Czesław Miłosz

1911-2004, Polonia

Trad. Jaime Priede (a partir de la versión en inglés)

Regreso a Cracovia en 1880

Regreso desde las grandes capitales
a esta ciudad en un angosto valle bajo la catedral de la colina
con tumbas de reyes. A una plaza bajo la torre
y a la trompeta que suena a mediodía, la nota
a medias porque la flecha de los tártaros
alcanzó una vez más al trompetista.
Y a las palomas. Ya las pañoletas chillonas de las mujeres que venden flores.
Y a los grupos de personas charlando bajo el pórtico de la iglesia.
Mi baúl de libros llegó, esta vez sin problemas.
Lo que sé de mi esforzada vida: que la he vivido.
Los rostros son más pálidos en la memoria que en los daguerrotipos.
No necesito escribir recuerdos ni cartas todas las mañanas.
Otros se ocuparán, siempre con la misma esperanza,
aun sabiendo que no tiene sentido, dedicamos a ello nuestras vidas.
Mi país seguirá siendo lo que es, el patio trasero de los imperios,
Seguirá alimentando su humillación con fantasías provincianas.
Salí una mañana a dar un paseo con mi bastón:
Los puestos de los viejos ocupados ahora por nuevos viejos.
Y por donde pasaban las chicas con sus vaporosas faldas
pasean ahora otras, orgullosas de su belleza.
Y chicos haciendo rodar sus aros durante más de medio siglo.
En un sótano un zapatero alza los ojos desde su banco.
Pasa un jorobado con su lamento oculto,
luego una dama elegante, viva imagen de pecados mortales.
Así es como perdura la Tierra, en todas las pequeñas cosas
y en la vida de los hombres, irreversible.
Y eso parece un alivio. ¿Ganar? ¿Perder?
¿Para qué? si el mundo nos va a olvidar de todos modos.

Powrót do Krakowa w roku 1880

Tak więc wróciłem tutaj z wielkich stolic,
Do miasteczka w kotlinie pod wzgórzem katedry
Z grobami królów. Na rynek pod wieżą
Z której przenikliwy głos trąbki obwieszcza południe
Urywając, bo znów trębacza przebija tatarska strzała.
I gołębie. I jaskrawe chusty kobiet sprzedających kwiaty,
I gromadki w rozmowie pod gotyckim portalem kościoła.
Przybyły moje kufry z książkami, tym razem na zawsze.
O pracowitym życiu wiem tylko, że było,
Twarze są bledsze w pamięci niż na dagerotypach.
Nie muszę już rano zasiadać do listów i memorandów,
Bo zrobią to za mnie inni, zawsze z tą samą nadzieją,
O której wie się, że na nic, choć jej poświęca się życie.
Mój kraj tak już zostanie, boczne podwórze imperiów,
Prowincjonalnym rojeniem ratujące się od poniżeń.
Stukając laska wyruszam na poranny spacer:
Na miejscu starych ludzi są znów starzy ludzie,
A tam, gdzie szły dziewczęta z szelestami spódnic
Inne idą tak samo, dumne z urody.
I dzieci toczą obręcze od z górą półwieku.
Szewc w suterynie podnosi głowę znad pracy,
Mija mnie garbus ze swoim wewnętrznym lamentem
I dama, tłusty obraz siedmiu grzechów głównych.
Czyli trwa ziemia, każda drobna sprawa
I żywotami nie do odwrócenia.
A dla mnie z tego ulga. Wygrywać? Przegrywać?
Po co, jeżeli o nas i tak świat zapomni.

Transl. Cz. Milosz and Robert Hass

Return to Krakow in 1880

So I returned here from the big capitals,
To a town in a narrow valley under the cathedral hill
With royal tombs. To a square under the tower
And the shrill trumpet sounding noon, breaking
Its note in half because the Tartar arrow
Has once again struck the trumpeter.
And pigeons. And the garish kerchiefs of women selling flowers.
And groups chattering under the Gothic portico of the church.
My trucnks of books arived, this time for good.
What I know of my laborious life: it was lived.
Faces are paler in memory than on daguerrotypes.
I don’t need to write memos and letters every morning.
I don’t need to write memos and letters every morning .
Others will take over. always with the same hope,
The one ww know is senseless and devote our lives to.
My country will remain what it is, the backyard of empires,
Nursing its humilation with provincial daydreams.
I leave for a morning walk tapping with my cane:
The places of old people are taken by new old people
And where the girls once strolled in their rustling skirts,
New ones are strolling, proud of their beauty.
And children trundle hoops for more than half a century.
In a basement a cobbler looks up from his bench,
A hunchback passes by with his inner lament,
Then a fashionable lady, a fat image of the deadly sins.
So the Earth endures, in every petty matter
And in the lives of men, irreversible.
And it seems a relief. To win? To lose?
What for, if the world will forget us anyway.