Ronald Stuart Thomas

1913-2000, Reino Unido (Gales)

Trad. Misael Ruiz Albarracín

Encorvados

La cabeza inclinada
           sobre las entrañas,
sobre el manuscrito, sobre el
bloque, sobre las hileras
               de nabos.

¿No levantan nunca la vista?
           ¿Qué les hace pensar
que arrodillarse
           es rezar?
Se trata de andar erguidos
                             al sol.
¿Fue el peso de la mandíbula
           lo que encorvó sus espaldas
y mantuvo su visión
           por debajo de la línea del horizonte?

Tardaron dos millones de años
en enderezarlas,
           pero siguen encorvados
sobre los mapas, los instrumentos,
                      la mesa de dibujo,
el ombligo matemático
           que es el guiño de Dios.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Zgarbieni

Głowy pochylona
             nad wnętrznościami,
nad rękopisem, nad
blokiem, nad rzędami
             brukwi.

Nigdy nie podnoszą wzroku?
       Dlaczego wydaje im się,
że klęcząc
       modlą się?
Chodzi o to by stanąć prosto
                     w słońcu.
Czy to ciężar szczęki tak
       przygiął ich plecy
i przytrzymuje ich wzrok
       poniżej linii horyzontu?

Dwa miliony lat
prostowali się, 
       lecz nadal siedzą zgięci
nad wykresami, instrumentami,
             stołem kreślarskim,
matematycznym pępkiem,
       będącym mrugnięciem bożego oka.

Bent

Heads bowed
       over the entrails,
over the manuscript, the
block, over the rows
              of swedes.

Do they never look up?
       Why should one think
that to be on one’s knees
       is to pray?
The aim is to walk tall
               in the sun.
Did the weight of the jaw
       bend their backs,
keeping their vision
       below the horizon?

Two million years
in straightening them
       out, and they are still bent
over the charts, the instruments,
             the drawing-board,
the mathematical navel
       that is the wink of God.

Ronald Stuart Thomas

1913-2000, Reino Unido (Gales)

Trad. Ada Trzeciakowska

H’m

y dijo uno
háblanos de amor
y el predicador abrió
la boca y se le cayó
la palabra Dios
así que lo intentaron
de nuevo háblanos
de Dios entonces pero el predicador
en silencio solo extendía
los brazos sin embargo los niños
con panzas grandes y piernas
arqueadas como navajas de mar
no tenían fuerza
para acercarse

Tłum. Andrzej Szuba

H’m

i rzekł jeden
mów nam o miłości
i otworzył kaznodzieja
usta i wypadło z nich
słowo Bóg więc ponowili
prośbę to mów nam
o Bogu lecz kaznodzieja
w milczeniu tylko wyciągnął
ramiona ale
krzywonogie dzieci
z opuchniętymi brzuszkami
podobne małżom
nie miały siły
by doń podejść

En las fotos: Ronald Stuart Thomas y fotogramas de Las Hurdes. Tierra sin pan de Luis Buñuel.

H’m

and one said
speak to us of love
and the preacher opened
his mouth and the word God
fell out so they tried
again speak to us
of God then but the preacher
was silent reaching
his arms out but the little
children the ones with
big bellies and bow
legs that were like
a razor shell
were too weak to come

Kenneth Rexroth

1905-1982, Estados Unidos

Trad. Alejandro Bajarlia

Los malos tiempos

El verano de 1918
leí La jungla* y La búsqueda
magnífica**. Ese otoño
murió mi padre y mi tía
me llevó a vivir a Chicago.
Lo primero que hice fue tomar
un tranvía hacia los corrales***.
Bajo aquella tarde invernal,
cruda y fétida, caminé
sobre la nieve sucia a través de
escuálidas calles, mirando con timidez
los rostros de la gente, aquellos
que estaban en casa durante el día.
Rostros corrompidos y exhaustos,
mentes hambrientas y saqueadas, rostros
semejantes a los de ancianos
y locos en las salas de hospitales
de caridad. Rostros predadores
de niños pequeños. Y luego,
conforme el turbio ocaso oscurecía
bajo las verdes lámparas de gas,
los rostros de hombres que volvían
a casa del trabajo, algunos aún vivos
con el último pulso de la esperanza o del valor,
algunos ladinos y amargados, otros listos
o tontos, muchos de ellos ya
rotos y vacíos, sin más vida
que el cegador cansancio, peor
que el de un animal agotado.
Por la calle se desangraban
los olores rancios de miles
de cenas de papas y coles fritas.
Me sentí mareado y enfermo, y desde
mi tristeza sentí que crecía
una terrible furia, y desde
la furia una promesa absoluta.
Hoy en día la maldad es limpia
y próspera, pero está
en todas partes, no tienes que
tomar un tranvía para hallarla,
y es la misma maldad.
Y la tristeza, la furia
y la promesa son las mismas.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Stare złe czasy

Latem 1918
przeczytałem Grzęzawisko
Wspaniałe poszukiwanie. Tamtej jesieni
zmarł mój ojciec i ciotka
wzięła mnie do siebie do Chicago.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem było złapanie
tramwaju do zakładów mięsnych.
Zimowym popołudniem,
srogim i cuchnącym, szedłem
po brudnym śniegu
niechlujnymi ulicami, spoglądając nieśmiało
na twarze ludzi,
tych, którzy byli w domu w ciągu dnia.
Twarze zepsute i wycieńczone,
wygłodzone i splądrowane umysły, twarze
niczym twarze starców
I obłąkanych w szpitalnych
salach przytułków. Drapieżne
twarze małych dzieci.
Podczas gdy zapadał przybrudzony zmrok,
w zielonym świetle lamp gazowych
i pykających purpurą lamp łukowych,
twarze ludzi wracających
z pracy do domu, niektórzy ciągle jeszcze żywi
niesieni ostatnim tchnieniem nadziei lub odwagi,
niektórzy cwani i zgorzkniali, niektórzy sprytni
i głupi, większość z nich już
złamana i pusta, bez życia,
oślepiona zmęczeniem, gorzej
niż umęczone zwierzęta.
Stęchły zapach tysięcy
kolacji: smażonych ziemniaków
I kapust wylewał się na ulicę.
Było mi niedobrze i kręciło mi się w głowie, i
poczułem jak z poczucia niedoli wyrasta
straszny gniew, a z tego
gniewu bezwzględna obietnica.
Dziś podłość jest czysta
i ma się świetnie, przecież jest
wszędzie, nie trzeba
łapać tramwaju, żeby ją spotkać,
a jest to ta sama podłość.
I niedola, i gniew, i obietnica ta sama.

*La jungla de Upton Sinclair (controvertido retrato de las duras condiciones de vida y la explotación de los inmigrantes en la ciudad de Chicago)
** La búsqueda magnífica de H. G. Wells (fracasos de un hombre que hizo la promesa de llevar una vida noble y digna)
*** Enormes almacenes de la industria cárnica que ocupan un distrito entero de Chicago

Fotografías de Walker Evans y Philip-Lorca diCorcia

The Bad Old Days

The summer of nineteen eighteen
I read The Jungle and The
Research Magnificent
. That fall
My father died and my aunt
Took me to Chicago to live.
The first thing I did was to take
A streetcar to the stockyards.
In the winter afternoon
Gritty and fetid, I walked
Through the filthy snow, through the
Squalid streets, looking shyly
Into the people’s faces,
Those who were home in the daytime.
Debauched and exhausted faces,
Starved and looted brains, faces
Like the faces in the senile
And insane wards of charity
Hospitals. Predatory
Faces of little children.
Then as the soiled twilight darkened,
Under the green gas lamps, and the
Sputtering purple arc lamps,
The faces of the men coming
Home from work, some still alive with
The last pulse of hope or courage,
Some sly and bitter, some smart and
Silly, most of them already
Broken and empty, no life,
Only blinding tiredness, worse
Than any tired animal.
The sour smells of a thousand
Suppers of fried potatoes and
Fried cabbage bled into the street.
I was giddy and sick, and out
Of my misery I felt rising
A terrible anger and out
Of the anger, an absolute vow.
Today the evil is clean
And prosperous, but it is
Everywhere, you don’t have to
Take a streetcar to find it,
And it is the same evil.
And the misery, and the
Anger, and the vow are the same.

Union Stock Yards en Chicago