Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. Ada Trzeciakowska

Blues de araña

Bueno, los hice reír, me gustaría hacerlos llorar.
David McFadden

Mi mujer tiene un olor por el que se decantan arañas.
De noche descienden por los caminos de saliva
directo a su cuerpo que sueña.
Magnetizados por el ritmo de su aliento,
dejan sus propias construcciones
o suculentos viajes a través de su cara y brazo.
Mis propias retorcidas pesadillas
caen acribilladas por sus chillidos.

Sobre las arañas.
Como una vez intenté tocar el piano
incapaz de mantener las dos manos
separadas en sus intentos,
Admiro a la araña, su control clásico,
sus ocho patas finas
tejiendo líneas con la savia de su abdomen.
Una especie de escritor, supongo.
Inventa un camino y recorre
el vacío que hubo allí,
deja su puente atrás,
vuelve la cabeza diciendo, ¿Jesús,
lo hice yo?
Y con su extremidad
penetra en regiones nuevas,
donde se halla el crudo de sentimientos.

Arañas como poetas se obsesionan con el poder.
Escriben su obra asesina que dormita
como estrellas en los rincones de habitaciones,
una boca para captar a la audiencia
débil, rota, enferma.

Y la araña se acerca a la mosca, dice,
Ámame, puedo matarte, ámame,
mi inteligencia es superior a la tuya,
ámame, te mato por la claridad que
llega cuando los caminos que construyo quedan hechos
ámame, mi cariño, mi antisocial.
Y la mosca dice, Oh no,
no, tus analogías son escurridizas
no, yo misma elijo con quién voy a morir
vosotros los poetas arañas sois todos iguales
en vuestra sofocante vanidad de crear,
pesados insignificantes, vuestra saliva brilla siempre
absorbiendo todo el líquido de nuestra atmósfera.
Y la araña en su aborrecimiento
crucifica sus víctimas con un escupitajo
convirtiéndolas en el arte que ella misma no puede ser.

Vamos. El final tiene que llegar.
                                     Bueno, chicos.
La pesadilla de mi mujer y mía.

Era una habitación blanca
y las arañas habían arrojado
sus andamios desde el suelo
hacia las cuatro paredes y el techo.
Se han superado a sí mismas esta vez.
Y por los caminos blancos
que sus ocho patas construyeron velozmente
se la llevaron -su cuerpo entero-
hacia el aire soñador tan delicadamente
que ella no se despertó ni gritó.
Qué escena. Tantas huellas,
la habitación era un cristal hecho añicos.
Todos aplaudían, todas las moscas.
Vinieron y se quedaron sin aliento, todas.
Todos lloraron sobrecogidos por la belleza
TODOS
excepto los arquitectos negros sumidos en su trabajo
y la dama encerrada en su sueño, en su título.

Tłum. Jerzy Jarniewicz

Pajęczy blues

Cóż, doprowadziłem ich do śmiechu, a chciałbym doprowadzić do płaczu.
 David McFadden

Za wonią mojej żony przepadają pająki.
Nocą schodzą po ścieżkach ze śliny
wprost do jej śniącego ciała.
Rytm jej oddechu je hipnotyzuje
a wtedy porzucają swoje konstrukcje
na rzecz intrygującej wędrówki po jej twarzy i ramieniu.
Moje kręte koszmary
padają pod śmiertelnym ciosem jej wrzasku.

Teraz o pająkach.
Ponieważ kiedyś próbowałem grać na pianinie
i nie umiałem pozwolić dłoniom
na odrębne ruchy,
podziwiam pająka, jego klasyczną budowę –
jego osiem wymuskanych odnóży
przędzie liny sokiem z odwłoku.
Pewnie jakiś pisarz.
Wymyśla ścieżkę i wędruje
przez pustkę, która tam była,
zostawia za sobą most,
spogląda wstecz i mówi, Jezu
czy to moje dzieło?
i swoją końcówką
wkręca się w nowe regiony,
gdzie czekają już surowce uczuć.

Pająki jak poeci mają obsesję władzy.
Piszą morderczą sztukę, która drzemie
jak gwiazdy w kącie pokoju,
to usta które mają schwytać widownię
słabą, załamaną, chorą.

A pająk podchodzi do muchy, mówi,
Kochaj mnie, mogę cię zabić, pokochaj mnie,
moja inteligencja oplotła cię pierścieniami,
pokochaj mnie, zabiję cię za jasność, która
nadchodzi, kiedy powstają drogi, które buduję
pokochaj mnie, typie aspołeczny, kochanie ty moje.
A mucha mówi, O nie
nie – twoje analogie budzą we mnie wątpliwości
nie – sama wybieram z kim chciałabym umrzeć
wy, poeci wśród pająków, jesteście wszyscy tacy sami
w waszej jasnej próżności tworzenia,
a ty jesteś tylko drobnym szkopułem, twoja ślina lśni zawsze jak gwiazda,
wchłania wodę z naszej atmosfery.
I pająk na znak pogardy krzyżuje swe ofiary w ślinie
zamieniając je w sztukę, którą sam się stać nie może.

No więc tak. Teraz koniec, który nas nie minie.
                                    W porządku, kochani.
Oto koszmar mój i mojej żony:

Był to duży biały pokój
a pająki wzniosły
rusztowanie z podłogi
ku czterem ścianom i sufitowi.
Przeszły same siebie tym razem.
Białymi ścieżkami, które
zbudowało w pośpiechu ich osiem odnóży,
zaniosły ją na górę – całe jej ciało –
na śniące powietrze, tak delikatnie
że nie zbudziła się, nie krzyknęła.
Co za scena. Tak wiele śladów,
pokój był stłuczoną szybą.
Wszyscy klaskali, wszystkie muchy.
Przybyły i zamarły.
Wszyscy z podziwem patrzyli na piękno
WSZYSCY
z wyjątkiem czarnych architektów zajętych swą pracą
i tej damy zamkniętej w ich śnie, w ich temacie.

Spider Blues

Well I made them laugh, I wish I could make them cry.
David McFadden

My wife has a smell that spiders go for.
At night they descend saliva roads
down to her dreaming body.
They are magnetized by her breath ‘ s rhythm,
leave their own constructions
or succulent travel across her face and shoulder. 
My own devious nightmares
are struck to death by her shrieks.

About the spiders.
Having once tried to play piano
and unable to keep both hands
aegregated in their intent
I admire the spider, his control classic,
his eight legs finicky,
making lines out of the juice in his abdomen.
A kind of writer I suppose.
He thinks a path and travels
the emptiness that was there
leaves his bridge behind
looking back saying Jeez
did I do that?
and uses his ending
to swivel to new regions
where the raw of feelings exist

Spiders like poets are obsessed with power.
They write their murderous art which sleeps
like stars in the corner of rooms,
a mouth to catch audiences
weak broken sick

And spider comes to fly, says
Love me I can kill you, love me
my intelligence has run rings about you
love me, I kill you for that clarity that
comes when roads I make are being made
love me, antisocial, lovely.
And fly says, O no,
no your analogies are slipping
no I choose who I die with
you spider poets are all the same
you in your close vanity of making,
you minor drag, your saliva stars always
soaking up the liquid from our atmosphere.
And the spider in his loathing
crucifies his victims in his spit
making them the art he cannot be.

So. The ending we must arrive at.
                                    ok folks.
Nightmare for my wife and me:

It was a large white room
and the spiders had thrown
their scaffolds off the floor
onto four walls and the ceiling.
They have surpassed themselves this time.
And with the white roads
their eight legs built with speed
they carried her up–her whole body
into the dreaming air so gently
she did not wake or scream.
What a scene. So many trails
the room was a shattered pane of glass.
Everybody clapped, all the flies.
They came and gasped, all.
Everybody cried at the beauty
ALL
except the working black architects
and the lady locked in their dream their theme.

Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. David Zucker

El pelador de canela

Si fuera pelador de canela
cabalgaría en tu lecho
y dejaría el polvo de la corteza amarilla
en tu almohada.

Los pechos y los hombros te olerían
y jamás podrías cruzar los mercados
sin que la profesión de mis dedos
te envolviera. Al tropezar contigo
los ciegos te reconocerían
aunque el agua de los canalones
y del monzón te bañaran

Aquí, en lo alto del muslo,
en este suave prado
hermano de tu pelo
o en el pliegue
que divide tu espalda. El tobillo.
Los forasteros te reconocerán
como la mujer del pelador de canela.

Antes de la boda
apenas podía mirarte
y tocarte jamás:
-¡Ah! La astuta de tu madre, tus toscos hermanos.
Hundí las manos
en azafrán, me las tizné
con humo de alquitrán,
ayudé a los recolectores de miel …

Cierta vez cuando nadábamos
te rocé en el agua
y nuestros cuerpos fueron libres,
pudiste abrazarme y embriagarte con mi olor.
ganaste la la orilla y me dijiste:
es así como tocas a otras mujeres
a la mujer del segador, a la hija del calero.
Y buscaste en tus brazos
el perfume perdido
y supiste
lo que significa
ser la hija del calero
abandonada sin marca
amada sin el arrullo de la palabra
herida sin el placer de una cicatriz.

En la árida brisa
acercaste mi mano a tu vientre
y dijiste
soy la mujer del pelador de canela.
Huéleme.

Foto de Joan Biosca y sin autor.

Tłum.  Jerzy Jarniewicz

Zbieracz cynamonu

Gdybym był zbieraczem cynamonu,
dosiadałbym twego łoża,
a na poduszce
zostawiał pył żółtej kory.

Cuchnęłyby piersi twoje i ramiona,
nie mogłabyś przejść przez rynek,
nie wzbudzając w ludziach myśli o profesji moich palców,
które zawisły nad tobą. Ślepcy

wiedzieliby, do kogo podchodzą,
choćbyś się kąpała
w rynienkach z deszczówką, w strumieniach monsunu.

Tutaj na wyższym udzie
na tym gładkim pastwisku
niedaleko twoich włosów
lub fałdki
która biegnie przez twoje plecy. Ta kostka.
Znana będziesz pośród obcych
Jako żona zbieracza cynamonu.

Nie mogłem spojrzeć na ciebie
przed ślubem,
nigdy cię nawet nie dotknąłem
– twoja gorliwa, wścibska matka, brutalni bracia.
Zagrzebałem dłonie
w szafranie, maskowałem je
nad dymem płonącej smoły,
pomagałem zbieraczom miodu…

*

Kiedy pewnego razu pływaliśmy razem,
dotknąłem cię w wodzie,
a nasze ciała cieszyły się wolnością,
przytuliłaś mnie, nie zważając na zapach.
Wdrapałaś się na brzeg i powiedziałaś:

Tak właśnie dotykasz inne kobiety
żonę kosiarza traw, córkę palacza wapna.
I szukałaś na swoich ramionach
śladów nieobecnych perfum
i wiedziałaś
co to za łaska
być córką palacza wapna
po którym nie zostaje nawet ślad,
jakby w akcie miłosnym nikt do ciebie nie wymówił słowa
jakby ktoś cię skaleczył, nie dając w zamian rozkoszy blizny.

Dotknęłaś
brzuchem moich dłoni
w suchym powietrzu i powiedziałaś:
To ja jestem cynamonem, żoną
zbieracza. Powąchaj mnie.

The Cinnamon Peeler

If I were a cinnamon peeler
I would ride your bed
And leave the yellow bark dust
On your pillow.

Your breasts and shoulders would reek
You could never walk through markets
without the profession of my fingers
floating over you. The blind would
stumble certain of whom they approached
though you might bathe
under rain gutters, monsoon.

Here on the upper thigh
at this smooth pasture
neighbour to you hair
or the crease
that cuts your back. This ankle.
You will be known among strangers
as the cinnamon peeler’s wife.

I could hardly glance at you
before marriage
never touch you
–your keen nosed mother, your rough brothers.
I buried my hands
in saffron, disguised them
over smoking tar,
helped the honey gatherers…

When we swam once
I touched you in the water
and our bodies remained free,
you could hold me and be blind of smell.
you climbed the bank and said

this is how you touch other women
the grass cutter’s wife, the lime burner’s daughter.
And you searched your arms
for the missing perfume

and knew

what good is it
to be the lime burner’s daughter
left with no trace
as if not spoken to in the act of love
as if wounded without the pleasure of a scar.

You touched
your belly to my hands
in the dry air and said
I am the cinnamon
Peeler’s wife. Smell me.