po żelaznych prętach ogrodzenia parku czy ogrodu — struny arkad, kolumnad, kominów z czerwonej cegły, świętych i lwów. „Odmaluj to! Odmaluj!” — nawołuje, albo biorąc nas pomyłkowo za jakiegoś Canaletta, Carpaccia czy Guardiego, albo dlatego, że nie ufa zdolności naszej siatkówki do zatrzymania i naszego mózgu do wchłonięcia tego, co ono, światło, nam udostępnia. Może ta druga niezdolność jest wytłumaczeniem pierwszej. Może obie są synonimami. Może sztuka jest po prostu reakcją organizmu przeciw ograniczeniom jego zdolności do zatrzymywania, zachowywania. Okazujemy w każdym razie posłuszeństwo wezwaniu i łapiemy aparat fotograficzny, ten suplement do naszych komórek mózgowych i zarazem naszej źrenicy. […]

O zachodzie słońca wszystkie miasta wyglądają prześlicznie, ale niektóre bardziej niż inne… W uliczkach zapada ciemność, lecz trwa jeszcze światło dzienne dla Fondamente i dla tego gigantycznego płynnego lustra […]. „Odmaluj to”, szepcze zimowe światło, rozpłaszczone o ceglany mur szpitala albo, po długiej podróży przez kosmos, trafiające prosto w cel, jakim jest raj fasady kościoła San Zaccaria. I wyczuwamy znużenie tego światła, gdy przez jakąś godzinę zażywa odpoczynku w marmurowych muszlach San Zaccaria, podczas gdy Ziemia powoli nadstawia bardziej od niej światłemu ciału niebieskiemu swój drugi policzek. Oto światło zimowe w stanie najczystszym. Nie niesie z sobą ciepła ani energii: pozbyło się już ich i pozostawiło za sobą, gdzieś we wszechświecie albo w pobliskim cumulusie. Jedyną ambicją cząsteczek tego światła jest dotrzeć do przedmiotu i — czy jest wielki czy mały — nadać mu widzialność. Jest to światło prywatne, światło Giorgione’a czy Belliniego, nie światło Tiepola czy Tintoretta. I miasto pławi się nim bez końca, delektując się jego dotknięciem, pieszczotą nieskończoności, z której światło przybyło. Przedmiot ostatecznie jest tym co czyni nieskończoność czymś prywatnym.

(…) Łzę można w tym mieście uronić z kilku różnych okazji. Jeśli założyć, że piękno jest taką dystrybucją światła, która najbardziej odpowiada naszej siatkówce, łza jest formą przyznania się do niemożności zatrzymania przez siatkówkę – a także przez samą łzę – tego piękna na stałe.

Watermark

The winter light in this city! It has the extraordinary property of enhancing your eye’s power of resolution to the point of microscopic precision—the pupil, especially when it is of the gray or mustard-and-honey variety, humbles any Hasselblad lens and develops your subsequent memories to a [National Geographic] sharpness. The sky is brisk blue; the sun, escaping its golden likeness beneath the foot of San Giorgio, sashays over the countless fish scales of the [laguna]’s lapping ripples; behind you, under the colonnades of the Palazzo Ducale, a bunch of stocky fellows in fur coats are revving up [Eine Kleine Nachtmusik], just for you, slumped in your white chair and squinting at the pigeons’ maddening gambits on the chessboard of a vast [campo]. The espresso at your cup’s bottom is the one black dot in, you feel, a miles-long radius. Such are the noons here. In the morning this light breasts your windowpane and, having pried your eye open like a shell, runs ahead of you, strumming its lengthy rays—like a hot-footed schoolboy running his stick along the iron grate of a park or garden—along arcades, colonnades, redbrick chimneys, saints, and lions. “Depict! Depict!” it cries to you, either mistaking you for some Canaletto or Carpaccio or Guardi, or because it doesn’t trust your retina’s ability to retain what it makes available, not to mention your brain’s capacity to absorb it. Perhaps the latter explains the former. Perhaps they are synonymous. Perhaps art is simply an organism’s reaction against its retentive limitations. At any rate, you obey the command and grab your camera, supplementing both your brain cells and your pupil. Should this city ever be short of cash, it can go straight to Kodak for assistance—or else tax its products savagely. By the same token, as long as this place exists, as long as winter light shines upon it, Kodak shares are the best investment.

At sunset all cities look wonderful, but some more so than others. Reliefs become suppler, columns more rotund, capitals curlier, cornices more resolute, spires starker, niches deeper, disciples more draped, angels airborne. In the streets it gets dark, but it is still daytime for the Fondaments and that gigantic liquid mirror where motorboats, vaporetti, gondolas, dinghies, and barges “like scattered old shoes” zealously trample Baroque and Gothic façades, not sparing your own or a passing cloud’s reflection either. “Depict it,” whispers the winter light, stopped flat by the brick wall of a hospital or arriving home at the paradise of San Zaccaria’s frontone after its long passage through the cosmos. And you sense this light’s fatigue as it rests in Zaccaria’s marble shell for another hour or so, while the earth is turning its other cheek to the luminary. This is the winter light at its purest. It carries no warmth or energy, having shed them and left them behind somewhere in the universe, or in the nearby cumulus. Its particles’ only ambition is to reach an object and make it, big or small, visible. It’s a private light, the light of Giorgione or Bellini, not the light of Tiepolo or Tintoretto. And the city lingers in it, savoring its touch, the caress of the infinity whence it came. An object, after all, is what makes infinity private.

(…) A tear can be shed in this place on several occasions. Assuming that beauty is the distribution of light in the fashion most congenial to one’s retina, a tear is an acknowledgment of the retina’s, as well as the tear’s, failure to retain beauty.

Charles Simic

1938 – , Serbia / EE. UU

Trad. Marcela María Raggio

Miedo

El miedo pasa de un hombre a otro
Sin saberlo,
Como una hoja pasa su temblor
A otra.

De pronto todo el árbol está temblando
Y no hay señales del viento.

Tłum. Stanisław Barańczak

Strach

Strach przechodzi z człowieka na człowieka
Bezwiednie,
Jak dreszcz, co udziela się liściom
Od innych liści.

I naraz całe drzewo drży,
A nie ma ani śladu wiatru.

Mi videopoema, adaptación de Miedo de Charles Simic

Fear

Fear passes from man to man
Unknowing,
As one leaf passes its shudder
To another.

All at once the whole tree is trembling
And there is no sign of the wind.

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia/EE.UU.

Trad. Ada Trzeciakowska

Vacío

Algún día yo sola entraré en ti, como una mano
en el Guante. Como él, planificaré tus
formas y movimientos. Y a través de tu piel
apenas notaré las arrugas del granito y grava.

Tú, tan deshabitado eres una morada para mí
-cien veces supuesta-; yo, tan ausente
en tus tenebrosos pasajes, rincones secretos,
en sus resonancias vacías, si tocas sordamente.

En las tinieblas aumentarme, multiplicarme en
cada dirección dentro de ti. Un día. Aún crees
que eres y un instrumento en su estuche.
Solo yo voy a ser tus palabras.

Laura Splan, Gloves (2009)

Pusty

Kiedyś ja sama w ciebie wejdę, niczym ręka
w Rękawiczkę. Jak ona, zaplanuję twoje
kształty i poruszenia. I przez twoją skórę
ledwie wyczuję żwir i popękany granit.

Ty, tak opustoszały pomieszczeniem dla mnie,
po stokroć przypuszczonej; ja, tak nieobecna
w twoich półmrocznych przejściach, zakamarkach tajnych,
w ich pustych odebrzmieniach, gdy uderzyć głucho.

W mroku rozszerzyć siebie, rozmnożyć na wszystkie
strony w tobie. Dopiero kiedyś. Jeszcze wierzysz,
żeś jest i instrumentem wewnątrz futerału.
To ja dopiero będę twoimi słowami.

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Agosto de 1988

Oft didst thou scan my verse, where if I misse
Henceforth I will impute the cause to this.
A fingers losse (I speake it not in sport)
Will make a verse a Foot too short.

Thomas Randolph
Este Agosto pasará a la historia de la meteorología
The Boston Globe

Este agosto va a pasar, ya ha pasado a la historia de mi cuerpo
como época de camisas húmedas, debajo de las que la piel no sabía,
si se condensaba sobre ella el sudor o la humedad récord del aire;
el tiempo cuando, mediante el azul del esmog, se burlaba de los pulmones la espejada superficie
de la Hancock Tower, elevada hoja de afeitar puesta de punta en medio de la ciudad;
cuando los oídos absorbían frescos, competentes sollozos de las sirenas, gomosa
del bochorno la calzada en Roxbury eternizaba la huella de los neumáticos de la ambulancia,
en cuyo interior un joven traficante de drogas,
alcanzado en la barriga con una serie de Uzi, se volvía gris bajo máscara de oxígeno,
corriendo hacia un destino banal, único, planeado por alguien;
mientras en los ojos, clavados en la pantalla, puntuados con la risa de la presentadora
ardían aviones en las pistas, brotaban de las ciudades fuegos artificiales,
amenazaba con la inundación el Ganges, apretaba las manos el candidato, parloteaba
un cómico en el anuncio de Toyota, incrementaban las huelgas en Polonia,
un dictador africano en las tribunas atemorizaba a las charreteras;
mientras que yo sobre una rodilla húmeda y desnuda traducía un epigrama del poeta
que hace tres siglos y medio se despedía de su dedo meñique,
cortado en una pelea de taberna; mientras que en cada segundo corrían
lánguidamente las aguas de los ríos, la sangre circulaba en mil millones de venas,
encima de aquel todo, si existía, velaba un tutor invisible
o solamente observador, no lo sé; el tiempo, cuando bajo el pie
se calcinaba la acera, los periódicos informaban de los residuos de hospital
encontrados en las playas, del cambio climático;
cuando agonizábamos, como siempre, en las catástrofes, de cáncer, de hambre;
cuando un día, en la ducha, dando vueltas a la pointe de la traducción,
modificada un sinfín de veces, elegí “…veo con no poca
pena:/ Tendré que dar por perdida mi propia mano”;
cuando encendíamos el aire acondicionado, batíamos otro récord,
nos desmayábamos durante las torturas, nos perseguía una melodía del cuarteto
e-moll de Mendelssohn, la mañana nos entregaba a la abierta
ventana del sol, de los buzones sacábamos cartas y postales,
nos disparaba la patrulla fronteriza, besábamos el delicado
velo en la nuca, las válvulas se abrían acompasadamente en el corazón,
cuando por cada momento y lugar se enhebraba el hilo del sentido,
que no queríamos averiguar, mientras en nuestras muñecas el dedo
cortado de Thomas Randolph escribía golpeando sordos acentos.

Fotografías de Philip-Lorca diCorcia

Sierpień 1988

Wystukiwałeś wierszy mych rytm; gdy w nim zbłądzę
Dziś, o kulawość strofy twoją śmierć posądzę:
Utrata palca (wybacz, że w żałobne smutki
Pcham kalambur) wiersz stworzy o stopę za krótki…

Thomas Randolph (1605-1635), “Na utratę małego palca”
Ten sierpień przejdzie do historii meteorologii.
The Boston Globe

Ten sierpień przejdzie, już przeszedł do historii mojego ciała
jako epoka mokrych koszul, pod którymi skóra nie wiedziała,
czy skrapla się na niej pot, czy rekordowa wilgotność powietrza;
czas, gdy przez błękit smogu drwiła z płuc zwierciadlana powierzchnia
Hancock Tower, wzniosłej żyletki postawionej na sztorc w środku miasta;
gdy uszy chłonęły chłodne, kompetentne łkanie syren, gumiasta
od upału jezdnia w Roxbury utrwalała ślad dotyku
opon karetki, a w środku młodociany handlarz narkotyków,
trafiony w brzuch serią z uzi, szarzał pod maską tlenową,
pędząc w banalny, jedyny los, jaki ktoś mu planował;
gdy w oczach, wpatrzonych w ekran, punktowane śmiechem spikerki
płonęły samoloty na pasach, wytryskały znad miast fajerwerki,
groził powodzią Ganges, ściskał dłonie kandydat, trajkotał
komik w reklamie Toyoty, narastała sytuacja strajkowa
w Polsce, afrykańsky dyktator na trybunie stroszył epolety;
gdy na gołym, wilgotnym kolanie tłumaczyłem fraszkę poety,
który trzy i pół wieku wcześniej żegnał swój mały palec,
ucięty w karczemnej bójce; gdy w każdej sekundzie ospale
toczyły się wody rzek, krew krążyła w miliardach krwiobiegów,
nad wszystkim, jeśli istniał, czuwał niewidzialny opiekun
lub tylko obserwator, nie wiem; czas, gdy pod stopą rozprażał
się chodnik, gazety pisały o znajdowanych na plażach
odpadkach ze szpitali, o przemianie w klimacie globu;
gdyśmy konali, jak zwykle, w katastrofach, na raka, z głodu;
gdy któregoś dnia, pod prysznicem, obracając w głowie zmienianą
bez końca pointę przekładu, wybrałem: “…widzę z niemałą
udręką: / Trzeba będzie na własny palec machnąć ręką”;
gdy włączaliśmy klimatyzację, biliśmy kolejny rekord,
mdleliśmy na torturach, prześladował nas motyw z kwartetu
e-moll Mendelssohna, poranek powierzał nas otwartemu
oknu słońca, ze skrzynek wyjmowaliśmy listy i kartki,
strzelał do nas patrol graniczny, całowaliśmy delikatny
puch na karku, zastawki otwierały się miarowo w sercu,
gdy przez każdy moment i miejsce przewlekała się nitka sensu,
którego nie chcieliśmy dociec, a na naszych przegubach ucięty
palec Thomasa Randolpha wystukiwał bezgłośne akcenty.

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia/EE.UU.

Trad. Ada Trzeciakowska (I estrofa M. Bellmunt Serrano)

Porque solo este mundo de dolor

Porque solo este mundo de dolor, solo esta
esfera achatada por un torno helado,
azotada por tormentas, enrodada por
meridianos, que cruje en las fronteras
cosidas con grueso hilo, solo esta
fina piel de corteza terrestre, agrietada
de ríos, que exhala sudor de mares salados
entre golpes de lava y golpes de sol

porque solo este mundo, solo este
cuerpo en un torno de tierra y aire,
azotado por balas, partido en dos de un
puñetazo, que cruje bajo la porra
en costuras óseas del cráneo, solo esta
fina corteza de piel humana, agrietada
en sangre, que exhala mares salados de sudor
entre golpe de nacimiento y de muerte,

porque solo este mundo de dolor, porque solo este mundo
es dolor; porque el dolor solo es este mundo.

Retrato de Gerhard Richter

Bo tylko ten świat bólu

Bo tylko ten świat bólu, tylko ta
kula spłaszczona w lodowym imadle,
wychłostana burzami, łamana kołami
południków, trzeszcząca w granicach
grubymi nićmi szytych, tylko ta
cienka skóra skorupy ziemskiej, popękana
rzekami, wydzielająca z siebie pot mórz słonych
między ciosami lawy i ciosami słońca,

bo tylko ten świat bólu, tylko to
ciało w imadle ziemi i powietrza,
wychłostane kulami, łamane wpół ciosem
pięści, trzeszczące pod pałką
w kostnych szwach czaszki, tylko ta
cienka skorupa skóry ludzkiej, popękana
krwawo, tocząca z siebie słone morza potu
pomiędzy ciosem narodzin i śmierci,

bo tylko ten świat bólu; bo tylko ten świat
jest bólem; bo światem jest tylko ten ból. 

Fotografías de Sebastião Salgado: Mina de oro en Brasil, El Sahel, Ruanda, Kuwait.
“No he querido retratar a los desfavorecidos, yo nunca he sido un militante, es solo mi forma de vida y lo que pensaba. Hubo quien dijo [como Susan Sontag] que Salgado hacía estética de la miseria… ¡Meu cu! [expresión brasileña que puede traducirse por “¡Y una mierda!”]. Yo fotografío mi mundo, soy una persona del Tercer Mundo.  (…) Es mentira eso de que una foto puede cambiar el mundo; puede cambiarlo el trabajo conjunto de las ONG, la prensa, los Gobiernos”

Robert Frost

1874-1963, Estados Unidos

Trad. Clara G. Pariente

Revelación

Nos hacemos a un lado
Tras palabras luminosas que bromean y engañan,
Pero oh, el corazón se sacude
Hasta que alguien realmente nos aprende.

Es una pena si el caso requiere
(O eso afirmamos) que al final
Digamos lo literal para inspirar
La comprensión de un amigo.

Pero aun con todo, desde los bebés que juegan
Al escondite hasta Dios en la distancia,
Aquellos que se esconden demasiado bien a lo lejos
Deben hablar y decirnos dónde están.

Věra Chytilová “Los frutos prohibidos del paraíso” (1970)

Tłum. Stanisław Barańczak

Objawienie

Budujemy sobie na uboczu
Z przekomarzań i kpin tajny szałas,
Ale serce omal nie wyskoczy:
Żeby ktoś z nas z naszą prawdą znalazł!

Żal aż bierze, gdy takie warownie
Po (umownie rzecz biorąc) minucie
Runą: w końcu znów mówimy dosłownie,
Gdy potrzebne nam czyjeś współczucie.

Tak ze wszystkim: od dziecięcej zabawy
W chowanego aż do Boga w błękicie,
Kto się schował nazbyt dobrze, ten wyjawi –
Odezwawszy się – swoje ukrycie

Revelation

We make ourselves a place apart
Behind light words that tease and flout,
But oh, the agitated heart
Till someone find us really out.

‘Tis pity if the case require
(Or so we say) that in the end
We speak the literal to inspire
The understanding of a friend.

But so with all, from babes that play
At hide-and-seek to God afar,
So all who hide too well away
Must speak and tell us where they are.

Charles Simic

1938 – , Serbia/ EE. UU

Trad. Marcela María Raggio

Tapiz

Cuelga desde el cielo hasta la tierra. 
Hay árboles en él, ciudades, ríos, 
pequeños cerdos y lunas. En una esquina 
la nieve está cayendo sobre una caballería en carga, 
en otra unas mujeres están plantando arroz. 

También puedes ver: 
un pollo arrastrado por un zorro, 
una pareja desnuda en su noche de bodas, 
una columna de humo, 
una bruja escupiendo en un balde de leche.

¿Qué hay detrás? 
-Espacio. Un amplio espacio vacío.

¿Y quién está hablando ahora? 
-Un hombre dormido bajo un sombrero.

¿Y cuándo se despierte? 
-Irá a la peluquería 
Afeitarán su barba, nariz, orejas y pelo 
para que se parezca a los demás.

Cuadro de Rafał Olbiński

Tłum. Stanisław Barańczak

Gobelin

Zwisa z nieba do ziemi.
Widać na nim drzewa, miasta, rzeki,
prosięta i księżyce.  W jednym rogu
śnieg prószy ponad szarżą kawalerii,
w drugim kobiety sadzą ryż.
 
Można także zobaczyć
porywane przez lisa kurczę,
nagą parę w noc poślubną,
słup dymu,
wiedźmę o złotym spojrzeniu plującą w skopek mleka.
 
Co jest z tyłu?
– Przestrzeń, mnóstwo pustej przestrzeni.
 
A kto w tej chwili mówi?
– Człowiek nakryty kapeluszem snu.
 
Co będzie, gdy się zbudzi?
– Pójdzie do fryzjera.
Tam zgoli mu się brodę, nos, uszy i włosy.
Żeby wyglądał tak jak wszyscy inni.

Tapestry

It hangs from heaven to earth.
There are trees in it, cities, rivers,   
small pigs and moons. In one corner
the snow falling over a charging cavalry,   
in another women are planting rice.

You can also see:
a chicken carried off by a fox,
a naked couple on their wedding night,
a column of smoke,
an evil-eyed woman spitting into a pail of milk.

What is behind it?
—Space, plenty of empty space.

And who is talking now?
—A man asleep under his hat.

What happens when he wakes up?
—He’ll go into a barbershop.
They’ll shave his beard, nose, ears, and hair,   
To make him look like everyone else.

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia

Trad. Manel Bellmunt Serrano

Postal desde este mundo

Lástima que Tú no estés aquí. Me he instalado en un lugar
desde el que tengo gratuitas y vastas vistas:
ponga donde me ponga sobre la enfriada tierra
de este aplastado punto, por encima de la cabeza
ese vacío glacial de siempre
con su empedernida respuesta guarda
silencio. El clima llevadero, pero impredecible.
Seguramente el aire es mejor que en cualquier otra parte.
Pero hay diferencias: la bandada de grullas, las sombras
de las palmeras y los rascacielos, el trueno, las ahuecadas nubes.
Pero basta de hablar de mí. Cuéntame cómo te va todo,
qué puede verse
siendo Tú.
(…)

Fotos propias. Povedilla y Mar Báltico.

Widokówka z tego świata

 Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
 z którego mam za darmo rozległe widoki:
 gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
 tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
 ta sama mroźna próżnia
 milczy swą nałogową
 odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie.
 Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
 Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
 palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
 Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie
 słychać, co można widzieć,
 gdy się jest Tobą.
 (…)

Stanisław Barańczak

Trad. Ada Trzeciakowska

Fotografía

No te muevas; así, bravo;
solo voy a esperar a que
pase esa gente y las cosas
con las que tan poco tienes
en común; oh, esa es buena;
solo me voy a acercar
para que queden fuera
millones de desgracias
y palabras inútiles; oh, así, quieto
así; solo voy a ajustar
la nitidez, para captar tu sueño
en la realidad, tu
sombra; así, justo con esta
mueca, en esta pose:
daré un paso atrás
para que no se noten
líneas precisas
en la cara, en la pared del fondo;
así, bien, justo estos
pensamientos, no otros;
solo el obturador: que
calle para un instante
el tiempo, su risa
no muy bondadosa;
así, por fin, aguanta un rato;
solo que ya es de noche:
y queda un único flash…

en Chinchilla del Monte
Zdjęcie

Nie ruszaj się; tak, brawo;
tylko poczekam, aż
przejdą ci ludzie i sprawy,
z którymi zbyt mało masz
wspólnego; o, to jest dobre;
tylko przybliżę się, żeby
usunąć poza obręb
miliony niepotrzebnych
nieszczęść i słów; o tak, stój
właśnie tak; tylko nastawię
ostrość, żeby na jawie
uchwycić twój sen, twój
cień; tak, z tą właśnie
miną, w tej pozie;
tylko się cofnę może,
żeby nie za wyraźnie
rysowały się linie
na twarzy, na murze w tle;
tak, dobrze, właśnie te
myśli, nie inne;
tylko migawka: niech
na mgnienie się uciszy
czas, jego śmiech
nie najżyczliwszy;
tak, wreszcie, bądź tak chwilkę;
z tym, że już zmierzch:
a został jeden tylko
jednorazowy flesz

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia/EE.UU

Trad. Ada Trzeciakowska

Pupila en la que estuve

Pupila en la que estuve; que estuvo
en el ojo de alguien y su cara; en la que estuvo
mi cara; mis ojos; pupilas; y la que
en mi sombra, en el desafío levantado
y sospecha, se abrió confiadamente
como agua fresca, como la llamada absorbente
desde las entibaciones insondables del iris, que salta
a la vista con el aroma de hojas ahogadas,
sabor alquitranado de la rotación del eje del agua,
que atraviesa los ganglios grises de la Tierra
de parte a parte; estuve en la pupila tanto,
como se puede estar en algo que repele,
que refleja la cara, los ojos, las pupilas arrastrando
al fondo; estuve en la pupila tan claramente
como se puede estar en algo, que ante la luz
se cierra y penetra más profundamente en los ganglios grises,
en los que, si aun estoy, estoy muerto

Źrenica w której byłem

Źrenica, w której byłem; która była
w czyimś oku i twarzy; w której była moja
twarz; moje oczy; źrenice; i która
w moim cieniu, w rzucanym przeze mnie wyzwaniu
i podejrzeniu, rozwarła się ufnie
jak chłodna woda, jak chłonne wołanie
z bezdennych ocembrowań tęczówki, bijące
w oczy umarłą wonią utopionych liści,
smolnym smakiem obrotu długiej osi wody,
która przebija szare zwoje Ziemi
na wylot; byłem w źrenicy tak bardzo,
jak tylko można być w czymś, co odpycha,
co odbija twarz, oczy, źrenice, wciągając
w głąb; byłem w źrenicy tak jasno,
jak tylko można być w czymś, co przed światłem
zamyka się i wwierca głębiej w szare zwoje,
w których jeżeli nawet jestem, to umarły