José Manuel Caballero Bonald

1926-2021, España

LA VUELTA

Por el camino se me van cayendo
frutas podridas de la mano
y voy dejando manchas de tristeza en el polvo
donde quiera que piso;
un pájaro amanece ante mis ojos
y en seguida anochece entre sus alas;
la asamblea de hormigas se disuelve
cuando en mí la tormenta se aproxima;
el sol calienta al mar en unas lágrimas
que en el camino enciende mi presencia;
la desnudez del campo va vistiéndose
según van mis miradas acosándole
y el viento hace estallar
una guerra civil entre las hierbas.

Noticia triste de mi cuerpo dictan
las verdes amapolas en capullo,
la codorniz se espanta
y asusta al macho con historias mías.
Vengo desnudo de la hermosa clámide
que solía vestirme cuando entonces:
clámide con las voces de los pájaros,
el graznido del cuervo, la carrera veloz de la raposa
–a la que llaman zorra mis parientes–,
del arroyo que un día se llevaba mis pasos
y de olores de jara y de romero
hace tanto tejida.

Días de mi ascensión, cuando el lagarto
solía conocer mis intenciones,
cuando solía la retama
pedirme venia para echar raíces,
cuando algún cazador me confundió
con una piedra viva entre las piedras.
Pero yo te conozco, campo mío,
yo recuerdo haber puesto entre tus brazos
aquel cuerpo caliente que tenía,
haber dejado sangre entre los surcos
que abrían los caballos de mi padre.
Yo te conozco y noto que tus senos
empiezan a ascender hacia mis labios.

Imagen propia

Trad. Ada Trzeciakowska

Droga powrotna

Na drodze wypadają mi z rąk
zgniłe owoce
i gdziekolwiek stawię stopę
w przydrożnym pyle zostawiam plamy smutku;
przede mną świta ptak
i natychmiast zmierzcha między skrzydłami;
zgromadzenie mrówek rozwiązuje się
gdy w mojej osobie zbliża się burza;
słońce ogrzewa morze kilkoma łzami.
które w drodze wywołuje moja obecność;
nagość pola przywdziewa suknie,
gdy nękają ją moje spojrzenia,
a wiatr znów rozpętał
wojnę domową pośród traw.

Smutne wieści o moim ciele dyktują
zielone maki całe w pąkach,
przepiórka spłoszyła się
i straszy samca historiami z mojego życia.
Przychodzę nagi, bez pięknej chlamidy,
którą niegdyś wkładałem na siebie:
chlamidy lśniącej głosami ptaków,
krzykiem kruka, szybkim biegiem lisicy,
– moi krewni zwą ją rudzielcem –
strumieniem, który dawno zmył moje ślady
i zapachem czystka i rozmarynu,
tak dawno utkanej.

To były dni gdy się piąłem, jaszczurka
odgadywała moje zamiary,
a janowiec zwykł prosić mnie
o pozwolenia na zapuszczenie korzeni,
gdy pewien myśliwy wziął mnie
za żywy kamień pośród kamieni.
Ale ja znam cię, ziemio moja,
pamiętam, jak złożyłem w twoich ramionach
to ciepłe ciało, które miałem,
jak zostawiłem krew między bruzdami,
otwartymi przez konie ojca.
Znam cię i widzę, że twoje piersi
zaczynają piąć się ku moim ustom.

Mary Oliver

1935-2019, Estados Unidos

Trad. Regina López Muñoz

La escritura indómita

Humanos o tigres, tigres o lirios atigrados: ¡obsérvense sus diferencias y aun así, lo mucho que se parecen! ¿Acaso todos nosotros, un puñado de veranos, no nos detenemos aquí, miramos hacia el mar y con la mucha o poca destreza física e intelectual que logremos reunir, mejoramos nuestro estado… y luego, silenciosamente, nos dejamos caer en la hierba, nube verde de la muerte? ¿Qué puede ser bonito o fascinante cuando se yergue, cuando desfallece? La vida es el Niágara, o no es nada. Yo no sería soberana ni de una sola brizna de hierba, mientras pueda ser su hermana. Acerco mi rostro al lirio, que se alza por encima de la hierba, y lo saludo desde el tallo de mi corazón. Vivimos, y de esto estoy segura, en el mismo territorio, en el mismo hogar, y nuestra luz proviene del mismo farol. Todos somos salvajes, audaces, asombrosos. Y ni uno solo de nosotros es bonito.

Tłum. Ada Trzeciakowska

błękitne pastwiska

Ludzie czy tygrysy, tygrysy czy tygrysie lilie – spójrzcie, jak bardzo się różnią, a jednocześnie jak bardzo są do siebie podobne! Czy nie przystajemy tu wszyscy, przez kilka letnich miesięcy, zwróceni ku morzu, z tą odrobiną fizycznej i intelektualnej sprawności, na jaką nas stać, by poprawić naszą kondycję, a potem w milczeniu opadamy z powrotem na trawę, na zieloną chmurę śmierci? Czy coś może być urocze i wdzięczne, kiedy się wznosi, kiedy słabnie? Życie jest Niagarą, albo niczym zgoła. Nie chciałbym być władcą ani jednego źdźbła trawy o ile mogę być jego siostrą. Zbliżam twarz do lilii, która wyrasta tuż ponad trawą, i pozdrawiam ją z łodyżki mojego serca. Żyjemy, jestem tego pewna, na tym samym terytorium, w tym samym domu, a nasz płomień pochodzi z tej samej latarni. Wszyscy jesteśmy dzicy, waleczni, niesamowici. Nie jesteśmy, żaden z nas nie jest, uroczy.

Blue Pastures

Humans or tigers, tigers or tiger lilies — note their differences and still how alike they are! Don’t we all, a few summers, stand here, and face the sea and, with whatever physical and intellectual deftness we can muster, improve our state—and then, silently, tall back into the grass, death’s green cloud? What is cute or charming as it rises, as it swoons? Life is Niagara, or nothing. I would not be the overlord of a single blade of grass, that I might be its sister. I put my face close to the lily, where it stands just above the grass, and give it a good greeting from the stem of my heart. We live, I am sure of this, in the same country, in the same household, and our burning comes from the same lamp. We are all wild, valorous, amazing. We are, none of us, cute.

Robert Walser

1987-1956, Suiza

Más poemas en La nube habitada

Trad. Carlos Ortega

Serenidad

Desde que decidí
abandonarme al tiempo, siento en mí
un cálido sosiego.

Desde que decidí
burlarme de las horas y los días,
terminaron mis quejas.

Me he quitado la carga
de las culpas que tanto daño me hacen
con una frase clara:
quiera extinguirse o no,
el tiempo es el tiempo,
siempre encuentra a un valiente como yo
en el sitio de siempre.

Fotogramas y fotos del rodaje de El regreso de Andrey Zvyagintsev

Tłum. Ada Trzeciakowska

spokój

Odkąd zdałem się na czas
czuję, że rośnie we mnie,
ciepły, cudowny spokój.

Odkąd wyśmiewam otwarcie
dni i godziny
ustały moje żale.

I uwolniłem się od ciężaru
win, które przysporzyły mi bólu,
wypowiadając te słowa:
Czas to czas, choćby dobiegł końca,
zawsze znajdzie tak kogoś odważnego jak ja
w tym samym miejscu co zawsze.

Gelassenheit

Seit ich mich der Zeit ergeben,
fühl’ ich etwas in mir leben,
warme, wundervolle Ruh’.

Seit ich scherze unumwunden
mit den Tagen, mit den Stunden,
schließen meine Klagen zu.

Und ich bin der Bürd’ entladen,
meiner Schulden, die mir schaden,
durch ein unverblümtes Wort:
Zeit ist Zeit, sie mag entschlafen,
immer findet sie als braven
Menschen mich am alten Ort.

Mirka Szychowiak

1956 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

lapidarium

Los condujo fuera de las arenas ardientes en medio del infierno
-ahora esperan pacientes a que el viento haga retroceder los ríos-.
En ninguna provincia queda lugar para los elefantes sagrados,
sus hembras preñadas y sus parientes de alta cuna.

Con la edad, la impotencia va en aumento, se pierden lugares
seguros. Y aunque la ciudad es siempre la capital de su pena,
para ellos iba a ser un lugar donde fuera posible multiplicar
la felicidad, perdonar a los pájaros malditos, bendecir la tierra.

Ciudad muda como un camposanto con los enlutados inclinados.
Todo estancado, los elefantes sagrados se van petrificando despacio
y no habrá nadie que dé testimonio del milagro del nacimiento,
del dolor breve y bello. La gracia se aleja, como el último aliento.

lapidarium

Wyprowadził je z rozżarzonego piachu w sam środek
piekła – teraz czekają cierpliwie, aż wiatr zawróci rzeki.
W żadnej z prowincji nie ma miejsca dla świętych słoni,
ich brzemiennych samic i wysoko urodzonych krewnych.

Z wiekiem przybywa bezradności, ubywa bezpiecznych
miejsc. I chociaż miasto jest zawsze stolicą jego smutku,
dla nich miało być miejscem, w którym uda się rozmnożyć
szczęście, ułaskawić wyklęte ptaki, poświęcić ziemię.

Miasto ciche jak cmentarz, żałobnicy pochyleni, milczący.
Wszystko stoi w miejscu, święte słonie zastygają powoli
i nie będzie komu zaświadczyć o cudzie narodzin, o bólu
krótkim i pięknym. Łaska oddala się, jak ostatni oddech.



Robert Walser

1987-1956, Suiza

Más poemas en La nube habitada

Trad. Carlos Ortega

ved

¿Me veis yendo por los prados
de niebla ajados y yertos?
Siento nostalgia de casa,
adonde nunca he llegado,
y no tengo la esperanza
de alcanzarla alguna vez.
Hacia esa intocada casa
llevo la nostalgia siempre
viva, no como este prado
yerto y marchito de niebla.
¿Me veis yendo con mi miedo?

Fotograma de El caballo de Turin de Béla Tarr; Nostalghia de Andréi Tarkovsky; grabado de Karl Walser

Tłum. Ada Trzeciakowska

Zobaczcie

Czy widzicie jak błąkam się po łąkach,
martwych i skostniałych od mgły?
Noszę w sobie tęsknotę za domem,
za domem, do którego nigdy nie dotarłem,
i nie mam nadziei że kiedykolwiek
uda mi się go dosięgnąć.
Do takiego domu, jeszcze nigdy nie tkniętego,
noszę w sobie tęsknotę, co nigdy nie
umiera, tak jak umiera ta łąka,
skostniała i martwa od mgły.
Czy widzicie, jak z lękiem po niej błądzę?

Transl. Daniele Pantano

See you

You do see me crossing the meadow
stiff and dead from the mist?
I long for that home,
that home I’ve never had,
and without any hope
that I’ll ever be able to reach it.
For such a home, never touched,
I carry that longing that will
never die, like that meadow dies
stiff and dead from the mist.
You do see me crossing it, full of dread?

SEHT IHR

Seht ihr mich über Wiesen ziehn,
die steif und tot vom Nebel sind?
Ich habe Sehnsucht nach dem Heim,
dem Heim, noch nie von mir erreicht,
und auch von einer Hoffnung nicht
berührt, daß ich es jemals kann.
Nach solchem Heim, noch nie berührt,
trag’ ich die Sehnsucht, nimmermehr
stirbt sie, wie jene Wiese stirbt,
die steif und tot vom Nebel ist.
Seht ihr mich angstvoll drüber ziehn?

Czesław Miłosz

1911-2004, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

dondequiera

Dondequiera que esté, en cualquier lugar
de la Tierra, oculto a la gente la convicción
de que no soy de aquí.
Como si fuera mandado a absorber el mayor número de
colores, sabores, sonidos, aromas, para experimentar
todo de lo que forma parte
el ser humano, para transformar mis vivencias 
en un registro mágico y llevarlo allí, al lugar
de donde he venido.

Foto propia. Desarraigo/Paseante

Gdziekolwiek

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że nie jestem stąd.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.

Robert Walser

1987-1956, Suiza

Más poemas en La nube habitada

Trad. Carlos Ortega

CRUDO INVIERNO

En la ventana se hunden esas flores
delicadas, inmensamente tiernas;
la luna amarillenta como una enorme lágrima
cuelga desde el jardín de espesa bruma.

Un jardín es el mundo, en el que ahora
todo placer ha muerto,
y cielo y voz se pudren. Son las flores
su sentido pasmado en la ventana.

Por los blancos tejados,
por los campos que siempre están tan blancos,
la luna va llorando, por las estancias donde
los hombres o son locos o son sabios.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Głęboka ZIMA

W okienne szyby wtopione są
te tkliwe, nieskończenie delikatne
kwiaty, jak wielka łza
zwisa z zamglonego ogrodu żółty księżyc.

Jest to ogród, świat, w którym
wszelka żądza już obumarła,
a głos i niebo zgniły.
Szklane kwiaty to zmrożone zmysły i sens.

Nad morzem białych dachów
nad polami, które tak samo białe są,
płacze księżyc, nawet w mroku pokojów
gdzie ludzie szaleńcami lub mędrcami są.

Tiefer Winter

In die Fensterscheiben sind jene
unendlich zärtlichen, zarten
Blumen gegraben, als große Träne
hängt der gelbe Mond aus dem Nebelgarten.

Das ist ein Garten, die Welt, worin
jetzt alle Wollust gestorben
und Laut und Himmel verdorben.
Die Fensterblumen sind der erstarrte Sinn.

Auf die vielen weißen Dächer
auf die Felder, die ebenso weiß sind,
weint der Mond, auch in Gemächer,
wo Menschen toll oder weis’ sind

Rosario Assunto

1915-1994, Italia

Trad. Mar García Lozano

ONTOLOGÍA Y TELEOLOGÍA DEL JARDÍN

El jardín, en suma, convierte los cultivos vénetos en objetos de pura contemplación, concentrando en sí toda su belleza para devolvérsela a los campos como un atributo de su utilidad; de tal modo que introduce en la finitud de lo útil, en su dependencia de la vida en cuanto fisicidad, en cuanto pura vida biológica, cerrada entre los límites del nacimiento y la muerte, algo distinto y superior, algo que no devuelve lo útil a un más acá de sí mismo (según la opinión vulgar del utilitarismo mercantil, incapaz de ir más allá, como diría Hölderlin, de las leyes y los registros), sino que lo conserva y lo eleva por encima de sí mismo, por encima de la finitud de la que, en cuanto simple útil, es prisionero. Eleva lo útil precisamente porque lo conserva como útil, pero haciéndolo infinito en la representación de sí mismo, donde se convierte en objeto de contemplación, y no de consumo; en pura forma de sí mismo, en una belleza, podemos decir si los utilitaristas nos lo permiten, que no está más acá de lo útil y del consumo, sino más allá de ello. Lo útil es al mismo tiempo anulado, conservado y superado, en el sentido de la Aufhebung teorizada por Hegel y Schelling.
Convertido en belleza, lo útil deviene manifestación de lo infinito; y al gozar de la belleza, la propia vida, que tiene necesidad de lo útil para seguir viviendo, aunque sólo sea como finitud, no sólo continúa viviendo, sino que se eleva por encima de su finita existencialidad y piensa su ser finito pero no padece sus necesidades. Porque al contemplar su propia finitud se supera a sí misma en cuanto finita y se asume como sujeto de juicio estético, y por tanto como contenido de un saber que la convierte en imagen imperecedera que fija en sí los distintos aspectos de la naturaleza a la que pertenece; y descubre en la naturaleza, gracias a sus jardines, la forma infinita que condiciona cualquier finita utilidad. Esa forma infinita de la finitud, que nos alegra cuando contemplamos las cosas bellas y nos hace gozar, como si fuésemos infinitos, de la naturaleza de la que nos sentimos parte y que en la contemplación nos hace sentir su infinitud a nosotros que por medio de la contemplación nos complacemos de nuestra propia vida en cuanto efímera y, como tal, condicionada por lo útil, pero que es también algo más que vida solamente: es el ser infinito del que se sabe viva epifanía, la aparición del infinito en el mundo de la finitud. Es pues lo útil que, sencillamente por ser tal, nos hace alegrarnos del aspecto de los campos (por esto su apariencia es gozosa para quien la contemple), que es también epifanía del ser que somos. El ser que para nosotros es vida, se manifiesta aquí como naturaleza objetivada, correlativa a nuestra subjetividad que es, en cuanto subjetividad pensante, más que naturaleza y puede contemplarla; pero que en cuanto subjetividad viviente es también naturaleza y sólo por ello está viva.
(…)
Lo bello es útil ni más ni menos que lo útil es bello: para la vida. Porque la vida necesita a la naturaleza, la necesita para no sucumbir a su propia muerte, para no morir antes de tiempo.
(…)
Es precisamente el adorno lo que les falta a los «espacios verdes», concebidos de manera utilitaria y productivista para un mundo sin alma, es decir, sin fantasía y sin sentimiento del infinito; para un mundo que ignora la contemplación o, más aún, que la condena. Un mundo a cuyos ojos es un delito el ornamento que, dentro o fuera de las casas, alimenta a la fantasía que, en la contemplación, revive el pasado como memoria respecto a la cual el presente posee valor de futuro, adquiriendo así la importancia de un deber ser; el ornamento que nos hace vivir en la fantasía un mañana para el que el hoy fugaz, el instante que estamos viviendo, es ya memoria e historia: el pasado, cuya persistencia como forma e imagen que estimula la fantasía ha distinguido y alegrado el presente en todas las épocas, al contener en su finitud algo así como la sombra de un infinito, de que hablaba el obispo Burnet, el cosmógrafo inglés del siglo XVIII (que no le era desconocido a Kant) cuando describía los paisajes sublimes.

Un pequeño caos es un drama de época dirigido por Alan Rickman y ambientado en el París de Luis XIV. Año 1682. En la Francia del rey Luis XIV, la inteligente, tenaz y enérgica paisajista Sabine de Barra es elegida para diseñar uno de los principales jardines y fuentes del nuevo palacio del monarca en Versalles, a las afueras de París.

Película completa

Tłum. Ada Trzeciakowska

ONTOLOGIA I TELEOLOGIA OGRODU

Ogród, krótko mówiąc, zamienia weneckie uprawy w przedmioty czystej kontemplacji, skupiając w sobie całe ich piękno, by następnie zwrócić je polom jako atrybut ich użyteczności; w taki sposób, że wprowadza w skończoność tego, co użyteczne -w jego zależność od życia pojmowanego jako fizyczność, jako życie czysto biologiczne, obramowane narodzinami i śmiercią- coś innego i nadrzędnego. Nie wykraczając przy tym poza pojęcie użyteczności (zgodnie z powszechną opinią utylitaryzmu, niezdolnego do wyjścia poza, jak powiedziałby Hölderlin, zasady i rejestry), lecz zachowuje je i wynosi ponad siebie, ponad skończoność, której jako zwykły przedmiot jest więźniem. Wywyższa to, co użyteczne, właśnie dlatego, że zachowuje jego użyteczność, ale czyniąc je nieskończonym w przedstawieniu samego siebie, w momencie, gdy staje się przedmiotem kontemplacji, a nie konsumpcji; w czystej formie siebie samego, w pięknie, możemy powiedzieć, że nie wykracza poza użyteczność i konsumpcję, ale je przewyższa. Użyteczność jest jednocześnie anulowana, zachowana i przełamana, w sensie Aufhebung teoretyzowanym przez Hegla i Schellinga.
Przekształcone w piękno, to, co użyteczne, staje się manifestacją nieskończoności; a ciesząc się pięknem, samo życie, które potrzebuje tego, co użyteczne, aby trwać dalej, choćby tylko jako skończoność, nie tylko trwa dalej, ale wręcz wznosi się ponad swoje skończone istnienie i rozważa swoją skończoność, ale nie doświadcza jej potrzeb. Ponieważ kontemplując własną skończoność, przezwyciężą ją i uznaje siebie jako obiekt rozważań estetycznych, a więc jako źródło wiedzy, która przekształca je w nieprzemijający obraz, utrwalający w sobie różne aspekty przyrody, do której należy; i odkrywa w przyrodzie, dzięki jej ogrodom, nieskończoną formę, która jest niezbędnym warunkiem wszelkiej skończonej użyteczności. Ta nieskończona forma skończoności, cieszy nas, gdy kontemplujemy piękne rzeczy i sprawia, że zachwycamy się, jakbyśmy byli nieskończeni, naturą, której częścią się czujemy i która w kontemplacji pozwala nam doświadczyć swojej nieskończoności. Poprzez kontemplację pozwala nam radować się naszym własnym życiem: ulotnym i jako takim uzależnionym od tego, co użyteczne, ale będącym także czymś więcej niż samym życiem: nieskończonym bytem, którego jest żywą epifanią, objawieniem się nieskończoności w świecie skończoności. Zatem to co użyteczne, będąc takim, sprawia, że cieszymy się wyglądem pól (dlatego ich widok jest tak przyjemny dla kontemplujących oczu), będąc zarazem epifanią bytu, którym jesteśmy. Byt będący dla nas życiem, objawia się tu jako zobiektywizowana natura, korelująca z naszą subiektywnością -jako podmiot myślący jest czymś więcej niż naturą i może ją kontemplować, ale która jako subiektywność ożywiona jest również naturą i z tego powodu może być żywa.
(…)
To, co piękne, jest użyteczne w tym samym stopniu, co użyteczne, jest piękne: dla życia. Życie bowiem potrzebuje natury, potrzebuje jej, aby nie ulec własnej śmierci, aby nie umrzeć przed czasem.
(…)
To właśnie ornamentu brakuje w «zielonych przestrzeniach», pomyślanych w sposób utylitarny i oparty na produkcyjności dla świata pozbawionego duszy, to znaczy pozbawionego fantazji i poczucia nieskończoności; dla świata, który ignoruje kontemplację lub, co więcej, potępia ją. Świat, postrzegający jako występek ornament, który tak wewnątrz jaki na zewnątrz podsyca fantazję, który kontemplowany może ożywić przeszłość rozumianą jako pamięć, w stosunku do której teraźniejszość nabiera wartości przyszłości, uzyskuje w ten sposób potwierdzenie niezbędności swego istnienia. Ornament, sprawia, że żyjemy w fantazji jutra, dla którego dziś jest ulotne, bo chwila, w której żyjemy, stała się już pamięcią i historią: przeszłość, której trwanie jako forma i obraz pobudzający fantazję wyróżnia i ożywia teraźniejszość we wszystkich epokach zawierając w swej skończoności coś w rodzaju cienia nieskończoności, o którym mówił biskup Burnet, osiemnastowieczny angielski kosmograf (nieobcy Kantowi), gdy opisywał wysublimowany pejzaż.


José Ángel Valente

1929-2000, España

Conversación entre Antoni Tàpies y José Ángel Valente

J. Á. V.: Hay un testimonio que se da en el proceso de beatificación de san Juan de la Cruz, que, como sabes, me interesa mucho…Uno de los testigos que hablan en el proceso de beatificación dice que varios frailes caminaban con san Juan de la Cruz y vieron por el camino unos palacios preciosos. Se los señalaron, pero él siguió andando, aunque a la tercera indicación se volvió y dijo: nosotros no hemos venido para ver, hemos venido para no ver.
A. T.: Es algo que me ha interesado desde muy joven: no describir la nada, que es imposible, pero sí encontrar un mecanismo que por lo menos la sugiera al espectador. Es lo que intento hacer cada día, mi máxima aspiración artística.
J. Á. V.: Tú has escrito: «Un día traté de llegar directamente al silencio». Justamente ese silencio sería la nada, el lugar de la materia interiorizada. Creo que eso es lo que tú querías significar con esa idea…
A. T.: No es un capricho, es que debería comprenderse la importancia que tiene ese silencio.
J. Á, V.: Por desgracia, eso no siempre se comprende. Entre nosotros, y en España, es un tema que ha sido mal enfocado. Tan pronto tomas determinado tipo de posiciones dicen: «Bueno, ése es un místico». El místico quiere llenar el vacío de Dios, tú lo quieres llenar de realidad, de una realidad superior a la inmediatamente perceptible.
A. T.: Se cree que ese estado, que también se puede calificar con una palabra que está muy denostada, el éxtasis, es quedarse colgado como de una nube para siempre. Cuando la verdad es que se trata de un estado transito rio. Pero entonces vuelves a la realidad y la comprendes mejor. Y te hace ver más claramente la unidad universal de todas las cosas. Que la sociedad sepa que esto es útil, que debajo de todo esto hay un vacío que no es absolutamente nada. Sabiendo esto se estimula un espíritu más comprensivo y solidario entre los hombres y con la naturaleza.
J. Á. V.: La relación con la naturaleza está muy condicionada por eso: mirar un árbol, confundirse con el árbol, hacer que ese árbol que miras sea distinto de todos los árboles del universo. Se tiene así acceso a la identidad del mundo natural. Es una experiencia que lleva al hombre más allá de las ocupaciones diarias. El hombre necesita esa dimensión, que es algo de lo que tú también hablas cuando dices que necesitas el arte como un apoyo de la meditación. Pero creo que tú vas más lejos, porque pasas de la meditación a la contemplación. Gran parte de tu arte, y voy a utilizar otra palabra desacreditada… es contemplativo. Lo que creo que hay en definitiva en tu obra es una contemplación única de la materia, como acaso no se haya producido antes en el arte contemporáneo. No tratas de manipular la materia, sino de dejar que ésa se manifieste. 

de Elogio del calígrafo. Ensayos sobre arte.

Antoni Tàpies (Suite, 1993) y foto propia (árboles)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Rozmowa z Antonim Tàpies

J. Á. V.: Istnieje pewne świadectwo złożone w procesie beatyfikacyjnym św. Jana od Krzyża, które, jak wiesz, bardzo do mnie zaciekawiło… Jeden ze świadków, który przemawiał w procesie beatyfikacyjnym, opowiadał, że kilku braci szło ze św. Janem, kiedy po drodze ujrzeli kilka przepięknych pałaców. Pokazali mu je, ale on poszedł dalej, choć przy trzecim zawołaniu zawrócił i powiedział: nie przyszliśmy by widzieć, przyszliśmy by nie widzieć.
A. T.: Jest to to jedna z rzeczy, która mnie interesują od najmłodszych lat: nie opisywać nicości, co jest niemożliwe, ale znaleźć mechanizm, który by ją widzowi przynajmniej zasugerował. To właśnie staram się robić każdego dnia, jest to moja najgłębsza artystyczna aspiracja.
J. Á. V.: Piszesz: «Pewnego dnia próbowałem dojść bezpośrednio do ciszy». Właśnie ta cisza byłaby nicością, miejscem uwewnętrznionej materii. Myślę, że właśnie to chciałeś tym konceptem przekazać?
A. T.: To nie kaprys, chodzi o to, żeby zrozumieć wagę tej ciszy.
J. Á. V.: Niestety, nie zawsze jest to rozumiane poprawnie. Między nami, i w Hiszpanii, jest to temat, do którego mamy złe nastawienie. Jak tylko przyjmujesz określony rodzaj postawy mówi się: „No cóż, on jest mistykiem”. Mistyk chce wypełnić pustkę po Bogu, ty chcesz wypełnić ją rzeczywistością, rzeczywistością przewyższającą to, co bezpośrednio dostrzegalne.
A. T.: Uważa się, że ten stan, który można też określić bardzo pogardzanym słowem ekstaza, polega na unoszeniu się niczym na chmurze ponad wszystkim i pozostaniu w tym stanie na zawsze. A prawda jest taka, że jest to stan przejściowy. Potem powracamy na ziemię i dzięki temu doświadczeniu wyraźniej dostrzegamy uniwersalną jedność wszystkich rzeczy. Niech społeczeństwo ma świadomość, że jest to stan pomocny, że pod tym wszystkim jest pustka, która jest absolutnie niczym. Mając tego świadomość możliwe jest poczucie większego zrozumienia i solidarności między ludźmi i z przyrodą.
J. Á. V.: Nasza stosunek do natury jest w dużym stopniu od tego zależny: patrząc na drzewo, stajemy się jego częścią, sprawiamy, że owo drzewo, staje się inne niż pozostałe drzewa we wszechświecie. W ten sposób możemy utożsamiać się ze światem przyrody. Jest to doświadczenie, które wynosi człowieka ponad jego codzienne zajęcia. Człowiek potrzebuje tego wymiaru, o czym również wspominasz, mówiąc, że potrzebujesz sztuki jako wsparcia dla medytacji. Ale myślę, że posuwasz się dalej, ponieważ przechodzisz od medytacji do kontemplacji. Wiele twoich dzieł – i użyję tu kolejnego skompromitowanego słowa – jest kontemplacyjnych. Myślę, że ostatecznie w twojej sztuce rodzi się się pewna unikalna kontemplacja materii, która być może do tej pory nie miała miejsca w sztuce współczesnej. Nie próbujesz manipulować materią, lecz pozwalasz jej się przejawić. 

w Pochwała kaligrafa. Eseje o sztuce.

Denise Levertov

1923-1997, Inglaterra/Estados Unidos

Trad. Ada Trzeciakowska

El himno

¿Había muerto, o estaba
muy vieja y ciega, o acaso
era un sueño?
-este himno, esta extática plegaria
esta música tejida
de color y forma, del sentido
del espacio aéreo-
¿estaba el sueño
mostrando el poder
de la Memoria, ahora, hoy o en cualquier
momento de necesidad? O el poder
del ojo interior, distinto
de la Memoria, el poder de la Imaginación,
mayor de lo que podemos recordar,
en suspensión, el pozo en el que
raramente sumergimos nuestros vasos?
 
En todo caso,
vi una amplia ladera de árboles
todo hojas, árboles de toda clase,
de todos los tonos de verde, verde dorado, verde azul,
verde negro, verdes puro y esencial
verde verde, y el cálido y profundo
marrón, y el casi púrpura
de los árboles del humo, todos percibidos
como una masa de formas redondeadas y compuestas
a lo largo de media milla de aire con brisa,
a la vez, cada hoja estaba
ondulando, brillando
tanto que pude ver hasta la nervadura y su borde dentado:
 
en todo caso, esta vista
iba acompañada en el sueño
de tal gozo, que lloré
de gratitud
(nunca antes he llorado así, pero leí
que tales lágrimas a veces
se derraman) asombrada al entender
que este poder era mío, que me fue dado
ver tan bien, a pesar de estar dormida,
a pesar de estar ciega,
a pesar de haberme ido de la tierra.

Fotografías de Sarah Moon

Tłum. Julia Hartwig

Hymn

Niekiedy górę
Umarłam, a może byłam
bardzo stara i ślepa, a może
był to sen –
ten hymn, ten ekstatyczny pean,
ta muzyka utkana
z koloru i kształtu, z poczucia
powietrznej przestrzeni –
Może ten sen ukazać miał potęgę
Pamięci, teraz, dziś, w każdej
potrzebie? A może siłę
wewnętrznego oka, które jest czym innym
niż Pamięć, jest siłą Wyobraźni
większą niż myślimy,
a zaniedbywaną, źródłem, w którym
zbyt rzadko zanurzamy nasze naczynia.


Tak czy inaczej,
widziałam szerokie zbocze pokryte drzewami
o gęstym listowiu, drzewami różnych gatunków,
we wszystkich odmianach zieleni, złotej, granatowej,
czarnej, czystej i esencjonalnej
zieleni zielonej, a także ciepłej i głębokiej
brązowości i jakby przydymionego fioletu,
tworzące masę kulistych zwartych form
na pół mili poruszanego wiatrem powietrza,
a każdy liść widoczny był z osobna, połyskujący,
tak, że dostrzegało się jego żyłki i wykrój:

widok ten
niósł ze sobą we śnie
taką szczęśliwość, że płakałam
z wdzięczności
(nigdy nie doznałam takiego płaczu, czytałam tylko,
że takie łzy bywają), zdumiona wiedzą,
że moja, i że dana mi była władza
tak wyraźnego widzenia, choć trwałam w śnie,
byłam ślepa
i odeszłam już z tej ziemi.

The hymn

Had I died, or was I
very old and blind, or
was the dream—
this hymn, this ecstatic paean,
this woven music
of color and form, of the sense
of airy space—
was the dream
showing forth the power
of Memory, now, today or at any
moment of need? Or the power
of the inner eye, distinct
from Memory, Imagination’s power,
greater than we remember,
in abeyance, the well in which
we forget to dip our cups?
 
At all events,
that broad hillside of trees
all in leaf, trees of all kinds,
all hues of green, gold-greens, blue-greens,
black-greens, pure and essential
green-greens, and warm and deep
maroons, too, and the almost purple
of smoketrees—all perceived
in their mass of rounded, composed forms
across a half mile of breezy air,
yet with each leaf
rippling, gleaming,
visible almost to vein and serration:
 
at all events, that sight
brought with it, in dream
such gladness, I wept
tears of gratitude
(such as I’ve never wept, only read
that such tears sometimes
are shed) amazed to know
this power was mine, a thing given,
to see so well, though asleep,
though blind,
though gone from the earth.

Crea tu sitio web con WordPress.com
Primeros pasos
A %d blogueros les gusta esto: