Gary Snyder

1930 – , Estados Unidos

Trad. Ada Trzeciakowska

El trato

Me encontré dentro de una maciza concha de hormigón
       iluminada por tubos de vidrio, con aire bombeado, con
       pisos unidos por escaleras en movimiento.

El espacio lo llenaban las cosas que se compraron y fabricaron
       en el siglo XX. Dispuestas en mostradores
       o estantes.

Cientos de personas de ese siglo, enfundados en
       sus trajes hechos a máquina,

cambiaban todo su precioso tiempo
        por cosas.

Tłum. Adam Szostkiewicz

transakcja

Znalazłem się w masywnej betonowej muszli: 
światło ze szklanych cygar, wtłaczane powietrze,
piętra spięte ruchomymi schodami. 

Wypełniały ją rzeczy nabyte i zrobione
w dwudziestym stuleciu. Wystawione na lady
                                                                                      i półki.                                                                                      
Ludzie z tego wieku, wciśnięci w odzież
zrobioną na maszynach, gromadnie
Wymieniali cały swój drogocenny czas
          na rzeczy.          

The Trade

I found myself inside a massive concrete shell
lit by glass tubes, with air pumped in, with
       levels joined by moving stairs.

It was full of the things that were bought and made
in the twentieth century. Layed out in trays
                                                                             or shelves.

The throngs of people of that century, in their style,
clinging garb made on machines,

Were trading all their precious time
        for things.

Roman Honet

1974 -, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Ecos de una voz

el tiempo no entiende de atrocidades,
menos el silencio después de nosotros. cada verano
quema el suelo un alud de huellas de ayer,
el río lava los labios hinchados al morder
los frutos de espino y las letras oscuras
de una carta rota en silencio. aún
pertenecemos a fuegos pretéritos,
destellos tan puros como el pálido conde st ives,
a su regreso de inglaterra*. las semanas
saturan la sangre con hueso espumado,
cuando nos sorprendemos en el ascensor,
hospital, espejo. oscuridad
círculos en el agua, profundidad abismándose.
hasta aquí hemos llegado

* Alusión al protagonista de la novela de R.L Stevenson St. Ives: Las aventuras de un preso francés en Inglaterra

Fotografías de Vo Anh Kiet y Cristina García Rodero

echa jednego głosu

czas nie zna żadnych okrucieństw,
oprócz ciszy po nas. każdego lata
pali ziemię lawina wczorajszych śladów,
rzeka obmywa usta spuchnięte od rozgryzania głogu
i ciemnych liter na brzegach podartego
w milczeniu pisma. ciągle jeszcze
należymy do minionych pożarów,
odblasków czystych jak wracający z anglii,
blady hrabia st ives. tygodnie
nasycają krwiobieg spienioną kością,
kiedy przyłapujemy się w windach,
szpitalach, lustrach. ciemność
okręgi wody i zwijająca się głębia.
aż tu doszliśmy

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Retrato con comentarios

He aquí el retrato de un hombre que conocí.
Sentado a la mesa, el periódico abierto.
Los ojos se cierran tras las gafas.
El traje lavado con brillo de pinar.

Es un rostro pálido y a medio terminar.
Pero él siempre ha inspirado confianza. Por esto
la gente evitaba acercársele
y quizá, así, toparse con la desgracia.

Su padre ganaba dinero a raudales.
Pero en la casa nadie andaba seguro.
La sensación de que extraños pensamientos
se metían en la casa por las noches.

El periódico, gran mariposa sucia,
la silla y la mesa y el rostro, descansan.
La vida se detuvo en los grandes cristales.
¡Dejémoslo un momento suspendido!

                          *

Eso que soy yo en él descansa.
Existe. Él no lo siente
y por eso existe y está vivo.

¿Qué soy yo? A veces, hace mucho tiempo,
por unos segundos me acerqué
a qué es YO, qué es Yo, qué es YO.

Pero cuando precisamente vi a YO,
YO desaparecí y quedó un hueco
por el que yo caí como cayera Alicia.

Matthieu Bourel

Tłum. Leonard Neuger

Portret z komentarzem

Oto portret człowieka którego znałem.
Siedzi przy stole z rozłożoną gazetą.
Oczy zadomowiły się za okularami.
Ubranie obmyte blaskiem sosnowego lasu.

Jest to mizerna i półgotowa twarz.
Lecz zawsze budził zaufanie. Dlatego
zbliżano się do niego z oporem
by się nie przytrafiło jakieś nieszczęście.

Jego szanowny ojciec miał pieniędzy jak lodu
A jednak nikt nie szedł tam całkiem bezpiecznie
odnosiło się wrażenie, że obce myśli
wdzierają się do willi nocą.

Gazeta ten wielki brudny motyl,
krzesło i stół i twarz odpoczywają.
Życie trwa jeszcze w wielkich kryształach.
I bodaj sobie trwało aż do odwołania!

                               *

A to co w nim spoczywa to ja.
To jest. On tego wcale nie dostrzega
i dzięki temu to żyje i jest.

Czym jest ja? Czasem, dawno temu,
na kilka sekund byłem bardzo blisko
tego czym JA jest, czym JA jest, czym JA jest.

Lecz gdy już JA dostrzegłem
JA się rozwiało i powstała dziura,
przez którą ja spadłem w dół jak Alicja.

Transl. Robin Fulton

Portrait with Commentary

Here is a portrait of a man I knew.
He’s sitting at the table, his newspaper open.
The eyes settle down behind the glasses.
The suit is washed with the shimmer of pinewoods.

It’s a pale and half-complete face. –
Yet he always inspired trust. Which is why
people would hesitate to come near him
for fear of meeting some misfortune.

His father earned money like dew.
But no one felt secure there at home –
always a feeling that alien thoughts
broke into the house at night.

The newspaper, that big dirty butterfly,
the chair and the table and the face are at rest.
Life has stopped in big crystals.
But may it stop there only till further notice!

                           *

That which is I in him is at rest.
It exists. He doesn’t notice
and therefore it lives, exists.

What am I? Now and then long ago
I came for a few seconds quite close
to ME, to ME, to ME.

But the moment I caught sight of ME
I lost ME – there was only a hole
through which I fell like Alice.

Pablo Neruda

1904-1973, Chile

No hay olvido (sonata)

Si me preguntáis en dónde he estado
debo decir “Sucede”.
Debo de hablar del suelo que oscurecen las piedras,
del río que durando se destruye:
no sé sino las cosas que los pájaros pierden,
el mar dejado atrás, o mi hermana llorando.
Por qué tantas regiones, por qué un día
se junta con un día? Por qué una negra noche
se acumula en la boca? Por qué muertos?

Si me preguntáis de dónde vengo, tengo que conversar con
                 cosas rotas,
con utensilios demasiado amargos,
con grandes bestias a menudo podridas
y con mi acongojado corazón.

No son recuerdos los que se han cruzado
ni es la paloma amarillenta que duerme en el olvido,
sino caras con lágrimas,
dedos en la garganta,
y lo que se desploma de las hojas:
la oscuridad de un día transcurrido,
de un día alimentado con nuestra triste sangre.

He aquí violetas, golondrinas,
todo cuanto nos gusta y aparece
en las dulces tarjetas de larga cola
por donde se pasean el tiempo y la dulzura.

Pero no penetremos más allá de esos dientes,
no mordamos las cáscaras que el silencio acumula,
porque no sé qué contestar:
hay tantos muertos,
y tantos malecones que el sol rojo partía,
y tantas cabezas que golpean los buques,
y tantas manos que han encerrado besos,
y tantas cosas que quiero olvidar.

Fotogramas de Tyrant Star de Diane Severin Nguyen.

Tłum. Zofia Szleyen

Nie ma zapomnienia

Jeśli mnie spytacie, gdzie bywałem,
winienem odpowiedzieć: „To się dzieje”.
Winienem mówić o ziemi, którą zaciemniają głazy,
0 rzece, która niweczy się trwając;
nic nie wiem, prócz tego, co tracą ptaki
1 morze, co za mną zostało lub płacząca siostra.
Czemu tyle okolic, czemu jeden dzień
z drugim się łączy? Czemu noc czarna
w ustach się gromadzi? Czemu umarli?

Że mnie pytacie, skąd przybywam, muszę rozmawiać
                z rzeczami zdartymi,

z przedmiotami, co nazbyt żałosne,
z wielkimi bestiami, często przegniłymi
i z własnym, ściśniętym sercem.

Nie są to wspomnienia, które się krzyżują,
ni żółtawa gołąbka śpiąca w zapomnieniu,
tylko twarze we łzach,
tylko palce przy krtani
i to, co z liści się stacza:
ciemność jednego ubiegłego dnia,
dnia wykarmionego naszą smętną krwią.

Ot, tutaj fiołki, jaskółki,
wszystko, co lubimy i co się pojawia
na miłych pocztówkach z długim trenem,
po których spaceruje łagodność i czas.

Nie przekraczajmy jednak bariery tych zębów,
nie przegryzajmy skorup, które nakłada milczenie,
bo nie wiem, co odpowiedzieć:
tylu jest umarłych,
tyle falochronów ciętych przez czerwone słońce
i tyle głów przez statki obijanych
i tyle zaciśniętych dłoni na pocałunkach
i tyle spraw, o których pragnę zapomnieć.


Vladimir Nabokov

1988-1977, Rusia/Estados Unidos

Trad. David Molinet

Ada o el ardor

Recapitulemos.
 Fisiológicamente, el sentido del Tiempo es un sentido de continuo devenir, y, si el «devenir» tuviera voz, ésta podría ser, de modo bastante natural, una vibración sostenida; pero, por el amor del Leño, no confundamos el Tiempo con el Zumbido de oídos, ni el rumor de caracola marina de la duración con las pulsaciones de nuestra sangre. Por otra parte, el Tiempo, filosóficamente, no es sino el origen del recuerdo. La vida de cada individuo supone, desde la cuna a la tumba, la elaboración y consolidación progresivas de esa espina dorsal de la consciencia que es el Tiempo de los fuertes. «Ser», quiere decir saber que se «ha sido». «No. ser» implica la única «nueva» especie de (falso) tiempo: el futuro. Lo descarto. La vida, el amor, las bibliotecas, no tienen futuro.
 El Tiempo es cualquier cosa menos este tríptico popular: un pasado que ya no existe, el punto sin duración del «presente», y un «todavía no» que puede no llegar jamás. No. No hay más que dos paneles. El Pasado (existente para siempre en mi espíritu) y el Presente (al que mi espíritu confiere duración, y, en consecuencia, realidad). Si consideramos un tercer panel de la esperanza satisfecha: lo previsto, lo predestinado, la capacidad de previsión, de pronóstico perfecto, seguimos aplicando el espíritu al Presente.
 Si se percibe el Pasado como un almacenamiento del Tiempo, y si el Presente es el proceso de esa percepción, el futuro, por el contrario, no es un elemento del Tiempo, no tiene nada que ver con el Tiempo y la gasa vaporosa de su textura física El futuro no es más que un charlatán en la corte del Tiempo. Hay pensadores, pensadores sociales, que imagi nan un Presente distendido más allá de sí mismo hacia un «futuro» aún no realizado, pero eso es una utopía enteramente utópica, política progresista. Los sofistas de la tecnología demuestran que, aprovechando las Leyes de la Luz, utilizando nuevos telescopios capaces de descifrar tipos de imprenta ordinarios a distancias cósmicas a través de los ojos nostálgicos de nuestros agentes en algún otro planeta, tenemos realmente la posibilidad de ver nuestro propio pasado (el descubrimiento del Goodson por Goodson y cosas por el estilo), incluidos documentos que prueban que no sabíamos lo que el porvenir nos reservaba (y que sabemos ahora), y que, por consiguiente, el futuro existía ayer, de donde podemos inducir que existe hoy, Quizás eso sea buena física, pero es una malísima lógica, y la Tortuga del Pasado no alcanzará nunca al Aquiles del Porvenir, cualquiera que sea el modo que tengamos de analizar las distancias en nuestras brumosas pizarras.
 En el mejor de los casos, lo que hacemos cuando postulamos el futuro (en el peor de los casos no hacemos sino trucos triviales) es extender desmesuradamente el presente especioso, hasta hacerle impregnarse de cualquier cantidad de tiempo con todas las especies posibles de información, de anticipación, de precognición. En el mejor caso, el «futuro» es la idea de un hipotético presente basado en nuestra experiencia de la sucesión, en nuestra fe en la lógica y en la costumbre. Por supuesto que, en realidad, nuestras esperanzas no consiguen provocar su existencia más de lo que nuestras añoranzas consiguen cambiar el Pasado. Este último tiene al menos el sabor, la sal, el estilo de nuestro ser individual. Pero el futuro está fuera del alcance de nuestros sueños y de nuestras sensaciones. En cada instante, es una infinidad de posibles bifurcaciones. Un esquema determinista aboliría la noción misma de tiempo (aquí el comprimido hizo flotar su primera nubecilla). Lo desconocido, lo no experimentado, lo inesperado, y todas sus deslumbrantes intersecciones, son partes integrantes de la vida humana. El esquema preciso, arrebatando a la aurora su elemento de sorpresa, rasuraría por ese mismo hecho todos los rayos del sol.
El Favodormo comenzaba a obrar en serio. Van acabó de ponerse el pijama (operación que había necesitado una buena hora de tanteos y de gestos torpes, generalmente inacabados) y se metió no menos torpemente en la cama. Soñó que hablaba en la sala de conferencias de un trasatlántico, y que un hippie que se parecía al autoestopista de Hilden le preguntaba burlonamente cómo podía explicar el hecho de que en los sueños sabemos que vamos a despertar; ¿no era ésa una certeza análoga a la de la muerte, y, en ese caso, a la del futuro…?
(…)
—Ada, no te rías de nuestra prosa filosófica —le reconvino su amante—. Lo único que ahora importa es que yo he dado una nueva vida al Tiempo amputándole de su hermano siamés el Espacio y del falso futuro. Mi propósito era escribir una especie de novela en forma de tratado sobre la Textura del Tiempo, un estudio sobre el velo de su substancia, ilustrado con metáforas crecientemente numerosas, que construirían progresivamente una historia de amor lógica, progresando desde el pasado hacia el presente y desplegándose en un relato concreto, y anularían progresivamente las analogías para volver a desintegrarse en una dulce abstracción.
 —Me pregunto —dijo Ada —si esa tentativa de descubrimiento se merece la policromía de una vidriera. Podemos saber el tiempo que hemos tomado. Podemos saber el tiempo que hemos dado. Pero no podemos saber lo que es el Tiempo. Sencillamente, nuestros sentidos no han sido hechos para percibirlo. Es como…

Vladimir Nabokov

Tłum. Leszek Engelking

Ada albo żar

Zreasumujmy.
Fizjologicznie poczucie Czasu to poczucie ciągłego stawania się, a jeśli „stawanie się” ma głos, to może nim być, co nie byłoby nienaturalne, ciągła wibracja; ale na Loga, nie mylmy Czasu z Brzęczeniem w uszach ani jakby dobywającego się z muszli szumu trwania z pulsowaniem naszej krwi. Z drugiej strony, ujmując rzecz filozoficznie, Czas to tylko pamięć w trakcie powstawania. W każdym indywidualnym życiu od kolebki do śmiertelnego łoża przebiega formowanie i wzmacnianie tego k r ę g o s ł u p a ś w i a d o m o ś c i, który jest czasem silnych. „Być” znaczy wiedzieć, że „byłeś”. „Nie być” zakłada tylko nowy rodzaj (fałszywego) czasu: przyszłość. Odrzucam go. Życie, miłość, biblioteki nie mają przyszłości.  
Czas to wszystko, co chcecie, tylko nie popularny tryptyk: nieistniejąca już Przeszłość, pozbawiony trwania punkt Teraźniejszości i „jeszcze nie”, które może nigdy nie nadejść. Nie. Są tylko dwa skrzydła. Przeszłość (zawsze istniejąca w moim umyśle) i Teraźniejszość (której mój umysł nadaje trwanie, a więc realność). Nawet dorzucając trzecią część, skrzydło spełnionych oczekiwań, przewidzianego, przeznaczonego, zdolność przeczucia, doskonałą prognozę, ciągle zwracamy nasz umysł do Teraźniejszości.
 Przeszłość postrzegana jest jako magazynowanie Czasu, a Teraźniejszość to proces owego postrzegania, przyszłość zaś nie jest elementem Czasu, nie ma nic wspólnego z Czasem ani z mglącą gazą jego struktury fizycznej. Przyszłość jest szarlatanem na dworze Chronosa. Myśliciele, myśliciele społeczni odczuwają Teraźniejszość jako dążenie za granice siebie samej ku na razie nieurzeczywistnionej „przyszłości”, ale to topienie się w utopii, lewicowa polityka. Technologiczni Sofiści dowodzą, że korzystając z Praw światła, używając nowoczesnych teleskopów odczytujących zwykły druk w kosmicznych dalach, oczami naszych nostalgicznych przedstawicieli na innej planecie, możemy w istocie zobaczyć własną przeszłość (Goodson odkrywający Goodsona i tego typu rzeczy) w tym dokumentalne świadectwo naszej niewiedzy o tym, co trzymano dla nas w zapasie (i naszej wiedzy t e r a z), w konsekwencji czego Przyszłość istniała wczoraj , z czego wolno wyciągnąć wniosek, że istnieje dzisiaj. Może to i dobra fizyka, ale logika obrzydliwa, i Żółw Przeszłości nigdy nie przegoni Achillesa przyszłości, niezależnie od tego, jak zanalizujemy odległości na naszych zamglonych szkolnych tablicach.   
Postulując przyszłość w najlepszym przypadku (w najgorszym uciekamy się do trywialnych trików), niezmiernie rozszerzamy zwodniczą teraźniejszość, każąc jej wypełnić dowolną ilość czasu wszelkiego rodzaju informacjami, przewidywaniami i przeczuciami. W najlepszym wypadku „przyszłość” to idea hipotetycznej teraźniejszości oparta na naszym doświadczeniu następstwa, na naszej wierze w logikę i nawyk. W istocie, rzecz jasna, nasze nadzieje nie w większym stopniu mogą powołać ją do życia niż nasze żale zmienić Przeszłość. Ta ostatnia ma przynajmniej smak, strój i styl naszego indywidualnego jestestwa. Natomiast przyszłość jest daleka od naszych wyobrażeń i uczuć. W każdej chwili przedstawia ona nieskończoność rozwidlających się możliwości. Determinizm zlikwidowałby samo pojęcie czasu (w tym momencie nadpłynęła pierwsza chmurka wypuszczona przez pigułkę). To, co nieznane, jeszcze niedoświadczone i niespodziewane, wszystkie wspaniałe iksy wzajemnych przecięć stanowią nieodłączną część ludzkiego życia. Determinizm, ogałacając wschód słońca z niespodzianki, wymazałby wszystkie słoneczne promienie…
Pigułka zaczęła naprawdę działać. Skończył się przebierać, wkładać piżamę, co polegało na serii ruchów, na ogół dotąd niedokończonych, które zaczął godzinę wcześniej, i wśliznął się do łóżka. Przyśniło mu się, że wygłasza jakiś tekst w sali wykładowej transatlantyku i że jakiś włóczęga podobny do autostopowicza z Hilden szyderczo pyta, jak wykładowca wyjaśni fakt, że w snach mamy świadomość czekającego nas obudzenia, czy nie jest to analogiczne do pewności śmierci, a jeśli tak, to przyszłość…
(…)
– Nie wyśmiewaj się, moja Ado, z naszej prozy filozoficznej – zaprotestował jej kochanek. – Wszystko, co w tej chwili ważne, to fakt, że dałem nowe życie Czasowi, odcinając od niego jego siostrę syjamską Przestrzeń oraz fałszywą przyszłość. Moim celem było napisanie swego rodzaju długiego opowiadania w formie traktatu o Fakturze Czasu, studium jego woalowatej substancji, ilustrowanego metaforami, coraz liczniejszymi, bardzo stopniowo tworzącymi logiczną historię miłosną, rozwijającą się od 673 przeszłości do teraźniejszości, rozkwitającą jako konkretna opowieść, i równie stopniowo odwracającą analogie i rozpadającą się znów w bezbarwną abstrakcję. – Zastanawiam się – powiedziała Ada – czy próba odkrycia tych rzeczy warta jest barw witrażu. Możemy poznać czas, możemy poznać jakiś czas. Nigdy nie zdołamy poznać Czasu. Nasze zmysły po prostu nie nadają się do jego percepcji. To tak, jakby…


 

Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. Carlos Manzano

El paciente inglés

El zapador tenía las manos alzadas por encima de su cabeza, como si sostuviera una gigantesca tela de araña. Agitaba la cabeza para soltarse los auriculares. Al verla correr hacia él, le gritó que diera un rodeo por la izquierda, porque había cables de minas por todos lados. Ella se detuvo. Muchas veces había paseado por allí sin tener sensación de peligro. Se alzó la falda y avanzó con la vista clavada en sus pies, que se introducían por entre la alta hierba.
Cuando llegó hasta él, tenía aún las manos levantadas. Había caído en una trampa y había acabado sosteniendo dos cables activos, que no podía soltar sin la protección de un elemento de contrapunto. Necesitaba una tercera mano para anular uno de ellos y tenía que volver de nuevo hasta la espoleta. Le pasó los cables con cuidado y bajó los brazos, por los que volvió a circular la sangre.
«Dentro de un momento vuelvo a cogerlos.»
«No te preocupes.»
«Sobre todo no te muevas.»
Abrió la mochila para buscar el contador Geiger y el imán. Pasó el cuadrante a lo largo de los cables que ella sostenía. No hubo oscilación alguna de la aguja hacia el polo negativo, ninguna pista, nada. Retrocedió, al tiempo que se preguntaba dónde estaría la trampa.
«Mira, voy a pegar ésos con cinta adhesiva al árbol y ya puedes marcharte.»
«No. Te los sostengo. No van a llegar hasta el árbol.»
«No.»
«Kip… puedo sostenerlos.»
«Estamos en un callejón sin salida. Vaya broma. No sé por dónde seguir. No sé hasta dónde llegará la trampa.»
Se separó de ella y corrió hasta el punto en el que había visto por primera vez el cable. Lo levantó y esa vez lo siguió por todo su recorrido con el contador Geiger. Luego se acuclilló a unos diez metros de ella y se puso a pensar: de vez en cuando levantaba la vista hacia ella, sin verla, y miraba sólo los dos ramales de cable que sostenía. No sé, dijo en voz alta y lenta, no sé. Creo que debo cortar el cable de tu mano izquierda. Tienes que marcharte. Se puso los auriculares para que volviera a llegarle el sonido enteramente y lo ayudara a pensar con claridad. Se representó los diferentes trayectos del cable y se desvió por las circunvoluciones de sus nudos, los giros repentinos, los interruptores enterrados que lo convertían de positivo en negativo: un polvorín. Recordó el perro con ojos como platos. Recorrió, al ritmo de la música, los cables, sin dejar de mirar las manos de la muchacha, que los sostenían muy quietas.
«Más vale que te vayas.»
«Necesitas otra mano para cortarlo, ¿no?»
«Puedo atarlo al árbol.»
«Yo te lo sostengo.»
Le cogió el cable de la mano izquierda como si fuera una víbora muy delgada y después el otro. Ella no se apartó. Él no dijo nada más, ahora tenía que pensar con la mayor claridad posible, como si estuviera solo. Ella se le acercó y volvió a coger uno de los cables. El no se dio cuenta de ello, se le había borrado la presencia de Hana. Volvió a recorrer todo el camino hasta la espoleta, acompañado por la mente que había imaginado aquella coreografía, tocando todos los puntos decisivos, radiografiando todo el conjunto, mientras la música invadía todos los demás resquicios.
Antes de que se le desdibujara el teorema, se acercó a ella y cortó el cable que colgaba de su mano izquierda con un chasquido como de mordisco. Vio el obscuro estampado de su vestido a lo largo de su hombro y contra su cuello. La bomba estaba desactivada. Dejó caer las cizallas y le puso la mano en el hombro, porque necesitaba tocar algo humano. Ella estaba diciendo algo que él no podía oír, por lo que alargó la mano y le quitó los auriculares y entonces se hizo el silencio: la brisa y un murmurio. Kip se dio cuenta de que no había oído el ruido seco del corte, sólo lo había sentido, al quebrarse, como la rotura de un huesecillo de conejo. No retiró la mano, sino que se la bajó por el brazo y tiró de los quince centímetros de cable que ella tenía aún apretados en la mano.
Lo miraba inquisitiva, mientras esperaba la respuesta a lo que acababa de decir, pero él no la había oído. Hana movió la cabeza y se sentó. Él se puso a recoger diversos objetos a su alrededor y a guardarlos en su mochila. Ella levantó la vista hacia el árbol y después, sólo por azar, la bajó y vio que estaba en cuclillas y que le temblaban las manos, tensas y rígidas como las de un epiléptico, y tenía la respiración acelerada.
«¿Has oído lo que te he dicho?»
«No. ¿Qué?»
«Pensaba que iba a morir. Quería morir. Y he pensado que, si iba a morir, lo haría contigo. Alguien como tú, joven como yo, como tantos que he visto morir en el pasado año. No he sentido miedo, pero no ha sido por valentía, desde luego. He pensado para mis adentros: tenemos esta villa, esta hierba, deberíamos habernos tumbado juntos, abrazados, antes de morir. Quería tocar ese hueso que tienes en el cuello, la clavícula, y que es como una alita dura bajo tu piel. Quería tocarlo con los dedos. Siempre me ha gustado la carne del color de los ríos y las rocas o como la mota central de las margaritas amarillas, ¿sabes a cuáles me refiero? ¿Las has visto alguna vez? Estoy tan cansada, Kip, quiero dormir. Quiero dormir bajo este árbol, pegar mis ojos a tu clavícula, sólo quiero cerrar los ojos y no pensar en los demás. Quiero encontrar un hueco en un árbol, subirme a él y dormir. ¡Qué capacidad de concentración! Saber qué cable cortar. ¿Cómo lo has sabido? No cesabas de decir: no sé, no sé, pero lo has sabido. ¿Verdad? No tiembles, tienes que ser un lecho tranquilo para mí, déjame acurrucarme, como si fueras un tierno abuelo al que pudiese abrazar, me gusta la palabra “acurrucar”, una palabra que no se puede decir precipitadamente…»

Hana tenía la boca pegada a la camisa de él, que estaba tumbado junto a ella con toda la quietud necesaria y los ojos despejados y clavados en una rama y oía su profunda respiración. Cuando le rodeó el hombro con el brazo, ya estaba dormida, pero lo había agarrado y lo había apretado contra sí. Al bajar la vista, Kip vio que aún tenía el cable en la mano, debía de haberlo cogido de nuevo.
Lo más vivo en ella era la respiración. Su peso parecía tan leve, que debía de haber desplazado la mayor parte de su cuerpo. ¿Cuánto tiempo iba a poder estar tumbado así, sin poder moverse ni volver al trabajo? Era esencial permanecer quieto, como las estatuas de las que se había valido durante los meses en que avanzaban costa arriba combatiendo hasta ocupar y rebasar cada una de las ciudades fortificadas que ya no se distinguían unas de otras, con las mismas calles estrechas en todas que se convertían en alcantarillas de sangre, lo que le hacía pensar que, si perdía el equilibrio, resbalaría con el líquido rojo de aquellas pendientes y se precipitaría por el barranco hacia el valle. Todas las noches había entrado, indiferente al frío, a una iglesia capturada y había encontrado una estatua para que fuera su centinela durante la noche. Sólo había otorgado su confianza a esa raza de piedras, se acercaba lo más posible a ella en la obscuridad: un ángel abatido cuyo muslo era un muslo perfecto de mujer y cuyas formas y sombras parecían muy suaves. Reclinaba la cabeza en el regazo de aquellos seres y se entregaba al alivio del sueño.
De repente se volvió más pesada sobre él. Y ahora su respiración se hizo más profunda, como el sonido de un violonchelo. Contempló la cara dormida de ella. Seguía molesto porque la muchacha se hubiese quedado con él, cuando desactivó la bomba, como si con ello lo hubiera puesto en deuda para con ella, lo hubiese hecho sentirse retrospectivamente responsable de ella, aunque en el momento no lo había pensado, como si eso pudiera influir positivamente en su manipulación de una mina.
Pero ahora se sentía parte de algo, tal vez un cuadro que había visto en algún sitio el año anterior: una pareja tranquila en un campo. Cuántas había visto durmiendo, perezosas, sin pensar en el trabajo ni en los peligros del mundo. A su lado tenía los movimientos como de ratón que provocaba la respiración de Hana; sus cejas se encrespaban como en una discusión, una ligera irritación en sueños. Apartó la vista y la alzó hacia el árbol y el cielo de nubes blancas. Su mano se aferraba a él como el barro en la orilla del río Moro, cuando tenía hundido el puño en la tierra mojada para no volver a resbalar hasta el torrente que acababa de cruzar.
Si hubiera sido la figura de un cuadro, habría podido aspirar a un merecido sueño. Pero, como había dicho incluso ella, él era el color carmelita de una roca, de un cenagoso río crecido con la tormenta y algo en su interior lo incitaba a retraerse incluso ante la ingenua inocencia de semejante comentario. La desactivación con éxito de una bomba ponía fin a una novela. Hombres blancos, juiciosos y paternales, estrechaban manos, recibían agradecimientos y se retiraban cojeando a su soledad, de la que los habían sacado con halagos tan sólo para esa ocasión especial. Pero él era un profesional y seguía siendo el extranjero, el sij. Su único contacto humano y personal era con el enemigo que había fabricado aquella bomba y se había marchado barriendo tras sí sus huellas con ayuda de una rama.
¿Por qué no podía dormir? ¿Por qué no podía volverse hacia la muchacha y dejar de pensar que todo seguía medio encendido, que acechaba el fuego en rescoldo? En un cuadro por él imaginado, el campo que rodeaba aquel abrazo habría estado en llamas. En cierta ocasión había seguido con prismáticos la entrada de otro zapador en una casa minada. Lo había visto rozar, al pasar, una caja de cerillas al borde de una mesa y quedar envuelto por la luz medio segundo antes de que el atronador ruido de la bomba llegara hasta él. A eso recordaban los relámpagos en 1944. ¿Cómo iba a poder confiar siquiera en aquella cinta elástica que ceñía la manga del vestido al brazo de la muchacha? ¿Ni en el resonar de su respiración más íntima, tan profunda como los cantos en el lecho de un río?

Cuando la oruga pasó del cuello de su vestido a su mejilla, se despertó y abrió los ojos y lo vio acuclillado a su lado. El zapador quitó la oruga de la cara, sin tocarle la piel y la dejó en la hierba. Hana advirtió que ya había recogido todo su instrumental. Kip retrocedió y se sentó, apoyado en el árbol, y la observó volverse boca arriba y después estirarse y prolongar aquel instante lo más posible. Por la posición del sol, debía de ser la tarde. Echó la cabeza hacia atrás y lo miró.
«¡Debías tenerme abrazada!»
«Lo he hecho. Hasta que te has apartado.»
«¿Cuánto tiempo me has tenido abrazada?»
«Hasta que te has movido, hasta que has necesitado moverte.»
«No te habrás aprovechado de mí, ¿verdad?» Y, al ver que él empezaba a ruborizarse, añadió: «Hablaba en broma.»
«¿Quieres volver a la casa?»
«Sí, tengo hambre.»
Cegada por el sol como estaba y con las piernas cansadas, apenas si podía sostenerse en pie. Seguía sin saber cuánto tiempo habían estado allí. No podía olvidar la profundidad de su sueño, la levedad de la caída.

Angielski pacjent

Tłum. Wacław Sadkowski

Zatrzymała się, aby usłyszeć kolejny okrzyk. Kiedy się rozległ, przeszła przez ogród na pole powyżej domu.
Stał z wyciągniętymi w górę rękami trzymając nad sobą coś na kształt ogromnej pajęczyny. Potrząsał głową, aby uwolnić ją od słuchawek radiowych. Kiedy do niego podbiegła, krzyknął, aby ominęła go z lewej strony, wszędzie tu pełno kabli. Zatrzymała się. Ruszyła wolnym krokiem, który stosowała już nieraz, nie odczuwając strachu. Zadarła spódnicę i posuwała się naprzód, uważnie wpatrując się pod stopy zanurzane w wysoką trawę.
Nawet kiedy do niego podeszła, nadal trzymał ręce wysoko w górze. Uwiązł w tej pozycji, unosząc w powietrzu dwa kable, których nie mógł opuścić bez narażania się na wywołanie zwarcia w całym splocie. Potrzebował trzeciej ręki do odłączenia jednego z nich, żeby się móc ponownie cofnąć ku głowicy zapalnika. Ostrożnie przekazał jej kable i opuścił ręce; krew ponownie do nich napłynęła.
– Za chwilę je od ciebie odbiorę.
– W porządku.
– Stój spokojnie, nie poruszaj się.
Otworzył plecak, by wyjąć licznik Geigera i magnes. Przejechał czujnikiem wzdłuż kabli, które trzymała. Wskazówka ani drgnęła. Żadnego sygnału. Nic. Cofnął się, rozmyślając, gdzie też może być ukryta pułapka.
– Przywiążę te kable do drzewa i będziesz mogła odejść.
– Nie. Potrzymam je. Nie sięgną do drzewa.
– Rzeczywiście nie sięgną.
– Łososiu, mogę je tak trzymać w górze.
– Znaleźliśmy się w impasie. Jest w tym jakiś trik. Nie mam pojęcia, gdzie go szukać. Nie wiem, jak bardzo jest przemyślny.
Pozostawił ją na miejscu, sam wrócił tam, gdzie się natknął na kabel. Uniósł go i przesuwał licznik Geigera wzdłuż całej długości drutu. Potem odszedł o jakieś dziesięć metrów, przypatrując się dwóm zwojom drutu, które trzymała w rękach.
– Nie wiem – wyrzekł powoli i głośno – n i e wiem. Myślę, że powinniśmy przeciąć ten kabel, który trzymasz w lewej ręce, musisz się odsunąć.
Nałożył sobie słuchawki na uszy, dźwięki muzyki znów wlały się weń i napełniły jego myśli jasnością. Przepatrywał różne odgałęzienia kabla, sprawdzał wibrowanie jego zwojów, nagłe załamania, pokrycie farbą, które zmieniało biegun dodatni w ujemny. Hubka i krzesiwo. Przypomniał sobie psa o oczach wielkich jak spodki. I wędrował tak z muzyką w uszach wzdłuż kabli, popatrując na ręce dziewczyny, utrzymujące je ciągle w górze.
– Lepiej stąd odejdź.
– Potrzebujesz jeszcze jednej ręki, żeby je odłączyć, no nie?
– Mogę to przywiązać do drzewa.
– Nie, będę to tak trzymała w górze.
Wyjął jej z lewej dłoni przewód, uważnie jak żmiję. Potem drugi z prawej. Nie ruszyła się z miejsca. Nie odzywał się, musiał teraz skupić myśli najściślej, jak potrafił, jakby był tu sam. Podeszła doń i odebrała mu jeden z kabli, nie uświadamiał sobie tego ani też jej obecności. Znów powędrował myślą ku głowicy zapalnika, sprawdzając wszystkie węzłowe punkty, prześwietlając je wzrokiem, całą resztę wyobraźni wypełniała muzyka.
Podchodząc do Hany, odciął kabel zwisający z jej lewej pięści; zanim drut opadł, dał się słyszeć dźwięk, jakby ktoś coś przegryzł zębami. Patrzył na drukowany wzorek jej sukni na ramieniu, przy szyi: Mina była martwa. Odrzucił narzędzia i położył dłoń na jej ramieniu, pragnąc dotknąć czegoś ludzkiego. Powiedziała coś, czego nie mógł usłyszeć, przylgnęła doń i zdjęła mu słuchawki, cisza wtargnęła do jego uszu. Powiew i szmer. Uświadomił sobie, że nie mógł usłyszeć dźwięku przecinania drutu, po prostu go wyczuł, taki trzask, jak przy przełamywaniu króliczej kostki. Nie odsuwając się opuścił dłoń i wyjął z jej ciągle zaciśniętej pięści kilkanaście centymetrów drutu.
Patrzyła na niego pytająco, oczekując odpowiedzi na to, co powiedziała, ale on tego nie słyszał. Potrząsnęła głową i usiadła. Zaczął zbierać różne rozrzucone wokół przedmioty i wkładać je do plecaka. Spojrzała na drzewo, a potem opuściła wzrok i przypadkiem spostrzegła jego trzęsącą się dłoń, napiętą i twardą jak u epileptyka; oddychał głęboko i szybko przez dłuższą chwilę. Przykucnął.
– Słyszałeś, co mówiłam?
– Nie. Co?
– Myślałam, że umrę. Chciałam umrzeć. I myślałam, że jeśli zginę, to umrę wraz z tobą. Z kimś równie młodym jak ja. Widziałam tylu umierających w ciągu ostatniego roku. Nie czułam lęku. A z pewnością nie byłam odważna. Przemawiałam do siebie w duchu, mamy ten pałac i tę trawę, powinniśmy się razem ułożyć, ty w moich ramionach, zanim zginiemy, Chciałam dotknąć tej kostki przy twojej szyi, obojczyka, wygląda jak ukryte pod skórą skrzydełko. Chciałam wcisnąć pod nie palec. Zawsze podobało mi się ciało koloru mulistych rzek i skał albo czegoś, co się u nas nazywa brązowe oko Susan, wiesz, co to za kwiat? Czy go widziałeś? Jestem taka zmęczona, Łososiu. Chcę sobie pospać pod tym drzewem, popatrzeć na twój obojczyk i po prostu przymknąć oczy, nie myśląc o innych, znaleźć na drzewie rozgałęzienie, wspiąć się tam i ułożyć w nim do snu. Jakiż ty masz przenikliwy umysł! Wiedzieć, który przewód odciąć! Skąd to wiedziałeś? Powtarzałeś w kółko, ja nie wiem, nie wiem, ale wiedziałeś. Prawda? Nie poruszaj się, masz być moim wygodnym posłaniem, pozwól mi się ułożyć, jakbyś był dobrym dziadkiem, do którego mogę się przytulić, uwielbiam słowo „ułożyć się”, to takie powolne słowo, nie możesz go przyspieszyć…
Przywarła ustami do jego koszuli. Leżał na ziemi, bez ruchu, z otwartymi oczyma, wpatrując się w gałąź. Słyszał jej głęboki oddech. Kiedy ją objął ramieniem, już spała, ale przez sen przycisnęła to ramię do siebie. Wodząc po niej wzrokiem spostrzegł, że znów trzyma w ręce kabel, musiała go podnieść z ziemi.
Najbardziej żywy był w niej oddech. Prawie nie odczuwał ciężaru jej ciała. Jak długo będzie tak leżeć, nie mogąc podjąć pracy ani się nawet poruszyć? Ale najważniejsze było ciągle to, by pozostać w bezruchu, tak jak wtedy pod posągami, w czasie tych miesięcy, kiedy posuwali się wzdłuż wybrzeża zdobywając kolejne ufortyfikowane miasteczka, które niczym się dla nich nie różniły, wszędzie te same wąskie uliczki, przekształcające się w krwawe rynsztoki, tak że śniło mu się, iż jeśli straci równowagę, runie z tych pochyłości w krwawą maź i zostanie przez nią zmyty ze skały na dno dolin. Każdego wieczora wchodził w chłodny mrok kolejnego zdobytego kościoła i znajdował sobie figurę, która stawała się jego strażnikiem. Darzył zaufaniem tylko ten rodzaj kamienia, przysuwając się doń możliwie najbliżej w ciemności, do zatroskanego anioła o doskonałych, kobiecych udach, którego zarysy i cienie wydawały się tak miękkie. Kładł głowę na podnóżku takiego wykutego w kamieniu stworzenia i zasypiał.
Nagle przeniosła nań więcej ciężaru swego ciała. I oddech jej się pogłębił, jak ton skrzypiec. Przypatrywał się jej uśpionej twarzy. Ciągle niepokoiła go ta dziewczyna, która została z nim, kiedy rozbrajał minę – jak gdyby z tego powodu był jej coś winien. Jakby go uczyniła odpowiedzialnym za nią, za to, co się z nią działo, choć wcale o tej odpowiedzialności wtedy nie myślał. Jakby to poczucie skutecznie wpłynęło na wybór sposobu rozbrojenia miny.
Odczuwał teraz, że znalazł się oto wewnątrz czegoś, być może jakiegoś malowidła, które widział gdzieś w zeszłym roku. Para pogodnych ludzi na polu. Ileż takich oglądał, leniwie śpiących, nie myślących o pracy ani o niebezpieczeństwach grożących ze strony świata. Tuż przy nim odbywały się jakieś przypominające krzątaninę myszy ruchy, wywoływane jej oddechem; brwi uniosły się jej jak w trakcie sporu, jakiś gniew wdarł się w jej sen. Odwrócił oczy, wpatrzył się poprzez gałęzie w biały obłok na niebie. Jej dłoń zacisnęła się wokół jego ręki, tak jak jego pięść worywała się w glinę na skarpie brzegowej Moro, powstrzymując obsuwanie się ciała w skłębiony nurt rzeki.
Gdyby mógł być postacią z obrazu, starałby się usnąć. Ale, jak mówi Hana, był tylko brązowością kamienia, brązowością gliniastej, spienionej rzeki. I coś mu nakazywało zachować dystans nawet wobec tak niewinnej uwagi. Skuteczne rozbrojenie miny zamykało całą historię. Mądrzy, biali, ojcowsko wyglądający ludzie ściskali sobie ręce, zyskiwali uznanie i odjeżdżali, wydobywając się ze swej samotności tylko z takiej szczególnej okazji. Ale on był profesjonalistą. I pozostawał kimś obcym, Sikhem. Jedyny ludzki, osobisty kontakt, jaki nawiązywał, to był kontakt z nieprzyjacielem, który podłożył minę i zbiegł, zacierając za sobą ślad zerwaną i ciągniętą po ziemi gałęzią.
Dlaczego nie mógł zasnąć? Dlaczego nie umiał przytulić się do dziewczyny, przestać myśleć, że wszystko jest tylko na poły rozbrojonym niewypałem? Na obrazie utworzonym przez jego wyobraźnię pole otaczające tę scenę za chwilę stanie w płomieniach. Pewnego razu wchodził za innym saperem do zaminowanego budynku. Ujrzał, jak tamten sięga po paczkę zapałek leżącą na skraju stołu i błysk rozświetla jego sylwetkę na pół sekundy, zanim do uszu dotarła eksplozja potężnej miny. Błysnęło wówczas tak jak teraz, w roku 1944. Jakżeby mógł zaufać nawet tej elastycznej lamówce rękawa sukienki dziewczyny, która obciskała jej ramię? Albo też szmerom w jej oddechu, tak głębokim, jakby się wydobywały spod głazów na dnie rzeki?

Obudziła się, kiedy motyl przefrunął z kołnierzyka sukienki na jej policzek. Otworzyła oczy, ujrzała, jak się nad nią pochyla. Zdjął motyla z jej twarzy, nie dotykając skóry, i ułożył go na trawie. Zauważyła, że już zebrał swe przybory. Odszedł o kilka kroków i stanął pod drzewem, widział, jak ona odwraca się na wznak, a potem przeciąga, wydłużając tę chwilę jak to tylko możliwe. Jest już pewnie po południu, słońce się odsunęło. Odwróciła głowę i spojrzała na niego.
– Miałeś mnie przytulać.
– Przytulałem. Aż się odsunęłaś.
– Jak długo mnie przytulałeś?
– Dopóki się nie odsunęłaś. Dopóki się nie poruszyłaś.
– I nie zostałam wykorzystana, prawda? – I dodaje: – Oczywiście żartuję – bo widzi, jak on się zapłonił.
– Chcesz, żebyśmy już poszli do domu?
– Tak, głodny jestem.
Podnosi się z trudem, oślepiona słońcem, czuje zmęczenie w nogach. Ciągle nie wie, jak długo tu przebywali. Nie umie zapomnieć, oderwać się myślą od głębi swego snu, od szczególnej lekkości tego ciężaru spoczywającego jej na sercu.

The English Patient

He stood, his hands raised above him as if he were holding a giant cobweb. He was shaking his head to get free of the earphones. As she ran towards him he yelled at her to circle to the left, there were mine wires all over the place. She stopped. It was a walk she had taken numerous times with no sense of danger. She raised her skirt and moved forward, watching her feet as they entered the long grass.
His hands were still up in the air as she came alongside him. He had been tricked, ending up holding two live wires he could not put down without the safety of a descant chord. He needed a third hand to negate one of them and he needed to go back once more to the fuze head. He passed the wires carefully to her and dropped his arms, getting blood back into them.
“I’ll take them back in a minute.”
“It’s okay.”
“Keep very still.”
He opened up his satchel for the Geiger counter and mag­net. He ran the dial up and along the wires she was holding. No swerve to negative. No clue. Nothing. He stepped back­wards, wondering where the trick could be.
“Let me tape those to the tree, and you leave.”
“No. I’ll hold it. They won’t reach the tree.”
“No.”
“Kip—I can hold them.”
“We have an impasse. There’s a joke. I don’t know where to go from here. I don’t know how complete the trick is.”
Leaving her, he ran back to where he had first sighted the wire. He raised it and followed it all the way this time, the Geiger counter alongside it. Then he was crouched about ten yards from her, thinking, now and then looking up, looking right through her, watching only the two tributaries of wire she held in her hands. I don’t know, he said out loud, slowly, / don’t know. I think I have to cut the wire in your left hand, you must leave. He was pulling the radio earphones on over his head, so the sound came back into him fully, filling him with clarity. He schemed along the different paths of the wire and swerved into the convolutions of their knots, the sudden corners, the buried switches that translated them from positive to negative. The tinderbox. He remembered the dog, whose eyes were as big as saucers. He raced with the music along the wires, and all the while he was staring at the girl’s hands, which were very still holding onto them.
“You’d better go.”
“You need another hand to cut it, don’t you?”
“I can attach it to the tree.”
“I’ll hold it.”
He picked the wire like a thin adder from her left hand. Then the other. She didn’t move away. He said nothing more, he now had to think as clearly as he could, as if he were alone. She came up to him and took back one of the wires. He was not conscious of this at all, her presence erased. He travelled the path of the bomb fuze again, alongside the mind that had choreographed this, touching all the key points, seeing the X ray of it, the band music filling everything else.
Stepping up to her, he cut the wire below her left fist before the theorem faded, the sound like something bitten through with a tooth. He saw the dark print of her dress along her shoulder, against her neck. The bomb was dead. He dropped the cutters and put his hand on her shoulder, needing to touch something human. She was saying something he couldn’t hear, and she reached forward and pulled the earphones off so silence invaded. Breeze and a rustle. He realized the click of the wire being cut had not been heard at all, just felt, the snap of it, the break of a small rabbit bone. Not letting go of her, he moved his hand down her arm and pulled the seven inches of wire out of her still tight grip.
She was looking at him, quizzical, waiting for his answer to what she had said, but he hadn’t heard her. She shook her head and sat down. He started collecting various objects around himself, putting them into his satchel. She looked up into the tree and then only by chance looked back down and saw his hands shaking, tense and hard like an epileptic’s, his breathing deep and fast, over in a moment. He was crouched over.
“Did you hear what I said?”
“No. What was it?”
“I thought I was going to die. I wanted to die. And I thought if I was going to die I would die with you. Someone like you, young as I am, I saw so many dying near me in the last year. I didn’t feel scared. I certainly wasn’t brave just now. I thought to myself, We have this villa this grass, we should have lain down together, you in my arms, before we died. I wanted to touch that bone at your neck, collarbone, it’s like a small hard wing under your skin. I wanted to place my fingers against it. I’ve always liked flesh the colour of rivers and rocks or like the brown eye of a Susan, do you know what that flower is? Have you seen them? I am so tired, Kip, I want to sleep. I want to sleep under this tree, put my eye against your collarbone I just want to close my eyes without thinking of others, want to find the crook of a tree and climb into it and sleep. What a careful mind! To know which wire to cut. How did you know? You kept saying I don’t know I don’t know, but you did. Right? Don’t shake, you have to be a still bed for me, let me curl up as if you were a good grandfather I could hug, I love the word ‘curl,’ such a slow word, you can’t rush it…”

Her mouth was against his shirt. He lay with her on the ground as still as he had to, his eyes clear, looking up into a branch. He could hear her deep breath. When he had put his arm around her shoulder she was already asleep but had gripped it against herself. Glancing down he noticed she still had the wire, she must have picked it up again.
It was her breath that was most alive. Her weight seemed so light she must have balanced most of it away from him. How long could he lie like this, unable to move or turn to busyness. It was essential to remain still, the way he had relied on statues during those months when they moved up the coast fighting into and beyond each fortress town until there was no difference in them, the same narrow streets everywhere that became sewers of blood so he would dream that if he lost balance he would slip down those slopes on the red liquid and be flung off the cliff into the valley. Every night he had walked into the coldness of a captured church and found a statue for the night to be his sentinel. He had given his trust only to this race of stones, moving as close as possible against them in the darkness, a grieving angel whose thigh was a woman’s perfect thigh, whose line and shadow appeared so soft. He would place his head on the lap of such creatures and release himself into sleep.
She suddenly let more weight onto him. And now her breathing stretched deeper, like the voice of a cello. He watched her sleeping face. He was still annoyed the girl had stayed with him when he defused the bomb, as if by that she had made him owe her something. Making him feel in retro­spect responsible for her, though there was no thought of that at the time. As if that could usefully influence what he chose to do with a mine.
But he felt he was now within something, perhaps a paint­ing he had seen somewhere in the last year. Some secure couple in a field. How many he had seen with their laziness of sleep, with no thought of work or the dangers of the world. Beside him there were the mouselike movements within Hana’s breath; her eyebrows rode upon argument, a small fury in her dreaming. He turned his eyes away, up towards the tree and the sky of white cloud. Her hand gripped him as mud had clung along the bank of the Moro River, his fist plunging into the wet earth to stop himself slipping back into the already crossed torrent.
If he were a hero in a painting, he could claim a just sleep.
But as even she had said, he was the brownness of a rock, the brownness of a muddy storm-fed river. And something in him made him step back from even the naive innocence of such a remark. The successful defusing of a bomb ended novels. Wise white fatherly men shook hands, were acknowledged, and limped away, having been coaxed out of solitude for this special occasion. But he was a professional. And he remained the foreigner, the Sikh. His only human and personal contact was this enemy who had made the bomb and departed brush­ing his tracks with a branch behind him.
Why couldn’t he sleep? Why couldn’t he turn towards the girl, stop thinking everything was still half lit, hanging fire? In a painting of his imagining the field surrounding this em­brace would have been in flames. He had once followed a sapper’s entrance into a mined house with binoculars. He had seen him brush a box of matches off the edge of a table and be enveloped by light for the half-second before the crumpling sound of the bomb reached him. What lightning was like in 1944. How could he trust even this circle of elastic on the sleeve of the girl’s frock that gripped her arm? Or the rattle in her intimate breath as deep as stones within a river.

She woke when the caterpillar moved from the collar of her dress onto her cheek, and she opened her eyes, saw him crouched over her. He plucked it from her face, not touching her skin, and placed it in the grass. She noticed he had already packed up his equipment. He moved back and sat against the tree, watching her as she rolled slowly onto her back and then stretched, holding that moment for as long as she could. It must have been afternoon, the sun over there. She leaned her head back and looked at him.
“You were supposed to hold onto me!”
“I did. Till you moved away.”
“How long did you hold me?”
“Until you moved. Until you needed to move.”
“I wasn’t taken advantage of, was I?” Adding, “Just joking,” as she saw him beginning to blush.
“Do you want to go down to the house?”
“Yes, I’m hungry.”
She could hardly stand up, the dazzle of sun, her tired legs. How long they had been there she still didn’t know. She could not forget the depth of her sleep, the lightness of the plummet.

Gary Snyder

1930 – , Estados Unidos

Trad. Juan Carlos Villavicencio

Piute Creek

Un precipicio de granito
un árbol, sería suficiente,
o incluso una roca, un pequeño arroyo,
un trozo de corteza en un estanque.
Colina tras colina, plegadas y retorcidas
robustos árboles apilados
en delgadas fracturas de la piedra
una enorme luna sobre todo, es demasiado.
La mente vaga. Un millón
de veranos, el tranquilo aire nocturno y las tibias
rocas. El cielo sobre montañas interminables.
Toda la porquería que viene con el ser humano
disminuye, la roca firme ahora tiembla,
incluso el intenso presente parece obviar
este espejismo de corazón.
Libros y palabras
como el pequeño arroyo de una alta cornisa
desapareciendo en el aire seco.

Una mente clara, atenta,
sólo tiene sentido si
lo que ve es realmente visto.
Nadie ama a la piedra, pero aquí estamos.
Los fríos de la noche. Algo que se mueve
rápido a la luz de la luna
se desliza en la sombra del Enebro:
allí atrás invisibles
orgullosos ojos fríos
de un Puma o Coyote
me observan levantarme y partir.

Fotos propias

Tłum. Tadeusz Sławek

Piute Creek

Jedno granitowe pasmo,
Drzewo, już byłoby dość,
Może nawet jedna skała, niewielki potok,
Strzęp kory w zakolu.
Wzgórze za wzgórzem, pofałdowane, splecione z sobą,
Niezmożone niczym drzewa wciśnięte
W wąskie pęknięcia skał.
Nad wszystkim wielki księżyc, nazbyt to wiele.
Umysł wędruje. Milion
Pór letnich, powietrze nocy zamarło i skały promieniują
Ciepłem. Niebo nad bezkresnymi górami.
I cała tandeta co towarzyszy człowieczeństwu
Odpada, drży lita skała,
Nawet ciężka teraźniejszość jakby nie docierała
Do pęcherzyka serca.
Książki i słowa
Nikną w suchym powietrzu
Jak mały strumień spadający z wysokiego zbocza.

Dla jasnego, skupionego umysłu
jedno tylko ma znaczenie – że
to, co widzi, widzi prawdziwie.
Nikt nie kocha skał, a przecież jesteśmy.
Noc przenika chłodem. W świetle księżyca
Jakiś ruch nagły
Wkrada się w cień jałowca.
Gdzieś za plecami niewidoczne
Zimne dumne oczy
Kuguara lub kojota
Śledzą bacznie, jak wstaję i odchodzę.

Piute Creek

One granite ridge
A tree, would be enough
Or even a rock, a small creek,
A bark shred in a pool.
Hill beyond hill, folded and twisted   
Tough trees crammed
In thin stone fractures
A huge moon on it all, is too much.   
The mind wanders. A million
Summers, night air still and the rocks   
Warm.  Sky over endless mountains.   
All the junk that goes with being human   
Drops away, hard rock wavers
Even the heavy present seems to fail   
This bubble of a heart.
Words and books
Like a small creek off a high ledge   
Gone in the dry air.

A clear, attentive mind
Has no meaning but that
Which sees is truly seen.
No one loves rock, yet we are here.   
Night chills. A flick
In the moonlight
Slips into Juniper shadow:
Back there unseen
Cold proud eyes
Of Cougar or Coyote
Watch me rise and go.

James Joyce

1882-1941, Irlanda

Trad. Eduardo Chamorro

Los muertos (en Dublineses)

Ella estaba profundamente dormida.
Gabriel, apoyado en el codo, vacío de resentimiento, miró unos instantes su enmarañado cabello y su boca entreabierta, escuchando su profunda respiración. De modo que había habido aquel romance en su vida: un hombre había muerto por ella. Ahora apenas le dolía pensar en el escaso papel que le había tocado desempeñar, como marido, en su vida. La contempló mientras dormía como si ella y él jamás hubieran vivido juntos como marido y mujer. Sus ávidos ojos descansaron en su rostro y en su cabello; y, entonces, pensando en lo que debía de haber sido aquella su primera belleza juvenil, su alma se sintió invadida por una extraña piedad amistosa. No se hubiera dicho ni siquiera a sí mismo que su rostro ya no era hermoso, pero sabía que ya no era el rostro por el que Michael Furey desafió a la muerte.
Quizá no le había contado toda la historia. Sus ojos se movieron hasta la silla en la que ella había tirado algo de ropa. Una cinta de la enagua colgaba del asiento. Una bota se mantenía en pie, con la caña mustia; su pareja yacía a su lado. Se preguntó por sus tumultuosas emociones de una hora antes. ¿De dónde habían salido? De la cena de sus tías, de su propio y estúpido discurso, del vino y del baile, de las bromas al despedirse en el vestíbulo, del agradable paseo por la nieve a lo largo del río. ¡Pobre tía Julia! Ella, también, sería pronto una sombra con la sombra de Patrick Morkan y su caballo. Él había percibido durante un instante ese aspecto macilento en su rostro cuando cantaba Ataviada para la boda.
Pronto, quizá, se vería él sentado en el mismo salón, vestido de negro, con su sombrero de seda sobre las rodillas. Se habrían echado las persianas y la tía Kate se sentaría junto a él, llorando y sonándose la nariz y contándole cómo había muerto Julia. Él buscaría en su mente palabras que le sirvieran de consuelo, y las que encontrase resultarían inútiles y romas. Sí, sí: eso ocurriría muy pronto. El aire de la habitación le heló los hombros. Se estiró cuidadosamente bajo las sábanas y descansó junto a su mujer. Uno por uno convertidos en sombras. Mejor pasar temerariamente a ese otro mundo, en plena gloria de alguna pasión, que decaer y ajarse funestamente con la edad. Pensó en cómo la que yacía junto a él había guardado en el corazón aquella imagen de los ojos de su amante al decirle que no deseaba vivir.
Lágrimas generosas colmaron los ojos de Gabriel. Jamás había sentido algo parecido hacia mujer alguna, pero sabía que tal sentimiento había de ser amor. Las lágrimas se hicieron más espesas en sus ojos, y en la penumbra imaginó que veía la imagen de un joven bajo un árbol goteante. Había otras formas cercanas. Su alma había alcanzado esa región en la que moran las vastas huestes de los muertos. Era consciente de ello pero incapaz de aprehender sus aviesas y vacilantes existencias. Su propia identidad se disolvía en un mundo gris intangible: el mismísimo sólido mundo en el que esos muertos se habían erguido y donde habían vivido, se borraba y consumía.
Unos roces en el cristal le hicieron volverse hacia la ventana. Había comenzado de nuevo a nevar. Contempló somnoliento los copos, plateados y oscuros, cayendo oblicuamente contra la luz de la farola. Había llegado el momento de que emprendiera el viaje hacia el oeste. Sí, los periódicos tenían razón: nevaba de igual modo sobre toda Irlanda. La nieve caía sobre todos los lugares de la oscura llanura central, sobre las colinas sin árboles, caía dulcemente sobre el Pantano de Allen y, más hacia el oeste, caía suavemente en las oscuras olas amotinadas del Shannon. Caía también sobre todos los lugares del solitario cementerio en la colina donde Michael Furey yacía enterrado. Yacía apelmazada en las cruces y lápidas torcidas, en las lanzas de la pequeña cancela, en los abrojos estériles. Su alma se desvaneció lentamente al escuchar el dulce descenso de la nieve a través del universo, su dulce caída, como el descenso de la última postrimería, sobre todos los vivos y los muertos.

Magnífica película de John Houston, adaptación del relato de Joyce. Monólogo final.

Tłum. Zbigniew Batko

Zmarli (Dublińczycy)

Usnęła głęboko.
Gabriel wsparty na łokciu patrzył bez urazy w sercu na jej potargane włosy i półotwarte usta, wsłuchując się w jej głęboki oddech. Zatem tamten romans był w jej życiu: jakiś mężczyzna zginął z jej powodu. Teraz zaledwie go bolała myśl o skromnej roli, którą wypadło mu odegrać, jako mąż, w jej życiu. Przyglądał się jej podczas gdy spała jakby ani ona, ani on nigdy nie byli razem jako mąż i żona. Jego wygłodniałe oczy spoczęły na jej twarzy i na włosach; i wówczas, rozmyślając nad tym jaka musiała być jej uroda w czasach pierwszej młodości, jego dusza poczuła się przepełniona dziwnym pełnym zrozumienia współczuciem. Nawet nie przyznałby przed samym sobą, że z tej twarzy znikła już uroda, ale wiedział, że to już nie była ta twarz, dla której Michael Furey oddał życie, żeby móc na nią spojrzeć.
Może nie opowiedziała mu całej historii. Wzrok jego padł na krzesło, na którym leżało jej ubranie. Tasiemka od halki zwisała na podłogę. Jeden z bucików stał prosto, z cholewką przekrzywioną w dół, drugi leżał na boku. Gabriel zastanawiał się nad podnieceniem, jakie czuł przed godziną. Co się na to złożyło? Kolacja u ciotek, jego własne, głupie przemówienie, wesoła rozmowa w hallu przed wyjściem, urok spaceru po śniegu. Biedna ciotka Julia! Wkrótce i ona stanie się cieniem, tak jak Patrick Morkan i jego koń. Pochwycił błędny wyraz, jaki przez chwilę pojawił się na jej twarzy, kiedy śpiewała: «W stroju weselnym». Może wkrótce będzie siedział w tym samym salonie, w czarnym ubraniu, z cylindrem na kolanach. Żaluzje będą spuszczone i ciotka Kate usiądzie przy nim, zapłakana, i wycierając co chwila nos, będzie opowiadać mu o tym, jak odeszła Julia. On będzie szukał słów pociechy, ale znajdzie tylko frazesy, nieudolne i puste. Tak, to nastąpi już wkrótce.
W pokoju było chłodno i dreszcz przebiegł mu po plecach. Ostrożnie wsunął się pod kołdrę, obok żony. Wszyscy, jeden za drugim staną się cieniami. Lepiej śmiało przekroczyć progi tamtego świata, w pełnym rozkwicie jakiejś namiętności, niż więdnąć i schnąć bez nadziei, w miarę jak płyną lata. Myślał o tym, że ta, która w tej chwili leży obok niego, przechowała w swym sercu przez tyle lat wyraz oczu swego kochanka, gdy powiedział jej, że nie chce żyć. Łzy szlachetnego wzruszenia napłynęły do oczu Gabriela. Sam nigdy nie doznał podobnego uczucia w stosunku do żadnej kobiety, ale wiedział, że to uczucie jest miłością.
Łzy napływały coraz obficiej.W półmroku wydało mu się, że widzi postać młodego człowieka stojącego pod drzewem w strugach deszczu. Obok stali inni. Dusza jego zbliżała się do granicy tego miejsca, gdzie mieszkali zmarli. Wyczuwał ich drżący, złudny byt, nie mogąc go zrozumieć. Jego własna osobowość pogrążała się w szarym, nieuchwytnym świecie; świat dotykalny, w którym zmarli niegdyś wzrastali i żyli, rozpływał się i ginął.
Usłyszał leciutkie uderzenia w szybę i zwrócił głowę do okna. Znów zaczął padać śnieg. Sennym wzrokiem przyglądał się srebrnym i ciemnym gwiazdeczkom, które padały z góry, ukośnie przecinając smugę światła latarni. Tak, nadeszła już pora podróży na zachód. Tak, gazety miały rację: śnieg pada w całej Irlandii. Okrywa każdą piędź równiny centralnej, nagie pagórki, miękko spływa na bagniska Allen, a dalej, na zachodzie, w ciemne i groźne fale Shannonu. Obsypał także samotny cmentarz na wzgórzu, gdzie leży Michel Furey, sutą okiścią srebrzy pochylone krzyże i nagrobki, pręty niskiego ogrodzenia, nagie, bezlistne krzaki. Słyszał śnieg cicho spływający na wszechświat i dusza jego zamierała z wolna, jakby nadeszła ostatnia godzina dla wszystkich żyjących i zmarłych.

The Dead (in Dubliners)

She was fast asleep.
Gabriel, leaning on his elbow, looked for a few moments unresentfully on her tangled hair and half-open mouth, listening to her deep-drawn breath. So she had had that romance in her life: a man had died for her sake. It hardly pained him now to think how poor a part he, her husband, had played in her life. He watched her while she slept, as though he and she had never lived together as man and wife. His curious eyes rested long upon her face and on her hair: and, as he thought of what she must have been then, in that time of her first girlish beauty, a strange, friendly pity for her entered his soul. He did not like to say even to himself that her face was no longer beautiful, but he knew that it was no longer the face for which Michael Furey had braved death.
Perhaps she had not told him all the story. His eyes moved to the chair over which she had thrown some of her clothes. A petticoat string dangled to the floor. One boot stood upright, its limp upper fallen down: the fellow of it lay upon its side. He wondered at his riot of emotions of an hour before. From what had it proceeded? From his aunt’s supper, from his own foolish speech, from the wine and dancing, the merrymaking when saying good-night in the hall, the pleasure of the walk along the river in the snow. Poor Aunt Julia! She, too, would soon be a shade with the shade of Patrick Morkan and his horse. He had caught that haggard look upon her face for a moment when she was singing Arrayed for the Bridal. Soon, perhaps, he would be sitting in that same drawing-room, dressed in black, his silk hat on his knees. The blinds would be drawn down and Aunt Kate would be sitting beside him, crying and blowing her nose and telling him how Julia had died. He would cast about in his mind for some words that might console her, and would find only lame and useless ones. Yes, yes: that would happen very soon.
The air of the room chilled his shoulders. He stretched himself cautiously along under the sheets and lay down beside his wife. One by one, they were all becoming shades. Better pass boldly into that other world, in the full glory of some passion, than fade and wither dismally with age. He thought of how she who lay beside him had locked in her heart for so many years that image of her lover’s eyes when he had told her that he did not wish to live.
Generous tears filled Gabriel’s eyes. He had never felt like that himself towards any woman, but he knew that such a feeling must be love. The tears gathered more thickly in his eyes and in the partial darkness he imagined he saw the form of a young man standing under a dripping tree. Other forms were near. His soul had approached that region where dwell the vast hosts of the dead. He was conscious of, but could not apprehend, their wayward and flickering existence. His own identity was fading out into a grey impalpable world: the solid world itself, which these dead had one time reared and lived in, was dissolving and dwindling.
A few light taps upon the pane made him turn to the window. It had begun to snow again. He watched sleepily the flakes, silver and dark, falling obliquely against the lamplight. The time had come for him to set out on his journey westward. Yes, the newspapers were right: snow was general all over Ireland. It was falling on every part of the dark central plain, on the treeless hills, falling softly upon the Bog of Allen and, farther westward, softly falling into the dark mutinous Shannon waves. It was falling, too, upon every part of the lonely churchyard on the hill where Michael Furey lay buried. It lay thickly drifted on the crooked crosses and headstones, on the spears of the little gate, on the barren thorns. His soul swooned slowly as he heard the snow falling faintly through the universe and faintly falling, like the descent of their last end, upon all the living and the dead.

Fragmento más amplio y subtitulado.

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Dámaso López García

2.

Ahora que el gran perro al que adoré durante años
Se ha convertido nada menos que en mí mismo, puedo mirar hacia dentro
Y ladrar y puedo mirar a las montañas calle abajo
Y ladrarles a ellas también. Soy un ojo que se ve a sí mismo
Mirar hacia atrás, una nariz que sigue la huella de las sombras
Al caer, un oído que oye los sonidos
Antes de que nazcan. Soy el último de los perros cobradores
Con el pelo de color platino, el último de una raza gloriosa.
Pero no consuela nada ser quien soy.
Doy vueltas por ahí considerando las aboliciones del destino
Hasta que mis ojos se llenan de lágrimas y me digo: «Ah, Rex,
Olvida. Olvida. Se han apagado las estrellas. Se desliza la luna de mármol».

“Cinco perros” en Tormenta de uno

Tłum. Ada Trzeciakowska

2.

Teraz kiedy wielki pies, którego uwielbiałem przez lata
stał się mną właśnie, mogę zajrzeć do środka
I szczekać i mogę patrzeć na góry na końcu ulicy
i je też oszczekać. Jestem okiem, które widzi siebie
patrzącego wstecz, nosem, śledzącym tropy padających
cieni, słuchem, który zbiera dźwięki zanim
jeszcze narodzą się. Jestem ostatnim z platynowych
retrieverów, zakończeniem wspaniałej linii.
Ale nie znajduję pociechy w byciu kim jestem.
Krążę po okolicy rozważając unieważnienia dokonane przez los,
Aż oczy napełniają się łzami i powtarzam sobie „Och Rex,
Zapomij. Zapomnij. Gwiazdy zgasły. Sunie marmurowy księżyc.”

“Pięć psów” w Blizzard of One

2.

Now that the great dog I worshipped for years
Has become none other than myself, I can look within
And bark, and I can look at the mountains down the street
And bark at them as well. I am an eye that sees itself
Look back, a nose that tracks the scent of shadows
As they fall, an ear that picks up sounds
Before they’re born. I am the last of the platinum
Retrievers, the end of a gorgeous line.
But there’s no comfort being who I am.
I roam around and ponder fate’s abolishments
Until my eyes are filled with tears and I say to myself, “Oh Rex,
Forget. Forget. The stars are out. The marble moon slides by. ”

“Five dogs” in Blizzard of One

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Eduardo Chirinos

Mapas negros

Ni la presencia de las piedras,
ni el aplauso del viento,
te dejarán saber
que has llegado,

ni el mar que sólo celebra
las partidas,
ni las montañas,
ni las moribundas ciudades.

Nada te dirá
dónde te encuentras.
Cada momento es un lugar
donde nunca has estado.

Puedes caminar
creyendo que arrojas
tu luz alrededor.
¿Pero cómo lo sabrás?

El presente es siempre oscuro.
Sus mapas son negros,
ascienden de la nada,
describen,

en su lenta ascensión
hacia ellos mismos,
sus propios viajes,
su vacío,

su triste y resignada
necesidad de completarse.
Como se elevan hacia el ser
son como el aliento.

Si los estudias un poco
será sólo para descubrir,
muy tarde, que todo aquello
que te importaba

no existe.
En ninguno de ellos
figura tu casa
tampoco la de tus amigos

que te esperan para aparecer,
ni la de tus enemigos
que enumeran tus faltas.
Sólo tú estás allí,

diciendo hola
a aquello que serás,
y el pasto negro
sostiene las estrellas negras.

Tłum. Agnieszka Kołakowska

Czarne mapy

Ani orszak kamieni
ani oklaski wiatru
nie powiedzą ci nigdy,
że oto już dotarłeś.

Nie powie ci tego morze,
co czci jedynie odjazdy.
Nie powiedzą ci góry
ani ginące miasta.

Nic ci nie powie, gdzie jesteś.
Każda chwila to miejsce,
w którym jeszcze nie byłeś:
jesteś tu po raz pierwszy.

Możesz iść w przekonaniu,
że idziesz otoczony
blaskiem jakiegoś światła.
Ale jak masz to stwierdzić?

„Teraz” zawsze jest ciemne.
Jego mapy są czarne,
wyrastają z nicości
i wznoszą się powoli

ku własnemu istnieniu,
opisując jedynie
swoją drogę, nie naszą,
pustkę, jaka tam zieje,

i smętny, beznamiętny,
nieodwołalny jej kres.
W tym ruchu
są jak oddech.

A gdybyś chciał je zbadać,
odkryjesz, lecz za późno,
że nie ma tam nic z tego,
co – jak ci się zdawało –

dotyczy ciebie. Nigdzie
o tobie nie ma nic.
Nie ma twojego domu
ani żadnych przyjaciół,

czekających na ciebie,
i nie ma żadnych wrogów,
liczących twoje wady.
Jesteś tam tylko ty,

witający sam siebie
nadchodzącego z przyszłości,
podczas gdy czarna trawa
podpiera czarne gwiazdy.

Fotos propias. Povedilla.

Black Maps

Not the attendance of stones,
nor the applauding wind,
shall let you know
you have arrived,

not the sea that celebrates
only departures,
nor the mountains,
nor the dying cities.

Nothing will tell you
where you are.
Each moment is a place
you’ve never been.

You can walk
believing you cast
a light around you.
But how will you know?

The present is always dark.
Its maps are black,
rising from nothing,
describing,

in their slow ascent
into themselves,
their own voyage,
its emptiness,

the bleak, temperate
necessity of its completion.
As they rise into being
they are like breath.

And if they are studied at all
it is only to find,
too late, what you thought
were concerns of yours

do not exist.
Your house is not marked
on any of them,
nor are your friends,

waiting for you to appear,
nor are your enemies,
listing your faults.
Only you are there,

saying hello
to what you will be,
and the black grass
is holding up the black stars.