José Manuel Caballero Bonald

1926-9 de mayo 2021, España (Jerez de la Frontera)

La vuelta

Por el camino se me van cayendo
frutas podridas de la mano
y voy dejando manchas de tristeza en el polvo
donde quiera que piso;
un pájaro amanece ante mis ojos
y en seguida anochece entre sus alas;
la asamblea de hormigas se disuelve
cuando en mí la tormenta se aproxima;
el sol calienta al mar en unas lágrimas
que en el camino enciende mi presencia;
la desnudez del campo va vistiéndose
según van mis miradas acosándole
y el viento hace estallar
una guerra civil entre las hierbas.

Noticia triste de mi cuerpo dictan
las verdes amapolas en capullo,
la codorniz se espanta
y asusta al macho con historias mías.
Vengo desnudo de la hermosa clámide
que solía vestirme cuando entonces:
clámide con las voces de los pájaros,
el graznido del cuervo, la carrera veloz de la raposa
–a la que llaman zorra mis parientes–,
del arroyo que un día se llevaba mis pasos
y de olores de jara y de romero
hace tanto tejida.

Días de mi ascensión, cuando el lagarto
solía conocer mis intenciones,
cuando solía la retama
pedirme venia para echar raíces,
cuando algún cazador me confundió
con una piedra viva entre las piedras.
Pero yo te conozco, campo mío,
yo recuerdo haber puesto entre tus brazos
aquel cuerpo caliente que tenía,
haber dejado sangre entre los surcos
que abrían los caballos de mi padre.
Yo te conozco y noto que tus senos
empiezan a ascender hacia mis labios.

Fotos propias

Tłum. Ada Trzeciakowska

Powrót

Po drodze wypadają mi
z rąk zgniłe owoce
i gdziekolwiek stąpam
zostają plamy smutku w pyle;
Na moich oczach świta ptak
i natychmiast zmierzcha wśród skrzydeł;
zgromadzenie mrówek rozwiązuje się
kiedy zbliża się burza we mnie;
słońce ogrzewa morze kilkoma łzami.
po drodze rozpalonymi przez moją obecność;
nagość pola przywdziewa suknie,
gdy nękają ją moje spojrzenia,
a wiatr znów rozpętał
wojnę domową pośród traw.

Smutne wieści o moim ciele dyktują
zielone maki całe w pąkach,
przepiórka spłoszyła się
i straszy samca moimi opowieściami.
Przybywam nagi, bez pięknej chlamidy,
którą kiedyś wkładałem na siebie:
chlamidy lśniącej głosami ptaków,
krzykiem kruka, szybkim biegiem lisicy,
-którą moi krewni zwą rudzielcem-
strumieniem, który dawno zmył moje ślady
i zapachem czystka i rozmarynu
-tak dawno utkanej-.

Dni były dni mojej wspinaczki: gdy jaszczurka
odgadywała moje zamiary,
a janowiec zwykł prosić mnie
o pozwolenia na zapuszczenie korzeni,
gdy pewien myśliwy wziął mnie
za żywy kamień pośród kamieni.
Ale ja znam cię, ziemio moja,
pamiętam, jak złożyłem w twoich ramionach
to ciepłe ciało, które miałem,
jak zostawiłem krew między bruzdami,
które otwarły konie mojego ojca.
Znam cię i widzę, że twoje piersi
zaczynają piąć się ku moim ustom.


Mijaíl Bulgákov

1891-1940, Rusia

Trad. Amaya Lacasa Sancha

El maestro y Margarita

Ella llevaba unas flores horribles, inquietantes, de color amarillo. ¡Quién sabe cómo se llaman!, pero no sé por qué, son las primeras flores que aparecen en Moscú. Destacaban sobre el fondo negro de su abrigo. ¡Ella llevaba unas flores amarillas! Es un color desagradable. Dio la vuelta desde la calle Tverskaya a una callejuela y volvió la cabeza. ¿Conoce la Tverskaya? Pasaban miles de personas, pero le aseguro que me vio sólo a mí. Me miró no precisamente con inquietud, sino más bien con dolor. Y me impresionó, más que por su belleza, por la soledad infinita que había en sus ojos y que yo no había visto jamás. Obedeciendo aquella señal amarilla, también yo torcí a la bocacalle y seguí sus pasos. Íbamos por la triste calleja tortuosa, mudos los dos por una acera yo y ella por la otra. Y fíjese que no había ni un alma en la calle. Yo sufría porque me pareció que tenía que hablarle, pero temía que no sería capaz de articular palabra. Que ella se iría y no la volvería a ver nunca más. Y ya ve usted: ella habló primero:
—¿Le gustan mis flores?
Recuerdo perfectamente cómo sonó su voz, bastante grave, cortada, y aunque sea una tontería, me pareció que el eco resonó en la calleja y se fue a reflejar en la sucia pared amarilla. Crucé la calle rápidamente, me acerqué a ella y contesté:
—No.
Me miró sorprendida y comprendí de pronto, inesperadamente, ¡que toda la vida había amado a aquella mujer! ¡Qué cosas!, ¿verdad? Seguro que piensa que estoy loco.
—No pienso nada —exclamó Iván—, ¡siga contando, se lo ruego!
El huésped siguió:
—Pues sí, me miró sorprendida y luego preguntó:
—¿Es que no le gustan las flores?
Me pareció advertir cierta hostilidad en su voz. Yo caminaba a su lado, tratando de adaptar mi paso al suyo y, para mi sorpresa, no me sentía incómodo.
—Me gustan las flores, pero no éstas —dije.
—¿Y qué flores le gustan?
—Me gustan las rosas.
Me arrepentí en seguida de haberlo dicho, porque sonrió con aire culpable y arrojó sus flores a una zanja. Estaba algo desconcertado, recogí las flores y se las di. Ella sonriendo, hizo ademán de rechazarlas y las llevé yo.
Así anduvimos un buen rato, sin decir nada, hasta que me quitó las flores y las tiró a la calzada, luego me cogió la mano con la suya, enfundada en un guante negro, y seguimos caminando juntos.
—Siga —dijo Iván—, se lo suplico, cuéntemelo todo.
—¿Que siga? —preguntó el visitante—. Lo que sigue ya se lo puede imaginar —se secó una lágrima repentina con la manga del brazo derecho y siguió hablando—. El amor surgió ante nosotros, como surge un asesino en la noche, y nos alcanzó a los dos. Como alcanza un rayo o un cuchillo de acero. Ella decía después que no había sido así, que nos amábamos desde hacía tiempo, sin conocernos, sin habernos visto, cuando ella vivía con otro hombre… y yo, entonces… con esa… ¿cómo se llama?
—¿Con quién? —preguntó Desamparado.
—Con esa… bueno… con… —respondió el huésped, moviendo los dedos.
—¿Estuvo casado?
—Sí, claro, por eso muevo los dedos… Con esa… Várenka… Mánechka… no, Várenka… con un vestido a rayas, el museo… No, no lo recuerdo.
Pues ella decía que había salido aquel día con las flores amarillas, para que al fin yo la encontrara, y si yo no la hubiese encontrado, acabaría envenenándose, porque su vida estaba vacía.
Sí, el amor nos venció en un instante. Lo supe ese mismo día, una hora después, cuando estábamos, sin habernos dado cuenta, al pie de la muralla del Kremlin, en el río.
Hablábamos como si nos hubiéramos separado el día antes, como si nos conociéramos desde hacía muchos, muchos años. Quedamos en encontrarnos el día siguiente en el mismo sitio, en el río Moskva y allí fuimos. El sol de mayo brillaba para nosotros solos. Y sin que nadie lo supiera se convirtió en mi mujer.

Tłum. Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski

Mistrz i Małgorzata

Niosła obrzydliwe, niepokojąco żółte kwiaty. Diabli wiedzą, jak się te kwiaty nazywają, ale są to pierwsze kwiaty, jakie się wiosną pokazują w Moskwie. Te kwiaty rysowały się bardzo wyraziście na tle jej czarnego płaszcza. Niosła żółte kwiaty! To niedobry kolor! Skręciła z Twerskiej w zaułek i wtedy się obejrzała. No, Twerską chyba pan zna? Szły Twerską tysiące ludzi, ale zaręczam panu, że ona zobaczyła tylko mnie jednego i popatrzyła na mnie nie to, żeby z lękiem, ale jakoś tak boleśnie. Wstrząsnęła mną nie tyle jej uroda, ile niezwykła, niesłychana samotność malująca się w tych oczach. Posłuszny owemu żółtemu znakowi losu ja również skręciłem w zaułek i ruszyłem jej śladem. Szliśmy bez słowa tym smutnym, krzywym zaułkiem, ja po jednej jego stronie, ona po drugiej. I proszę sobie wyobrazić, że prócz nas nie było w zaułku żywej duszy. Męczyłem się, ponieważ wydało mi się, że muszę z nią pomówić, i bałem się, że nie powiem ani słowa, a ona tymczasem odejdzie i nigdy już jej więcej nie zobaczę. I proszę sobie wyobrazić, że to właśnie ona odezwała się nieoczekiwanie:
– Podobają się panu moje kwiaty?
Dokładnie pamiętam dźwięk jej głosu, taki dosyć niski, ale załamujący się niekiedy, i chociaż to głupie, wydało mi się, że żółte, brudne mury uliczki powtarzają echem jej słowa. Spiesznie przeszedłem na tę stronę, po której szła ona, podszedłem do niej i odpowiedziałem:
– Nie.
Popatrzyła na mnie zdziwiona, a ja nagle i najzupełniej nieoczekiwanie zrozumiałem, że przez całe życie kochałem tę właśnie kobietę! To ci dopiero, co? Na pewno powie pan, że jestem niespełna rozumu?
– Niczego takiego nie mówię i nie powiem – gorąco sprzeciwił się Iwan i dodał: – Błagam, niech pan mówi dalej!
Gość ciągnął:
. – Tak, popatrzyła na mnie zdziwiona, a potem zapytała: .
– Czy pan w ogóle nie lubi kwiatów?
Wydało mi się, że w jej głosie była jakaś wrogość. Szedłem obok niej, starałem się iść w nogę i, ku memu zdziwieniu, zgoła nie czułem zmieszania.
– Lubię kwiaty, ale nie takie – powiedziałem.
– A jakie?
– Lubię róże.
Natychmiast pożałowałem swoich słów, bo ona uśmiechnęła się przepraszająco i cisnęła swoje kwiaty do rynsztoka. Zmieszałem się nieco, ale jednak je podniosłem i podałem jej, ale ona z uśmiechem odsunęła kwiaty, więc musiałem nieść je sam.
Szliśmy tak w milczeniu przez czas pewien, dopóki nie wzięła kwiatów z moich rąk i nie rzuciła ich na jezdnię. Potem wsunęła w moją dłoń swoją dłoń w czarnej rękawiczce z szerokim mankietem i poszliśmy dalej razem.
– Niech pan mówi dalej – powiedział Iwan – i proszę, niech pan nie pomija żadnych szczegółów!
– Dalej? – zapytał gość. – No cóż, tego, co było potem, mógłby się pan sam domyślić. – Prawym rękawem wytarł nagle nieoczekiwaną łzę i mówił dalej: – Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty! Ona zresztą utrzymywała później, że to nie było tak, że musieliśmy się kochać już od dawna, jeszcze się nie znając i zanim się jeszcze spotkaliśmy, i że ona żyła z innym mężczyzną… a ja, tam, wtedy… z tą, no, jakże jej…
– Z kim? – zapytał Bezdomny.
– Z tą, no… z tą, no… – odparł gość i pstryknął palcami.
– To pan był żonaty?
– No tak, przecież właśnie w tej sprawie pstrykam… Z tą… Z Warią… Z Manią… nie, z Warią… taka sukienka w paski, muzeum… Zresztą nie pamiętam.
No więc ona mówiła, że wyszła tego dnia z bukietem żółtych kwiatów właśnie po to, bym ją wreszcie odnalazł, i gdyby tak się nie stało, otrułaby się, bo jej życie było pozbawione sensu.
Tak, miłość poraziła nas w jednej chwili. Wiedziałem o tym jeszcze tego samego dnia, po godzinie, gdyby znaleźli się, sami nie wiedząc jak i kiedy, na nadrzecznym bulwarze pod murami Kremla.
Rozmawialiśmy ze sobą, tak jakbyśmy się rozstali dopiero wczoraj, jakbyśmy się znali od wielu lat. Umówiliśmy się, że się spotkamy nazajutrz w tym samym miejscu, nad brzegiem Moskwy, i spotkaliśmy się tam. Przyświecało nam majowe słońce. I niebawem ta kobieta potajemnie stała się moją żoną.

Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Fragmento del nuevo libro de ensayos de la Premio Nobel 2018 titulado El narrador tierno. He traducido la tercera parte del capítulo titulado “Metaxis”. El libro se publicó en Polonia en diciembre y aún no se ha traducido al castellano.

Trad. Ada Trzeciakowska

El narrador tierno

Metaxis

(…) Diotima explica la naturaleza de Eros como la de un ente que se encuentra entre – del término griego la metaxis (μεταξύ) – entre las personas y los dioses. Aplica el concepto de la metaxis con naturalidad, dado que los griegos usaban esta palabra con el significado de “intermedio”. “Entre”, sin embargo, no solo hay un espacio vacío, sino también algo, -algo que conecta las realidades de dos opuestos (como Simone Weil cuando escribía sobre dos prisioneros que se comunicaban dando golpecitos: “La pared es lo que los separa, pero también es lo que les permite establecer el contacto”. Entonces también significa “en el medio”.
(…)
En resumen: Platón, a través de la metaxis, reflejaba una cierta realidad misteriosa que va más allá de la experiencia humana y más allá de lo que el hombre puede imaginar. Es un espacio paradójico e infinito que se extiende entre conceptos, el lugar donde los significados se difuminan, se contradicen y se superponen, donde reina lo que James Hillman llamó base poética de la mente.
La metaxis describe el modo de ser que no se puede verbalizar ni analizar. Ese algo entre el lenguaje y una idea, una imagen y un presentimiento, algo invisible y, al mismo tiempo, lo más real porque afecta al mundo, influye en sus historias y la existencia humana individual. Y, al mismo tiempo, la Tierra de La metaxis es aquella zona de la experiencia que siempre permanece confusa y difusa, difícil de verbalizar, pero en la que aún continúan los procesos de devenir, fermentar y arder. De allí a la conciencia rezuman unos contenidos extraños y, sin embargo, fructíferos. Se puede decir que es el lugar donde se cuece el nietzscheano “ejército móvil de metáforas, metonimias, antropomorfismos” con las que viste la verdad.
El término la metaxis no se usa con mucha frecuencia en filosofía, pero su enorme potencial lo observaron los pensadores tan originales como Eric Voegelin, la mencionada Simone Weil y el filósofo contemporáneo William Desmond. Simone Weil, en particular, ha construido una metafísica particular sobre este concepto, que en esencia se aproxima al pensamiento original de Diotima. Creo, sin embargo, que siguiendo la pista de “entre”, lo más indicado es consultar las obras de Hans Vaihinger, cuyo libro “Die Philosophie des Als Ob” [Psicología como si] fue publicado en 1911. Vaihinger asume que, como no somos capaces de conocer del todo la realidad en la que vivimos, estamos obligados a hacer algunas hipótesis al respecto y servirnos de conjeturas sobre qué es. Por tanto, suponemos que ellas coinciden con la realidad y actuamos como si el mundo se ajustara a nuestros modelos. (…)
Vaihinger convirtió estas observaciones en una intrigante concepción según la cual las personas se guían por ideas ficticias que no tienen un equivalente en la realidad, sin embargo, son necesarias en la vida. Su tarea consiste en ayudar a la gente a afrontar la realidad ilimitada de forma más eficaz. Son estructuras auxiliares que organizan la experiencia. Es posible descartarlas cuando ya no sean útiles.
 
 Lo opuesto a la metaxis es la literalidad.
La literalidad funciona en varios niveles. El caso más primitivo es cuando una persona se niega a ver el mundo como algo complicado y ambiguo por falta de conciencia y educación, o tal vez, incluso, por alguna alteración perceptiva. Al mismo tiempo, alude a cierto pragmatismo instintivo, con el comúnmente se asocia la figura de Santo Tomás. Pero la literalidad también posee una forma sofisticada, entonces, la mayoría de las veces, se apoya en el racionalismo, la metodología científica y el llamado sentido común. Y muy a menudo en la estadística.
(…)
El sentido común no es de ninguna manera una invención inglés del siglo XVIII, sino que se postula como la base de una concepción natural o instintiva de un mundo en el que la supervivencia depende de las maquinaciones, de una observación aguda de lo que sucede alrededor y de saber poner los pies sobre la tierra.
Pero, al mismo tiempo, esta tendencia a la literalidad que restringe el pensamiento se ha convertido en una grave enfermedad de nuestro tiempo. El primer síntoma es la incapacidad para comprender la metáfora, luego la pauperización del sentido del humor. Va acompañado por una predisposición a emitir juicios duros y apresurados, una intolerancia a la ambigüedad, una pérdida de sensibilidad a la ironía y, finalmente, un retorno del dogmatismo y fundamentalismo. La literalidad no comprende ni de la literatura ni del arte, y está dispuesta a demandar a los artistas por ofender sus sentimientos, por vulnerar su dignidad y honor. Porque el literalista, en su deficiencia, cae en una confusión emocional, sin ser capaz de poner lo que experimenta en un contexto más amplio y profundo.
La literalidad compromete la religión porque trata las verdades reveladas unidimensionalmente, sin darse cuenta de su contextualidad y del hecho de que ella misma depende tanto del tiempo como de la cultura. La literalidad destruye el sentido de la belleza y la razón, con lo que impide formación de una visión atenta, detallada y profunda del mundo. Sus mayores pecados son la intolerancia y tratar lo que se desvía de lo que fue una vez adoptado como una norma como moralmente censurable, pecaminoso, merecedor de una condena e incluso de un castigo. Así que la literalidad cierra los horizontes. Cierra la mente de las personas.
(…)
Una persona que padece de literalidad lo ve todo aislado, sin contextos ni relaciones, y desgraciadamente, pierde el sentido de la síntesis necesario para poder experimentar el mundo de manera plena y multidimensional. Inmediatamente me vienen a la mente “Los residentes” de Julian Tuwim:
 
“Y aquí van, bien abrochados,
Miran a la derecha, miran a la izquierda.
Y mirando, ven todo por s e p a r a d o:
Que la casa … que Stasiek … que el caballo … que el árbol … ”.

 Alguien que ve todo por separado y no tiene la habilidad para hacer síntesis (científica, cultural, psicológica) intenta “confeccionar” el todo por sí mismo, y lo hace de manera bastante inepta. De estas manipulaciones sobre la complejidad y sus significados surge la mayoría de las teorías de la conspiración.
Se puede debatir sobre las causas de la literalidad. Ciertamente, es una sobredimensionada e inflada función racional de nuestra mente. Habiendo evolucionado como una sutil capacidad de reconocer los ciclos que se repiten, relaciones de causa y efecto, relaciones entre sucesos distantes, se ha convertido en una herramienta desfilada que reduce el mundo a una serie de simples mecanismos. En lugar de abrir la mente, la deja atrapada en la literalidad. Posiblemente, una parte de la culpa la tiene el hecho de que hemos dejado de ser partícipes del relato. Aquel relato multidimensional, poco evidente, que supone un desafío intelectual y refleja la complejidad del mundo. La participación en una historia no se reduce solo a una religión o un mito, sino también incluye una historia fundacional de la cultura, relatos generacionales y comunitarios. Mientras tanto, la historia de la que bebe hoy la comunidad es simple y primitiva, ajustada a un objetivo político o religioso específicos. Quizás también sería útil observar la influencia demoníaca de Hollywood con sus narrativas obvias, esquemáticas e interminablemente duplicadas que demuestran lo que quedaba por demostrar.
(…)
Ser conscientes de que la naturaleza de los significados es poliédrica y es formada por estratos nos protege del mal de la literalidad, del dogmatismo y del fanatismo. El proceso de tomar conciencia siempre es un proceso civilizador. Al estar preparados para una interpretación multinivel del texto y del mundo, y en general, del texto-mundo, uno mira por los “hechos” y llega a percibir algo que sería invisible, si fuera detenido por estos “hechos”. Descubrimos un orden completamente diferente, un significado que no se podía ver antes, porque este nuevo orden forma una maravillosa relación con el mundo entero, es parte de él.
Vemos correlaciones y sincronicidades, vemos similitudes y simetrías. La imaginación evoca metáforas que se acumulan en algún lugar entre las grietas y pliegues de nuestra vida cotidiana, muy “real”, mundana, y a partir de ese momento nuestra vida se vuelve más significativa. No obstante, nuestro “yo” crece, se arraiga en la inagotable riqueza de la tradición y el mito, y al mismo tiempo, nos arrastra hacia zonas aún desconocidas.
El mundo de las metáforas, basado en mitos y tradiciones, se convierte, de hecho, en un suelo común para nosotros, individuales y separados – es lo que nos une-.
La esencia de la imagen que estoy construyendo resulta ser vegetal. Se asemeja a la visión de un bosque que solemos ver como un grupo de árboles individuales que crecen en algún espacio, sin embargo, es un organismo enorme y poderoso, una comunidad de seres conectados entre sí a través de comités y alianzas, es un todo comunicándose de manera eficiente y mucho mejor de lo que pensábamos hasta ahora.
La tierra de la la metaxis puede verse como un contrapeso de lo literal, a favor de lo metafórico. Como sustitución de la pregunta literal: “¿Qué?” por la pregunta que exige una respuesta compleja: “¿Y qué es lo que implica?”.

Czuły narrator

Metaksy (fragm.)

Diotyma wykłada więc naturę Erosa jako bytu pomiędzy– z greckiego metaksy (μεταξύ) – ludźmi a bogami. Stosuje pojęcie metaksy zupełnie naturalnie, jako że Grecy używali tego słowa tam, gdzie my powiedzielibyśmy „pomiędzy”. „Pomiędzy” jednak to nie tylko pusta przestrzeń, lecz także coś– coś, co łączy rzeczywistości dwóch przeciwieństw (jak u Simone Weil, kiedy pisała o dwóch więźniach porozumiewających się za pomocą stukania: „Mur jest tym, co ich dzieli, ale również i tym, co im pozwala na-wiązać łączność”. Oznacza więc także „pośrodku”. Omawiany tu termin grecki kojarzy w całość dwa przysłówki: μετά, który oprócz słynniejszego (bo związanego z Metafizyką Arystotelesa) „po”, oznacza również – co dla nas ważniejsze – „pośrodku”, „po-między”, „między”, oraz ξύν lub σύν, czyli „razem”, „wespół” i tym podobne.
(…)
Podsumowując: Platon przez metaksy oddawał pewną tajemniczą realność, która wykracza poza ludzkie doświadczenie i poza to, co człowiek może sobie wyobrazić. Jest ona paradoksalnym i nieskończonym obszarem znajdującym się pomiędzy pojęciami, tam gdzie rozmywają się znaczenia, gdzie się sobie przeciwstawiają i zachodzą na siebie, gdzie niepodzielnie panuje coś, co James Hillman nazwał poetycką bazą umysłu.
Metaksy opisuje ten tryb bytu, którego nie da się ani zwerbalizować, ani poddać analizie. To coś pomiędzy językiem a wyobrażeniem, obrazem a przeczuciem, coś nie-uchwytnego, a jednocześnie najbardziej realnego, ponieważ wpływa na świat, na jego historie i pojedyncze ludzkie egzystencje. A jednocześnie Kraina Metaksy to ten obszar doświadczenia, który zawsze pozostaje niejasny i zamazany, trudny do zwerbalizowania, w którym jednak ciągle trwają procesy stawania się, fermentacji, buzowania. To stąd do świadomości przedostają się treści i dziwne, i owocne zarazem. Można powiedzieć, że to miejsce powstawania Nietzscheańskiej „ruchliwej armii metafor, metonimii, antropomorfizmów”, w które przyobleka się prawda.
 Termin metaksy nie jest zbyt często używany w filozofii, niemniej jego ogromny potencjał zauważyli tacy oryginalni myśliciele jak Eric Voegelin, wspomniana już Simone Weil i współcześnie żyjący filozof William Desmond. Zwłaszcza Simone Weil zbudowała na tym pojęciu szczególną metafizykę, która w gruncie rzeczy jest bliska oryginalnej myśli Diotymy. Uważam jednak, że tropiąc krainę p o m i ę d z y, najlepiej przyjrzeć się pracom Hansa Vaihingera, którego książka Die Philosophie des Als Ob [Psychologia „jak gdyby”] ukazała się w 1911 roku. Vaihinger zaczął od tego, że ponieważ nie możemy naprawdę i do końca poznać rzeczywistości, w której żyjemy, musimy stawiać na jej temat pewne hipotezy i posługiwać się domysłami co do tego, czym ona jest. Zakładamy więc, że pasują one do rzeczywistości, i zachowujemy się tak, „jak gdyby” świat pasował do naszych modeli. (…)
Vaihinger zmienił te obserwacje w intrygującą koncepcję, że ludzie kierują się fikcyjnymi ideami, które nie mają swojego odpowiednika w rzeczywistości, ale są życiowo potrzebne. Ich zadaniem jest pomaganie człowiekowi w skuteczniejszym radzeniu sobie z nieogarnioną rzeczywistością. Są pomocniczymi strukturami porządkującymi doświadczenie. Można je odrzucić, gdy przestają być użyteczne.

Przeciwieństwem metaksy jest literalizm.
Literalizm funkcjonuje na kilku poziomach. Najbardziej prymitywny to przypadek, kiedy człowiek odmawia widzenia świata jako czegoś skomplikowanego i wieloznacznego z racji braku uważności i wykształcenia, a może nawet z powodu jakiegoś percepcyjnego upośledzenia. Nawiązuje jednocześnie do jakiegoś instynktownego pragmatyzmu – takiego, z jakim w obiegowych wyobrażeniach kojarzy się figura niewiernego Tomasza. Ale literalizm ma też swoją wyrafinowaną postać, wtedy najczęściej podpiera się racjonalizmem, metodologią naukową i tak zwanym zdrowym rozsądkiem. I bardzo często statystyką.
(…)
 Zdrowy rozsądek nie jest bynajmniej wynalazkiem osiemnastowiecznych Anglików, ale stanowi fundament pewnej naturalnej czy instynktownej koncepcji świata, w którym przeżycie zależy od kombinowania, bystrych obserwacji tego, co dzieje się w otoczeniu, i mocnego stania na własnych nogach.
Lecz jednocześnie ta tendencja do ograniczającej myślenie dosłowności stała się niewątpliwie ciężką chorobą naszych czasów. Pierwszym jej objawem jest brak zdolności do rozumienia metafory, potem pauperyzacja poczucia humoru. Towarzyszą jej skłonność do wydawania ostrych, pochopnych sądów, nietolerancja niejednoznaczności, zanik wrażliwości na ironię i – w końcu – powrót dogmatyzmu i fundamentalizmu. Literalizm nie rozumie ani literatury, ani sztuki i jest gotowy ciągle pozywać twórców do sądu, a to o obrazę uczuć, a to o naruszenie godności i czci. Literalista bowiem w swoim upośledzeniu popada w zamęt emocjonalny, nie umiejąc umieścić tego, czego doświadcza, w szerszym i głębszym kontekście.
Literalizm kompromituje religię, ponieważ jednowymiarowo traktuje prawdy objawione, nie zdając sobie sprawy z ich kontekstowości i tego, że sam jest zależny i od czasu, i od kultury. Literalizm niszczy zmysł piękna i sensu, przez co nie pozwala tworzyć uważnej i pogłębionej wizji świata. Jego największymi grzechami są nietolerancyjność i traktowanie wszystkiego, co odstępuje od przyjętej gdzieś kiedyś n o r m y, jako moralnie złego, grzesznego, zasługującego na potępienie, a nawet karę. Literalizm zamyka więc horyzonty. Zamyka ludzkie umysły.
(…)
Człowiek cierpiący na literalizm widzi wszystko wyosobnione, bez kontekstów oraz relacji, i na nieszczęście swoje i innych traci zmysł syntezy niezbędny do przeżywania świata w pełni i wielowymiarowo. Przychodzą mi od razu na myśl Mieszkańcy Juliana Tuwima:
 
„I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko o d d z i e l n i e:
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…”.

 Ktoś, kto wszystko widzi osobno i nie ma kompetencji do syntez (naukowych, kulturowych, psychologicznych), próbuje sam zmajstrować całość, i robi to dość nieudolnie. Z tego majsterkowania przy złożoności i jej sensach bierze się większość teorii spiskowych.
Nad przyczynami literalizmu można debatować. Na pewno jest to przerośnięta racjonalna funkcja naszego umysłu, która uległa inflacji. Wyewoluowawszy jako subtelna umiejętność rozpoznania powtarzających się cyklów, związków przyczynowo-skutkowych, zależności między odległymi wydarzeniami, zamieniła się w tępe narzędzie sprowadzające świat do serii prostych mechanizmów. Zamiast otwierać umysł, zatrzasnęła go w dosłowności. Może gra tu pewną rolę zanik uczestniczenia w opowieści. Tej wielowymiarowej, nieoczywistej, będącej intelektualnym wyzwaniem i odbijającej skomplikowanie świata. Uczestnictwo w opowieści to nie tylko religia czy mit, ale i założycielskie story kultury, opowieści generacyjne, wspólnotowe. Tymczasem opowieść, którą dzisiaj syci się wspólnota, jest prosta i siermiężna, skrojona do konkretnego politycznego lub religijnego celu. Może warto by było przyjrzeć się także demonicznemu wpływowi Hollywoodu z jego oczywistymi, schematycznymi i w nieskończoność powielanymi narracjami, które udowadniają, co było do udowodnienia.
(…)
Uświadomienie sobie tej wielopiętrowości sensów chroni nas przed chorobą literalizmu, dogmatyzmu i fanatyzmu. Proces uświadamiania jest zawsze procesem cywilizacyjnym. Będąc gotowym na taką wielopiętrową interpretację tekstu i świata, a w sumie tekstu-świata, patrzy się poprzez „fakty” i dostrzega coś, co byłoby niewidzialne, gdyby zostało zatrzymane przez te „fakty”. Widzi się zupełnie inny porządek, sens, którego przedtem nie dało się ujrzeć, ten nowy porządek istnieje bowiem w cudownym połączeniu z całością świata – jest jej częścią.
Widzi się powiązania i synchroniczności, widzi się podobieństwa i symetrie. Wyobraźnia wywołuje metafory, które zalegają gdzieś w szczelinach naszego zwykłego, bardzo „realnego”, przyziemnego życia, i odtąd nasze życie staje się bardziej znaczące. Ale nasze „ja” rośnie, ukorzenia się w nieprzebranym bogactwie tradycji i mitu, a równocześnie wyrywa do przodu, ku zupełnie jeszcze nieznanym obszarom.
Świat metafor ugruntowany na mitach i tradycji staje się w istocie wspólną glebą dla nas, pojedynczych i oddzielonych – to coś, co nas jednoczy.
Obraz, który buduję, okazuje się w swojej istocie roślinny. Przypomina wizję lasu, który widzimy jako zespół pojedynczych drzew rosnących na jakiejś przestrzeni, a przecież jest wielkim potężnym organizmem, wspólnotą bytów połączonych ze sobą komitywami i sojuszami, całością komunikującą się nader sprawnie i dużo lepiej, niż nam się do tej pory wydawało.
Krainę Metaksy można widzieć jako przeciwwagę dla tego, co dosłowne, na rzecz metaforycznego. Jako zamianę literalnego pytania: „Co?”, na postulujące złożoną odpowiedź pytanie: „Jakie to ma znaczenie?”.

Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Trad. Agata Orzeszek

Los Errantes

Estoy aquí

He madurado. En un principio, al despertarme en lugares extraños, pensaba que estaba en casa. Solo al cabo de un rato reparaba en los detalles desconocidos que iba desvelando la luz del día. Los gruesos cortinajes del hotel, la forma del televisor, mi maleta destripada, las toallas blancas diligentemente dobladas. El nuevo lugar asomaba de detrás de los visillos, velado, misterioso, las más de las veces blanco o amarillento por obra del alumbrado urbano.
Algo más tarde, sin embargo, entré en la fase que los psicólogos del viaje llaman «No sé dónde estoy». Me despertaba completamente desorientada. Intentaba –como un alcohólico en plena borrachera– recordar qué había hecho la noche anterior, dónde había estado, adónde me conducían los caminos, reconstruía detalle tras detalle para descubrir el aquí y ahora. Cuanto más duraba el proceso, mayor era el pánico, un estado desagradable, parecido a la laberintitis, la pérdida del equilibrio básico, al borde de las náuseas. Que dónde coño estoy. Pero los detalles del mundo, que son misericordiosos, acababan dándome la pista correcta: Estoy en M. Estoy en B. Esto es un hotel y esto otro el piso de una amiga o la habitación de invitados en casa de la familia N. El sofá de los amigos X. Semejante despertar equivalía al sello en el billete necesario para continuar el viaje.
Sin embargo, la más importante es la etapa número tres, etapa clave –según la psicología del viaje– que constituye el destino definitivo; viajemos a donde viajemos, siempre nos dirigimos hacia él. «No importa dónde estoy», da igual dónde. Aquí. Aquí estoy.

Bieguni

Jestem

Rozwinęłam się. Na początku, budząc się w obcych miejscach, myślałam, że jestem w domu. Dopiero po chwili rozpoznawałam nieznane szczegóły, odsłonięte teraz przez światło dnia. Ciężkie hotelowe zasłony, bryła telewizora, moja rozbebeszona walizka, białe, schludnie złożone ręczniki. Nowe miejsce ukazywało się zza firanek, zakwefione, tajemnicze, najczęściej białokremowe lub żółte od ulicznych latarni.
Potem jednak weszłam w fazę, którą psychologowie podróżni nazywają „Nie wiem, gdzie jestem”. Budziłam się zupełnie zdezorientowana. Usiłowałam – jak alkoholik w ciągu – przypomnieć sobie, co robiłam poprzedniego wieczoru, gdzie byłam, dokąd wiodły mnie drogi, odtwarzałam szczegół po szczególe, aby odczytać teraz i tutaj. A im dłużej trwała ta specjalna procedura, tym większa pojawiała się panika, nieprzyjemny stan, podobny do choroby błędnika, utraty podstawowej równowagi, zbierający na mdłości. Gdzie ja, do cholery, jestem. Lecz detale świata są litościwe i w końcu naprowadzały mnie na właściwy trop. Jestem w M. Jestem w B. To jest hotel, a to mieszkanie mojej przyjaciółki, pokój gościnny u rodziny N. Kanapa u znajomych.
Takie przebudzenie było jak podstemplowanie biletu na dalszą drogę.
Następny jest jednak etap trzeci, jak mówi psychologia podróżna, wieńczący, kluczowy, etap, który stanowi ostateczny cel; dokądkolwiek byśmy podróżowali, podróżujemy zawsze w jego kierunku. „Nieważne, gdzie jestem”, wszystko jedno, gdzie jestem. Jestem.

Transl. Jennifer Croft

Flights

I’m here

I’ve progressed. At first, when I would wake up some place new, I’d think I was at home. It would take me a minute to make out the unfamiliar details, now disclosed by daylight. The heavy hotel drapes, the hefty TV set, my messy suitcase, the meticulously folded white towels. As a new place took shape beyond the curtains, wimpled, enigmatic, frequently cream-coloured or yellow still from the street lamps.
But then I entered into a phase that travel psychologists refer to as ‘I Don’t Know Where I Am’. I’d wake up totally disoriented. Like an alcoholic coming to, I would try to remember what I’d done the previous evening, where I’d been and how I’d got there, going over every detail in an effort to decipher the here and now. And the longer this procedure would take, the more I would panic – an unpleasant state, similar to labyrinthitis, the loss of basic balance, verging on nausea. Where in God’s name am I? But the world is merciful in its particularities, which would always steer me back in the right direction in the end. I’m in M. I’m in B. This is a hotel, this is my friend’s apartment, the guest room in the home of the N. family. Someone’s sofa.
This type of awakening was like getting my ticket stamped for the next part of my journey.
Then came a third phase, which travel psychology refers to as the key phase, the crowning phase. In this phase, whatever your destination might be, you are always heading in that direction. ‘It Doesn’t Matter Where I Am,’ it makes no difference. I’m here.



Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. Ada Trzeciakowska

Blues de araña

Bueno, los hice reír, me gustaría hacerlos llorar.
David McFadden

Mi mujer tiene un olor por el que se decantan arañas.
De noche descienden por los caminos de saliva
directo a su cuerpo que sueña.
Magnetizados por el ritmo de su aliento,
dejan sus propias construcciones
o suculentos viajes a través de su cara y brazo.
Mis propias retorcidas pesadillas
caen acribilladas por sus chillidos.

Sobre las arañas.
Como una vez intenté tocar el piano
incapaz de mantener las dos manos
separadas en sus intentos,
Admiro a la araña, su control clásico,
sus ocho patas finas
tejiendo líneas con la savia de su abdomen.
Una especie de escritor, supongo.
Inventa un camino y recorre
el vacío que hubo allí,
deja su puente atrás,
vuelve la cabeza diciendo, ¿Jesús,
lo hice yo?
Y con su extremidad
penetra en regiones nuevas,
donde se halla el crudo de sentimientos.

Arañas como poetas se obsesionan con el poder.
Escriben su obra asesina que dormita
como estrellas en los rincones de habitaciones,
una boca para captar a la audiencia
débil, rota, enferma.

Y la araña se acerca a la mosca, dice,
Ámame, puedo matarte, ámame,
mi inteligencia es superior a la tuya,
ámame, te mato por la claridad que
llega cuando los caminos que construyo quedan hechos
ámame, mi cariño, mi antisocial.
Y la mosca dice, Oh no,
no, tus analogías son escurridizas
no, yo misma elijo con quién voy a morir
vosotros los poetas arañas sois todos iguales
en vuestra sofocante vanidad de crear,
pesados insignificantes, vuestra saliva brilla siempre
absorbiendo todo el líquido de nuestra atmósfera.
Y la araña en su aborrecimiento
crucifica sus víctimas con un escupitajo
convirtiéndolas en el arte que ella misma no puede ser.

Vamos. El final tiene que llegar.
                                     Bueno, chicos.
La pesadilla de mi mujer y mía.

Era una habitación blanca
y las arañas habían arrojado
sus andamios desde el suelo
hacia las cuatro paredes y el techo.
Se han superado a sí mismas esta vez.
Y por los caminos blancos
que sus ocho patas construyeron velozmente
se la llevaron -su cuerpo entero-
hacia el aire soñador tan delicadamente
que ella no se despertó ni gritó.
Qué escena. Tantas huellas,
la habitación era un cristal hecho añicos.
Todos aplaudían, todas las moscas.
Vinieron y se quedaron sin aliento, todas.
Todos lloraron sobrecogidos por la belleza
TODOS
excepto los arquitectos negros sumidos en su trabajo
y la dama encerrada en su sueño, en su título.

Tłum. Jerzy Jarniewicz

Pajęczy blues

Cóż, doprowadziłem ich do śmiechu, a chciałbym doprowadzić do płaczu.
 David McFadden

Za wonią mojej żony przepadają pająki.
Nocą schodzą po ścieżkach ze śliny
wprost do jej śniącego ciała.
Rytm jej oddechu je hipnotyzuje
a wtedy porzucają swoje konstrukcje
na rzecz intrygującej wędrówki po jej twarzy i ramieniu.
Moje kręte koszmary
padają pod śmiertelnym ciosem jej wrzasku.

Teraz o pająkach.
Ponieważ kiedyś próbowałem grać na pianinie
i nie umiałem pozwolić dłoniom
na odrębne ruchy,
podziwiam pająka, jego klasyczną budowę –
jego osiem wymuskanych odnóży
przędzie liny sokiem z odwłoku.
Pewnie jakiś pisarz.
Wymyśla ścieżkę i wędruje
przez pustkę, która tam była,
zostawia za sobą most,
spogląda wstecz i mówi, Jezu
czy to moje dzieło?
i swoją końcówką
wkręca się w nowe regiony,
gdzie czekają już surowce uczuć.

Pająki jak poeci mają obsesję władzy.
Piszą morderczą sztukę, która drzemie
jak gwiazdy w kącie pokoju,
to usta które mają schwytać widownię
słabą, załamaną, chorą.

A pająk podchodzi do muchy, mówi,
Kochaj mnie, mogę cię zabić, pokochaj mnie,
moja inteligencja oplotła cię pierścieniami,
pokochaj mnie, zabiję cię za jasność, która
nadchodzi, kiedy powstają drogi, które buduję
pokochaj mnie, typie aspołeczny, kochanie ty moje.
A mucha mówi, O nie
nie – twoje analogie budzą we mnie wątpliwości
nie – sama wybieram z kim chciałabym umrzeć
wy, poeci wśród pająków, jesteście wszyscy tacy sami
w waszej jasnej próżności tworzenia,
a ty jesteś tylko drobnym szkopułem, twoja ślina lśni zawsze jak gwiazda,
wchłania wodę z naszej atmosfery.
I pająk na znak pogardy krzyżuje swe ofiary w ślinie
zamieniając je w sztukę, którą sam się stać nie może.

No więc tak. Teraz koniec, który nas nie minie.
                                    W porządku, kochani.
Oto koszmar mój i mojej żony:

Był to duży biały pokój
a pająki wzniosły
rusztowanie z podłogi
ku czterem ścianom i sufitowi.
Przeszły same siebie tym razem.
Białymi ścieżkami, które
zbudowało w pośpiechu ich osiem odnóży,
zaniosły ją na górę – całe jej ciało –
na śniące powietrze, tak delikatnie
że nie zbudziła się, nie krzyknęła.
Co za scena. Tak wiele śladów,
pokój był stłuczoną szybą.
Wszyscy klaskali, wszystkie muchy.
Przybyły i zamarły.
Wszyscy z podziwem patrzyli na piękno
WSZYSCY
z wyjątkiem czarnych architektów zajętych swą pracą
i tej damy zamkniętej w ich śnie, w ich temacie.

Spider Blues

Well I made them laugh, I wish I could make them cry.
David McFadden

My wife has a smell that spiders go for.
At night they descend saliva roads
down to her dreaming body.
They are magnetized by her breath ‘ s rhythm,
leave their own constructions
or succulent travel across her face and shoulder. 
My own devious nightmares
are struck to death by her shrieks.

About the spiders.
Having once tried to play piano
and unable to keep both hands
aegregated in their intent
I admire the spider, his control classic,
his eight legs finicky,
making lines out of the juice in his abdomen.
A kind of writer I suppose.
He thinks a path and travels
the emptiness that was there
leaves his bridge behind
looking back saying Jeez
did I do that?
and uses his ending
to swivel to new regions
where the raw of feelings exist

Spiders like poets are obsessed with power.
They write their murderous art which sleeps
like stars in the corner of rooms,
a mouth to catch audiences
weak broken sick

And spider comes to fly, says
Love me I can kill you, love me
my intelligence has run rings about you
love me, I kill you for that clarity that
comes when roads I make are being made
love me, antisocial, lovely.
And fly says, O no,
no your analogies are slipping
no I choose who I die with
you spider poets are all the same
you in your close vanity of making,
you minor drag, your saliva stars always
soaking up the liquid from our atmosphere.
And the spider in his loathing
crucifies his victims in his spit
making them the art he cannot be.

So. The ending we must arrive at.
                                    ok folks.
Nightmare for my wife and me:

It was a large white room
and the spiders had thrown
their scaffolds off the floor
onto four walls and the ceiling.
They have surpassed themselves this time.
And with the white roads
their eight legs built with speed
they carried her up–her whole body
into the dreaming air so gently
she did not wake or scream.
What a scene. So many trails
the room was a shattered pane of glass.
Everybody clapped, all the flies.
They came and gasped, all.
Everybody cried at the beauty
ALL
except the working black architects
and the lady locked in their dream their theme.

Boleslav Prus

1847-1912, Polonia

Faraón

“¡Celebra el día alegre, oh Nefarhotep, varón de manos límpidas! Yo sé todo lo que sucedió a tus antepasados: sus murallas se desmoronaron, ya no existen las ciudades y ellos mismos existen como si jamás hubiesen existido. Nadie regresa de allí; nadie ha podido decirnos cómo se encuentran. Y así será hasta que vosotros mismos os acerquéis al lugar donde ellos permanecen”.
—¿Has visto tú alguna vez un mar apacible?… —preguntó Menes a Pentuer—. Verdad que es aburrido, como la imagen de un sueño donde no se sueña nada. Pero cuando el viento ara la plana superficie, cuando una ola cae en el abismo y la otra se eleva, cuando en su superficie juguetean las luces y desde la profundidad se dejan oír las voces terribles o quejumbrosas, entonces el mar se vuelve bello. Así mismo sucede con el río. Mientras fluye siempre en una sola dirección parece muerto; pero cuando gira a izquierda y a derecha adquiere encanto. Y lo mismo sucede con las montañas: la elevación uniforme es monótona, pero las cimas disparejas y los barrancos profundos son hermosos…
Cantaba el sacerdote: “Echa mirra sobre tu cabeza, vístete con delicadas telas y ponte ungüentos divinos. Vístete tan bellamente como puedas y no permitas a tu corazón desanimarse. Vive para el placer mientras te encuentres en la tierra; no entristezcas tu alma antes de que llegue el día de los pesares”.
—Otro tanto sucede con la vida humana —continuó Menes—. Los placeres son como las olas y las cimas de los montes; los sufrimientos, como las profundas quebradas y los abismos. Y todos ellos hacen que la vida sea bella, ya que la esculpen como a la desgarrada cadena de montañas del este, a las que miramos con admiración.

Magnífica estéticamente, minimalista y sobria adaptación de la novela Faraon de Jerzy Kawalerowicz (1966), nominada al Oscar y a la Palma de Oro. Se puede ver en Filmin.

Faraon

— „Święć wesoły dzień, o Nefarhotep, mężu z czystymi rękoma! Ja wiem wszystko, co się stało przodkom twoim: ich mury rozpadły się, miast już nie ma, a oni sami są, jakby ich nie było nigdy. Nikt nie przychodzi stamtąd, kto by nam powiedział, jak się miewają, i serca nasze ucieszył. I tak będzie, dopóki sami nie zbliżycie się do miejsca, gdzie oni poszli.”
— Widziałeś ty kiedy spokojne morze?… — odezwał się Menes do Pentuera. — Prawda, jakie ono nudne, niby obraz snu, w którym się nic nie śni? Dopiero gdy wicher zaorze gładką powierzchnię, gdy jedna fala spada w otchłań, a druga podnosi się, gdy na powierzchni zagrają światła, a z głębi odezwą się groźne lub jękliwe głosy, wówczas morze robi się pięknym. Tak samo z rzeką. Dopóki płynie ciągle w jednym kierunku, wygląda martwo; lecz gdy skręca się na lewo i na prawo — nabiera wdzięku. I tak samo z górami: jednostajna wyniosłość jest nudna, ale nierówne szczyty i głębokie wąwozy są piękne…
— „Połóż mirrę na głowę twoją, ustrój się w cienkie płótna i namaść się boskimi darami — śpiewał kapłan. — Ubierz się pięknie, jak możesz, i nie pozwalaj upadać sercu twemu. Żyj dla rozkoszy, dopóki jesteś na ziemi, i nie zasmucaj serca, zanim przyjdzie dla ciebie dzień żalów.” — Tak samo z życiem ludzkim — ciągnął Menes. — Rozkosze są niby fale i szczyty gór, cierpienia — niby głębie i wąwozy, i dopiero wszystkie one razem sprawiają, że życie jest piękne, gdyż rzeźbi się jak poszarpany łańcuch gór wschodnich, na które patrzymy z podziwem.


Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. David Zucker

El pelador de canela

Si fuera pelador de canela
cabalgaría en tu lecho
y dejaría el polvo de la corteza amarilla
en tu almohada.

Los pechos y los hombros te olerían
y jamás podrías cruzar los mercados
sin que la profesión de mis dedos
te envolviera. Al tropezar contigo
los ciegos te reconocerían
aunque el agua de los canalones
y del monzón te bañaran

Aquí, en lo alto del muslo,
en este suave prado
hermano de tu pelo
o en el pliegue
que divide tu espalda. El tobillo.
Los forasteros te reconocerán
como la mujer del pelador de canela.

Antes de la boda
apenas podía mirarte
y tocarte jamás:
-¡Ah! La astuta de tu madre, tus toscos hermanos.
Hundí las manos
en azafrán, me las tizné
con humo de alquitrán,
ayudé a los recolectores de miel …

Cierta vez cuando nadábamos
te rocé en el agua
y nuestros cuerpos fueron libres,
pudiste abrazarme y embriagarte con mi olor.
ganaste la la orilla y me dijiste:
es así como tocas a otras mujeres
a la mujer del segador, a la hija del calero.
Y buscaste en tus brazos
el perfume perdido
y supiste
lo que significa
ser la hija del calero
abandonada sin marca
amada sin el arrullo de la palabra
herida sin el placer de una cicatriz.

En la árida brisa
acercaste mi mano a tu vientre
y dijiste
soy la mujer del pelador de canela.
Huéleme.

Foto de Joan Biosca y sin autor.

Tłum.  Jerzy Jarniewicz

Zbieracz cynamonu

Gdybym był zbieraczem cynamonu,
dosiadałbym twego łoża,
a na poduszce
zostawiał pył żółtej kory.

Cuchnęłyby piersi twoje i ramiona,
nie mogłabyś przejść przez rynek,
nie wzbudzając w ludziach myśli o profesji moich palców,
które zawisły nad tobą. Ślepcy

wiedzieliby, do kogo podchodzą,
choćbyś się kąpała
w rynienkach z deszczówką, w strumieniach monsunu.

Tutaj na wyższym udzie
na tym gładkim pastwisku
niedaleko twoich włosów
lub fałdki
która biegnie przez twoje plecy. Ta kostka.
Znana będziesz pośród obcych
Jako żona zbieracza cynamonu.

Nie mogłem spojrzeć na ciebie
przed ślubem,
nigdy cię nawet nie dotknąłem
– twoja gorliwa, wścibska matka, brutalni bracia.
Zagrzebałem dłonie
w szafranie, maskowałem je
nad dymem płonącej smoły,
pomagałem zbieraczom miodu…

*

Kiedy pewnego razu pływaliśmy razem,
dotknąłem cię w wodzie,
a nasze ciała cieszyły się wolnością,
przytuliłaś mnie, nie zważając na zapach.
Wdrapałaś się na brzeg i powiedziałaś:

Tak właśnie dotykasz inne kobiety
żonę kosiarza traw, córkę palacza wapna.
I szukałaś na swoich ramionach
śladów nieobecnych perfum
i wiedziałaś
co to za łaska
być córką palacza wapna
po którym nie zostaje nawet ślad,
jakby w akcie miłosnym nikt do ciebie nie wymówił słowa
jakby ktoś cię skaleczył, nie dając w zamian rozkoszy blizny.

Dotknęłaś
brzuchem moich dłoni
w suchym powietrzu i powiedziałaś:
To ja jestem cynamonem, żoną
zbieracza. Powąchaj mnie.

The Cinnamon Peeler

If I were a cinnamon peeler
I would ride your bed
And leave the yellow bark dust
On your pillow.

Your breasts and shoulders would reek
You could never walk through markets
without the profession of my fingers
floating over you. The blind would
stumble certain of whom they approached
though you might bathe
under rain gutters, monsoon.

Here on the upper thigh
at this smooth pasture
neighbour to you hair
or the crease
that cuts your back. This ankle.
You will be known among strangers
as the cinnamon peeler’s wife.

I could hardly glance at you
before marriage
never touch you
–your keen nosed mother, your rough brothers.
I buried my hands
in saffron, disguised them
over smoking tar,
helped the honey gatherers…

When we swam once
I touched you in the water
and our bodies remained free,
you could hold me and be blind of smell.
you climbed the bank and said

this is how you touch other women
the grass cutter’s wife, the lime burner’s daughter.
And you searched your arms
for the missing perfume

and knew

what good is it
to be the lime burner’s daughter
left with no trace
as if not spoken to in the act of love
as if wounded without the pleasure of a scar.

You touched
your belly to my hands
in the dry air and said
I am the cinnamon
Peeler’s wife. Smell me.

Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. Carlos Manzano

El paciente inglés

El zapador tenía las manos alzadas por encima de su cabeza, como si sostuviera una gigantesca tela de araña. Agitaba la cabeza para soltarse los auriculares. Al verla correr hacia él, le gritó que diera un rodeo por la izquierda, porque había cables de minas por todos lados. Ella se detuvo. Muchas veces había paseado por allí sin tener sensación de peligro. Se alzó la falda y avanzó con la vista clavada en sus pies, que se introducían por entre la alta hierba.
Cuando llegó hasta él, tenía aún las manos levantadas. Había caído en una trampa y había acabado sosteniendo dos cables activos, que no podía soltar sin la protección de un elemento de contrapunto. Necesitaba una tercera mano para anular uno de ellos y tenía que volver de nuevo hasta la espoleta. Le pasó los cables con cuidado y bajó los brazos, por los que volvió a circular la sangre.
«Dentro de un momento vuelvo a cogerlos.»
«No te preocupes.»
«Sobre todo no te muevas.»
Abrió la mochila para buscar el contador Geiger y el imán. Pasó el cuadrante a lo largo de los cables que ella sostenía. No hubo oscilación alguna de la aguja hacia el polo negativo, ninguna pista, nada. Retrocedió, al tiempo que se preguntaba dónde estaría la trampa.
«Mira, voy a pegar ésos con cinta adhesiva al árbol y ya puedes marcharte.»
«No. Te los sostengo. No van a llegar hasta el árbol.»
«No.»
«Kip… puedo sostenerlos.»
«Estamos en un callejón sin salida. Vaya broma. No sé por dónde seguir. No sé hasta dónde llegará la trampa.»
Se separó de ella y corrió hasta el punto en el que había visto por primera vez el cable. Lo levantó y esa vez lo siguió por todo su recorrido con el contador Geiger. Luego se acuclilló a unos diez metros de ella y se puso a pensar: de vez en cuando levantaba la vista hacia ella, sin verla, y miraba sólo los dos ramales de cable que sostenía. No sé, dijo en voz alta y lenta, no sé. Creo que debo cortar el cable de tu mano izquierda. Tienes que marcharte. Se puso los auriculares para que volviera a llegarle el sonido enteramente y lo ayudara a pensar con claridad. Se representó los diferentes trayectos del cable y se desvió por las circunvoluciones de sus nudos, los giros repentinos, los interruptores enterrados que lo convertían de positivo en negativo: un polvorín. Recordó el perro con ojos como platos. Recorrió, al ritmo de la música, los cables, sin dejar de mirar las manos de la muchacha, que los sostenían muy quietas.
«Más vale que te vayas.»
«Necesitas otra mano para cortarlo, ¿no?»
«Puedo atarlo al árbol.»
«Yo te lo sostengo.»
Le cogió el cable de la mano izquierda como si fuera una víbora muy delgada y después el otro. Ella no se apartó. Él no dijo nada más, ahora tenía que pensar con la mayor claridad posible, como si estuviera solo. Ella se le acercó y volvió a coger uno de los cables. El no se dio cuenta de ello, se le había borrado la presencia de Hana. Volvió a recorrer todo el camino hasta la espoleta, acompañado por la mente que había imaginado aquella coreografía, tocando todos los puntos decisivos, radiografiando todo el conjunto, mientras la música invadía todos los demás resquicios.
Antes de que se le desdibujara el teorema, se acercó a ella y cortó el cable que colgaba de su mano izquierda con un chasquido como de mordisco. Vio el obscuro estampado de su vestido a lo largo de su hombro y contra su cuello. La bomba estaba desactivada. Dejó caer las cizallas y le puso la mano en el hombro, porque necesitaba tocar algo humano. Ella estaba diciendo algo que él no podía oír, por lo que alargó la mano y le quitó los auriculares y entonces se hizo el silencio: la brisa y un murmurio. Kip se dio cuenta de que no había oído el ruido seco del corte, sólo lo había sentido, al quebrarse, como la rotura de un huesecillo de conejo. No retiró la mano, sino que se la bajó por el brazo y tiró de los quince centímetros de cable que ella tenía aún apretados en la mano.
Lo miraba inquisitiva, mientras esperaba la respuesta a lo que acababa de decir, pero él no la había oído. Hana movió la cabeza y se sentó. Él se puso a recoger diversos objetos a su alrededor y a guardarlos en su mochila. Ella levantó la vista hacia el árbol y después, sólo por azar, la bajó y vio que estaba en cuclillas y que le temblaban las manos, tensas y rígidas como las de un epiléptico, y tenía la respiración acelerada.
«¿Has oído lo que te he dicho?»
«No. ¿Qué?»
«Pensaba que iba a morir. Quería morir. Y he pensado que, si iba a morir, lo haría contigo. Alguien como tú, joven como yo, como tantos que he visto morir en el pasado año. No he sentido miedo, pero no ha sido por valentía, desde luego. He pensado para mis adentros: tenemos esta villa, esta hierba, deberíamos habernos tumbado juntos, abrazados, antes de morir. Quería tocar ese hueso que tienes en el cuello, la clavícula, y que es como una alita dura bajo tu piel. Quería tocarlo con los dedos. Siempre me ha gustado la carne del color de los ríos y las rocas o como la mota central de las margaritas amarillas, ¿sabes a cuáles me refiero? ¿Las has visto alguna vez? Estoy tan cansada, Kip, quiero dormir. Quiero dormir bajo este árbol, pegar mis ojos a tu clavícula, sólo quiero cerrar los ojos y no pensar en los demás. Quiero encontrar un hueco en un árbol, subirme a él y dormir. ¡Qué capacidad de concentración! Saber qué cable cortar. ¿Cómo lo has sabido? No cesabas de decir: no sé, no sé, pero lo has sabido. ¿Verdad? No tiembles, tienes que ser un lecho tranquilo para mí, déjame acurrucarme, como si fueras un tierno abuelo al que pudiese abrazar, me gusta la palabra “acurrucar”, una palabra que no se puede decir precipitadamente…»

Hana tenía la boca pegada a la camisa de él, que estaba tumbado junto a ella con toda la quietud necesaria y los ojos despejados y clavados en una rama y oía su profunda respiración. Cuando le rodeó el hombro con el brazo, ya estaba dormida, pero lo había agarrado y lo había apretado contra sí. Al bajar la vista, Kip vio que aún tenía el cable en la mano, debía de haberlo cogido de nuevo.
Lo más vivo en ella era la respiración. Su peso parecía tan leve, que debía de haber desplazado la mayor parte de su cuerpo. ¿Cuánto tiempo iba a poder estar tumbado así, sin poder moverse ni volver al trabajo? Era esencial permanecer quieto, como las estatuas de las que se había valido durante los meses en que avanzaban costa arriba combatiendo hasta ocupar y rebasar cada una de las ciudades fortificadas que ya no se distinguían unas de otras, con las mismas calles estrechas en todas que se convertían en alcantarillas de sangre, lo que le hacía pensar que, si perdía el equilibrio, resbalaría con el líquido rojo de aquellas pendientes y se precipitaría por el barranco hacia el valle. Todas las noches había entrado, indiferente al frío, a una iglesia capturada y había encontrado una estatua para que fuera su centinela durante la noche. Sólo había otorgado su confianza a esa raza de piedras, se acercaba lo más posible a ella en la obscuridad: un ángel abatido cuyo muslo era un muslo perfecto de mujer y cuyas formas y sombras parecían muy suaves. Reclinaba la cabeza en el regazo de aquellos seres y se entregaba al alivio del sueño.
De repente se volvió más pesada sobre él. Y ahora su respiración se hizo más profunda, como el sonido de un violonchelo. Contempló la cara dormida de ella. Seguía molesto porque la muchacha se hubiese quedado con él, cuando desactivó la bomba, como si con ello lo hubiera puesto en deuda para con ella, lo hubiese hecho sentirse retrospectivamente responsable de ella, aunque en el momento no lo había pensado, como si eso pudiera influir positivamente en su manipulación de una mina.
Pero ahora se sentía parte de algo, tal vez un cuadro que había visto en algún sitio el año anterior: una pareja tranquila en un campo. Cuántas había visto durmiendo, perezosas, sin pensar en el trabajo ni en los peligros del mundo. A su lado tenía los movimientos como de ratón que provocaba la respiración de Hana; sus cejas se encrespaban como en una discusión, una ligera irritación en sueños. Apartó la vista y la alzó hacia el árbol y el cielo de nubes blancas. Su mano se aferraba a él como el barro en la orilla del río Moro, cuando tenía hundido el puño en la tierra mojada para no volver a resbalar hasta el torrente que acababa de cruzar.
Si hubiera sido la figura de un cuadro, habría podido aspirar a un merecido sueño. Pero, como había dicho incluso ella, él era el color carmelita de una roca, de un cenagoso río crecido con la tormenta y algo en su interior lo incitaba a retraerse incluso ante la ingenua inocencia de semejante comentario. La desactivación con éxito de una bomba ponía fin a una novela. Hombres blancos, juiciosos y paternales, estrechaban manos, recibían agradecimientos y se retiraban cojeando a su soledad, de la que los habían sacado con halagos tan sólo para esa ocasión especial. Pero él era un profesional y seguía siendo el extranjero, el sij. Su único contacto humano y personal era con el enemigo que había fabricado aquella bomba y se había marchado barriendo tras sí sus huellas con ayuda de una rama.
¿Por qué no podía dormir? ¿Por qué no podía volverse hacia la muchacha y dejar de pensar que todo seguía medio encendido, que acechaba el fuego en rescoldo? En un cuadro por él imaginado, el campo que rodeaba aquel abrazo habría estado en llamas. En cierta ocasión había seguido con prismáticos la entrada de otro zapador en una casa minada. Lo había visto rozar, al pasar, una caja de cerillas al borde de una mesa y quedar envuelto por la luz medio segundo antes de que el atronador ruido de la bomba llegara hasta él. A eso recordaban los relámpagos en 1944. ¿Cómo iba a poder confiar siquiera en aquella cinta elástica que ceñía la manga del vestido al brazo de la muchacha? ¿Ni en el resonar de su respiración más íntima, tan profunda como los cantos en el lecho de un río?

Cuando la oruga pasó del cuello de su vestido a su mejilla, se despertó y abrió los ojos y lo vio acuclillado a su lado. El zapador quitó la oruga de la cara, sin tocarle la piel y la dejó en la hierba. Hana advirtió que ya había recogido todo su instrumental. Kip retrocedió y se sentó, apoyado en el árbol, y la observó volverse boca arriba y después estirarse y prolongar aquel instante lo más posible. Por la posición del sol, debía de ser la tarde. Echó la cabeza hacia atrás y lo miró.
«¡Debías tenerme abrazada!»
«Lo he hecho. Hasta que te has apartado.»
«¿Cuánto tiempo me has tenido abrazada?»
«Hasta que te has movido, hasta que has necesitado moverte.»
«No te habrás aprovechado de mí, ¿verdad?» Y, al ver que él empezaba a ruborizarse, añadió: «Hablaba en broma.»
«¿Quieres volver a la casa?»
«Sí, tengo hambre.»
Cegada por el sol como estaba y con las piernas cansadas, apenas si podía sostenerse en pie. Seguía sin saber cuánto tiempo habían estado allí. No podía olvidar la profundidad de su sueño, la levedad de la caída.

Angielski pacjent

Tłum. Wacław Sadkowski

Zatrzymała się, aby usłyszeć kolejny okrzyk. Kiedy się rozległ, przeszła przez ogród na pole powyżej domu.
Stał z wyciągniętymi w górę rękami trzymając nad sobą coś na kształt ogromnej pajęczyny. Potrząsał głową, aby uwolnić ją od słuchawek radiowych. Kiedy do niego podbiegła, krzyknął, aby ominęła go z lewej strony, wszędzie tu pełno kabli. Zatrzymała się. Ruszyła wolnym krokiem, który stosowała już nieraz, nie odczuwając strachu. Zadarła spódnicę i posuwała się naprzód, uważnie wpatrując się pod stopy zanurzane w wysoką trawę.
Nawet kiedy do niego podeszła, nadal trzymał ręce wysoko w górze. Uwiązł w tej pozycji, unosząc w powietrzu dwa kable, których nie mógł opuścić bez narażania się na wywołanie zwarcia w całym splocie. Potrzebował trzeciej ręki do odłączenia jednego z nich, żeby się móc ponownie cofnąć ku głowicy zapalnika. Ostrożnie przekazał jej kable i opuścił ręce; krew ponownie do nich napłynęła.
– Za chwilę je od ciebie odbiorę.
– W porządku.
– Stój spokojnie, nie poruszaj się.
Otworzył plecak, by wyjąć licznik Geigera i magnes. Przejechał czujnikiem wzdłuż kabli, które trzymała. Wskazówka ani drgnęła. Żadnego sygnału. Nic. Cofnął się, rozmyślając, gdzie też może być ukryta pułapka.
– Przywiążę te kable do drzewa i będziesz mogła odejść.
– Nie. Potrzymam je. Nie sięgną do drzewa.
– Rzeczywiście nie sięgną.
– Łososiu, mogę je tak trzymać w górze.
– Znaleźliśmy się w impasie. Jest w tym jakiś trik. Nie mam pojęcia, gdzie go szukać. Nie wiem, jak bardzo jest przemyślny.
Pozostawił ją na miejscu, sam wrócił tam, gdzie się natknął na kabel. Uniósł go i przesuwał licznik Geigera wzdłuż całej długości drutu. Potem odszedł o jakieś dziesięć metrów, przypatrując się dwóm zwojom drutu, które trzymała w rękach.
– Nie wiem – wyrzekł powoli i głośno – n i e wiem. Myślę, że powinniśmy przeciąć ten kabel, który trzymasz w lewej ręce, musisz się odsunąć.
Nałożył sobie słuchawki na uszy, dźwięki muzyki znów wlały się weń i napełniły jego myśli jasnością. Przepatrywał różne odgałęzienia kabla, sprawdzał wibrowanie jego zwojów, nagłe załamania, pokrycie farbą, które zmieniało biegun dodatni w ujemny. Hubka i krzesiwo. Przypomniał sobie psa o oczach wielkich jak spodki. I wędrował tak z muzyką w uszach wzdłuż kabli, popatrując na ręce dziewczyny, utrzymujące je ciągle w górze.
– Lepiej stąd odejdź.
– Potrzebujesz jeszcze jednej ręki, żeby je odłączyć, no nie?
– Mogę to przywiązać do drzewa.
– Nie, będę to tak trzymała w górze.
Wyjął jej z lewej dłoni przewód, uważnie jak żmiję. Potem drugi z prawej. Nie ruszyła się z miejsca. Nie odzywał się, musiał teraz skupić myśli najściślej, jak potrafił, jakby był tu sam. Podeszła doń i odebrała mu jeden z kabli, nie uświadamiał sobie tego ani też jej obecności. Znów powędrował myślą ku głowicy zapalnika, sprawdzając wszystkie węzłowe punkty, prześwietlając je wzrokiem, całą resztę wyobraźni wypełniała muzyka.
Podchodząc do Hany, odciął kabel zwisający z jej lewej pięści; zanim drut opadł, dał się słyszeć dźwięk, jakby ktoś coś przegryzł zębami. Patrzył na drukowany wzorek jej sukni na ramieniu, przy szyi: Mina była martwa. Odrzucił narzędzia i położył dłoń na jej ramieniu, pragnąc dotknąć czegoś ludzkiego. Powiedziała coś, czego nie mógł usłyszeć, przylgnęła doń i zdjęła mu słuchawki, cisza wtargnęła do jego uszu. Powiew i szmer. Uświadomił sobie, że nie mógł usłyszeć dźwięku przecinania drutu, po prostu go wyczuł, taki trzask, jak przy przełamywaniu króliczej kostki. Nie odsuwając się opuścił dłoń i wyjął z jej ciągle zaciśniętej pięści kilkanaście centymetrów drutu.
Patrzyła na niego pytająco, oczekując odpowiedzi na to, co powiedziała, ale on tego nie słyszał. Potrząsnęła głową i usiadła. Zaczął zbierać różne rozrzucone wokół przedmioty i wkładać je do plecaka. Spojrzała na drzewo, a potem opuściła wzrok i przypadkiem spostrzegła jego trzęsącą się dłoń, napiętą i twardą jak u epileptyka; oddychał głęboko i szybko przez dłuższą chwilę. Przykucnął.
– Słyszałeś, co mówiłam?
– Nie. Co?
– Myślałam, że umrę. Chciałam umrzeć. I myślałam, że jeśli zginę, to umrę wraz z tobą. Z kimś równie młodym jak ja. Widziałam tylu umierających w ciągu ostatniego roku. Nie czułam lęku. A z pewnością nie byłam odważna. Przemawiałam do siebie w duchu, mamy ten pałac i tę trawę, powinniśmy się razem ułożyć, ty w moich ramionach, zanim zginiemy, Chciałam dotknąć tej kostki przy twojej szyi, obojczyka, wygląda jak ukryte pod skórą skrzydełko. Chciałam wcisnąć pod nie palec. Zawsze podobało mi się ciało koloru mulistych rzek i skał albo czegoś, co się u nas nazywa brązowe oko Susan, wiesz, co to za kwiat? Czy go widziałeś? Jestem taka zmęczona, Łososiu. Chcę sobie pospać pod tym drzewem, popatrzeć na twój obojczyk i po prostu przymknąć oczy, nie myśląc o innych, znaleźć na drzewie rozgałęzienie, wspiąć się tam i ułożyć w nim do snu. Jakiż ty masz przenikliwy umysł! Wiedzieć, który przewód odciąć! Skąd to wiedziałeś? Powtarzałeś w kółko, ja nie wiem, nie wiem, ale wiedziałeś. Prawda? Nie poruszaj się, masz być moim wygodnym posłaniem, pozwól mi się ułożyć, jakbyś był dobrym dziadkiem, do którego mogę się przytulić, uwielbiam słowo „ułożyć się”, to takie powolne słowo, nie możesz go przyspieszyć…
Przywarła ustami do jego koszuli. Leżał na ziemi, bez ruchu, z otwartymi oczyma, wpatrując się w gałąź. Słyszał jej głęboki oddech. Kiedy ją objął ramieniem, już spała, ale przez sen przycisnęła to ramię do siebie. Wodząc po niej wzrokiem spostrzegł, że znów trzyma w ręce kabel, musiała go podnieść z ziemi.
Najbardziej żywy był w niej oddech. Prawie nie odczuwał ciężaru jej ciała. Jak długo będzie tak leżeć, nie mogąc podjąć pracy ani się nawet poruszyć? Ale najważniejsze było ciągle to, by pozostać w bezruchu, tak jak wtedy pod posągami, w czasie tych miesięcy, kiedy posuwali się wzdłuż wybrzeża zdobywając kolejne ufortyfikowane miasteczka, które niczym się dla nich nie różniły, wszędzie te same wąskie uliczki, przekształcające się w krwawe rynsztoki, tak że śniło mu się, iż jeśli straci równowagę, runie z tych pochyłości w krwawą maź i zostanie przez nią zmyty ze skały na dno dolin. Każdego wieczora wchodził w chłodny mrok kolejnego zdobytego kościoła i znajdował sobie figurę, która stawała się jego strażnikiem. Darzył zaufaniem tylko ten rodzaj kamienia, przysuwając się doń możliwie najbliżej w ciemności, do zatroskanego anioła o doskonałych, kobiecych udach, którego zarysy i cienie wydawały się tak miękkie. Kładł głowę na podnóżku takiego wykutego w kamieniu stworzenia i zasypiał.
Nagle przeniosła nań więcej ciężaru swego ciała. I oddech jej się pogłębił, jak ton skrzypiec. Przypatrywał się jej uśpionej twarzy. Ciągle niepokoiła go ta dziewczyna, która została z nim, kiedy rozbrajał minę – jak gdyby z tego powodu był jej coś winien. Jakby go uczyniła odpowiedzialnym za nią, za to, co się z nią działo, choć wcale o tej odpowiedzialności wtedy nie myślał. Jakby to poczucie skutecznie wpłynęło na wybór sposobu rozbrojenia miny.
Odczuwał teraz, że znalazł się oto wewnątrz czegoś, być może jakiegoś malowidła, które widział gdzieś w zeszłym roku. Para pogodnych ludzi na polu. Ileż takich oglądał, leniwie śpiących, nie myślących o pracy ani o niebezpieczeństwach grożących ze strony świata. Tuż przy nim odbywały się jakieś przypominające krzątaninę myszy ruchy, wywoływane jej oddechem; brwi uniosły się jej jak w trakcie sporu, jakiś gniew wdarł się w jej sen. Odwrócił oczy, wpatrzył się poprzez gałęzie w biały obłok na niebie. Jej dłoń zacisnęła się wokół jego ręki, tak jak jego pięść worywała się w glinę na skarpie brzegowej Moro, powstrzymując obsuwanie się ciała w skłębiony nurt rzeki.
Gdyby mógł być postacią z obrazu, starałby się usnąć. Ale, jak mówi Hana, był tylko brązowością kamienia, brązowością gliniastej, spienionej rzeki. I coś mu nakazywało zachować dystans nawet wobec tak niewinnej uwagi. Skuteczne rozbrojenie miny zamykało całą historię. Mądrzy, biali, ojcowsko wyglądający ludzie ściskali sobie ręce, zyskiwali uznanie i odjeżdżali, wydobywając się ze swej samotności tylko z takiej szczególnej okazji. Ale on był profesjonalistą. I pozostawał kimś obcym, Sikhem. Jedyny ludzki, osobisty kontakt, jaki nawiązywał, to był kontakt z nieprzyjacielem, który podłożył minę i zbiegł, zacierając za sobą ślad zerwaną i ciągniętą po ziemi gałęzią.
Dlaczego nie mógł zasnąć? Dlaczego nie umiał przytulić się do dziewczyny, przestać myśleć, że wszystko jest tylko na poły rozbrojonym niewypałem? Na obrazie utworzonym przez jego wyobraźnię pole otaczające tę scenę za chwilę stanie w płomieniach. Pewnego razu wchodził za innym saperem do zaminowanego budynku. Ujrzał, jak tamten sięga po paczkę zapałek leżącą na skraju stołu i błysk rozświetla jego sylwetkę na pół sekundy, zanim do uszu dotarła eksplozja potężnej miny. Błysnęło wówczas tak jak teraz, w roku 1944. Jakżeby mógł zaufać nawet tej elastycznej lamówce rękawa sukienki dziewczyny, która obciskała jej ramię? Albo też szmerom w jej oddechu, tak głębokim, jakby się wydobywały spod głazów na dnie rzeki?

Obudziła się, kiedy motyl przefrunął z kołnierzyka sukienki na jej policzek. Otworzyła oczy, ujrzała, jak się nad nią pochyla. Zdjął motyla z jej twarzy, nie dotykając skóry, i ułożył go na trawie. Zauważyła, że już zebrał swe przybory. Odszedł o kilka kroków i stanął pod drzewem, widział, jak ona odwraca się na wznak, a potem przeciąga, wydłużając tę chwilę jak to tylko możliwe. Jest już pewnie po południu, słońce się odsunęło. Odwróciła głowę i spojrzała na niego.
– Miałeś mnie przytulać.
– Przytulałem. Aż się odsunęłaś.
– Jak długo mnie przytulałeś?
– Dopóki się nie odsunęłaś. Dopóki się nie poruszyłaś.
– I nie zostałam wykorzystana, prawda? – I dodaje: – Oczywiście żartuję – bo widzi, jak on się zapłonił.
– Chcesz, żebyśmy już poszli do domu?
– Tak, głodny jestem.
Podnosi się z trudem, oślepiona słońcem, czuje zmęczenie w nogach. Ciągle nie wie, jak długo tu przebywali. Nie umie zapomnieć, oderwać się myślą od głębi swego snu, od szczególnej lekkości tego ciężaru spoczywającego jej na sercu.

The English Patient

He stood, his hands raised above him as if he were holding a giant cobweb. He was shaking his head to get free of the earphones. As she ran towards him he yelled at her to circle to the left, there were mine wires all over the place. She stopped. It was a walk she had taken numerous times with no sense of danger. She raised her skirt and moved forward, watching her feet as they entered the long grass.
His hands were still up in the air as she came alongside him. He had been tricked, ending up holding two live wires he could not put down without the safety of a descant chord. He needed a third hand to negate one of them and he needed to go back once more to the fuze head. He passed the wires carefully to her and dropped his arms, getting blood back into them.
“I’ll take them back in a minute.”
“It’s okay.”
“Keep very still.”
He opened up his satchel for the Geiger counter and mag­net. He ran the dial up and along the wires she was holding. No swerve to negative. No clue. Nothing. He stepped back­wards, wondering where the trick could be.
“Let me tape those to the tree, and you leave.”
“No. I’ll hold it. They won’t reach the tree.”
“No.”
“Kip—I can hold them.”
“We have an impasse. There’s a joke. I don’t know where to go from here. I don’t know how complete the trick is.”
Leaving her, he ran back to where he had first sighted the wire. He raised it and followed it all the way this time, the Geiger counter alongside it. Then he was crouched about ten yards from her, thinking, now and then looking up, looking right through her, watching only the two tributaries of wire she held in her hands. I don’t know, he said out loud, slowly, / don’t know. I think I have to cut the wire in your left hand, you must leave. He was pulling the radio earphones on over his head, so the sound came back into him fully, filling him with clarity. He schemed along the different paths of the wire and swerved into the convolutions of their knots, the sudden corners, the buried switches that translated them from positive to negative. The tinderbox. He remembered the dog, whose eyes were as big as saucers. He raced with the music along the wires, and all the while he was staring at the girl’s hands, which were very still holding onto them.
“You’d better go.”
“You need another hand to cut it, don’t you?”
“I can attach it to the tree.”
“I’ll hold it.”
He picked the wire like a thin adder from her left hand. Then the other. She didn’t move away. He said nothing more, he now had to think as clearly as he could, as if he were alone. She came up to him and took back one of the wires. He was not conscious of this at all, her presence erased. He travelled the path of the bomb fuze again, alongside the mind that had choreographed this, touching all the key points, seeing the X ray of it, the band music filling everything else.
Stepping up to her, he cut the wire below her left fist before the theorem faded, the sound like something bitten through with a tooth. He saw the dark print of her dress along her shoulder, against her neck. The bomb was dead. He dropped the cutters and put his hand on her shoulder, needing to touch something human. She was saying something he couldn’t hear, and she reached forward and pulled the earphones off so silence invaded. Breeze and a rustle. He realized the click of the wire being cut had not been heard at all, just felt, the snap of it, the break of a small rabbit bone. Not letting go of her, he moved his hand down her arm and pulled the seven inches of wire out of her still tight grip.
She was looking at him, quizzical, waiting for his answer to what she had said, but he hadn’t heard her. She shook her head and sat down. He started collecting various objects around himself, putting them into his satchel. She looked up into the tree and then only by chance looked back down and saw his hands shaking, tense and hard like an epileptic’s, his breathing deep and fast, over in a moment. He was crouched over.
“Did you hear what I said?”
“No. What was it?”
“I thought I was going to die. I wanted to die. And I thought if I was going to die I would die with you. Someone like you, young as I am, I saw so many dying near me in the last year. I didn’t feel scared. I certainly wasn’t brave just now. I thought to myself, We have this villa this grass, we should have lain down together, you in my arms, before we died. I wanted to touch that bone at your neck, collarbone, it’s like a small hard wing under your skin. I wanted to place my fingers against it. I’ve always liked flesh the colour of rivers and rocks or like the brown eye of a Susan, do you know what that flower is? Have you seen them? I am so tired, Kip, I want to sleep. I want to sleep under this tree, put my eye against your collarbone I just want to close my eyes without thinking of others, want to find the crook of a tree and climb into it and sleep. What a careful mind! To know which wire to cut. How did you know? You kept saying I don’t know I don’t know, but you did. Right? Don’t shake, you have to be a still bed for me, let me curl up as if you were a good grandfather I could hug, I love the word ‘curl,’ such a slow word, you can’t rush it…”

Her mouth was against his shirt. He lay with her on the ground as still as he had to, his eyes clear, looking up into a branch. He could hear her deep breath. When he had put his arm around her shoulder she was already asleep but had gripped it against herself. Glancing down he noticed she still had the wire, she must have picked it up again.
It was her breath that was most alive. Her weight seemed so light she must have balanced most of it away from him. How long could he lie like this, unable to move or turn to busyness. It was essential to remain still, the way he had relied on statues during those months when they moved up the coast fighting into and beyond each fortress town until there was no difference in them, the same narrow streets everywhere that became sewers of blood so he would dream that if he lost balance he would slip down those slopes on the red liquid and be flung off the cliff into the valley. Every night he had walked into the coldness of a captured church and found a statue for the night to be his sentinel. He had given his trust only to this race of stones, moving as close as possible against them in the darkness, a grieving angel whose thigh was a woman’s perfect thigh, whose line and shadow appeared so soft. He would place his head on the lap of such creatures and release himself into sleep.
She suddenly let more weight onto him. And now her breathing stretched deeper, like the voice of a cello. He watched her sleeping face. He was still annoyed the girl had stayed with him when he defused the bomb, as if by that she had made him owe her something. Making him feel in retro­spect responsible for her, though there was no thought of that at the time. As if that could usefully influence what he chose to do with a mine.
But he felt he was now within something, perhaps a paint­ing he had seen somewhere in the last year. Some secure couple in a field. How many he had seen with their laziness of sleep, with no thought of work or the dangers of the world. Beside him there were the mouselike movements within Hana’s breath; her eyebrows rode upon argument, a small fury in her dreaming. He turned his eyes away, up towards the tree and the sky of white cloud. Her hand gripped him as mud had clung along the bank of the Moro River, his fist plunging into the wet earth to stop himself slipping back into the already crossed torrent.
If he were a hero in a painting, he could claim a just sleep.
But as even she had said, he was the brownness of a rock, the brownness of a muddy storm-fed river. And something in him made him step back from even the naive innocence of such a remark. The successful defusing of a bomb ended novels. Wise white fatherly men shook hands, were acknowledged, and limped away, having been coaxed out of solitude for this special occasion. But he was a professional. And he remained the foreigner, the Sikh. His only human and personal contact was this enemy who had made the bomb and departed brush­ing his tracks with a branch behind him.
Why couldn’t he sleep? Why couldn’t he turn towards the girl, stop thinking everything was still half lit, hanging fire? In a painting of his imagining the field surrounding this em­brace would have been in flames. He had once followed a sapper’s entrance into a mined house with binoculars. He had seen him brush a box of matches off the edge of a table and be enveloped by light for the half-second before the crumpling sound of the bomb reached him. What lightning was like in 1944. How could he trust even this circle of elastic on the sleeve of the girl’s frock that gripped her arm? Or the rattle in her intimate breath as deep as stones within a river.

She woke when the caterpillar moved from the collar of her dress onto her cheek, and she opened her eyes, saw him crouched over her. He plucked it from her face, not touching her skin, and placed it in the grass. She noticed he had already packed up his equipment. He moved back and sat against the tree, watching her as she rolled slowly onto her back and then stretched, holding that moment for as long as she could. It must have been afternoon, the sun over there. She leaned her head back and looked at him.
“You were supposed to hold onto me!”
“I did. Till you moved away.”
“How long did you hold me?”
“Until you moved. Until you needed to move.”
“I wasn’t taken advantage of, was I?” Adding, “Just joking,” as she saw him beginning to blush.
“Do you want to go down to the house?”
“Yes, I’m hungry.”
She could hardly stand up, the dazzle of sun, her tired legs. How long they had been there she still didn’t know. She could not forget the depth of her sleep, the lightness of the plummet.

Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

* Los errantes (Bieguni)

Zona de Dios (frag.)

Así lo entiende: la vida en el planeta la impulsa una potente fuerza contenida en cada átomo de la materia viva. Es una fuerza de la que, hasta ahora, faltan evidencias físicas, no se la puede coger incluso en las imágenes microscópicas más precisas ni en las fotografías del espectro atómico. Es algo que consiste en ensancharse, empujar hacia delante, un incesante salirse fuera de lo que es. Es un motor que propulsa cambios, una energía ciega y potente. Atribuirle una finalidad o intención es un malentendido. Darwin la interpretó de acuerdo con sus conocimientos, pero no tuvo razón. Ninguna selección natural, ninguna lucha, ninguna victoria ni adaptación del más fuerte. Ni hablar de la competencia. Como bióloga, en cuanto más experimentada es, en cuanto más tiempo y atención dedica a los aparatos y a la compleja red de relaciones en el biosistema, más se fortalece en su intuición -todo lo que vive se socorre en su ensancharse y crecer, se apoya mutuamente. Los organismos vivos se entregan uno al otro, dejan que otros hagan uso de ellos. Si existe la rivalidad, es un fenómeno local, una alternación del equilibrio. Es verdad, las ramas de los árboles se abren paso hacia la luz a empujones, sus raíces presionan hacia delante buscando fuente de agua, los animales se devoran uno al otro, sin embargo, hay en ello una suerte de consentimiento y acuerdo espantoso para el hombre. Pareciera que somos partícipes en el teatro de un gran cuerpo, como si las guerras que libramos fueran únicamente guerras civiles.  Eso – ¿qué otra palabra se podría usar? -vive, tiene un millón de cualidades y calidades, de forma que todo lo contiene y, a la vez, nada que pueda venir de fuera; cada muerte forma parte de la vida y, en cierto sentido, la muerte no existe. No hay lugar para la equivocación. No hay culpables e inocentes, no hay méritos ni pecados, ni el bien ni el mal; aquel quien ideó aquellos conceptos nos indujo a error.

*Sin publicar en español

Bieguni

Strefa Boga (fragm.)

Tak to rozumie: życie na planecie rozkręca jakaś potężna siła zawarta w każdym atomie ożywionej materii. To siła, dla której na razie nie ma żadnych fizycznych ewidencji, nie da się jej przyłapać na najdokładniejszych mikroskopowych zdjęciach ani na fotografiach atomowego spektrum. To coś, co polega na rozpychaniu się, parciu do przodu, na nieustannym wychodzeniu poza to, czym jest. To jest silnik, który napędza zmiany, ślepa, potężna energia. Przypisywanie jej celu czy intencji jest nieporozumieniem. Darwin zinterpretował ją jak umiał, ale nie miał racji. Żaden dobór naturalny, żadna walka, żadne zwycięstwo i przystosowanie najsilniejszego. Konkurencja – srencja. Im bardziej doświadczonym biologiem się staje, im dłużej i uważniej przygląda się skomplikowanym układom i powiązaniom w biosystemie, tym bardziej umacnia się w swojej intuicji – wszystko, co żywe, wspomaga się w tym rośnięciu i rozpychaniu, wspiera się na sobie. Żywe organizmy oddają się sobie wzajemnie, pozwalają robić z siebie użytek innym. Jeżeli istnieje rywalizacja, to jest to zjawisko lokalne, zaburzenie równowagi. To prawda, gałęzie drzew przepychają się między sobą do światła, ich korzenie prą na wyścigi do źródeł wody, zwierzęta zjadają się nawzajem, ale jest w tym przerażający dla człowieka rodzaj zgody. Można mieć wrażenie, że uczestniczymy w teatrze wielkiego ciała, jakby te wojny, które prowadzimy, były tylko wojnami domowymi. To – bo jakiego innego słowa użyć? – żyje, ma miliony cech i jakości, tak że wszystko się w nim zawiera i nie ma nic, co mogłoby być spoza, każda śmierć jest częścią życia i, w pewnym sensie – nie ma śmierci. Nie ma pomyłki. Nie ma winnych i niewinnych, nie ma zasług i grzechów, dobrego i złego; ten, kto wymyślił te pojęcia, wprowadził ludzi w błąd.

Transl. Jennifer Croft

Flights

Godzone (fragm.)

This is how she understands it: life on this planet gets developed by some powerful force contained in every atom of organic matter. It’s a force there is no physical evidence of, for the time being – you can’t catch it on even the most precise microscopic images, nor in photographs of the atomic spectrum. It’s a thing that consists in bursting open, thrusting forward, in constantly going beyond what it is. That is the engine that drives changes, a blind and powerful energy. To ascribe goals or intentions to it is to misunderstand. Darwin read this energy as well as he could, but he still read it wrong. Competition shmompetition. The more experienced a biologist you become, the longer and harder you look at the complex structures and connections in the biosystem, the stronger your hunch that all animate things cooperate in this growth and bursting, supporting one another. Living organisms give themselves to one another, permit one another to make use of them. If rivalry exists, it is a localized phenomenon, an upsetting of the balance. It is true that tree branches jostle one another out of the way to reach the light, their roots collide in the race to a water source, animals eat each other, but there is in all this a kind of accord, it’s just an accord that men find frightening. It might appear that we are actors in a great bodily theatre, as though those wars we wage were merely civil wars. This – what other word to use? – lives, has a million traits and qualities, so that everything is contained within it, and there is nothing that might lie outside of it, all death is part of life, and in some sense there is no death. There are no errors. There are no guilty parties and no innocents, either, no merits, no sins, no good or evil; whoever thought up those notions led humankind astray.

Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

* Los errantes (Bieguni)

Líneas, superficies y cuerpos

Con frecuencia soñé con mirar sin ser vista. Mirar a escondidas. Ser un observador ideal. Como aquella camera obscura que hice un día de la caja de zapatos. Fotografió para mí un trozo del mundo a través de un espacio negro y cerrado con una pupila microscópica por la cual entraba dentro la luz. Practiqué.
El lugar más adecuado para esta especie de entrenamiento es Holanda -allí la gente convencida de su completa inocencia no admite cortinas y después del anochecer las ventanas se transforman en pequeños escenarios donde los actores representan sus tardes. Serie de cuadros bañados en luz amarilla, cálida que son actos de la misma obra titulada “La vida”. Pintura holandesa. Naturaleza viva.
He aquí un hombre que aparece en la puerta, en las manos lleva una bandeja, la pone sobre la mesa; dos niños y una mujer toman asientos alrededor. Comen durante mucho tiempo, en silencio, porque el sonido en este teatro no funciona. Después pasan al sofá, miran con atención la pantalla resplandeciente, pero para mí, parada en la calle, no está claro qué es lo que les atrae tanto – solo veo parpadeos, temblor de luz, imágenes, demasiado breves y lejanas para poder entenderlas. Rostro de alguien quien mueve emocionado los labios, un paisaje, otra cara… Algunos dicen que es un arte aburrido y no ocurre nada. Sin embargo, a mí me gusta -por ejemplo, el movimiento del pie que juega inconscientemente con la zapatilla, o entero y sorprendente acto de bostezar-. O la mano que sobre la superficie de felpa busca el mando a distancia – y al encontrarlo- tranquilizada, se marchita.
  Apartarse. Uno ve solamente el mundo en fragmentos, otro no habrá. Hay momentos, migajas, configuraciones pasajeras, que una vez acaecidas, se rompen en pedazos. ¿La vida? Algo así no existe; veo líneas, superficies y cuerpos, y sus metamorfosis en el tiempo. El tiempo, en cambio, parece una herramienta sencilla para medir cambios diminutos, una regla escolar con la escala simplificada -hay apenas tres puntos: fue, es, será.

*Sin publicar en español

Fotografías de Bing Wright

Bieguni

Linie, płaszczyzny i bryły

Często marzyłam, żeby patrzeć, sama nie będąc widzianą. Podglądać. Być obserwatorem idealnym. Jak ta camera obscura, którą zrobiłam kiedyś z pudełka do butów. Sfotografowała dla mnie kawałek świata przez czarną zamkniętą przestrzeń z mikroskopijną źrenicą, przez którą do środka wpada światło. Trenowałam.
Najlepszym miejscem do takiego treningu jest Holandia – tam ludzie, przekonani o swojej całkowitej niewinności, nie uznają firanek i po zmierzchu okna zamieniają się w małe sceny, na których aktorzy grają swoje wieczory. Ciąg obrazów skąpanych w żółtym, ciepłym świetle to pojedyncze akty tego samego przedstawienia pod tytułem „Życie”. Holenderskie malarstwo. Żywe natury.
Oto w drzwiach pojawia się mężczyzna, w ręku ma tacę, stawia ją na stole; dwoje dzieci i kobieta siadają wokół. Długo jedzą, w ciszy, bo fonia w tym teatrze nie działa. Potem przenoszą się na kanapę, patrzą w rozjarzony ekran z uwagą, ale dla mnie, stojącej na ulicy, nie jest jasne, co ich tam tak przyciąga – widzę tylko migawki, drgania światła, obrazki, zbyt krótkie i dalekie, żeby móc je zrozumieć. Czyjaś twarz poruszająca z przejęciem ustami, pejzaż, inna twarz… Niektórzy mówią, że to nudna sztuka i nic się nie dzieje. Mnie się jednak podoba – na przykład ruch stopy, która bawi się bezwiednie pantoflem, albo cały zdumiewający akt ziewania. Albo dłoń, która na powierzchni pluszu szuka pilota i – znajdując go – uspokojona, więdnie.
Stać z boku. Widzi się tylko świat we fragmentach, innego nie będzie. Są momenty, okruchy, chwilowe konfiguracje, które raz zaistniawszy, rozpadają się na części. Życie? Niczego takiego nie ma; widzę linie, płaszczyzny i bryły, i ich przemiany w czasie. Czas zaś wydaje się prostym narzędziem do mierzenia drobnych zmian, szkolną linijką z uproszczoną podziałką – to zaledwie trzy punkty: było, jest i będzie.

Trans. Jennifer Croft

Flights

Lines, planes and bodies

I often dreamed of watching without being seen. Of spying. Of being the perfect observer. Like that camera obscura I once made out of a shoebox. It photographed for me a part of the world through a black closed space with a microscopic pupil through which light sneaks inside. I was training.
The best place for this kind of training is Holland where people, convinced of their utter innocence, do not use curtains. After dusk the windows turn into little stages on which actors act out their evenings. Sequences of images bathed in yellow, warm light are the individual acts of the same production entitled ‘Life’. Dutch painting. Moving lives.
Here at the door appears a man, in his hand he has a tray, he puts it on the table; two children and a woman sit down around it. They take their time eating, in silence, because the audio in this theatre doesn’t work. Then they move to the couch, watch a glowing screen attentively, but for me, standing on the street, it isn’t clear what has absorbed them so – I only see flickers, flutterings of light, tiny pictures, too brief and distant to be intelligible. Someone’s face, a mouth moving intensely, a landscape, another face… Some say that this is a boring play and that nothing happens in it. But I like it – for example the movement of a foot playing unconsciously with a slipper, or the whole astonishing act of yawning. Or a hand that seeks upon a plush surface a remote control and – having found it – is calmed, withers.
Standing off to one side. Seeing only the world in fragments, there won’t be any other one. Moments, crumbs, fleeting configurations – no sooner have they come into existence than they fall to pieces. Life? There’s no such thing; I see lines, planes and bodies, and their transformations in time. Time, meanwhile, seems a simple instrument for the measurement of tiny changes, a school ruler with a simplified scale – it’s just three points: was, is and will be.