Ana Blandiana

1942 – , Rumanía

Trad. Viorica Patea y Antonio Colinas

Isla

Me gustaría ser una isla
Con la que sueñan los que desean quedarse solos,
Y que los náufragos ven en sus alucinaciones,
Una isla que las olas abrazan rítmicamente,
Abandonándola y regresando a ella sin cesar.

Unas cuantas playas, unos árboles, un promontorio,
Escueta definición de soledad
Para todos aquellos
Que no se imaginan que
Una isla es siempre la cima de una montaña,
En cuyas laderas viven miríadas de seres
En las profundidades del océano.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Wyspa

Chciałbym być wyspą
O której marzą ci, co chcą zostać sami,
I którą w halucynacjach widują rozbitkowie,
Wyspą, którą rytmicznie otaczają fale,
Porzucając ją zmieniające stale zdanie.

Kilka plaż, kilka drzew, cypel,
Zwięzła definicji samotności
Dla wszystkich tych
Którym w głowie się nie mieści, że
Wyspa jest zawsze szczytem góry
u stóp której zamieszkują miriady istot
Na dnie oceanu.

Fotogramas de La tortuga roja

Insulă

Aş vrea să fiu o insulă
Pe care să o viseze cei ce vor să rămână singuri,
Pe care să o vadă în halucinaţii naufragiaţii,
O insulă pe care valurile să o îmbrăţişeze ritmic,
Părăsind-o şi răzgândindu-se fără încetare.

Câteva plaje, câţiva arbori, un promontoriu,
Sumară definiţie a singurătăţii
Pentru toţi ceilalţi
Cărora nu le trece prin minte
Că o insulă este întotdeauna vârful unui munte
Cu poalele populate de miriade de fiinţe
Pe fundul oceanului.

Roberto Arlt

1900 – 1942, Argentina

Los siete locos

Con una lentitud derivada del exceso de atención para no equivocarse, Erdosain acumulaba angustias, humillaciones, recuerdos, sufrimientos, noches que paso sin dormir, riñas espantosas. Dijo entre otras cosas:
–Le parecerá mentira a usted que yo, yo que he venido a proponerle el asesinato de un hombre, le hable de inocencia, y, sin embargo, tenía veinte años y era un chico. ¿Sabe usted qué clase de tristeza es esa que le hace pasar a uno la noche en un asqueroso despacho de bebidas, perdiendo el tiempo entre conversaciones estúpidas y tragos de caña? ¿Sabe lo qué es estar en un prostíbulo y de pronto contenerse para no llorar desesperadamente? Usted me mira asombrado, claro, veía un hombre raro, quizá, pero no se daba cuenta de que toda esa rareza derivaba de la angustia que yo llevaba escondida en mí. Vea, hasta me parece mentira hablar con precisión como lo hago. ¿Quién soy? ¿Adonde voy? No lo sé. Tengo la impresión de que usted es igual a mí, y por eso he venido a proponerle el asesinato de Barsut. Con el dinero fundaremos la logia y quizá podamos remover los cimientos de esta sociedad.
El Astrólogo lo interrumpió:
–Pero, ¿por qué usted ha procedido siempre así?…
–Eso es lo que yo no sé. ¿Por qué usted quiere organizar la logia? ¿Por qué el Rufián Melancólico continúa explotando mujeres y lustrándose los botines a pesar de tener fortuna? ¿Por qué Ergueta se casó con una prostituta y dejó a la millonaria? ¿Cree usted acaso que yo he tolerado la bofetada de Barsut y la presencia del capitán, porque sí? Aparentemente soy un cobarde, Ergueta un loco, el Rufián un avaro, usted un obsesionado. Aparentemente somos todo eso, pero en el fondo, adentro, más abajo de nuestra conciencia y de nuestros pensamientos hay otra vida más poderosa y enorme… y si soportamos todo es porque creemos que soportando o procediendo como lo hacemos llegaremos por fin hasta la verdad… es decir, a la verdad de nosotros mismos.
El Astrólogo se levantó, avanzó hasta Erdosain y, poniéndole la mano sobre la cabeza, dijo caviloso:
–Tiene usted razón, hijo mío. Nosotros somos místicos sin saberlo. Místico es el Rufián Melancólico, místico es Ergueta, usted, yo, ella y ellos… El mal del siglo, la irreligión nos ha destrozado el entendimiento y entonces buscamos fuera de nosotros lo que está en el misterio de nuestra subconciencia. Necesitamos de una religión para salvarnos de esa catástrofe que ha caído sobre nuestras cabezas. Me dirá usted que yo no le digo nada nuevo. De acuerdo; pero acuérdese que en la tierra lo único que puede cambiar es el estilo, la costumbre, la substancia es la misma. Si usted creyera en Dios no habría pasado esa vida endemoniada, si yo creyera en Dios no estaría escuchando su propuesta de asesinar a un prójimo. Y lo más terrible es que para nosotros ha pasado ya el tiempo de adquirir una creencia, una fe. Si fuéramos a verlo a un sacerdote, éste no entendería nuestros problemas y sólo acertaría a recomendarnos que recitáramos un Padre Nuestro y que nos confesáramos todas las semanas.
–Y uno se pregunta qué es lo que debe hacerse…
–Ahí está. Lo que debe hacerse. En otras épocas para nosotros hubiera quedado el refugio de un convento o de un viaje a tierras desconocidas y maravillosas. Hoy usted puede tomar un sorbete a la mañana en la Patagonia y comer bananas a la tarde en el Brasil. ¿Qué es lo que debe hacerse? Yo leo mucho, y créame, en todos los libros europeos encuentro este fondo de amargura y de angustia que me cuenta de su vida usted. Vea Estados Unidos. Las artistas se hacen colocar ovarios de platino y hay asesinos que tratan de batir el récord en crímenes horrorosos. Usted que ha caminado lo sabe. Casas, más casas, rostros distintos y corazones iguales. La humanidad ha perdido sus fiestas y sus alegrías. ¡Tan infelices son los hombres que hasta a Dios lo han perdido! Y un motor de 300 caballos sólo consigue distraerlos cuando lo pilotea un loco que se puede hacer pedazos en una cuneta. El hombre es una bestia triste a quien sólo los prodigios conseguirán emocionar. O las carnicerías. Pues bien, nosotros con nuestra sociedad le daremos prodigios, pestes de cólera asiático, mitos, descubrimientos de yacimientos de oro o minas de diamantes. Yo lo he observado conversando con usted. Sólo se anima cuando lo prodigioso interviene en nuestra conversación. Y así le pasa a todos los hombres, canallas o santos.

Josef Koudelka Street life

Tłum. Rajmund Kalicki

Siedmiu szaleńców

Z powolnością wynikłą z nadmiernej troski o to, żeby się nie pomylić, Erdosain dawał upust żalom, zniewagom, wspomnieniom, mękom, bezsennym nocom i straszliwym kłótniom. Powiedział między innymi:
– Wyda się panu śmieszne, że to ja, ja, który przyszedłem zaproponować zabicie człowieka, mówię teraz o niewinności, a przecież i ja miałem kiedyś dwadzieścia lat i byłem dzieckiem. Czy wie pan, co każe człowiekowi siedzieć całą noc w jakiejś brudnej knajpie i tracić czas na głupią paplaninę przy wódce? Czy wie pan, co to znaczy być w burdelu i nagle powstrzymywać się ze wszystkich sił, żeby nie wybuchnąć płaczem? Patrzy pan na mnie zdziwiony, to jasne, widział pan być może we mnie dziwaka, ale nie zdawał sobie sprawy, że cała ta moja dziwność bierze się z żalu, przygnębienia, jakie mnie zżera. Widzi pan, nawet to, że mówię teraz o tym wszystkim tak dokładnie, wydaje mi się nieprawdą. Kim jestem? Dokąd idę? Nie wiem. Mam wrażenie, że pan jest taki sam jak ja, dlatego przyszedłem z pomysłem zabicia Barsuta. Za te pieniądze założymy lożę i być może poruszymy trochę fundamenty tego społeczeństwa.
Astrolog przerwał:
– Ale dlaczego postępował pan zawsze w ten sposób?…
– Tego właśnie nie wiem. Dlaczego chce pan zorganizować lożę? Dlaczego Smutny
Alfons nadal wykorzystuje kobiety i sam czyści sobie buty, choć ma przecież majątek? Dlaczego Ergueta ożenił się z prostytutką i rzucił milionerkę? Myśli pan, że ścierpiałem policzek Barsuta i obecność kapitana ot, tak sobie, bez powodu? Pozornie jesteśmy tym wszystkim, ale w istocie, w głębi, poniżej naszej świadomości i naszych myśli toczy się inne, potężniejsze i większe życie… a jeśli znosimy to wszystko, to dlatego, że wierzymy, iż cierpiąc lub postępując w ten właśnie sposób dotrzemy do prawdy… to znaczy do prawdy o nas samych.
Astrolog wstał, zbliżył się do Erdosaina i kładąc mu rękę na głowie powiedział w
zamyśleniu:
– Ma pan rację, synu. Jesteśmy, nie wiedząc o tym, mistykami. Mistykiem jest Smutny Alfons, mistykiem jest Ergueta, pan, ja, ona i oni… Choroba wieku, religia, zniszczyła zdolność rozumienia tajemnicy naszej podświadomości. Potrzebujemy takiej religii, która wyratuje nas z tej klęski, jaka zwaliła się na nasze głowy. Powie mi pan, że nie mówię nic nowego. Zgoda, ale niech pan pamięta, że na ziemi jedyne, co może się zmienić, to styl, przyzwyczajenia; istota rzeczy pozostaje taka sama. Gdyby pan wierzył w Boga, życie pana nie byłoby takie diabelskie, gdybym ja wierzył w Boga, nie słuchałbym pana propozycji, żeby zabić bliźniego. A najstraszliwsze jest to, że minął już dla nas czas, kiedy mogliśmy odzyskać wiarę, nadzieję. Gdybyśmy poszli teraz do jakiegoś klechy, nie zrozumiałby naszych problemów i doradziłby tylko zmówienie Ojcze Nasz i spowiedź raz w tygodniu.
– A człowiek pyta, co właściwie powinien ze sobą robić…
– Otóż to. Co powinien ze sobą robić. W innych epokach pozostawałby nam klasztor lub podróż do nieznanych i cudownych krain. Dzisiaj może pan rano pić sorbet w Patagonii, a wieczorem jeść banany w Brazylii. Co więc należy robić? Ja dużo czytam i, niech mi pan wierzy, we wszystkich europejskich książkach odkrywam tę gorycz i smutek, o jakim opowiadał mi pan mówiąc o własnym życiu. Niech pan spojrzy na Stany Zjednoczone. Aktorki każą sobie wszczepiać jakieś platynowe jajniki, a mordercy starają się pobić rekord najstraszliwszych zbrodni. Szedł pan pieszo, więc pan wie. Domy, coraz więcej domów, różne twarze i takie same serca. Ludzkość utraciła swoje święta i radości. Ludzie są już tacy nieszczęśliwi, że nawet zagubili Boga! A trzydziestokonny silnik jest dla nich rozrywką tylko wtedy, gdy prowadzi go jakiś szaleniec, który w przydrożnym rowie może rozwalić się na kawałki. Człowiek jest smutnym zwierzęciem, które tylko cuda zdolne jeszcze są poruszyć. Albo jatki. I my, dzięki naszemu stowarzyszeniu, dostarczymy mu cudów, cholery azjatyckiej, mitów, odkryjemy pokłady złota lub kopalnie diamentów. Obserwowałem pana podczas rozmowy. Ożywiał się pan tylko wtedy, gdy mówiliśmy o rzeczach niezwykłych. Tak jest ze wszystkimi ludźmi, świętymi i kanaliami.

César Vallejo

1892-1938, Perú

Los heraldos negros

Hay golpes en la vida, tan fuertes… ¡Yo no sé!
Golpes como del odio de Dios; como si ante ellos,
la resaca de todo lo sufrido
se empozara en el alma… ¡Yo no sé!

Son pocos; pero son… Abren zanjas oscuras
en el rostro más fiero y en el lomo más fuerte.
Serán tal vez los potros de bárbaros Atilas;
o los heraldos negros que nos manda la Muerte.

Son las caídas hondas de los Cristos del alma
de alguna fe adorable que el Destino blasfema.
Esos golpes sangrientos son las crepitaciones
de algún pan que en la puerta del horno se nos quema.

Y el hombre… Pobre… ¡pobre! Vuelve los ojos, como
cuando por sobre el hombro nos llama una palmada;
vuelve los ojos locos, y todo lo vivido
se empoza, como charco de culpa, en la mirada.

Hay golpes en la vida, tan fuertes… ¡Yo no sé!

El caballo de Turín (Hungría 2011) Dirigida por Béla Tarr y Ágnes Hranitzky. Libremente inspirada en un episodio que marca el fin de la carrera del filósofo Friedrich Nietzsche. El 3 de enero de 1889, en la plaza Alberto de Turín, Nietzsche se lanzó llorando al cuello de un caballo agotado y maltratado por su cochero y, después, se desmayó. Desde entonces, dejó de escribir y se hundió en la locura y el mutismo. En una atmósfera preapocalíptica, se nos muestra la vida del cochero, su hija y el viejo caballo.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Czarni heroldowie

Bywają ciosy w życiu, tak potężne… Sam nie wiem!
Ciosy jakby z nienawiści Boga, jakby w ich obliczu,
przypływ gorzki wycierpianych chwil
ugrzązł nam w duszy… Sam nie wiem!

Jest ich niewiele, ale są… Rysują się ciemnymi bruzdami
na twarzy najdzikszej i najtwardszym karku.
Być może to źrebaki barbarzyńskich attylii:
lub czarni heroldowie, których wysyła nam Śmierć.

To głębokie upadki Chrystusów z duszy,
jakiejś godnej podziwu wiary, którą Los przeklina.
Te krwawe ciosy to trzaski
chleba co w drzwiczkach pieca się nam pali.

A człowiek… Biedny… biedny! Zwraca oczy, jak
przywołany szturchnięciem w plecy:
zwraca oczy oszalałe i wszystko co przeżył
tkwi, jak kałuża winy, w spojrzeniu.

Bywają ciosy w życiu, tak potężne… Sam nie wiem!

Pablo Neruda

1904-1973, Chile

El barco

Pero si ya pagamos nuestros pasajes en este mundo
por qué, por qué no nos dejan sentarnos y comer?
Queremos mirar las nubes,
queremos tomar el sol y oler la sal,
francamente no se trata de molestar a nadie,
es tan sencillo: somos pasajeros.

Todos vamos pasando y el tiempo con nosotros:
pasa el mar, se despide la rosa,
pasa la tierra por la sombra y por la luz,
y ustedes y nosotros pasamos, pasajeros.

Entonces qué les pasa?
Por qué andan tan furiosos?
A quién andan buscando con revólver?

Nosotros no sabíamos
que todo lo tenían ocupado,
las copas, los asientos,
las camas, los espejos,
el mar, el vino, el cielo.

Ahora resulta
que no tenemos mesa.
No puede ser, pensamos.
No pueden convencernos.
Estaba oscuro cuando llegamos al barco.
Estábamos desnudos.
Todos llegábamos del mismo sitio,
Todos veníamos de mujer y de hombre.
Todos tuvimos hambre y pronto dientes.
A todos nos crecieron las manos y los ojos
para trabajar y desear lo que existe.

Y ahora nos salen con que no podemos,
que no hay sitio en el barco,
no quieren saludarnos,
no quieren jugar con nosotros.

Por qué tantas ventajas para ustedes?
Quién les dio la cuchara cuando no habían nacido?

Aquí no están contentos,
así no andan las cosas.

No me gusta en el viaje
hallar, en los rincones, la tristeza,
los ojos sin amor o la boca con hambre.

No hay ropa para este creciente otoño
y menos, menos para el próximo invierno.
Y sin zapatos cómo vamos a dar la vuelta
al mundo, a tanta piedra en los caminos?

Sin mesa dónde vamos a comer,
dónde nos sentaremos si no tenemos silla?
Si es una broma triste, decídanse, señores,
a terminarla pronto,
a hablar en serio ahora.

Después el mar es duro.

Y llueve sangre.

Mi videopoema, adaptación de El barco

Tłum. Ada Trzeciakowska

Statek

Ale przecież zapłaciliśmy już za nasze bilety w tym świecie
dlaczego, dlaczego nie dacie nam spocząć i zjeść?
Chcemy popatrzeć na chmury,
chłonąć słońce i zapach soli,
mówiąc szczerze nie mamy zamiaru nikomu przeszkadzać,
to jest takie oczywiste: jesteśmy pasażerami.

Wszyscy przemijamy a czas wraz z nami:
przemija morze, żegna się róża,
ziemia przechodzi przez cień i światło,
my i wy, wszyscy przemijamy, pasażerowie.

W takim razie co się z wami dzieje?
Skąd ta wściekłość?
Kogo szukacie z rewolwerem w ręku?

Nie wiedzieliśmy,
że wszystko jest już zajęte,
kieliszki, miejsca,
łóżka, lustra,
morze, wino, niebo.

Okazuje się,
że nie ma dla nas stołu.
To nie możliwe, myślimy.
Nie przekonacie nas.
Było ciemno, kiedy dotarliśmy do statku.
Byliśmy nadzy.
Wszyscy przybyliśmy z tego samego miejsca.
Wszyscy pochodzimy od kobiety i mężczyzny.
Wszyscy byliśmy głodni i wyrosły nam zęby.
Wszystkim urosły ręce i oczy,
by pracować i pragnąć tego, co istnieje.

A wy teraz mówicie, że nie możemy,
że nie ma miejsca na statku,
nie chcecie nas przywitać,
nie chcecie się z nami bawić.

Dlaczego dla was rezerwujecie wszystkie przywileje?
Czy ktoś wam podał łyżkę, kiedy jeszcze was nie było?

My tutaj nie jesteśmy zadowoleni,
nie tak świat został ułożony.

Nie lubię podróżować
natykać się, po kątach, na smutek,
wzrok bez miłości lub głodne usta.

Brak nam ubrań na zbliżającą się jesień
i tym bardziej, tym bardziej na przyszłą zimę.
A bez butów jak okrążymy świat,
skoro na dogach leżą kamienie?

Bez stołu, gdzie zjemy,
gdzie usiądziemy, skoro nie mamy krzesła?
Jeśli to jakiś smutny żart, niech się państwo zdecydują,
zakończyć go szybko,
i porozmawiać poważnie.

Potem morze staje się srogie.

I z nieba pada krew.

César Vallejo

1892-1938, Perú

La cólera que quiebra al hombre en niños…

La cólera que quiebra al hombre en niños,
que quiebra al niño en pájaros iguales,
y el pájaro, después, en huevecillos;
la cólera del pobre
tiene un aceite contra dos vinagres.

La cólera que al árbol quiebra en hojas,
la hoja en botones desiguales
y al botón, en ranuras telescópicas;
la cólera del pobre
tiene dos ríos contra muchos mares.

La cólera que quiebra al bien en dudas,
a la duda, en tres arcos semejantes
y al arco, luego, en tumbas imprevistas;
la cólera del pobre
tiene un acero contra dos puñales.

La cólera que quiebra al alma en cuerpos,
al cuerpo en órganos desemejantes
y al órgano, en octavos pensamientos;
la cólera del pobre
tiene un fuego central contra dos cráteres.

André Kertész

Tłum. Ada Trzeciakowska

Gniew, który rozbija człowieka na dzieci…

Gniew, który rozbija człowieka na dzieci,
dziecko rozbija na jednakowe ptaki,
ptaka zaś na jajeczka;
gniew biedaka
ma jedną oliwę przeciw dwóm częściom octu.

Gniew, który drzewo rozbija na liście,
liść na niejednakowe pąki,
a pąk na rowki teleskopowe,
gniew biedaka
ma dwie rzeki przeciw tylu morzom.

Gniew, który rozbija dobro na wątpliwości,
wątpliwość na trzy podobne do siebie łuki,
a łuk kolejno na nieprzewidziane groby;
gniew biedaka
ma jedną stal przeciw dwóm sztyletom.

Gniew, który duszę rozbija na ciała,
ciało na niepodobne do siebie organy,
organ zaś na osiem myśli;
gniew biedaka
ma zapłon centralny przeciw dwóm kraterom.