Ángel M. Alcalá

1981- , España (Albacete)

***

Hazme piel y conviérteme en refugio
en nido, calor en medio de la nada
en savia, vaho de sangre que late
y germina en zarza resplandeciente
Hazme tierra y manto
déjame al compás del sol
que me reparta el viento del oeste
por los rincones y grietas más intrincados
ocultos
que haya sobre el planeta
Que sea roca
lava
ceniza.

Foto propia (collage). Alcoy

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Uczyń mnie skórą i zmień mnie w schronienie
w gniazdo, ciepło pośród nicości
w żywotne soki, wyziewy krwi, która pulsuje
i kiełkuje w połyskującym krzaku jeżyn
Uczyń mnie glebą, ściółką
porzuć mnie w takt słońca
niech rozproszy mnie zachodni wiatr
po najzawilszych zakątkach i najskrytszych
szczelinach
ziemi
Będę skałą
lawą
prochem.

Ángel M. Alcalá

1981- , España (Albacete)

Sé que seremos inmortales

Sé que seremos inmortales
que nuestra historia sobrevivirá
              a las hojas de papel de un libro
nuestra memoria viajará por el espacio
sin detenerse nunca
eternamente a
velocidad constante
para enseñar a razas que no podemos ni imaginar
             que pudimos ser felices
que teníamos el mundo a nuestros pies
y aprovechamos para pisotearlo.

Mi videopoema, adaptación del texto del poeta manchego, Ángel M. Alcalá. En las imágenes retomo la reflexión del escritor que gira alrededor de la condición humana y la dualidad inscrita en ella. Nociones antitéticas, sin embargo, inseparables del bien y del mal, de la belleza y la fealdad, felicidad y desgracia, guerra y paz, memoria y olvido, vida y muerte forman vértebras visuales que sostienen la reflexión del poeta.

Música del oratorio de Richard Einhorn compuesta en 1995 como banda sonora para La pasión de Juana de Arco de C.T. Dreyer (1928).

Imágenes grabadas entre España y Polonia (Cracovia, Auschwitz, La Mancha)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Wiem, że będziemy nieśmiertelni

Wiem, że będziemy nieśmiertelni
że nasza historia przetrwa
dłużej niż papierowe stronice książek
                  nasza pamięć będzie przemierzać przestrzeń
nie zatrzymując się nigdy
wiecznie
z tą samą prędkością
                 aby pokazać innym rasom trudnym do wyobrażenia
że mogliśmy być szczęśliwi
jednak mając świat u stóp
skorzystaliśmy by go zdeptać.

Fotogramas del videopoema

Juan Carlos Abril

1974- , España

Para escapar

Había un vaso
y un plato,
que aún conservo -ambos míos,
se hallaban justo allí—
bajo una luz amarillenta
y un ángulo violeta
con rasgos de un ambiente
familiar.
No pasa nada,
tienda de antigüedades.

Sin embargo, hay ruidos de cadenas,
sórdidas risas
desde un cuarto contiguo,
y olor a sangre, semen
gastándose en la noche.
Como una ceremonia subterránea,
todo es espejo.

Signos,
lo que llamamos cosas son palabras,
ladrones de energía, disimulos
de las verdades de ayer.

No sé cómo
aparecí en aquel lugar,
una boca de sombras,
el mismo ácido en que se disuelve
el tú y el yo,
incluso más hostil.

Sé más o menos quiénes eran.
Logro reconocerlos.
Me amenazaban, querían cambiarme
con argumentos generosamente absurdos,
porque se puede frecuentar lo absurdo
con el consentimiento de las fechas.
Naturaleza,
a diferencia de la historia.

No fui constante -Abril
mezclando memoria y deseo-
ni amé demasiado la vida.
Pero me inclina su costumbre.
Pensé que les pertenecía
y así pude ganarme su confianza.
Conozco varias formas
para causarme dolor.
¿Engañaríamos
a nuestro personaje?

Abiertos los cerrojos, en mi sueño
tuve suerte; la actividad
es facultad de recibir.
O quizá se ha olvidado: ¿alguien
quiso que huyera?
Ah puerta de madera ajada,
estuve siglos arañándote
para escapar.
Los dedos fueron deltas,
escalones
donde me derramé. Disparos
irreparables, clandestinos
agentes
del qué dirán.

Nadie perdona a nadie.

Tampoco esta oportunidad
para vivir una aventura
desde dentro. No somos
lo que somos
sino lo que seremos,
¡Despierta al otro que hay en ti!
Aunque no esté de moda,
su utopía
vuelve habitable el mundo.

Trad. Ada Trzeciakowska

By uciec

Była szklanka
i talerz,
które zachowałem- obydwoje moje,
stały dokładnie tam-
w żółtawym świetle
w jego fioletowym załamaniu
właściwym domowej
atmosferze.
Nic nie szkodzi,
To tylko sklep ze starociami.

Jednak, dobiegają zgrzyty łańcuchów,
głuche śmiechy
z przyległego pokoju,
i zapach krwi, nasienie
zużywające się nocą.
Niczym podskórna ceremonia.
wszystko jest lustrem.

Znaki,
to co nazywamy rzeczami to tylko słowa,
złodzieje energii, pozory
wczorajszych prawd.

Nie wiem skąd
się wziąłem w tamtym miejscu,
usta pełne są cieni,
ten sam kwas, w którym się rozpuszcza
ów Ty i ten ja,
nawet ten najbardziej wrogi.

Wiem mniej więcej kim byli.
Udało mi się ich rozpoznać.
Grozili mi, chcieli mnie zmienić
za pomocą argumentów wybornie absurdalnych,
bo możliwe jest odwołanie się do absurdu
jeśli tylko daty na to pozwolą.
To Natura,
w przeciwieństwie do historii.

Nie byłem stały -Kwiecień*
mieszając pamięć i pragnienie-
ani też nie kochałem zbytnio życia.
Ale upodobałem sobie jego przyzwyczajenia.
Myślałem, że do nich należę
i tak zyskam ich zaufanie.
Znam wiele sposobów
sprawiania sobie bólu.
Oszukalibyśmy
naszego bohatera?

Otwarte zamki, w śnie
miałem szczęście; działanie
jest przymiotem przyjęcia.
Chyba, że się zapomniało: ktoś
chciał, żebym uciekł?
Ach te drzwi z uschłego drewna,
przez wieki drapałem was
by uciec.
Palce były ujściem,
stopniami
na których rozlałem się. Wystrzały
nie do naprawienia, tajni
agenci
tego co ludzie powiedzą.

Nikt nikomu nie przebaczy.

Także tej sposobności
by przeżyć przygodę
od środka. Nie jesteśmy
tym czym jesteśmy
tylko tym czym się staniemy,
Obudź tego drugiego, który tkwi w tobie!
Choćby nie w modzie była,
jego utopia
uczyni świat nadającym się do życia.

*Kwiecień: gra słów w nawiązaniu do nazwiska poety: Abril (Kwiecień)

Benjamín Palencia (1918)

Ángel M. Alcalá

1981- , España (Albacete)

La Tierra prometida

Cómo sería si alcanzásemos
              la Tierra Prometida
si nos respetan las tormentas de asteroides
si nos ignoran las estrellas que agonizan
si al final llegamos
y conseguimos levantar un campamento
tomar fuerzas
              producir oxígeno
creer de veras que podemos hacer todo
y volver a componer las sinfonías
las pirámides de Egipto
o el amor libre y puro de los hippies

cómo se hace
cómo programar un vídeo antiguo
              sin el manual de instrucciones
australopitecus
intentando manejar un smartphone

volver a empezar
de nuevo
haber de reconquistar nuestras propias almas
arrancarlas
de las garras de nuestros apegos
olvidar las fotos de los padres el día de su boda
las tardes que pasábamos con ella junto al río
los besos secuestrados en la madrugada
tener que redibujar todos los mapas que miden el tiempo
deber
querer
desear tener una soga y la gravedad de algún planeta
la tentación constante de salir afuera desnudos
dejarse amar por el vacío

si alguien nos dijera cómo regresar a casa
meter la marcha atrás
dar media vuelta
nosotros
nunca soñamos haber sido
una constelación de estrellas
no queríamos ser dioses
tan sólo anhelábamos dormir de nuevo
              en nuestra cama.

Fotogramas de High Life (2018) de Claire Denise

Tłum. Ada Trzeciakowska

Ziemia Obiecana

Jak byłby gdybyśmy dotarli do
          Ziemi Obiecanej
jeśli oszczędzą nas burze asteroidów
jeśli ominą nas agonizujące gwiazdy
jeśli ostatecznie dotrzemy tam
i uda się nam wznieść stację
zebrać siły
                  wytworzyć tlen
naprawdę uwierzyć, że możemy uczynić wszystko
i znów tworzyć symfonie
piramidy egipskie
wolną i czystą miłość hipisów

jak to się robi
jak zaprogramować stare wideo
                  bez instrukcji
australopitecus
próbujący użyć smartfona

zacząć
od nowa
musieć podbić nasze własne dusze
wyrwać je
ze szponów naszego przywiązania
wymazać z pamięci zdjęcia ślubne rodziców
popołudnia spędzone z nią nad rzeką
pocałunki skradzione o świcie
musieć nakreślić na nowo mapy
odmierzające czas
musieć
chcieć
pragnąć sznura i siły ciążenia jakieś planety
nieustanna pokusa by wybiec na zewnątrz nadzy
dać się kochać pustce

gdyby ktoś powiedział nam jak wrócić do domu
wrzucić wsteczny bieg
zawrócić
myśmy
nigdy nie śnili by być
konstelacją gwiazd
myślmy nie chcieli być bogami
jedyne czego pragnęliśmy to znów zasypiać
                  w naszych łóżkach.

Celia Corral Cañas

1987 – , España

*** en La voz del animal bajo tu piel

La noche empezó entre los labios,
la luna se escondió bajo la piel,
el bosque despertaba en los cartílagos,
los párpados crecieron al sentir
la espalda de un gusano que crujía.
Tu historia era el misterio de los árboles;
el fondo de tu voz, un mar nocturno.

Videopoema -mi adaptación del texto de Celia-.

Tłum. Ada Trzeciakowska

*** w Głos zwierzęcia pod twoją skórą

Noc rozpoczęła się między wargami,
księżyc schował się pod skórę,
las obudził się w chrząstkach,
powieki rosły czując
chrobot grzbietu gąsienicy.
Twoja historia była sekretem drzew;
głębia twojego głosu, nocnym morzem.

Vicente Cervera Salinas

1961 – , España

El alma oblicua

Si me concedes el beneficio de la duda,
hallarás tesoros refulgentes
cuya luz dimana ese pasado que,
buscando en mí, descubres, pues te
ofrezco. Mas también podrás
embriagarte con vetustas casas de
dos pisos, cámaras de sueños tendidos
al verano, bargueños disfrazados
de escritorios o terrazas donde
clivias y geranios velan la almohadilla
rota de un remoto y gato gris.
Piénsalo bien. Allí, el más
diáfano de los colores halla su sombra
desprendida. En sus brillos puedes
ofuscarte y aun caer. No es traidor,
tal vez, quien hoy te avisa.
Y no es que quiera transmitirte
una oscura noticia que peligro
llamas y amenaza. Sólo quiero
desbrozar futuras selvas con presentes
comuniones. En mí abocan
hondonadas. Precipicios aparecen en el
llano. Soy la ruta esquiva y sinuosa
en el plano inmaculado, la sesgada
dirección de toda línea. Alma
oblicua que ama, al fin, la rectitud.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Ukośna dusza

Jeśli przyznasz mi zwątpienia przywilej 
odnajdziesz opalizujące skarby
z których światła emanuje przeszłość owa, którą,
szukając we mnie, odkrywasz, bowiem ci ją
ofiaruję. Będziesz mógł także
upajać się widokiem omszałych domów
o dwóch piętrach, izb, gdzie rozwieszono sny
na nitkach lata, sekretarzyków udających
biurka lub tarasów, na których
kliwie i geranium strzegą podartej
poduszki odległego i szarego kota.
Rozważ to. Tam, najkrystaliczniejszy
z kolorów odnajduje swój zagubiony
cień. Lśnienie jego może oślepić
cię i narazić na upadek. Nie jest zdrajcą,
chyba, ten kto dziś cię ostrzega.
I nie staram się wcale przekazać ci
wieści ponurej, którą zwiesz
trwogą czy groźbą. Chcę tylko
wypielić przyszłe lasy teraźniejszymi
komuniami. We mnie zbiegają się
wąwozy. Przepaście rodzą się na
równinie. Jestem dziką i krętą ścieżką
na nieskalanej płaszczyźnie, skośnym
kierunkiem każdej linii. Ukośną
duszą, która kocha, ostatecznie, prostotę.

Ángel M. Alcalá

1981- , España

Sábado tarde

Llegará el día
              no lo dudes
regresaremos a casa
y correremos
hasta los viejos soportales de la iglesia del pueblo
a refugiarnos y ver
al mundo derrumbarse aplastado
              bajo su propio peso
y reiremos
              no lo dudes
nos parecerá estar viendo
alguna de esas películas
apocalípticas
de sábado por la tarde
comeremos patatas fritas
tomaremos cocaloca
cuando salgamos a jugar
tendremos que hacerlo
              entre ruinas
a jugar
como los sábados de nuestra infancia
sólo disfrutar jugando
ignorar todo lo otro
tal vez nos olvidemos por un rato
de que la locura
se ha vuelto nuestro último vecino.

Videopoema con texto de Ángel

Tłum. Ada Trzeciakowska

Sobotnie popołudnie

Nadejdzie taki dzień
                 bez wątpienia
wrócimy do domu
i pobiegniemy
do starego portyku wiejskiego kościoła
by schronić się i patrzeć
jak świat runął przygnieciony
                swoim własnym ciężarem
i zaśmiejemy
                bez wątpienia
jakbyśmy oglądali
któryś z tych filmów
o czasie Apokalipsy
sobotnim popołudniem
Zjemy frytki
i weźmiemy cocaloca
A kiedy pójdziemy się bawić
będziemy biegać
             pośród ruin
grajmy
jak w soboty w dzieciństwie
cieszmy się zabawą
ignorując całą resztę
być może zapomnimy choć na chwilę
że szaleństwo
stało się naszym ostatnim sąsiadem.

Wideopoezja. Wiersz Angela.

Rafael Fombellida

1959 – , España

Nadadores

En el lago mi hijo es una cuerda atirantada.
Hemos nadado juntos hasta que mis pulmones se han abierto
y dejado escapar su poco hálito. Lo veo regresar suculento y desnudo
desde la orilla en donde espero. La tiniebla escarlata del crepúsculo
encapota mi piel abandonada a un húmedo estremecimiento.
Cuánto detesto esta rojez de gasa adherida a una honda cortadura.
A mi lado, mi hijo está secándose envuelto en esta luz color fresón maduro.
Silba Lady Tonight, se tiende soberano sobre el entarimado
y remece sus sólidos tobillos en la maraña tosca de las plantas acuáticas.
Me habla con mi voz, pero su idioma no es mi lengua muerta, es un desperdigarse
suelto, vivaz, sincero lo mismo que un galope de caballo.
Soy el padre de un hombre, un hombre grave, meditativo, oculto,
que se gobierna con pericia mientras cabe pensar
que su mano, ya enorme, clausurará mis párpados como se sella un ataúd de plomo.
Su cuerpo se ha acostado bajo la vena cárdena del cielo.
Miro su trazo hermoso, la cabellera untada con arcilla de un ocaso granate.
El braceó más lejos con mi salud, mi fuerza, mi enconada constancia,
y se reclina ufano como un bárbaro después de violentar a sus mujeres.
Es la masa engreída que yo amo con el temple del nadador de fondo.
Es el rival que aguarda mi ahogamiento con el bravo estupor del aspirante.
Ocupa mi lugar porque es su padre joven, prematuro,
inconsciente de toda dentellada del tiempo. Disfruto esa codicia
de converger conmigo, arriesgada ambición de parecérseme.
Miro el milagro de su mocedad. La atmósfera bermeja
de la última hora da a su pecho el impulso de un incendio.
Ha cerrado los ojos. Silabea sin ganas Love, hate, love.
Despreocupado, ajeno. Sólo espera que el púrpura del aire
me desintegre. Adoro el esplendor de su avidez.

Foto de Mohamed Nohassi

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pływacy

W jeziorze mój syn jest napiętą struną.
Pływaliśmy razem aż otwarły się moje płuca
i pozwoliły ujść nikłemu tchnieniu. Z brzegu, gdzie czekam
patrzę, jak wraca soczysty i nagi. Szkarłatny mrok zmierzchu
okrywa płaszczem moją skórę opuszczoną na wilgotnym dreszczu.
Jakże nie znoszę tej czerwieni gazy przywartej do głębokiej rany.
Tuż obok mój syn wyciera się otulony tym światłem koloru dojrzałej truskawki.
Gwiżdże Lady Tonight, kładzie się władczy na deskach
i mąci masywnymi kostkami zmierzwioną gmatwaninę wodnych roślin.
Mówi do mnie moim głosem, ale jego język nie jest moim martwym językiem, to rozpierzchiwanie się nieokiełznane, rzutkie, szczere niczym koński galop.
Jestem ojcem mężczyzny, mężczyzny poważnego, skłonnego do kontemplacji, skrytego,
który umiejętnie steruje życiem podczas gdy wypada pomyśleć,
że jego dłoń, ogromna już, przysłoni moje powieki tak jak się zamyka ołowianą trumnę.
Jego ciało położyło się pod fioletową żyłą nieba.
Patrzę na jago piękny zarys, włosy powleczone glinką wiśniowego zmierzchu.
Jego rozwarte ramiona dotarły dalej mając moje zdrowie, moją siłę, zażartą wytrwałość,
a on rozkłada się teraz jak zaspokojony barbarzyńca po zniewoleniu swoich kobiet.
Jest próżną materią, którą kocham z wytrwałością długodystansowego pływaka.
Jest rywalem, który czeka aż utonę ze śmiałym zdumieniem aspiranta.
Zajmuje moje miejsce, bo jego ojciec jest młody, przedwczesny,
nieświadomy działania zęba czasu. Czerpię przyjemność z tej żądzy
zbiegnięcia się ze mną, ryzykownej ambicji upodobnienia się do mnie.
Spoglądam na cud jego młodzieńczych lat. Bordowa atmosfera
ostatniej godziny przelewa na jego pierś podnietę płomieni.
Przymknął oczy. Pogwizduje leniwie Love, hate, love.
Beztroski, nieznany. Czeka tylko aż purpura powietrza
mnie unicestwi. Uwielbiam blask jego zachłanności.

Rafael Fombellida

1959 – , España

Sólo una vez

Los había llevado hasta la iglesia. Mujeres afligidas,
criaturas impúberes, paisanos con camisa y sin aperos
por unas horas. Se juntaron al grueso del rebaño.
Arranqué el coche y proseguí. Un despuntar en flor acariciaba
el destello de la carrocería. La luz caía en vetas transversales,
absorbía las cosas y las atesoraba como una laja de ámbar.
Inmadura la fronda, titilaban los sauces
como las campanillas de algún ceremonial.
Cada sombra filtraba un hilo de concordia, devolvía a las formas
el naciente propósito de ser imaginadas.
Se deslizaba el auto lo mismo que un patín rasgando el hielo,
como nuestra cuchilla al afeitarnos.
No estaba Dios, de acuerdo,
pero reconocía la belleza que pudo haber creado,
esa bondad visible de la que vino y pan son también atributo.
Ellos callaban dentro, en la penumbra
de la oración. Mis hijos sacudiendo la cabeza de sueño,
mi esposa preocupándose por el fatal destino de mi espíritu.
Y quizá recibieran la comunión ahora, y solemnes posaran
la santa oblea en su paladar, y acunaran desnudo
y húmedo a Jesús igual que al pez arco iris de su acuario.
No estaba Él, de acuerdo. Nadaba en la saliva
de los niños, en la garganta atribulada de ella.
Fuera brotaba todo bajo una irrebatible claridad.
En el coche elevaba mi inocente plegaria a las alturas,
intuía en su ascenso el esbelto humear de una fogata.
«Quisiera ser eterno
como los dones terrenales», esa
era mi rogativa.
Y el susurro plateado del aire en el ramaje
del fresno, el revolar violento de la tórtola,
el galope del agua perseguida
por un salvaje sol; aquello que encendía
esa rubia mañana del planeta,
podría haberse dado Dios por nombre
sólo una vez, un absoluto instante.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Raz tylko

Zawiozłem ich do kościoła. Przygnębione kobiety,
małoletnie istoty, rolnicy w koszulach i bez narzędzi
na kilka godzin. Zebrała się cała trzódka.
Włączyłem silnik i ruszyłem dalej. Jaśniejący dzień gładził
refleksy karoserii. Światło padało poprzecznymi pręgami,
chłonęło przedmioty i zatapiało je w sobie jak w bryłkach bursztynu.
Wciąż nierozwinięte listki, migotały wierzby
jak dzwonki w trakcie ceremonii.
Każdym cieniem sączyła się stróżka harmonii, cień zwracał formom
rodzącą się intencję bycia wymyślonymi.
Auto prześlizgiwało się niczym łyżwa zarysowująca lód,
jak nasza żyletka przy goleniu.
Boga nie było, zgoda,
ale rozpoznawałem piękno, które mógł stworzyć,
tę widoczną dobroć, której chleb i wino są również atrybutami.
Wewnątrz oni zaś milczeli, w półmroku
modlitwy. Moje dzieci potrząsające głowami by odpędzić sen,
moja żona zamartwiająca się fatalnym końcem mojej duszy.
Zapewne właśnie przystępowali do komunii, uroczyści, zatrzymywali
opłatek święty na podniebieniu, kołysząc do snu Jezuska
nagiego i wilgotnego niczym tęczową rybkę z ich akwarium.
Nie było Go, zgoda. Pływał w ślinie
dzieci, w jej strapionym gardle.
Na zewnątrz wszystko rozkwitało zalane niebywałą jasnością.
W samochodzie zanosiłem na wysokości moje niewinne błagania,
i wyczuwałem w ich wznoszeniu smukłe tlicie się ogniska.
„Chciałbym być wieczny
jak ziemskie talenty”, taka
była moja modlitwa.
I rozsrebrzonemu szelestowi powietrza wśród gałęzi
jesionu, gwałtownemu trzepotowi skrzydeł turkawki,
galopowi prześladowanej
przez słońce wody; temu co wzniecało
ten płowy poranek planety,
można byłoby dać Bóg na imię
ale raz tylko, w absolutnej chwili.

Rafael Fombellida

1959 – , España

Odiseo en el Báltico

No sé si he regresado o me he perdido.
¿Es este mi trabajo, arribar en baldío a donde sino alguno
habría de esperarme? Al descender del vuelo, aún con desconcierto,
advertí nieve en torno, insólitos tejados verticales,
nebulosas siluetas transfiriéndose
saludos y consignas, apócopes y gestos. No sentía emoción
ni incertidumbre. Hay un modo de estar en este mundo
que de lo imperturbable hace dominio
y no consiente hielo ni escaldadura. Un vaso de agua fría
es el ser sin pasión y en equilibrio.
                                                            Mostré mi pasaporte
a algún desconocido que examinó confuso el documento
atisbándome con perplejidad. Quizá le asombraría
el semblante de Nadie frente al suyo, la cabeza de quien
se otorgaría Nadie como nombre
y sin nombre llegaba, su barba cana, seca, vacilando
en la incolora terminal. «Witam serdecznie…», dijo
indiferente a aquel que lo escuchaba,
aquel que no era nadie, y lo sabía.
Witam serdecznie. Solo,
guarecido de mí había atravesado el tumulto de nubes
en un avión astroso, desaseado, envuelto
por completo en hedor espeso a alcohol
y sexo erecto. No hay un destino amargo, meditaba,
amargo es el exilio, esta traslación nómada, la alarma de saberse
suspendido en el aire sin custodia ni abrigo, y para qué.
Al trasponer la aduana busqué con la mirada a las muchachas
de la sala de espera. Maquilladas y lábiles, se fijaban en mí sin disimulo
y mi inocencia ardía. ¿Qué podría encontrar hurgando en la aspereza
del cuero artificial, quebrando el entramado de minúsculos rombos
que enmallaba sus piernas? ¿qué debería descubrir
que no fuera ruin, indigno o negligente? Su sonrisa vendible
suplicó un pacto último entre dos, «chodz tu kotku…».
                                                                                              No respondí
a su requerimiento.
Bajo la neutra luz del aeropuerto
era yo quien rogaba una salida a la amplitud vacía
que se abría delante. Era quien imploraba la huida a un infinito
cruzado por coágulos sigilosos de nieve,
indefinido y blanco
en el cual nunca habría más allá,
nada para los pasos, nadie para un regreso.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Odyseusz na Bałtyku

Nie wiem czy powróciłem czy się zagubiłem.
Czy to moje jest zadanie, daremne zawijanie do portów, gdzie los
jakiś powinien mnie czekać? Opadając, z niedowierzaniem jeszcze,
dostrzegłem śnieg wokół, niezwykłe pionowe dachy,
mgliste sylwetki przekazujące sobie
pozdrowienia i polecenia, apokopy i gesty. Nie odczuwałem emocji
ani zwątpienia. Jest pewien sposób bycia na świecie,
któremu niewzruszenie daje przewagę
i nie znosi lodu ani oparzeń. Szklanka zimnej wody
to istota bez pasji i w równowadze.
                                                          Pokazałem paszport
nieznajomemu, który zamieszany sprawdzał dokument
przyglądając się mi ze zdumieniem. Może zadziwiło go
oblicze Nikogo naprzeciwko jego, głowa tego, kto
dałby sobie Nikt na imię
i bezimienny przybywał, jego siwa broda, sucha, wahające się
w bezbarwnym terminalu. «Witam serdecznie…», powiedział
obojętnie do tego, który go słuchał,
tego który był nikim, i o tym wiedział.
Witam serdecznie. Sam,
chroniony przed sobą przeciąłem gromadę chmur
w podniszczonym, wysmarowanym samolocie, kompletnie
przesiąknięty gęstym smrodem alkoholu
i z erekcją. Nie ma gorzkiego celu podróży, rozmyślałem,
gorzkie jest wygnanie, to koczownicze przesiedlenie, trwoga biorąca się
z zawieszenia w powietrzu bez opieki bez osłony, i po co.
Po przejściu odprawy celnej poszukałem wzrokiem dziewczyn
z poczekalni. Umalowane i zmienne, przyglądały się mi bez żenady
a moja niewinność płonęła. Co mógłbym znaleźć grzebiąc w szorstkości
sztuczniej skóry, niszcząc konstrukcję z maleńkich rombów,
która oplatała ich nogi. Co powinienem odkryć
co nie byłoby niskie, niegodne czy niedbałe? Ich sprzedajny uśmiech
wybłagał ostateczny pakt między nami, «chodź tu kotku…»
                                                                                                 Nie odpowiedziałem
na jej żądanie.
W neutralnym świetle lotniska
to ja zaklinałem o wyjście na ową pustą rozległość,
która rozciągała się przede mną. To ja błagałem o ucieczkę w nieskończoność
przeszywaną cichymi skrzepami śniegu,
nieokreśloną i białą
ponad którą nigdy nie byłoby nic,
nic by stawiać kroki, nikogo by zawrócić.

Crea tu sitio web con WordPress.com
Primeros pasos
A %d blogueros les gusta esto: