Henry Miller

1891-1980, EE. UU.

Trad. Ramón Gil Novales

El coloso de Marusi (frag.)

Pero en cualquier figura humana hay algo colosal, cuando el individuo se hace verdadera y totalmente humano. Nunca he conocido a un individuo más humano que Katsimbalis. Paseando con él por las calles de Amaroussion, tenía la sensación de caminar por la Tierra de una manera absolutamente nueva. La Tierra se hacía más íntima, más viva, más prometedora. Es verdad que Katsimbalis hablaba frecuentemente del pasado, pero no como algo muerto y olvidado, sino más bien como algo que llevamos con nosotros, que fecunda el presente y hace atractivo el futuro. Hablaba con la misma veneración de las cosas pequeñas que de las grandes. Siempre tenía tiempo, por ocupado que estuviese, para detenerse largamente en lo que le había emocionado. ¿Cómo he de olvidar esa última impresión que me llevé de él, cuando nos despedimos en la estación de autobuses, en el corazón de Atenas? Hay hombres de una riqueza y una plenitud tales, que siempre se entregan tan por entero, que cada vez que se despide uno de ellos se tiene la sensación de que poco importa que la despedida sea por un día o para siempre. Se os acercan rebosando, y os llenan hasta desbordar. Sólo os piden que participéis en su superabundante alegría vital. Nunca os preguntan a qué lado de la valla estáis, porque en su mundo no existen vallas. Se hacen invulnerables a fuerza de exponerse a todo peligro. Acrecientan su heroísmo a medida que revelan su debilidad. (…)
Había en su notable don, otro interesante aspecto que guarda analogía con el talento del músico. Durante el tiempo que le traté, la vida de Katsimbalis era relativamente tranquila y sin aventuras. Pero cualquier incidente que le ocurriera, por trivial que fuese, lo con¬vertía en un gran acontecimiento. Tal vez sólo se trataba de que, volviendo a su casa, había cogido una flor en la cuneta de la carretera. Pero cuando terminaba de contar el hecho, la flor, por humilde que fuera, se convertía en la más maravillosa que un hombre hubiera cogido jamás. Se grababa en la memoria del oyente como la flor que había cogido Katsimbalis. Se convertía en algo único en su género, no porque fuera excepcional, sino porque Katsimbalis la había inmortalizado al advertirla, porque había depositado en esa flor todo lo que pensaba y sentía sobre las flores; es decir, un completo universo.
Elijo esta imagen al azar, pero, ¡qué apropiada y exacta es! Cuando pienso en Katsimbalis, inclinándose para coger una flor en el desnudo suelo de Ática, todo el mundo griego con su pasado, presente y porvenir, se levanta ante mis ojos. Veo de nuevo los suaves y bajos montículos en los que fueron enterrados los muertos ilustres; veo la luz violeta bajo la que se avispa la maleza; veo las rocas desgastadas y los enormes guijarros de los lechos por donde corren los ríos secos, brillantes como la mica; veo las diminutas islas flotando en la superficie del mar, aureoladas de deslumbrantes franjas blancas; veo las águilas lanzarse desde los vertiginosos riscos de inaccesibles montañas, empañando la brillante alfombra de la tierra con la mancha lenta y sombría que proyecta su vuelo; veo las siluetas de hombres solitarios que marchan tras las huellas de sus rebaños sobre el desnudo espinazo de las colinas, y veo desprenderse del vellón de los corderos una dorada pelusilla como en los tiempos de la leyenda; veo las mujeres reunidas junto a los manantiales, entre los olivos, con sus vestidos, sus ademanes y su charla semejantes a cómo eran en los tiempos bíblicos; veo la gran figura patriarcal del sacerdote, mezcla perfecta de hombre y mujer, y la serenidad, franqueza, paz y dignidad de su rostro; veo los diseños geométricos de la naturaleza, explicados por ella misma con un silencio ensordecedor. La tierra griega se abre ante mí como el Libro de la Revelación. No sabía que esa tierra encerrase tantas cosas. Había caminado con los ojos vendados, con pasos inseguros y vacilantes; era orgulloso y arrogante, y estaba satisfecho de vivir la falsa y limitada vida del hombre ciudadano. La luz de Grecia abrió mis ojos, penetró en mis poros, dilató todo mi ser. He vuelto a mi hogar que es el mundo, después de haber encontrado el verdadero centro y el significado real de la palabra revolución. Ningún conflicto bélico entre las naciones puede turbar este equilibrio. Tal vez la misma Grecia se vea envuelta en este lío, como nosotros estamos a punto de estarlo, pero me niego categóricamente a convertirme en algo que sea inferior a esa condición de ciudadano del mundo que, de pie ante la tumba de Agamenón, me otorgué. Desde ese día mi vida está dedicada al restablecimiento de la divinidad del hombre. ¡Paz a todos los hombres, digo, y vida mejor!

Tłum. Cecylia Wojewoda

Kolos z Maroussi (fragm.)

Ruinas griegas en Sicilia

Lecz jest coś kolosalnego w człowieku, który staje się prawdziwie i na wskroś ludzki. Nie spotkałem człowieka bardziej ludzkiego niż Katsimbalis. Idąc u jego boku ulicami Amarousion czułem, że chodzę po ziemi jak nigdy dotąd. Ziemia stała się znacznie dostępniejsza, żywsza, bardziej obiecująca. Prawda, on często mówił o przeszłości, ale nie jako o czymś martwym i zapomnianym, lecz jak o czymś, co nosimy w sobie, co użyźnia teraźniejszość i dodaje powabu przyszłości. Mówił o sprawach małych i wielkich z jednakim szacunkiem, zawsze znajdował czas, by zastanowić się nad tym, co zajmowało jego myśli, miał nieskończenie dużo czasu, co już samo w sobie jest oznaką wielkiej duszy. Nie zapomnę nigdy uczuć, jakie obudził we mnie żegnając się ze mną na stacji autobusowej w sercu Aten. Istnieją ludzie tak wielostronni, tak bogaci, tak hojnie dający z siebie wszystko, że rozstając się z nimi wiemy, jak absolutnie bez znaczenia jest fakt, czy rozstajemy się z nimi na dzień czy na wieki. Przychodzą do nas posiadając nadmiar wszystkiego i wypełniają nas darami po brzegi. Nie żądają od nas niczego prócz tego, abyśmy dzielili z nimi ich przeogromną radość życia. Nigdy nie ”pytają, po której stronie bariery jesteśmy, gdyż świat, w jakim przebywają, nie ma barier. Są nienaruszalni przez to, że bezustannie narażają się na każde niebezpieczeństwo. Im bardziej przejawiają swoje słabości, tym bardziej stają się heroiczni. (…)
Jego niezwykły dar jeszcze pod jednym względem przypominał talent muzyczny. W okresie, kiedy go znałem, życie Katsimbalisa było stosunkowo spokojne i nieciekawe. Lecz najpospolitszy incydent w jego życiu rozkwitał w wielkie wydarzenie. Mogło to być zerwanie kwiatka przy drodze, kiedy wracał do domu. Jednakże, kiedy opowiadał o tym wydarzeniu, najskromniejsza roślinka stawała się najcudowniejszym kwiatem kiedykolwiek zerwanym przez człowieka. Słuchacz zapamiętywał ten kwiat jako zerwany przez Katsimbalisa, a przez to unikalny nie dlatego, że w jakimkolwiek sensie był niezwykły, lecz dlatego, że Katsimbalis unieśmiertelnił go, kiedy go zauważył i włożył w niego wszystko, co myślał i czuł w stosunku do kwiatów – czyli cały wszechświat.
Wybrałem ten pierwszy lepszy przykład, ale jakże jest właściwy i wierny. Kiedy myślę o Katsimbalisie, pochylającym się, by zerwać kwiat wyrosły na jałowej glebie Attyki, wyłania się przede mną miniony, obecny i przyszły świat Grecji. Widzę znów łagodne niskie wzgórza, w których ukryto znakomitych zmarłych; widzę fioletowe światło, w którym sztywne krzaki, poszarpane skały, olbrzymie głazy w korytach wyschłych rzek połyskują jak mika; widzę maleńkie wysepki unoszące się na tafli morza, obramowane oślepiająco białymi brzegami; widzę orły zlatujące z zawrotnych turni niedostępnych szczytów górskich, ich ciemne cienie powoli plamią jaskrawy dywan na ziemi; widzę postaci samotnych ludzi, pędzących stada przez nagie grzbiety pagórków i runo owiec, złote i puszyste jak w dniach legend; widzę kobiety przy źródłach w gajach oliwnych, ich ubranie, ruchy i mowa są identyczne jak w czasach biblijnych; widzę wspaniałą patriarchalną postać kapłana, idealne zespolenie mężczyzny i kobiety, o twarzy pogodnej, otwartej pełnej spokoju i godności; widzę geometryczny układ pól, dokonany przez samą glebą w ogłuszającej ciszy. Ziemia grecka otwiera się przede mną jak Księga Objawienia. Nie miałem pojęcia, że ziemia może być tak bogata; chodziłem z zawiązanymi oczami, krokiem niepewnym i wahającym się; byłem pyszny i arogancki, zadowolony, że mogę prowadzić fałszywe, ograniczone życie człowieka miejskiego. Światło Grecji otworzyło mi oczy, przeniknęło w moje pory, nadało większe wymiary całej mojej istocie. Świat stał się moim domem, bowiem pojąłem sedno i prawdziwe znaczenie rewolucji. Może i Grecja zostanie wciągnięta do wojny, jak jesteśmy wciągani my, lecz ja niewzruszenie pozostanę obywatelem całego świata, zgodnie z tym, co czułem stojąc w milczeniu u grobu Agamemnona. Od tamtego dnia celem mego życia jest odzyskanie boskości przez człowieka. Pokój wszystkim ludziom i życie pełniejsze.

Inquietante, hiriente y poética película experimental de Jean Daniel Pollet con texto de Philippe Sollers. Subtitulada al español.

The Colossus of Maroussi

(…) But there is something colossal about any human figure when that individual becomes truly and thoroughly human. A more human individual than Katsimbalis I have never met. Walking with him through the streets of Amaroussion I had the feeling that I was walking the earth in a totally new way. The earth became more intimate, more alive, more promising. He spoke frequently of the past, it is true, not as something dead and forgotten however, but rather as something which we carry within us, something which fructifies the present and makes the future inviting. He spoke of little things and of great with equal reverence; he was never too busy to pause and dwell on the things which moved him; he had endless time on his hands, which in itself is the mark of a great soul. How can I ever forget that last impression he made upon me when we said farewell at the bus station in the heart of Athens? There are men who are so full, so rich, who give themselves so completely that each time you take leave of them you feel that it is absolutely of no consequence whether the parting is for a day or forever. They come to you brimming over and they fill you to overflowing. They ask nothing of you except that you participate in their superabundant joy of living. They never inquire which side of the fence you are on because the world they inhabit has no fences. They make themselves in-vulnerable by habitually exposing themselves to every danger. They grow more heroic in the measure that they reveal their weaknesses. (…)

There was another interesting aspect of his remarkable gift, one which again bears analogy to the musician’s talent. During the time I knew him Katsimbalis’ life was relatively quiet and unadventurous. But the most trivial incident, if it happened to Katsimbalis, had a way of blossoming into a great event. It might be nothing more than that he had picked a flower by the roadside on his way home. But when he had done with the story that flower, humble though it might be, would become the most wonderful flower that ever a man had picked. That flower would remain in the memory of the listener as the flower which Katsimbalis had picked; it would become unique, not because there was anything in the least extraordinary about it, but because Katsimbalis had immortalized it by noticing it, because he had put into that flower all that he thought and felt about flowers, which is like saying—a universe.

I choose this image at random but how appropriate and accurate it is! When I think of Katsimbalis bending over to pick a flower from the bare soil of Attica the whole Greek world, past, present and future, rises before me. I see again the soft, low mounds in which the illustrious dead were hidden away; I see the violet light in which the stiff scrub, the worn rocks, the huge boulders of the dry river beds gleam like mica; I see the miniature islands floating above the surface of the sea, ringed with dazzling white bands I see the eagles swooping out from the dizzy crags of inaccessible mountaintops, their somber shadows slowly staining the bright carpet of earth below; I see the figures of solitary men trailing their flocks over the naked spine of the hills and the fleece of their beasts all golden fuzz as in the days of legend; I see the women gathered at the wells amidst the olive groves, their dress, their manners, their talk no different now than in Biblical times; I see the grand patriarchal figure of the priest, the perfect blend of male and female, his countenance serene, frank, full of peace and dignity; I see the geometrical pattern of nature expounded by the earth itself in a silence which is deafening. The Greek earth opens before me like the Book of Revelation. I never knew that the earth contains so much; I had walked blindfolded, with faltering, hesitant steps; I was proud and arrogant, content to live the false, restricted life of the city man. The light of Greece opened my eyes, penetrated my pores, expanded my whole being. I came home to the world, having found the true center and the real meaning of revolution. No warring conflicts between the nations of the earth can disturb this equilibrium. Greece herself may become embroiled, as we ourselves are now becoming embroiled, but I refuse categorically to become anything less than the citizen of the world which I silently declared myself to be when I stood in Agamemnon’s tomb. From that day forth my life was dedicated to the recovery of the divinity of man. Peace to all men, I say, and life more abundant

Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. Carlos Manzano

El paciente inglés

El zapador tenía las manos alzadas por encima de su cabeza, como si sostuviera una gigantesca tela de araña. Agitaba la cabeza para soltarse los auriculares. Al verla correr hacia él, le gritó que diera un rodeo por la izquierda, porque había cables de minas por todos lados. Ella se detuvo. Muchas veces había paseado por allí sin tener sensación de peligro. Se alzó la falda y avanzó con la vista clavada en sus pies, que se introducían por entre la alta hierba.
Cuando llegó hasta él, tenía aún las manos levantadas. Había caído en una trampa y había acabado sosteniendo dos cables activos, que no podía soltar sin la protección de un elemento de contrapunto. Necesitaba una tercera mano para anular uno de ellos y tenía que volver de nuevo hasta la espoleta. Le pasó los cables con cuidado y bajó los brazos, por los que volvió a circular la sangre.
«Dentro de un momento vuelvo a cogerlos.»
«No te preocupes.»
«Sobre todo no te muevas.»
Abrió la mochila para buscar el contador Geiger y el imán. Pasó el cuadrante a lo largo de los cables que ella sostenía. No hubo oscilación alguna de la aguja hacia el polo negativo, ninguna pista, nada. Retrocedió, al tiempo que se preguntaba dónde estaría la trampa.
«Mira, voy a pegar ésos con cinta adhesiva al árbol y ya puedes marcharte.»
«No. Te los sostengo. No van a llegar hasta el árbol.»
«No.»
«Kip… puedo sostenerlos.»
«Estamos en un callejón sin salida. Vaya broma. No sé por dónde seguir. No sé hasta dónde llegará la trampa.»
Se separó de ella y corrió hasta el punto en el que había visto por primera vez el cable. Lo levantó y esa vez lo siguió por todo su recorrido con el contador Geiger. Luego se acuclilló a unos diez metros de ella y se puso a pensar: de vez en cuando levantaba la vista hacia ella, sin verla, y miraba sólo los dos ramales de cable que sostenía. No sé, dijo en voz alta y lenta, no sé. Creo que debo cortar el cable de tu mano izquierda. Tienes que marcharte. Se puso los auriculares para que volviera a llegarle el sonido enteramente y lo ayudara a pensar con claridad. Se representó los diferentes trayectos del cable y se desvió por las circunvoluciones de sus nudos, los giros repentinos, los interruptores enterrados que lo convertían de positivo en negativo: un polvorín. Recordó el perro con ojos como platos. Recorrió, al ritmo de la música, los cables, sin dejar de mirar las manos de la muchacha, que los sostenían muy quietas.
«Más vale que te vayas.»
«Necesitas otra mano para cortarlo, ¿no?»
«Puedo atarlo al árbol.»
«Yo te lo sostengo.»
Le cogió el cable de la mano izquierda como si fuera una víbora muy delgada y después el otro. Ella no se apartó. Él no dijo nada más, ahora tenía que pensar con la mayor claridad posible, como si estuviera solo. Ella se le acercó y volvió a coger uno de los cables. El no se dio cuenta de ello, se le había borrado la presencia de Hana. Volvió a recorrer todo el camino hasta la espoleta, acompañado por la mente que había imaginado aquella coreografía, tocando todos los puntos decisivos, radiografiando todo el conjunto, mientras la música invadía todos los demás resquicios.
Antes de que se le desdibujara el teorema, se acercó a ella y cortó el cable que colgaba de su mano izquierda con un chasquido como de mordisco. Vio el obscuro estampado de su vestido a lo largo de su hombro y contra su cuello. La bomba estaba desactivada. Dejó caer las cizallas y le puso la mano en el hombro, porque necesitaba tocar algo humano. Ella estaba diciendo algo que él no podía oír, por lo que alargó la mano y le quitó los auriculares y entonces se hizo el silencio: la brisa y un murmurio. Kip se dio cuenta de que no había oído el ruido seco del corte, sólo lo había sentido, al quebrarse, como la rotura de un huesecillo de conejo. No retiró la mano, sino que se la bajó por el brazo y tiró de los quince centímetros de cable que ella tenía aún apretados en la mano.
Lo miraba inquisitiva, mientras esperaba la respuesta a lo que acababa de decir, pero él no la había oído. Hana movió la cabeza y se sentó. Él se puso a recoger diversos objetos a su alrededor y a guardarlos en su mochila. Ella levantó la vista hacia el árbol y después, sólo por azar, la bajó y vio que estaba en cuclillas y que le temblaban las manos, tensas y rígidas como las de un epiléptico, y tenía la respiración acelerada.
«¿Has oído lo que te he dicho?»
«No. ¿Qué?»
«Pensaba que iba a morir. Quería morir. Y he pensado que, si iba a morir, lo haría contigo. Alguien como tú, joven como yo, como tantos que he visto morir en el pasado año. No he sentido miedo, pero no ha sido por valentía, desde luego. He pensado para mis adentros: tenemos esta villa, esta hierba, deberíamos habernos tumbado juntos, abrazados, antes de morir. Quería tocar ese hueso que tienes en el cuello, la clavícula, y que es como una alita dura bajo tu piel. Quería tocarlo con los dedos. Siempre me ha gustado la carne del color de los ríos y las rocas o como la mota central de las margaritas amarillas, ¿sabes a cuáles me refiero? ¿Las has visto alguna vez? Estoy tan cansada, Kip, quiero dormir. Quiero dormir bajo este árbol, pegar mis ojos a tu clavícula, sólo quiero cerrar los ojos y no pensar en los demás. Quiero encontrar un hueco en un árbol, subirme a él y dormir. ¡Qué capacidad de concentración! Saber qué cable cortar. ¿Cómo lo has sabido? No cesabas de decir: no sé, no sé, pero lo has sabido. ¿Verdad? No tiembles, tienes que ser un lecho tranquilo para mí, déjame acurrucarme, como si fueras un tierno abuelo al que pudiese abrazar, me gusta la palabra “acurrucar”, una palabra que no se puede decir precipitadamente…»

Hana tenía la boca pegada a la camisa de él, que estaba tumbado junto a ella con toda la quietud necesaria y los ojos despejados y clavados en una rama y oía su profunda respiración. Cuando le rodeó el hombro con el brazo, ya estaba dormida, pero lo había agarrado y lo había apretado contra sí. Al bajar la vista, Kip vio que aún tenía el cable en la mano, debía de haberlo cogido de nuevo.
Lo más vivo en ella era la respiración. Su peso parecía tan leve, que debía de haber desplazado la mayor parte de su cuerpo. ¿Cuánto tiempo iba a poder estar tumbado así, sin poder moverse ni volver al trabajo? Era esencial permanecer quieto, como las estatuas de las que se había valido durante los meses en que avanzaban costa arriba combatiendo hasta ocupar y rebasar cada una de las ciudades fortificadas que ya no se distinguían unas de otras, con las mismas calles estrechas en todas que se convertían en alcantarillas de sangre, lo que le hacía pensar que, si perdía el equilibrio, resbalaría con el líquido rojo de aquellas pendientes y se precipitaría por el barranco hacia el valle. Todas las noches había entrado, indiferente al frío, a una iglesia capturada y había encontrado una estatua para que fuera su centinela durante la noche. Sólo había otorgado su confianza a esa raza de piedras, se acercaba lo más posible a ella en la obscuridad: un ángel abatido cuyo muslo era un muslo perfecto de mujer y cuyas formas y sombras parecían muy suaves. Reclinaba la cabeza en el regazo de aquellos seres y se entregaba al alivio del sueño.
De repente se volvió más pesada sobre él. Y ahora su respiración se hizo más profunda, como el sonido de un violonchelo. Contempló la cara dormida de ella. Seguía molesto porque la muchacha se hubiese quedado con él, cuando desactivó la bomba, como si con ello lo hubiera puesto en deuda para con ella, lo hubiese hecho sentirse retrospectivamente responsable de ella, aunque en el momento no lo había pensado, como si eso pudiera influir positivamente en su manipulación de una mina.
Pero ahora se sentía parte de algo, tal vez un cuadro que había visto en algún sitio el año anterior: una pareja tranquila en un campo. Cuántas había visto durmiendo, perezosas, sin pensar en el trabajo ni en los peligros del mundo. A su lado tenía los movimientos como de ratón que provocaba la respiración de Hana; sus cejas se encrespaban como en una discusión, una ligera irritación en sueños. Apartó la vista y la alzó hacia el árbol y el cielo de nubes blancas. Su mano se aferraba a él como el barro en la orilla del río Moro, cuando tenía hundido el puño en la tierra mojada para no volver a resbalar hasta el torrente que acababa de cruzar.
Si hubiera sido la figura de un cuadro, habría podido aspirar a un merecido sueño. Pero, como había dicho incluso ella, él era el color carmelita de una roca, de un cenagoso río crecido con la tormenta y algo en su interior lo incitaba a retraerse incluso ante la ingenua inocencia de semejante comentario. La desactivación con éxito de una bomba ponía fin a una novela. Hombres blancos, juiciosos y paternales, estrechaban manos, recibían agradecimientos y se retiraban cojeando a su soledad, de la que los habían sacado con halagos tan sólo para esa ocasión especial. Pero él era un profesional y seguía siendo el extranjero, el sij. Su único contacto humano y personal era con el enemigo que había fabricado aquella bomba y se había marchado barriendo tras sí sus huellas con ayuda de una rama.
¿Por qué no podía dormir? ¿Por qué no podía volverse hacia la muchacha y dejar de pensar que todo seguía medio encendido, que acechaba el fuego en rescoldo? En un cuadro por él imaginado, el campo que rodeaba aquel abrazo habría estado en llamas. En cierta ocasión había seguido con prismáticos la entrada de otro zapador en una casa minada. Lo había visto rozar, al pasar, una caja de cerillas al borde de una mesa y quedar envuelto por la luz medio segundo antes de que el atronador ruido de la bomba llegara hasta él. A eso recordaban los relámpagos en 1944. ¿Cómo iba a poder confiar siquiera en aquella cinta elástica que ceñía la manga del vestido al brazo de la muchacha? ¿Ni en el resonar de su respiración más íntima, tan profunda como los cantos en el lecho de un río?

Cuando la oruga pasó del cuello de su vestido a su mejilla, se despertó y abrió los ojos y lo vio acuclillado a su lado. El zapador quitó la oruga de la cara, sin tocarle la piel y la dejó en la hierba. Hana advirtió que ya había recogido todo su instrumental. Kip retrocedió y se sentó, apoyado en el árbol, y la observó volverse boca arriba y después estirarse y prolongar aquel instante lo más posible. Por la posición del sol, debía de ser la tarde. Echó la cabeza hacia atrás y lo miró.
«¡Debías tenerme abrazada!»
«Lo he hecho. Hasta que te has apartado.»
«¿Cuánto tiempo me has tenido abrazada?»
«Hasta que te has movido, hasta que has necesitado moverte.»
«No te habrás aprovechado de mí, ¿verdad?» Y, al ver que él empezaba a ruborizarse, añadió: «Hablaba en broma.»
«¿Quieres volver a la casa?»
«Sí, tengo hambre.»
Cegada por el sol como estaba y con las piernas cansadas, apenas si podía sostenerse en pie. Seguía sin saber cuánto tiempo habían estado allí. No podía olvidar la profundidad de su sueño, la levedad de la caída.

Angielski pacjent

Tłum. Wacław Sadkowski

Zatrzymała się, aby usłyszeć kolejny okrzyk. Kiedy się rozległ, przeszła przez ogród na pole powyżej domu.
Stał z wyciągniętymi w górę rękami trzymając nad sobą coś na kształt ogromnej pajęczyny. Potrząsał głową, aby uwolnić ją od słuchawek radiowych. Kiedy do niego podbiegła, krzyknął, aby ominęła go z lewej strony, wszędzie tu pełno kabli. Zatrzymała się. Ruszyła wolnym krokiem, który stosowała już nieraz, nie odczuwając strachu. Zadarła spódnicę i posuwała się naprzód, uważnie wpatrując się pod stopy zanurzane w wysoką trawę.
Nawet kiedy do niego podeszła, nadal trzymał ręce wysoko w górze. Uwiązł w tej pozycji, unosząc w powietrzu dwa kable, których nie mógł opuścić bez narażania się na wywołanie zwarcia w całym splocie. Potrzebował trzeciej ręki do odłączenia jednego z nich, żeby się móc ponownie cofnąć ku głowicy zapalnika. Ostrożnie przekazał jej kable i opuścił ręce; krew ponownie do nich napłynęła.
– Za chwilę je od ciebie odbiorę.
– W porządku.
– Stój spokojnie, nie poruszaj się.
Otworzył plecak, by wyjąć licznik Geigera i magnes. Przejechał czujnikiem wzdłuż kabli, które trzymała. Wskazówka ani drgnęła. Żadnego sygnału. Nic. Cofnął się, rozmyślając, gdzie też może być ukryta pułapka.
– Przywiążę te kable do drzewa i będziesz mogła odejść.
– Nie. Potrzymam je. Nie sięgną do drzewa.
– Rzeczywiście nie sięgną.
– Łososiu, mogę je tak trzymać w górze.
– Znaleźliśmy się w impasie. Jest w tym jakiś trik. Nie mam pojęcia, gdzie go szukać. Nie wiem, jak bardzo jest przemyślny.
Pozostawił ją na miejscu, sam wrócił tam, gdzie się natknął na kabel. Uniósł go i przesuwał licznik Geigera wzdłuż całej długości drutu. Potem odszedł o jakieś dziesięć metrów, przypatrując się dwóm zwojom drutu, które trzymała w rękach.
– Nie wiem – wyrzekł powoli i głośno – n i e wiem. Myślę, że powinniśmy przeciąć ten kabel, który trzymasz w lewej ręce, musisz się odsunąć.
Nałożył sobie słuchawki na uszy, dźwięki muzyki znów wlały się weń i napełniły jego myśli jasnością. Przepatrywał różne odgałęzienia kabla, sprawdzał wibrowanie jego zwojów, nagłe załamania, pokrycie farbą, które zmieniało biegun dodatni w ujemny. Hubka i krzesiwo. Przypomniał sobie psa o oczach wielkich jak spodki. I wędrował tak z muzyką w uszach wzdłuż kabli, popatrując na ręce dziewczyny, utrzymujące je ciągle w górze.
– Lepiej stąd odejdź.
– Potrzebujesz jeszcze jednej ręki, żeby je odłączyć, no nie?
– Mogę to przywiązać do drzewa.
– Nie, będę to tak trzymała w górze.
Wyjął jej z lewej dłoni przewód, uważnie jak żmiję. Potem drugi z prawej. Nie ruszyła się z miejsca. Nie odzywał się, musiał teraz skupić myśli najściślej, jak potrafił, jakby był tu sam. Podeszła doń i odebrała mu jeden z kabli, nie uświadamiał sobie tego ani też jej obecności. Znów powędrował myślą ku głowicy zapalnika, sprawdzając wszystkie węzłowe punkty, prześwietlając je wzrokiem, całą resztę wyobraźni wypełniała muzyka.
Podchodząc do Hany, odciął kabel zwisający z jej lewej pięści; zanim drut opadł, dał się słyszeć dźwięk, jakby ktoś coś przegryzł zębami. Patrzył na drukowany wzorek jej sukni na ramieniu, przy szyi: Mina była martwa. Odrzucił narzędzia i położył dłoń na jej ramieniu, pragnąc dotknąć czegoś ludzkiego. Powiedziała coś, czego nie mógł usłyszeć, przylgnęła doń i zdjęła mu słuchawki, cisza wtargnęła do jego uszu. Powiew i szmer. Uświadomił sobie, że nie mógł usłyszeć dźwięku przecinania drutu, po prostu go wyczuł, taki trzask, jak przy przełamywaniu króliczej kostki. Nie odsuwając się opuścił dłoń i wyjął z jej ciągle zaciśniętej pięści kilkanaście centymetrów drutu.
Patrzyła na niego pytająco, oczekując odpowiedzi na to, co powiedziała, ale on tego nie słyszał. Potrząsnęła głową i usiadła. Zaczął zbierać różne rozrzucone wokół przedmioty i wkładać je do plecaka. Spojrzała na drzewo, a potem opuściła wzrok i przypadkiem spostrzegła jego trzęsącą się dłoń, napiętą i twardą jak u epileptyka; oddychał głęboko i szybko przez dłuższą chwilę. Przykucnął.
– Słyszałeś, co mówiłam?
– Nie. Co?
– Myślałam, że umrę. Chciałam umrzeć. I myślałam, że jeśli zginę, to umrę wraz z tobą. Z kimś równie młodym jak ja. Widziałam tylu umierających w ciągu ostatniego roku. Nie czułam lęku. A z pewnością nie byłam odważna. Przemawiałam do siebie w duchu, mamy ten pałac i tę trawę, powinniśmy się razem ułożyć, ty w moich ramionach, zanim zginiemy, Chciałam dotknąć tej kostki przy twojej szyi, obojczyka, wygląda jak ukryte pod skórą skrzydełko. Chciałam wcisnąć pod nie palec. Zawsze podobało mi się ciało koloru mulistych rzek i skał albo czegoś, co się u nas nazywa brązowe oko Susan, wiesz, co to za kwiat? Czy go widziałeś? Jestem taka zmęczona, Łososiu. Chcę sobie pospać pod tym drzewem, popatrzeć na twój obojczyk i po prostu przymknąć oczy, nie myśląc o innych, znaleźć na drzewie rozgałęzienie, wspiąć się tam i ułożyć w nim do snu. Jakiż ty masz przenikliwy umysł! Wiedzieć, który przewód odciąć! Skąd to wiedziałeś? Powtarzałeś w kółko, ja nie wiem, nie wiem, ale wiedziałeś. Prawda? Nie poruszaj się, masz być moim wygodnym posłaniem, pozwól mi się ułożyć, jakbyś był dobrym dziadkiem, do którego mogę się przytulić, uwielbiam słowo „ułożyć się”, to takie powolne słowo, nie możesz go przyspieszyć…
Przywarła ustami do jego koszuli. Leżał na ziemi, bez ruchu, z otwartymi oczyma, wpatrując się w gałąź. Słyszał jej głęboki oddech. Kiedy ją objął ramieniem, już spała, ale przez sen przycisnęła to ramię do siebie. Wodząc po niej wzrokiem spostrzegł, że znów trzyma w ręce kabel, musiała go podnieść z ziemi.
Najbardziej żywy był w niej oddech. Prawie nie odczuwał ciężaru jej ciała. Jak długo będzie tak leżeć, nie mogąc podjąć pracy ani się nawet poruszyć? Ale najważniejsze było ciągle to, by pozostać w bezruchu, tak jak wtedy pod posągami, w czasie tych miesięcy, kiedy posuwali się wzdłuż wybrzeża zdobywając kolejne ufortyfikowane miasteczka, które niczym się dla nich nie różniły, wszędzie te same wąskie uliczki, przekształcające się w krwawe rynsztoki, tak że śniło mu się, iż jeśli straci równowagę, runie z tych pochyłości w krwawą maź i zostanie przez nią zmyty ze skały na dno dolin. Każdego wieczora wchodził w chłodny mrok kolejnego zdobytego kościoła i znajdował sobie figurę, która stawała się jego strażnikiem. Darzył zaufaniem tylko ten rodzaj kamienia, przysuwając się doń możliwie najbliżej w ciemności, do zatroskanego anioła o doskonałych, kobiecych udach, którego zarysy i cienie wydawały się tak miękkie. Kładł głowę na podnóżku takiego wykutego w kamieniu stworzenia i zasypiał.
Nagle przeniosła nań więcej ciężaru swego ciała. I oddech jej się pogłębił, jak ton skrzypiec. Przypatrywał się jej uśpionej twarzy. Ciągle niepokoiła go ta dziewczyna, która została z nim, kiedy rozbrajał minę – jak gdyby z tego powodu był jej coś winien. Jakby go uczyniła odpowiedzialnym za nią, za to, co się z nią działo, choć wcale o tej odpowiedzialności wtedy nie myślał. Jakby to poczucie skutecznie wpłynęło na wybór sposobu rozbrojenia miny.
Odczuwał teraz, że znalazł się oto wewnątrz czegoś, być może jakiegoś malowidła, które widział gdzieś w zeszłym roku. Para pogodnych ludzi na polu. Ileż takich oglądał, leniwie śpiących, nie myślących o pracy ani o niebezpieczeństwach grożących ze strony świata. Tuż przy nim odbywały się jakieś przypominające krzątaninę myszy ruchy, wywoływane jej oddechem; brwi uniosły się jej jak w trakcie sporu, jakiś gniew wdarł się w jej sen. Odwrócił oczy, wpatrzył się poprzez gałęzie w biały obłok na niebie. Jej dłoń zacisnęła się wokół jego ręki, tak jak jego pięść worywała się w glinę na skarpie brzegowej Moro, powstrzymując obsuwanie się ciała w skłębiony nurt rzeki.
Gdyby mógł być postacią z obrazu, starałby się usnąć. Ale, jak mówi Hana, był tylko brązowością kamienia, brązowością gliniastej, spienionej rzeki. I coś mu nakazywało zachować dystans nawet wobec tak niewinnej uwagi. Skuteczne rozbrojenie miny zamykało całą historię. Mądrzy, biali, ojcowsko wyglądający ludzie ściskali sobie ręce, zyskiwali uznanie i odjeżdżali, wydobywając się ze swej samotności tylko z takiej szczególnej okazji. Ale on był profesjonalistą. I pozostawał kimś obcym, Sikhem. Jedyny ludzki, osobisty kontakt, jaki nawiązywał, to był kontakt z nieprzyjacielem, który podłożył minę i zbiegł, zacierając za sobą ślad zerwaną i ciągniętą po ziemi gałęzią.
Dlaczego nie mógł zasnąć? Dlaczego nie umiał przytulić się do dziewczyny, przestać myśleć, że wszystko jest tylko na poły rozbrojonym niewypałem? Na obrazie utworzonym przez jego wyobraźnię pole otaczające tę scenę za chwilę stanie w płomieniach. Pewnego razu wchodził za innym saperem do zaminowanego budynku. Ujrzał, jak tamten sięga po paczkę zapałek leżącą na skraju stołu i błysk rozświetla jego sylwetkę na pół sekundy, zanim do uszu dotarła eksplozja potężnej miny. Błysnęło wówczas tak jak teraz, w roku 1944. Jakżeby mógł zaufać nawet tej elastycznej lamówce rękawa sukienki dziewczyny, która obciskała jej ramię? Albo też szmerom w jej oddechu, tak głębokim, jakby się wydobywały spod głazów na dnie rzeki?

Obudziła się, kiedy motyl przefrunął z kołnierzyka sukienki na jej policzek. Otworzyła oczy, ujrzała, jak się nad nią pochyla. Zdjął motyla z jej twarzy, nie dotykając skóry, i ułożył go na trawie. Zauważyła, że już zebrał swe przybory. Odszedł o kilka kroków i stanął pod drzewem, widział, jak ona odwraca się na wznak, a potem przeciąga, wydłużając tę chwilę jak to tylko możliwe. Jest już pewnie po południu, słońce się odsunęło. Odwróciła głowę i spojrzała na niego.
– Miałeś mnie przytulać.
– Przytulałem. Aż się odsunęłaś.
– Jak długo mnie przytulałeś?
– Dopóki się nie odsunęłaś. Dopóki się nie poruszyłaś.
– I nie zostałam wykorzystana, prawda? – I dodaje: – Oczywiście żartuję – bo widzi, jak on się zapłonił.
– Chcesz, żebyśmy już poszli do domu?
– Tak, głodny jestem.
Podnosi się z trudem, oślepiona słońcem, czuje zmęczenie w nogach. Ciągle nie wie, jak długo tu przebywali. Nie umie zapomnieć, oderwać się myślą od głębi swego snu, od szczególnej lekkości tego ciężaru spoczywającego jej na sercu.

The English Patient

He stood, his hands raised above him as if he were holding a giant cobweb. He was shaking his head to get free of the earphones. As she ran towards him he yelled at her to circle to the left, there were mine wires all over the place. She stopped. It was a walk she had taken numerous times with no sense of danger. She raised her skirt and moved forward, watching her feet as they entered the long grass.
His hands were still up in the air as she came alongside him. He had been tricked, ending up holding two live wires he could not put down without the safety of a descant chord. He needed a third hand to negate one of them and he needed to go back once more to the fuze head. He passed the wires carefully to her and dropped his arms, getting blood back into them.
“I’ll take them back in a minute.”
“It’s okay.”
“Keep very still.”
He opened up his satchel for the Geiger counter and mag­net. He ran the dial up and along the wires she was holding. No swerve to negative. No clue. Nothing. He stepped back­wards, wondering where the trick could be.
“Let me tape those to the tree, and you leave.”
“No. I’ll hold it. They won’t reach the tree.”
“No.”
“Kip—I can hold them.”
“We have an impasse. There’s a joke. I don’t know where to go from here. I don’t know how complete the trick is.”
Leaving her, he ran back to where he had first sighted the wire. He raised it and followed it all the way this time, the Geiger counter alongside it. Then he was crouched about ten yards from her, thinking, now and then looking up, looking right through her, watching only the two tributaries of wire she held in her hands. I don’t know, he said out loud, slowly, / don’t know. I think I have to cut the wire in your left hand, you must leave. He was pulling the radio earphones on over his head, so the sound came back into him fully, filling him with clarity. He schemed along the different paths of the wire and swerved into the convolutions of their knots, the sudden corners, the buried switches that translated them from positive to negative. The tinderbox. He remembered the dog, whose eyes were as big as saucers. He raced with the music along the wires, and all the while he was staring at the girl’s hands, which were very still holding onto them.
“You’d better go.”
“You need another hand to cut it, don’t you?”
“I can attach it to the tree.”
“I’ll hold it.”
He picked the wire like a thin adder from her left hand. Then the other. She didn’t move away. He said nothing more, he now had to think as clearly as he could, as if he were alone. She came up to him and took back one of the wires. He was not conscious of this at all, her presence erased. He travelled the path of the bomb fuze again, alongside the mind that had choreographed this, touching all the key points, seeing the X ray of it, the band music filling everything else.
Stepping up to her, he cut the wire below her left fist before the theorem faded, the sound like something bitten through with a tooth. He saw the dark print of her dress along her shoulder, against her neck. The bomb was dead. He dropped the cutters and put his hand on her shoulder, needing to touch something human. She was saying something he couldn’t hear, and she reached forward and pulled the earphones off so silence invaded. Breeze and a rustle. He realized the click of the wire being cut had not been heard at all, just felt, the snap of it, the break of a small rabbit bone. Not letting go of her, he moved his hand down her arm and pulled the seven inches of wire out of her still tight grip.
She was looking at him, quizzical, waiting for his answer to what she had said, but he hadn’t heard her. She shook her head and sat down. He started collecting various objects around himself, putting them into his satchel. She looked up into the tree and then only by chance looked back down and saw his hands shaking, tense and hard like an epileptic’s, his breathing deep and fast, over in a moment. He was crouched over.
“Did you hear what I said?”
“No. What was it?”
“I thought I was going to die. I wanted to die. And I thought if I was going to die I would die with you. Someone like you, young as I am, I saw so many dying near me in the last year. I didn’t feel scared. I certainly wasn’t brave just now. I thought to myself, We have this villa this grass, we should have lain down together, you in my arms, before we died. I wanted to touch that bone at your neck, collarbone, it’s like a small hard wing under your skin. I wanted to place my fingers against it. I’ve always liked flesh the colour of rivers and rocks or like the brown eye of a Susan, do you know what that flower is? Have you seen them? I am so tired, Kip, I want to sleep. I want to sleep under this tree, put my eye against your collarbone I just want to close my eyes without thinking of others, want to find the crook of a tree and climb into it and sleep. What a careful mind! To know which wire to cut. How did you know? You kept saying I don’t know I don’t know, but you did. Right? Don’t shake, you have to be a still bed for me, let me curl up as if you were a good grandfather I could hug, I love the word ‘curl,’ such a slow word, you can’t rush it…”

Her mouth was against his shirt. He lay with her on the ground as still as he had to, his eyes clear, looking up into a branch. He could hear her deep breath. When he had put his arm around her shoulder she was already asleep but had gripped it against herself. Glancing down he noticed she still had the wire, she must have picked it up again.
It was her breath that was most alive. Her weight seemed so light she must have balanced most of it away from him. How long could he lie like this, unable to move or turn to busyness. It was essential to remain still, the way he had relied on statues during those months when they moved up the coast fighting into and beyond each fortress town until there was no difference in them, the same narrow streets everywhere that became sewers of blood so he would dream that if he lost balance he would slip down those slopes on the red liquid and be flung off the cliff into the valley. Every night he had walked into the coldness of a captured church and found a statue for the night to be his sentinel. He had given his trust only to this race of stones, moving as close as possible against them in the darkness, a grieving angel whose thigh was a woman’s perfect thigh, whose line and shadow appeared so soft. He would place his head on the lap of such creatures and release himself into sleep.
She suddenly let more weight onto him. And now her breathing stretched deeper, like the voice of a cello. He watched her sleeping face. He was still annoyed the girl had stayed with him when he defused the bomb, as if by that she had made him owe her something. Making him feel in retro­spect responsible for her, though there was no thought of that at the time. As if that could usefully influence what he chose to do with a mine.
But he felt he was now within something, perhaps a paint­ing he had seen somewhere in the last year. Some secure couple in a field. How many he had seen with their laziness of sleep, with no thought of work or the dangers of the world. Beside him there were the mouselike movements within Hana’s breath; her eyebrows rode upon argument, a small fury in her dreaming. He turned his eyes away, up towards the tree and the sky of white cloud. Her hand gripped him as mud had clung along the bank of the Moro River, his fist plunging into the wet earth to stop himself slipping back into the already crossed torrent.
If he were a hero in a painting, he could claim a just sleep.
But as even she had said, he was the brownness of a rock, the brownness of a muddy storm-fed river. And something in him made him step back from even the naive innocence of such a remark. The successful defusing of a bomb ended novels. Wise white fatherly men shook hands, were acknowledged, and limped away, having been coaxed out of solitude for this special occasion. But he was a professional. And he remained the foreigner, the Sikh. His only human and personal contact was this enemy who had made the bomb and departed brush­ing his tracks with a branch behind him.
Why couldn’t he sleep? Why couldn’t he turn towards the girl, stop thinking everything was still half lit, hanging fire? In a painting of his imagining the field surrounding this em­brace would have been in flames. He had once followed a sapper’s entrance into a mined house with binoculars. He had seen him brush a box of matches off the edge of a table and be enveloped by light for the half-second before the crumpling sound of the bomb reached him. What lightning was like in 1944. How could he trust even this circle of elastic on the sleeve of the girl’s frock that gripped her arm? Or the rattle in her intimate breath as deep as stones within a river.

She woke when the caterpillar moved from the collar of her dress onto her cheek, and she opened her eyes, saw him crouched over her. He plucked it from her face, not touching her skin, and placed it in the grass. She noticed he had already packed up his equipment. He moved back and sat against the tree, watching her as she rolled slowly onto her back and then stretched, holding that moment for as long as she could. It must have been afternoon, the sun over there. She leaned her head back and looked at him.
“You were supposed to hold onto me!”
“I did. Till you moved away.”
“How long did you hold me?”
“Until you moved. Until you needed to move.”
“I wasn’t taken advantage of, was I?” Adding, “Just joking,” as she saw him beginning to blush.
“Do you want to go down to the house?”
“Yes, I’m hungry.”
She could hardly stand up, the dazzle of sun, her tired legs. How long they had been there she still didn’t know. She could not forget the depth of her sleep, the lightness of the plummet.

Robert Musil

1880- 1942, Austria

Trad. José M. Sáenz

El hombre sin atributos I (cap. 4)

Quien quiere pasar despreocupado por puertas abiertas, ha de cerciorarse primero de que dinteles y jambas estén bien ajustados. Este principio, vital para el viejo profesor, es un postulado del sentido de la realidad. Pero si se da un sentido de la realidad, y nadie dudará que tiene su razón de ser, se tiene que dar también algo a lo que se pueda llamar sentido de la posibilidad.
El que lo posee no dice, por ejemplo: aquí ha sucedido esto o aquello, sucederá, tiene que suceder; más bien imagina: aquí podría, debería o tendría que suceder; y si se le demuestra que una cosa es tal como es, entonces piensa: probablemente podría ser también de otra manera. Así cabría definir el sentido de la posibilidad como la facultad de pensar en todo aquello que podría igualmente ser, y de no conceder a lo que es más importancia que a lo que no es. Como se ve, las consecuencias de tal disposición creadora pueden ser notables; es así como, por desgracia, aparece no pocas veces falso lo que los hombres admiran, y aquello que prohíben, lícito, o bien ambas cosas como indiferentes. Tales hombres de la posibilidad viven, como se suele decir, en una tesitura más sutil, etérea, ilusoria, fantasmagórica y subjuntiva. Cuando los niños muestran tendencias semejantes se procura enérgicamente hacerlas desaparecer, y ante ellos se califica a esos individuos con los apelativos de ilusos, visionarios, endebles y pedantes o sofistas.
Si se les quiere alabar, a estos locos también se les llama idealistas, pero evidentemente de este modo se alude sólo al tipo débil que no alcanza a ver la realidad o se separa lamentablemente de ella, por lo que entonces la ausencia del sentido de la realidad aparece como una auténtica carencia. (…) La realidad es la que despierta las posibilidades; nada sería tan absurdo como negarlo. No obstante, en el total o en el promedio permanecerán siempre las mismas posibilidades y se repetirán hasta que venga uno al que las cosas reales no le interesen más que las imaginarias. Éste es el que da a las nuevas posibilidades su sentido y su fin y el que las inspira.
Un individuo semejante no es en modo alguno un asunto muy inequívoco. Dado que sus ideas, mientras no degeneren en vanas quimeras, no son otra cosa que realidades todavía no nacidas, también él tiene, como es natural, sentido de la realidad; pero es un sentido para la realidad posible y da en el blanco mucho más tarde que el sentido, congénito en la mayor parte de los hombres, para las posibilidades verdaderas. Prefiere, por decirlo así, el bosque a los árboles; el bosque es algo difícil de definir, mientras que los árboles significan tantos y tantos metros cúbicos de madera de determinada calidad. Quizá se pueda expresar esto mejor diciendo que el hombre con sentido normal de la realidad se asemeja a un pez que muerde el cebo y no ve el sedal, en tanto que el hombre con ese sentido de la realidad, al que también se puede llamar sentido de la posibilidad, lanza el anzuelo al agua sin saber si le ha puesto cebo. Lo que para el pececillo que mordería resulta de extraordinaria indiferencia es, en cambio, para el otro, peligro de pescar un aburrimiento desesperante. Un hombre inepto para la vida práctica -que no solamente lo parece, sino que de hecho lo es-no sirve ni se le puede confiar cosa alguna en las relaciones humanas. Emprenderá acciones que significarán para él algo distinto que para los demás, pero pronto se dará por satisfecho, en cuanto consiga reducirlo todo a una idea rara. De poseer lógica también está lejos.
Es además muy posible que un delito con daños a terceras personas lo considere como una frustración social, y no culpe al delincuente, sino a la institución de la sociedad. No está tan claro, por otra parte, si al recibir una bofetada le parecerá nada más que una afrenta a la sociedad o, en todo caso, tan impersonal como la dentellada de un perro; probablemente devolverá primero la bofetada y luego reflexionará para deducir que ha cometido una acción indebida. Y cuánto menos podrá prescindir de la realidad del hecho y restablecerse con un sentimiento nuevo y repentizado si a alguien se le ocurre raptarle una querida. Este desarrollo está actualmente en gestación y representa para cada uno de los hombres tanto una debilidad como una fuerza.
Y puesto que el disfrutar de atributos presupone una cierta deleitación en su realidad, es lícito prever que a alguno, que ni para sí mismo tiene sentido de la realidad, le llegue un día en el que tenga que reconocerse hombre sin atributos.

Foto propia

Tłum. Krzysztof Radziwiłł, Kazimierz Truchanowski, Janina Zeltzer

Człowiek bez właściwości I (rozdz. 4)

Jeżeli chce się przejść pomyślnie przez otwarte drzwi, to trzeba wziąć pod uwagę fakt, że mają one stałą futrynę. Ta zasada, której stary profesor zawsze się trzymał, wynika po prostu z poczucia rzeczywistości. Jeśli wszakże takie poczucie istnieje, a nikt nie może wątpić, że ma ono swoją rację bytu, to musi również istnieć coś, co można by nazwać poczuciem ewentualności.
Kto je ma, nie mówi na przykład nigdy: to czy tamto się stało, stanie albo musi się stać, a jedynie zakłada, że coś mogłoby, miałoby albo musiałoby się stać. A kiedy się takiemu człowiekowi o czymś mówi, że to tak jest, jak jest, wtedy on myśli sobie, że prawdopodobnie mogłoby być również inaczej. W ten sposób poczucie ewentualności dałoby się po prostu zdefiniować jako zdolność do uwzględniania wszystkiego, co równie dobrze mogłoby się zdarzyć, oraz do nie uznawania za ważniejsze tego, co jest, od tego, czego nie ma. Widzimy, że wyniki takiego twórczego uzdolnienia mogą być godne uwagi i niestety często ujawniają, że to, co ludzi wprawia w zachwyt, okazuje się marnym blichtrem, a to, czego zabraniają, jest dozwolone lub też — zarówno jedno, jak i drugie — zgoła obojętne. Ludzie mający poczucie ewentualności żyją, jak to się mówi, otoczeni delikatną pajęczyną utkaną z ułudy, wyobraźni, marzeń i… trybów warunkowych. U dzieci, które zdradzają takie skłonności, wyplenia się je radykalnie, a dorosłych, którzy je posiadają, nazywa się wobec dzieci fantastami, marzycielami, słabeuszami lub wiedzącymi wszystko lepiej krytykantami.
Jeżeli chce się tych głupców pochwalić, nazywa się ich również idealistami, ale w ten sposób określa się jedynie ich słabszą odmianę, która nie rozumie rzeczywistości albo jej melancholijnie unika, to znaczy tych, u których brak poczucia rzeczywistości stanowi prawdziwe kalectwo. To, co nazywamy ewentualnością, obejmuje wszakże nie tylko marzenia chorych nerwowo osób, ale również nie ziszczone jeszcze zamiary Boga. Jakieś możliwe przeżycie lub możliwa prawda nie równają się rzeczywistemu przeżyciu lub rzeczywistej prawdzie minus wartość rzeczywistego istnienia, ale mają w sobie, przynajmniej w mniemaniu swych zwolenników, coś boskiego: ogień, polot, wolę twórczą i świadomy utopizm, który nie lęka się rzeczywistości, ale traktuje ją jako zadanie do spełnienia i odkrycie do dokonania. (…) Rzeczywistość stwarza możliwości i nic nie byłoby bardziej błędne niż temu przeczyć. Ale w sumie czy przeciętnie są to zawsze te same możliwości, które się powtarzają, aż do chwili kiedy przyjdzie człowiek, dla którego rzecz rzeczywista nie oznacza więcej niż pomyślana. On dopiero nadaje nowym możliwościom ich sens i cel, budząc je do życia.
Tego rodzaju człowiek nie jest jednak bynajmniej zjawiskiem jednoznacznym. Ponieważ jego idee, jeżeli nie są to czcze wytwory mózgu, są po prostu nie urodzonymi jeszcze rzeczywistościami, więc i on naturalnie posiada poczucie rzeczywistości. Jest to jednak poczucie ewentualnej rzeczywistości i dlatego ziszcza się o wiele wolniej niż właściwe przeważającej części ludzi poczucie ich rzeczywistych możliwości. Jeden pragnie lasu, a drugi drzew. Las bowiem jest czymś trudnym do wyrażenia, podczas gdy drzewa oznaczają pewną ilość metrów sześciennych określonej masy i jakości. Da się to wyrazić jeszcze inaczej i nawet lepiej: człowiek o zwykłym poczuciu rzeczywistości podobny jest do ryby, która chwyta za haczyk nie widząc sznurka, podczas gdy człowiek o owym poczuciu rzeczywistości, które można nazwać poczuciem ewentualności, ciągnie sznurek przez wodę nie mając pojęcia, czy na jego końcu znajduje się przynęta. Przeciwwagę do nadzwyczajnej obojętności względem chwytającego na przynętę życia stanowi u niego całkowite poddanie się hipochondrii. Człowiek niepraktyczny — a takim on się chyba nie tylko wydaje, ale i jest — nie budzi zaufania i jest nieobliczalny w stosunkach z ludźmi. Popełni czyny, które dla niego znaczą coś całkiem innego niż dla drugich, ale odzyska spokój, skoro tylko da się to ująć w jakąś niezwykłą ideę. Przy tym jest on dzisiaj jeszcze bardzo daleki od konsekwencji. Może się na przykład łatwo zdarzyć, że zbrodnia, której ofiarą padł ktoś inny, wyda mu się tylko społecznym niedociągnięciem, za które winę ponosi nie przestępca, ale ustrój społeczny. Powstaje natomiast pytanie, czy również otrzymany przez niego samego policzek wyda mu się tylko hańbą społeczną lub czymś tak nieosobistym jak ukąszenie psa. Prawdopodobnie najpierw odda on policzek za policzek, a potem dopiero dojdzie do przekonania, że nie powinien był tego uczynić. A cóż dopiero, jeśli ktoś odbierze mu kochankę, wówczas jeszcze dziś nie uzna tego faktu za nierzeczywisty i nie potrafi powetować tego sobie jakimś niespodziewanym nowym uczuciem. Tego rodzaju ewolucja jest na razie jeszcze w toku i u poszczególnego człowieka stanowi zarówno o jego słabości, jak i sile.
A ponieważ posiadanie cech zakłada już z góry pewną radość z tego, że one w ogóle istnieją, pozwala to przewidzieć, że komuś, kto nawet wobec siebie samego nie ma poczucia tego, co rzeczywiste, może się przytrafić, iż pewnego dnia poczuje się człowiekiem pozbawionym właściwości.

Pascal Quignard

1948 – , Francia

Vida secreta (cap. XXIII)

Trad. Encarna Castejón

Uno tiene que aceptar ser hijo de sus sueños si quiere llegar a habitar las moradas de los sueños. Aquellos cuya voluntad rige la conducta, los que se presentan como los padres de los días que gobiernan, los que se jactan de dominar sus decisiones, ignoran la impresión que viene del mundo que los precede y que los ha sometido a sus influencias y a sus modas. Negándose a ser los siervos de impulsos ridículos, se sustraen poco a poco a cualquier contacto con la vida que los rodea y que prosigue cada vez menos dentro de ellos y, para acabar, ya no saben cuál es el camino y dejan de estar vivos y se deslizan en la muerte aunque el hálito aún los anime y la sangre los siga irrigando.
Son los fantasmas.

***

La vida de cada uno de nosotros no es una tentativa de amar. Es el único intento.

***

¿Qué lazo existe entre los seres que hablan? Solo la nada, el sentido, la esperanza semántica, la melancolía.
¿Qué lazo hay entre los seres vivos sexuados, que nacen y mueren, que se renuevan mediante la muerte personal y a través de una escena que no es visible para ellos? Ni la palabra sola, que los convertiría en fantasmas, ni la muerte sola, que los convertiría en cadáveres, ni el goce masculino del apareamiento, que los convertiría en animales.
Queda el amor. Eso es el amor: ese resto indecible que no puede mostrarse. De ahí vienen los dos tabúes del lenguaje y de la luz.
Indecible: el lenguaje está prohibido.
Que no puede mostrarse: lo visible es tabú.

***

Argumento V.
El individuo no es un estado ni un origen. No hay una identidad atómica en el fondo del ser. No podemos suponer ninguna psicología en esta tierra. Llegar a ser individual es desear, volverse conflictivo, convertirse en infinitamente divisible, sin descanso. Es llegar a estar cada vez más desgarrado.
Lo individual es la fascinación desgarrada.
No mitigada: desgarrada.

Masao Yamamoto

Tłum. Krzysztof Rutkowski

Życie sekretne (roz. XXIII)

Trzeba przyjąć, że jest się synem snów, jeśli pragnie się w nich rozgościć i godziwie w nich zamieszkać. Ci, którzy kierują się wolą, ci, którzy samych siebie przedstawiają jako rodzicieli życia, ci, którzy pysznią się panowaniem nad podejmowanym i decyzjami nie wiedzą, z jak wielką siłą działa na nich świat, skąd przyszli, świat poprzedni, który wycisnął na nich swoje piętna i swoje pozostawił w nich tropy. Ci, którzy nie potrafią się przyznać, że są niewolnikami śmiesznych impulsów, stopniowo coraz bardziej tracą kontakt z żywym życiem, coraz ospałej się w nich toczącym, aż w końcu zupełnie gubią drogę. Przestają żyć żywym życiem, ześlizgują się w śmierć, chociaż nadal wdychają powietrze w płuca, krew krąży, usta oddychają.
To upiory.


***

Życie każdego z nas nie jest pokusą miłości. Jest jej jedyną próbą.

***

Jaka więź łączy dwie osoby mówiące? Nic więcej niż nic, sens, nadzieja znacząca, melancholia.
Jaka więź łączy dwie osoby żyjące obdarzone organami płciowymi, rodzące się i umierające, odnawiające się przez osobniczą śmierć i schodzące ze sceny, której nigdy nie zobaczą? Nie tylko mowa, bo czyni z nich upiory. Nie tylko śmierć, bo czyni z nich trupy. Nie tylko krycie, bo czyni z nich zwierzęta.
Pozostaje miłość. Oto czym jest miłość: całą resztą niewymowną i niepokazywalną.
Niewymowną: mowa jej zakazana.
Niepokazywalną: widzialne jest dla niej tabu.

***

Argument V
Osobnik nie jest ot tak. Osobnik nie jest z rodu. Nie ma w nas tożsamości stałej. Stać się sobą: pożądać, popadać w konflikty, dzielić się i dzielić znowu, bez końca, tchnienia. Stawać się coraz bardziej rozdartym.
Bycie osobnikiem osobnym: fascynacja rozdzierająca.
Nie kojąca – rozdzierająca.

José Lezama Lima

1910-1976, Cuba

Ah, que tú escapes

Ah, que tú escapes en el instante
en el que ya habías alcanzado tu definición mejor.
Ah, mi amiga, que tú no querías creer
las preguntas de esa estrella recién cortada,
que va mojando sus puntas en otra estrella enemiga.
Ah, si pudiera ser cierto que a la hora del baño,
cuando en una misma agua discursiva
se bañan el inmóvil paisaje y los animales más finos:
antílopes, serpientes de pasos breves, de pasos evaporados,
parecen entre sueños, sin ansias levantar
los más extensos cabellos y el agua más recordada.
Ah, mi amiga, si en el puro mármol de los adioses
hubieras dejado la estatua que nos podía acompañar,
pues el viento, el viento gracioso,
se extiende como un gato para dejarse definir.

Henri Rousseau

Tłum. Ada Trzeciakowska

Ach, że wymykasz się

Ach, że wymykasz się właśnie w tej chwili
w której osiągnęłaś swoją najlepszą definicję.
Ach, przyjaciółko, która wierzyć nie chciałaś
w pytania tej świeżo ściętej gwiazdy,
co macza swe ramiona w innej wrogiej gwieździe.
Ach, gdyby mogło być prawdą, że w godzinie kąpieli,
kiedy w tej samej dyskursywnej wodzie
nurzają się nieruchomy pejzaż i najsubtelniejsze zwierzęta:
antylopy, żmije o krótkich krokach, o krokach ulotnionych,
zdają się we snach, bez strachu podrywać
najrozleglejsze czupryny i najpamiętliwsze wody mącić.
Ach, przyjaciółko, gdybyś w czystym marmurze pożegnań
zostawiła posąg, co towarzyszyć nam mógłby,
to wiatr, wdzięczny wiatr,
rozciągnąłby się jak kot pozwalając się zdefiniować.

José Lezama Lima

1910-1976, Cuba

*Creo que el poema Testamento de Eva Lipska podría servir de contrapunto o arrojar una nueva luz sobre esta breve oración lezamiana.

Oración de “Diarios”

Suéltame, porque creo en tu aliento. Ciégame, porque oigo tu no. Suéltame entre muchos pasos y ciempiés. Ciégame debajo del árbol de conocimiento. Suéltame que me reduzco y grito. Ciégame, que me abarco y comprendo.

Foto propia

Tłum. Ada Trzeciakowska

Modlitwa z “Dzienników”

Puść mnie, albowiem wierzę w twój oddech. Oślep mnie, bowiem słyszę twoje nie. Wypuść mnie pośród kroków i stonóg. Oślep mnie pod drzewem poznania. Puść mnie, bo kurczę się i krzyczę. Oślep mnie, bo obejmuję się i rozumiem.

Virginia Woolf

1882-1941, Reino Unido

Trad. Angela Pérez

De la enfermedad (frg.)

Existe, confesémoslo (y la enfermedad es el gran confesionario), una franqueza infantil en la enfermedad; se dicen cosas, se sueltan verdades que la cautelosa respetabilidad de la salud oculta. Acerca de la compasión, por ejemplo: podemos prescindir de ella. Esa ilusión de un mundo tan uniforme que repite todos los gemidos, de seres humanos tan unidos por las necesidades y los temores comunes que el tirón de una muñeca tira de las demás, en el que por extraña que sea la experiencia propia, otras personas ya la han tenido, donde, por muy lejos que llegues en tu propia mente, alguien ha estado allí antes que tú — es completamente ilusoria. No conocemos nuestra propia alma, y mucho menos las almas de los demás. Los seres humanos no vamos todo el trecho del camino cogidos de la mano. Hay una selva virgen en cada uno; un campo nevado en el que se desconocen incluso las huellas de los pájaros. Aquí vamos solos, y lo preferimos. Sería insoportable que nos compadecieran siempre, estar siempre acompañados, que nos comprendieran siempre. Pero en la salud ha de mantenerse la pretensión de cordialidad, y el esfuerzo renovado: comunicarse, civilizar, compartir, cultivar el desierto, educar al nativo, trabajar juntos día y noche. En la enfermedad cesa esta simulación. En cuanto nos vemos obligados a guardar cama o a reposar entre almohadones en un sillón y alzamos los pies unos centímetros sobre el suelo en otro, dejamos de ser soldados del ejército de los erguidos; nos convertimos en desertores. Ellos marchan a la batalla. Nosotros flotamos con las ramitas en la corriente; revueltos con las hojas muertas en el prado, irresponsables e indiferentes y quizá por primera vez en años capaces de mirar a nuestro alrededor, alzar la mirada y ver, por ejemplo, el cielo.

Fotograma de Zama de Lucrecia Martel (2017)

Tłum. Magdalena Heydel

O chorowaniu (frag.)

W chorobie, wyznajmy to (choroba bowiem jest wiel­kim konfesjonałem), pojawia się pewna dziecięca szczerość, człowiek gotów różne rzeczy powiedzieć, wyrzucić z siebie prawdę, którą ostrożna przyzwoitość zdrowia chce ukryć Na przykład na temat współczucia – że możemy się bez niego obejść. To złudzenie, że świat tak jest ukształtowany, iż echem odbija każdą skargę, że ludzie tak są z sobą po­wiązani wspólnotą potrzeb i lęków, iż drgnienie jednej dło­ni przenosi się na inną, że bez względu na to, jak dziwne przeżywa się doświadczenia, inni już je mają za sobą, że gdziekolwiek powędrujemy myślą, inni już też tam byli. Wszystko to jest złudzeniem. Nie znamy własnych dusz, a co dopiero mówić o cudzych. Ludzie, wędrując swą drogą, nie trzymają się za ręce. W każdym człowieku jest dziewi­cza puszcza, śnieżne pustkowie, bez jednego choćby ptasie­go śladu. Idziemy samotnie i bardziej nam to odpowiada. Zawsze odczuwać współczucie, zawsze mieć towarzystwo, zawsze znajdować zrozumienie – to by było nie do zniesie­nia. Jednak w zdrowiu musimy utrzymywać pozory i nie­ustannie się wysilać: aby się porozumiewać, aby cywilizo­wać, dzielić, uprawiać pustynię, kształcić tubylców, całymi dniami wspólnie pracować, a nocami hasać. W chorobie te pozory ustają. Natychmiast chcemy iść do łóżka albo, zapadłszy się głęboko w poduchy fotela, opieramy nogi na jakimś podnóżku, przestajemy być żołnierzami armii wy­prostowanych, dezerterujemy. Oni idą dalej na bitwę. My, wśród patyków, spływamy z nurtem rzeki, rozrzuceni wśród opadłych liści na trawniku, nieodpowiedzialni i nieporuszeni, i być może po raz pierwszy od wielu lat zdolni do rozejrzenia się wokoło czy spojrzenia w górę – na przykład do spojrzenia w niebo.

Fotograma de Dead man de Jim Jarmusch

On being ill

There is, let us confess it (and illness is the great confessional), a childish outspokenness in illness; things are said, truths blurted out, which the cautious respectability of health conceals. About sympathy for example—we can do without it. That illusion of a world so shaped that it echoes every groan, of human beings so tied together by common needs and fears that a twitch at one wrist jerks another, where however strange your experience other people have had it too, where however far you travel in your own mind someone has been there before you—is all an illusion. We do not know our own souls, let alone the souls of others. Human beings do not go hand in hand the whole stretch of the way. There is a virgin forest in each; a snowfield where even the print of birds’ feet is unknown. Here we go alone, and like it better so. Always to have sympathy, always to be accompanied, always to be understood would be intolerable. But in health the genial pretence must be kept up and the effort renewed—to communicate, to civilise, to share, to cultivate the desert, educate the native, to work together by day and by night to sport. In illness this make-believe ceases. Directly the bed is called for, or, sunk deep among pillows in one chair, we raise our feet even an inch above the ground on another, we cease to be soldiers in the army of the upright; we become deserters. They march to battle. We float with the sticks on the stream; helter-skelter with the dead leaves on the lawn, irresponsible and disinterested and able, perhaps for the first time for years, to look round, to look up—to look, for example, at the sky.

Ariana Harwicz

1977 – , Argentina

Mátate amor (frg.)

Recuerdo lo que no está. Una isla habitada por hombres que buscan belleza y solo la encuentran en la vastedad del encierro. Me reconozco sádica. Digo que no hay posibilidad sin alma, como no hay imagen sin el otro. Pero no tengo otro. Ni alma. Escribiré el signo fatal sobre tu vientre y luego marcharemos hacia una tierra húmeda, me prometió un joven enamorado. ¿Qué fue de eso? Esa noche está a cien mil noches y el enamorado está perdido. Sigo esperando a que aparezca entre las espirales que surgen de mi boca. Llevo grabados olores como a fuego fatuo, el de unas manos en la penumbra, el de una espalda blanda, el de una garganta endiablada. Terminó y se fueron todos. Sigo siendo una pequeña bruja que espera encantar. El vecino sucumbió a una sobredosis de heroína con su bebé en brazos. La de las ventanas tapiadas se asfixió con el humo de su propio fuego. Los animales se extinguen antes de reproducirse. Eso es morir por estos pagos. En cambio, en mis noches soleadas en la isla, todo era tertulia, ensueño, besos furiosos. En cambio, en la dorada época en que existí, todo fue fruición de sexo redivivo. Una oleada de antipatía por el mundo brota desde lo íntimo. No sé qué pensarán las bestias que ahora forman un círculo y me miran atónitas, las mandíbulas desprendidas de sus cuerpos. Caigo de rodillas. Si un lugareño pasara con una canasta buscando setas y frutos creería que es un acto de misticismo.

(…)

Y así se levantó de la cama angosta en medio de la noche mientras yo seguía desnuda. Me había dejado una nota sin lírica. El comienzo del espanto seco. Algunas horas antes habíamos levitado, pero qué es al día siguiente la noche anterior. Salté de la camita con la boca descascarada. Abajo, los tres habían salido de compras. Cuántas veces entró y salió de mí, el aire del altillo hecho de miel.

Cuántas veces el deseo rozó lo insoportable, la boca de un caimán abierta a más no poder. El río me arrastró y fui una rama seca. Pedaleé los veinte kilómetros hasta mi casa queriendo vomitar. Pedaleé y pedaleé sin separarme de su gusto en mi saliva. El deseo me siguió a lo largo de toda la carretera, pegajoso, maloliente y servil.

Quiero un tratamiento agresivo con láser para olvidar su mandíbula, para deshacerme de su frente. Lejos, entre balas de pasto empaquetado, un joven que nunca vi iba haciendo equilibrio sobre la rueda trasera de un scooter, de su labio inferior colgaba un pucho. Tal vez mi hijo en unos años. Sigo pedaleando con mis piernas largas y quisiera patear el piso como una yegua con colmillos. No sé traducir lo que siento. Tengo quince años y acabo de hacerme la última prueba del vestido blanco.

Fotogramas de Un tranvía llamado Deseo de Elia Kazan (1951)

Tłum. Agata Ostrowska

Zgiń, kochanie (fragm.)

Wspominam to, czego nie ma. Wyspę zamieszkaną przez ludzi poszukujących piękna, którzy znajdują je tyl­ko w ogromie izolacji. Przyznaję, że jestem sadystką. Mówię, że nic nie jest możliwe bez duszy, tak jak obraz nie może istnieć bez tego drugiego. Ale ja nie mam tego drugiego. Ani duszy. „Zapiszę znak śmierci na twoim łonie i powędrujemy razem ku wilgotnym krainom” – obiecał mi kiedyś młody kochanek. Co się z nim stało? Od tamtej nocy upłynęło sto tysięcy innych, a kochanek przepadł. Wciąż mam nadzieję, że ukaże się między spiralnymi smużkami wydobywającymi się z moich ust. Zapa­chy towarzyszą mi jak błędne ogniki, zapach pewnych dłoni w półmroku, miękkich pleców, diabelskiego gardła. Skończyło się, wszyscy odeszli. Nadal jestem wiedźmą, która tylko cze­ka, żeby rzucić na kogoś urok. Sąsiad przedawkował heroinę, trzymając w ramionach niemowlę. Ta z domu z zabitymi okna­mi udusiła się dymem z własnego kominka. Zwierzęta wymie­rają, zanim zdążą się rozmnożyć. W tych stronach tak wygląda śmierć. Tymczasem tamte słoneczne noce na wyspie były pełne spotkań, rozmów, snów na jawie, szalonych pocałunków. Tymczasem w tamtym złotym okresie mojego życia wszystko kręciło się wokół odkrytej na nowo rozkoszy seksualnej. Fala antypatii do całego świata wzbiera gdzieś w najintymniejszym zakątku mojego jestestwa. Nie wiem, co sobie pomyślą zwie­rzęta, które uformowały teraz krąg i patrzą na mnie zbaraniałe, szczęki opadły im tak nisko, że prawie odseparowały się od reszty ciała. Padam na kolana. Gdyby w tej chwili minął mnie jakiś miejscowy z koszykiem na grzyby, uznałabym to za akt absolutnie mistyczny.

(…)

A później zwyczajnie wstał z tego wąskiego łóżka w środku nocy, ja nadal leżałam tam naga. Zostawił mi prozaiczny liścik. Ogarnęło mnie nagłe przerażenie. Kilka godzin wcześniej unosiliśmy się w powietrzu, ale czymże jest ubiegła noc następ­nego poranka. Wyskoczyłam z łóżka, czułam suchość w ustach. Cała trójka z dołu wyszła na zakupy. Ile razy wchodził we mnie i wychodził, powietrze na strychu było słodkie jak miód.

Ile razy pożądanie zdawało się nie do zniesienia, jak paszcza krokodyla rozdziawiona do granic możliwości. Porwała mnie rzeka, by­łam suchym badylem niesionym przez nurt. Pedałowałam przez dwadzieścia kilometrów do domu i chciało mi się wymiotować. Pedałowałam i pedałowałam, a w ślinie ciągle czułam jego smak. Żądza podążała za mną przez całą drogę powrotną, lepka, cuch­nąca, służalcza.

Potrzebuję intensywnej terapii, zabiegu laserem, żeby zapomnieć jego szczękę, żeby pozbyć się z myśli jego czoła. W oddali, między belami ciasno upakowanego siana, jakiś chło­pak, którego nigdy wcześniej nie widziałam, jeździł, balansu­jąc na tylnym kole skutera, do dolnej wargi miał przyklejonego papierosa. To mógłby być mój syn za kilkanaście lat. Pedałuję dalej długimi nogami i chciałabym tupać, deptać, skopać ziemię jak klacz z ostrymi kłami. Nie potrafię przetłumaczyć tego co czuję. Mam piętnaście lat i wzięłam ostatnią przymiarkę sukni ślubnej.

Ada Trzeciakowska

1977 – , Polonia/España

Como hoy cumplo años comparto mi texto escrito hace unas semanas…

Sueño para Juanjo

(catálogo de la exposición del pintor Juanjo Jiménez)

Como si de una proyección de los viejos sueños se tratara, de los sueños grabados en el interior de los blancos y pulidos cráneos de las bestias, de los cuadros de Juanjo Jiménez asoman fragmentos imprecisos de un mundo casi perdido. Los cráneos emiten una luz fría, envueltos en ella flotan unos paisajes jamás vistos, se oyen murmullos escuchados hace siglos, los bosques se perfilan de pronto y se sumen de inmediato en lo más profundo de las nieblas. Con recogimiento piadoso las trenzas de las raíces beben las nubes que gotean por la corteza de un árbol gris. El verdor se apaga y se cubre de canas. La tierra quiere descansar de la luz, se pone del otro costado y se tapa con un manto de nieve. Por entre las hojas del pino -tan llenas de vida, tan llenas de muerte (si se pudiera aplicar u término intermedio ¿eternidad, reposo, inmutabilidad?)- afluye una extraña e inexplicable tristeza. Una línea roja de sangre corta el paisaje, la textura cambia, los sueños orgánicos son devorados por el óxido, por unos elementos ajenos y abstractos. La violenta injerencia del pintor a través de las formas geométricas pertenecientes a otra categoría ontológica rompe el sueño eterno. Lo artificial agresivo invade el hábitat de las bestias. Estas son las imágenes del mundo que estamos a punto de perder, empápate de ellas, deja que tu cráneo las sueñe a los que vendrán después. Date prisa, vete al Norte.

Sen dla Juanjo

(katalog wystawowy dla malarza Juanjo Jimeneza)

Niczym z projekcji prastarych snów, snów wyrytych we wnętrzu wypolerowanych i bialusieńskich czaszek bestii, z obrazów Juanjo Jimeneza wyłaniają się niesprecyzowane fragmenty prawie utraconego świata. Czaszki emitują zimne światło, a nad nimi, w lodowej poświacie, unoszą się nieznajome pejzaże, dochodzą nas szepty słyszalne wieki temu, nagle zarysowują się lasy by pogrążyć się nieomal natychmiast w najgłębszej z mgieł. W nabożnym skupieniu warkocze korzeni piją chmury skraplające się na korze szarego drzewa. Zieleń przygasa i pokrywa się siwizną. Ziemia pragnie odpocząć od światła, obraca się na drugi bok, nakrywa kołdrą ze śniegu. Spośród sosnowych igieł tak pełnych życia, tak pełnych śmierci (gdyby tylko istniało jakieś pośrednie określenie jak wieczność, spoczynek, niezmienność) napływa niezwykły i bliżej nieokreślony smutek. Czerwona linia krwi przecina pejzaż, zmienia się faktura, organiczne sny pożera rdza, obce i abstrakcyjne kształty. Brutalna ingerencja malarza za pośrednictwem form geometrycznych przynależących do innej kategorii ontologicznej przerywa wieczny sen. Agresywna nienaturalność wdziera w środowisko bestii. To właśnie są obrazy ze świata o krok od utracenia, przesiąknij nimi, pozwól by twoja czaszka śniła je dla tych co nadejdą po nas. Pośpiesz się, kieruj się na Północ.

Pascal Quignard

1948 – , Francia

Vida secreta (cap. XV Fascina)

Trad. Encarna Castejón

Argumento XII. En el instante en que muere un hombre, su mirada se une a la mirada donde todo muere. Entonces, tanto quien mira como lo mirado desaparecen. El mundo en el que vive todavía también se extingue en parte con su muerte. Los seres que le rodean también se extinguen en parte con su muerte. La mirada del moribundo no es la única que ya no puede retener todo lo que ve. Lo que ve se pierde en parte con él. Hay algo en la visión que pertenece a la pérdida. Se dice que la invención de la mirada bifocal corresponde a la epifanía de los depredadores. Algo deja de atrapar por un momento mientras mira, y se fascina. Algo, al morir, da.

***

Begreifen was uns ergreift, decía Staiger. Atrapar lo que nos atrapa. Volver sobre lo que somos. Ésta era la experiencia del arte. De la ciencia. Porque también era la experiencia del hambre. Es decir, de la fascinación.
La experiencia es viaje. Erfahrung es Fahrt. Extraño círculo donde lo ya conocido se convierte en realidad repentina. Donde el pasado histórico se convierte en renacimiento. Todo ser de este mundo es el pasado absoluto que vuelve a empezar. En 1935, Marina Tsvetaeva escribió de pronto en Saint Cloud, en las afueras de París:
Pues cada recuerdo tiene su pre-recuerdo,
Su recuerdo antepasado, su recuerdo ancestro
.

***

Los hombres son los animales enfermos de un olvido insuficiente.
Es su misteriosa gravedad.
Misteriosas reminiscencias se aferran a todas partes. La naturaleza es una reminiscencia que acecha como un remordimiento cualquier cosa cultivada. Pero en el remorder del remordimiento, lo que acecha en el mal sigue siendo una mandíbula. Sigue siendo una ristra de dientes.

Texto original de Marina Tsvietáieva

Arno Rafael Minkkinen

Tłum. Krzysztof Rutkowski

Życie sekretne (roz. XV Fascina)

Przesłanka XII. Spojrzenie w chwili, gdy umiera człowiek, spotyka się ze spojrzeniem, w którym wszystko umiera. Niknie ten, kto ogląda, i to, co oglądane. Świat, w którym umierający żyje, częściowo umiera wraz z nim. Istnienia wokół niego częściowo przestają istnieć razem z nim. Nie tylko spojrzenie umierającego nie potrafi już więcej zatrzymać tego, co widzi. To, co widzi, gubi się częściowo wraz ze zanikającym spojrzeniem. W widzeniu tkwi coś, co przeznaczone zostało na straty. Powiada się, że widzenie dwuogniskowe łączy się z pojawieniem drapieżników. W spojrzeniu coś nagle zamiera i fascynuje (się). Coś wystawia i umiera.
Begreifen was uns ergreift -powiadał Staiger. Schwycić to, co nas chwyta.
Powrót do nas samych. Doświadczenie sztuki. Nauki. Także doświadczenie głodu. To znaczy – fascynacja.

***

Doświadczenie jest podróżą. Erfahrung jest Fahrt.
Dziwny krąg: dobrze znane odkrywa się nagle jako nowa prawda. Przeszłość – ponownymi narodzinami. Każde istnienie na tym świecie jest przeszłością absolutną zaczynającą się od nowa. Marina Cwietajewa napisała w roku 1935, w podparyskiej miejscowości Saint- Cloud, znienacka:
Bo każde wspomnienie ma swe pra-wspomnienie,
Swego przodka i swego naddziada
.

***

Ludzie są zwierzętami chorymi na niewydolność zapominania.
Na tym polega ich tajemnica.
Tajemnicze wspomnienia powracają bezustannie. Natura jest wspomnieniem tropiącym jak wyrzut sumienia. Wyrzutem wyrzutów, bolesnym utrapieniem jest szczęka. Zagroda zębów.