Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Ada Trzeciakowska

La Galería (fragm.)

Voces en el micrófono decían: La velocidad es el poder.
¡La velocidad es el poder!
¡Sigue el juego, the show must go on!

En nuestras carreras nos movemos rígidamente paso a paso
como en el teatro 
con máscaras, gritando la canción: ¡Yo, soy Yo!
El derrotado
es representado por una manta enrollada.

Un artista dijo: Antes era un planeta
con mi propia atmósfera densa.
Los rayos del exterior se refractaban en arcoíris.
Las constantes tormentas rugían dentro, dentro.

Ahora estoy quemado, árido y abierto.
Ya carezco de esa energía infantil.
Tengo un lado caliente y un lado frío.

Ningún arcoíris.

Máscaras de teatro Noh

Tłum. Leonard Neuger

Galeria (frg.)

Głosy w mikrofonie mówiły: Tempo to potęga,
tempo to potęga!
Graj w tę grę, the show must go on!

W karierze poruszamy się sztywno krok za krokiem
jak w teatrze no
z maskami, rycząc pieśń: Ja, to Ja!
Ten kto przegrał reprezentowany jest przez zwinięty koc.

Artysta mówił: Dawniej byłem planetą
z własną gęstą atmosferą,
na której załamywały się w tęczę promienie z zewnątrz.
Ciągłe burze szalały wewnątrz, wewnątrz.

Teraz jestem skończony i suchy i otwarty.
Brakuje mi obecnie dziecięcej energii.
Mam stronę gorącą i stronę zimną.

Żadnych tęcz.

Transl. Patty Crane

The Gallery (fragm.)

Voices in the microphone said: Speed is power
speed is power!
Play the game, the show must go on!

We move through our career stiffly, step by step
like in a Noh play
with masks, shrieking song: Me, it’s Me!
Whoever’s defeated
is represented by a rolled-up blanket.

An artist said: I used to be a planet
with my own dense atmosphere.
Incoming rays were refracted into rainbows.
Continuous thunderstorms raged within, within.

Now I’m burnt-out and dry and open.
I no longer have childlike energy.
I have a hot side and a cold side.

Full text here

Gallerit

Röster i mikrofonen sa: Fart är makt
fart är makt!
Spela spelet, the show must go on!

I karriären rör vi oss stelt steg för steg
som i ett no-spel
med masker, skrikande sång: Jag, det är Jag!
Den som slogs ut
representerades av en hoprullad filt.

En konstnär sa: Förr var jag en planet
med en egen tät atmosfär.
Strålarna utifrån bröts där till regnbågar.
Ständiga åskväder rasade inom, inom.

Nu är jag slocknad och torr och öppen.
Jag saknar numera barnslig energi.
Jag har en het sida och en kall sida.

Inga regnbågar.

Fullständig text här

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Breve pausa en el concierto de órgano

El órgano cesa de tocar y hay un silencio mortal en la iglesia,
   pero solo durante un par de segundos.
Entonces atraviesa el leve rumor del tráfico
   de afuera, el gran órgano.

Sí, estamos rodeados del murmullo del tráfico que anda
   alrededor de las paredes de la catedral.
El mundo exterior resbala como un filme transparente
   y con sombras que luchan en pianissimo.

Como incluido entre los ruidos de la calle, escucho uno
   de mis latidos golpear el silencio;
oigo mi sangre circular, la cascada oculta
   dentro de mí, con la que ando a cuestas,

y tan cerca como mi sangre y tan lejos como
   un recuerdo de los cuatro años,
escucho el camión de carga que pasa y hace temblar
   los muros de seiscientos años.

He aquí lo más opuesto posible a un abrazo de madre;
   sin embargo, ahora soy precisamente un niño que,
oye a los adultos hablar lejos; las voces de los ganadores
   y de los perdedores se mezclan.

En los bancos azules hay una pequeña reunión.
   Y las columnas se alzan como extraños árboles:
sin raíces (solo el suelo es común) y sin
   copa (solo el techo es común).

Vuelvo a vivir un sueño. Estoy solo en un cementerio.
   Por todos los lados relampaguea
hasta donde la vista alcanza. ¿A qué espero? A un amigo.
   ¿Por qué no viene? Él ya ha llegado.

Lentamente, la muerte destornilla la luz desde abajo, del suelo.
   El prado brilla, cada vez más violeta
-no, es un color que nadie ha visto… hasta que la luz pálida
   de la mañana silba a través de los párpados

y no despierto en el inconmovible quizás que
   me lleva por el mundo vacilante.
Y cada imagen abstracta del mundo es tan imposible como
   dibujar una tormenta.

En casa estaba el sabelotodo. La Enciclopedia, un metro en
   la biblioteca; he aprendido a leerla.
Pero cada persona tiene  escrita su propia enciclopedia,
   ella crece en cada alma,

se escribe del nacimiento hacia adelante, los cientos de miles
   de páginas apretadas la una contra la otra
-¡y sin embargo hay aire entre ellas!- como las hojas que
   tiemblan en un bosque. Libro de las contradicciones.

Lo que está allí cambia a cada instante, las imágenes se retocan a
   sí mismas, centellean las palabras.
Un torrente de ellas marcha por todo el texto, seguido de
   la próxima ola, y la próxima…

Fotogramas de La catedral de Tomasz Bagiński

Tłum. Leonard Neuger

Krótka pauza w koncercie organowym

Organy kończą grać i kościół zalega śmiertelna cisza
ale tylko na parę sekund.
Wreszcie przenika słaby warkot ruchu
ulicznego, większych organów…

Cóż, osaczeni jesteśmy przez bełkot ruchu ulicznego
wędrujący wzdłuż murów katedry.
Tam przesuwa się świat zewnętrzny jak przeźroczysty film
z walczącymi cieniami w pianissimo.

Jakby należał do dźwięków z ulicy, słyszę, jak jeden
z mych pulsów bije w ciszy,
słyszę, jak moja krew krąży, kaskada ukryta
w moim wnętrzu, z którą łażę w kółko po świecie.

Bliziutko jak moja krew i daleko
jak wspomnienie z okresu, gdy się miało cztery lata,
słyszę ciężarówkę, która przejeżdża obok i wprawia w drżenie
te sześćsetletnie mury.

To się tak różni od matczynych objęć, jak tylko
można się różnić, a jednak jestem właśnie teraz dzieckiem,
które słyszy, jak dorośli gdzieś daleko rozmawiają. Głosy zwycięzców
i zwyciężonych wymieszane.

Na tych niebieskich ławkach siedzi przerzedzona parafia. A
kolumny wznoszą się jak dziwaczne drzewa:
bez korzeni (tylko wspólna posadzka) i bez korony
(tylko wspólny strop).

Na nowo przeżywam sen. Stoję na cmentarzu parafialnym
samiusieńki. Wszędzie jak okiem sięgnąć
błyszczy wrzos. Na kogo czekam? Na przyjaciela. Czemu
nie nadchodzi? Jest już tutaj.

śmierć ostrożnie podkręca światło od spodu, z ziemi.
Wrzosowisko świeci coraz liliowiej —
nie, w kolorze, którego nikt nie widział…póki blade
światło poranka świszcząc nie wleci przez powieki

i nie obudzę się na to niewzruszone MOŻE, które
niesie mnie przez ten zataczający się świat.
I każdy abstrakcyjny obraz świata jest również niemożliwy
jak rysunek sztormu.

W domu stała wszechwiedząca Encyklopedia, metr na
półce. Na niej uczyłem się czytać.
Lecz każdy człowiek spisuje własną encyklopedię.
Ona wyrasta w każdej duszy.

Pisana jest od narodzin w przód. Setki tysięcy ściśniętych stron
a jeszcze między nimi jest powietrze! Jak drgające liście w lesie.
Księga przeciwstawień.

To, co w niej napisane, zmienia się w każdej chwili, obrazy retuszują się same. Migoczą słowa.
Strumień toczy się przez cały tekst, za nim następny
Strumień i następny…

Transl. Robin Fulton

Brief pause in the organ recital

The organ stops playing and it’s deathly quiet in the church, but only for a couple of seconds.
And the faint rumbling penetrates from the traffic out there, that greater organ.

For we are surrounded by the murmuring of the traffic, it flows along the cathedral walls.
The outer world glides there like a transparent film and with shadows struggling pianissimo.

And as if it were part of the street noise I hear one of my pulses beating in the silence,
I hear my blood circulating, the cascade that hides inside me, that I walk about with,

and as close as my blood and as far away as a memory from when I was four,
I hear the trailer that rumbles past and makes the six-hundred-year-old walls tremble.

This could hardly be less like a mother’s lap, yet at the moment I am like a child,
hearing the grown-ups talking far away, the voices of the winners and the losers mingling.

On the blue benches a sparse congregation. And the pillars rise like strange trees:
no roots (only the common floor) and no crown (only the common roof).

I relive a dream. That I’m standing alone in a churchyard. Everywhere heather glows
as far as the eye can reach. Who I am waiting for? A friend. Why doesn’t he come. He’s here already.

Slowly death turns up the lights from underneath, from the ground. The heath shines, a stronger and stronger purple —
no, a colour no one has seen … until the morning’s pale light whines in through the eyelids

and I waken to that unshakeable PERHAPS that carries me through the wavering world.
And each abstract picture of the world is as impossible as the blue-print of a storm.

At home stood the all-knowing Encyclopedia, a yard of bookshelf, in it I learnt to read.
But each one of us has his own encyclopedia written, it grows out of each soul,

it’s written from birth onwards, the hundreds of thousands of pages stand pressed against each other
and yet with air between them! Like the quivering leaves in a forest. The book of contradictions.

What’s there changes by the hour, the pictures retouch themselves, the words flicker.
A wake washes through the whole text, it’s followed by the next wave, and then the next …

Kort paus i orgelkonserten

Orgeln slutar att spela-och det blir dödstyst i kyrkan
men bara ett par sekunder.
Så tränger det svaga brummandet igenom från
trafiken därute, den större orgeln.

Ja, vi är omslutna av trafikens mumlande som vandrar
runt längs domkyrkans väggar.
Där glider yttervärlden som en genomskinlig film
och med kämpande skuggor i pianissimo.

Som om den ingick bland ljuden från gatan hör jag en
av mina pulsar slå i tystnaden,
jag hör mitt blod kretsa, kaskanen som gömmer sig
inne i mig, som jag går omkring med,

och lika nära som mitt blod och lika långt borta
som ett minne från fyraårsåldern
hör jag långtradaren som går förbi och får de sex-
hundraåriga murarna att darra.

Här är så olikt en modersfamn som någonting kan
bli, ändå är jag ett barn just nu
som hör de vuxna prata lång borta, vinnarnas och
förlorarnas röster flyter ihop.

På de blå bänkarna sitter en gles församling. Och
pelarna reser sig som underliga träd
inga rötter (bara det gemensamma golvet) och ingen
kröna (bara det gemensamma taket).

Jag återupplever en dröm. Att jag står på en kyrko-
gård ensam. Överalt lyser ljung
så långt ögat når. Vem väntar jag på? En vän. Varför
kommer han inte? Han är redan här.

Sakta skruvar döden upp ljuset underifrån, från mar-
ken. Herden lyser allt starkate lila-
nej i en färg som ingen sett… tills morgonens bleka
ljus viner in genom ögonlocken

och jag vaknar till det där orubbliga KANSKE som
bär mig genom den vacklande världen.
Och varje abstrakt bild av världen är lika omöjlig som
ritningen till en storm.

Hemma stod allvetande Encyklopedin, en meter i
bokhyllan, jag lärde mig läsa i den.
Men varje människa får sin egen encyklopedi skriven,
den växer fram i varje själ,

den skrivs från födelsen och framåt, de hundratusen-
tals sidorna står pressade mot varann
och ändå med luft emellan! som de dallrande löven i
en skog. Motsägelsernas bok.

Der står som där andras varje stund, bilderna retu-
scherar sig själva, orden flimrar.
En svallvåg rullar genom hela texten, den följs av nästa
svallvåg, och nästa…


Czesław Miłosz

1911-2004, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

A la Naturaleza

Me apasionabas, Naturaleza, hasta que comprendí quién eras.
Se entristeció mi corazón de jovenzuelo, de luto se vistió el sol.
Me desprendí de mis atlas y herbarios, recuerdos de la ilusión.
Hice mi filósofo a Schopenhauer,
El caminante con la mirada fija en el río de las existencias de un solo día,
Las que nacen y mueren sin conciencia.
Solamente él, el hombre, concibe, se compadece,
sometido y no sometido a la ley de piedra.
Conciencia del hombre a pesar de ti, Naturaleza.
Desde entonces iba a reflexionar en ello durante toda mi vida.
¿Y quién me reprochará el antropocentrismo en los países de religión antropocéntrica
O igual de antropocéntrica falta de fe?
William Blake tenía razón al fundir en uno lo humano y lo divino.
Para nada sirven vuestras oraciones al gato, al árbol y a la constelación de las Pléyadas
O a las selvas vírgenes, como en mi ecológico sueño.

Fotos propias

Do Natury

Kochałem się w Tobie, Naturo, aż zrozumiałem kim jesteś.
Zasmuciło się moje serce podrostka, kirem oblekło się słońce.
Wyrzuciłem moje atlasy i zielniki, pamiątki urojenia.
Moim filozofem został wtedy Schopenhauer,
Wędrowiec wpatrzony w rzekę istnień jednodniowych,
Które rodzą się i umierają bez świadomości.
Tylko on, człowiek, pojmuje, współczuje,
Poddany i niepoddany kamiennemu prawu.
Świadomość człowieka na przekór tobie, Naturo.
Odtąd miałem rozmyślać o tym przez całe życie.
I któż mi zarzuci antropocentryzm w krajach antropocentrycznej religii
Albo równie antropocentrycznej niewiary?
William Blake miał rację łącząc w jedno człowieczość i boskość.
Na nic wasze modlitwy do kota, do drzewa i do gwiazdozbioru Plejady
Albo do puszcz pierwotnych, jak w moim ekologicznym marzeniu.

Fotos propias

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Gusano

A veces me hago recordar. Todas las cartas perdidas
llegan el mismo día y quemarlas no ayuda mucho.
Jirones negros giran en el aire, se posan en los labios.
En los sueños estoy cerca, se ven manchas en las sábanas.

Lavando no se quitan. A veces me hago recordar desde aquí,
sin ira en silencio susurro conjuros. Allí en seguida gritan
por la noche, se equivocan en el cálculo, rompen vasos,
un cansancio pasajero, lo siento. El jabón no lo podrá lavar.

A veces pienso en ello y no consigo dormir, aún aquí
me crecen el pelo y las uñas. A veces parece que
alguien ha venido, se oyen pasos y la tierra cae
en los ojos abiertos. Me imagino un día así.

Robak

Czasem przypominam się im. Wszystkie zaginione listy
przychodzą jednego dnia i palenie ich niewiele pomaga.
Czarne strzępy krążą w powietrzu, siadają na wargach.
W snach staję blisko, rano widać ślady na pościeli.

Nie można doprać. Czasem przypominam się stąd,
szepcę zaklęcia cicho bez złości. Tam zaraz krzyczą
w nocy, mylą się w liczeniu i nagle tłuką szkło, chwilowe
zmęczenie, przepraszam. Mydło tego nie zmyje.

Czasem myślę o tym i nie mogę zasnąć, jeszcze tutaj
rosną mi włosy i paznokcie. Czasem wydaje mi się,
że ktoś przyszedł, słychać kroki i piach sypie się
do otwartych oczu. Wyobrażam sobie taki dzień.

Leszek Kołakowski

1927-2009, Polonia (exilio en Inglaterra desde 1968)

Si Dios no existe: sobre Dios, el diablo, el pecado y otras preocupaciones de la llamada filosofía de la religión (frg.)

La idea principal se reduce a esto: lo que pertenece al pasado o al futuro no existe, por definición, más que en el recuerdo o en la esperanza, es decir, subjetivamente; mientras tanto, el presente, cuando se escudriña atentamente, disminuye hasta quedar reducido a un punto evasivo e inalcanzable que, por definición, desaparece en cuanto tratamos de capturarlo. Así pues, lo que es «en» el tiempo, nunca «es»; puede hablarse de ello como de algo que fue o que será, y, sin embargo, esas palabras no tienen sentido más que cuando está implicado un sujeto que percibe. Las cosas que no tienen memoria deben la continuidad de su identidad sólo a nuestras mentes, ya que en sí mismas no tienen ni pasado ni futuro, ni, por tanto, identidad alguna. Dotamos al mundo de cosas corruptibles, de duración y, por ello, de subsistencia, pero en este mismo acto de crearlo mentalmente, nos percatamos de nuestra propia falta de identidad, excepto de la que nos proporciona la memoria. Esto equivale a decir que lo que es, es intemporal. Y así, volvemos a los grandes iniciadores de la metafísica europea, Parménides y Heráclito, quienes, desde lados opuestos, pusieron en movimiento esta vertiginosa peonza de conceptos: lo que cambia no es; lo que es, es más allá del tiempo; si no existe nada más allá del tiempo, nada existe.

1 Foto propia 3 Fotograma de Cat People 5 Foto de Anita Hamremoen

Jeśli Bóg nie istnieje (frg.)

 Główna idea sprowadza się do tego oto: cokolwiek należy do przeszłości albo do przyszłości, nie istnieje na mocy definicji, chyba w pamięci albo antycypacji, a więc subiektywnie; tymczasem to, co teraźniejsze, przy bliższym badaniu kurczy się do nieuchwytnego punktu, który z definicji znika, gdy tylko próbujemy go schwytać. Tym samym wszystko, co jest „w” czasie, nigdy nie „jest”; można mówić o tym jako o czymś, co było albo będzie, lecz powiedzenia takie mają sens tylko wtedy, gdy zakłada się podmiot postrzegający. Rzeczy, które nie mają pamięci, zawdzięczają swoją ciągłą tożsamość tylko naszym umysłom, w sobie natomiast nie mają przeszłości ani przyszłości, a więc żadnej zgoła tożsamości. To my obdarzamy trwaniem świat rzeczy podlegających zniszczeniu, i w ten sposób utrzymujemy go w istnieniu; lecz w tym samym akcie umysłowego tworzenia świata zdajemy sobie sprawę z braku tożsamości własnej, jeśli ma ona być czymś więcej niż treścią osobniczej pamięci. To zaś tyle znaczy, że cokolwiek jest, jest bezczasowe. Tak to powracamy do wielkich inicjatorów europejskiej metafizyki, Parmenidesa i Heraklita, którzy z dwóch przeciwnych stron wprawili w ruch tę zawrotną karuzelę pojęć: tego, co się zmienia, nie ma; co jest, jest poza czasem; jeśli nie ma niczego poza czasem, to nic nie istnieje.

Clarice Lispector

1920 – 1977, Ucrania / Brasil

Trad. Sandra Santos

La pasión según G. H.

Y no olvidar, al comenzar el trabajo, estar preparada para equivocarme. No olvidar que el error muchas veces se había convertido en mi camino. Siempre que no resultaba cierto lo que pensaba o sentía, entonces se producía una brecha y, si antes hubiese tenido valor, ya habría entrado por ella. Mas siempre sentí miedo del delirio y del error. Mi error, no obstante, debía de ser el camino de una verdad: pues únicamente cuando me equivoco salgo de lo que conozco y entiendo. Si la «verdad» fuese aquello que puedo entender, terminaría siendo tan solo una verdad pequeña, de mi tamaño.
La verdad tiene que estar exactamente en lo que jamás podré comprender. Y, más tarde, ¿sería capaz de comprenderme ulteriormente? No sé.
El hombre del futuro, ¿nos entenderá como somos hoy? Distraídamente, con alguna ternura distraída, acariciará nuestra cabeza como nosotros hacemos con el perro que se nos acerca y nos mira desde dentro de su oscuridad, con ojos mudos y afligidos. Él, el hombre futuro, nos acariciaría, comprendiéndonos remotamente, como yo remotamente después iba a entenderme, bajo la memoria de la memoria de la memoria ya perdida de un tiempo de dolor, no sabiendo que nuestro tiempo de dolor iba a pasar del mismo modo que el niño pequeño no es un niño estático, sino un ser que crece.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pasja według G. H.

I nie zapomnieć, zacząwszy pracę, być gotową na pomyłki. Nie zapomnieć, że błąd wielokrotnie stawał się moja drogą. Zawsze, kiedy to co myślałam czy czułam okazywało się wątpliwe, otwierała się wówczas szczelina i, gdybym wcześniej miała odwagę, już dawno bym nią weszła. Lecz zawsze czułam strach przed delirium i błędem. Mój błąd, jednakże, zapewne musiał być droga do prawdy: bo wyłącznie, kiedy błądzę wychodzę poza to co znajome i zrozumiałe. Jeśli „prawdą” byłoby to co mogę zrozumieć, byłaby to zaledwie prawda niewielka, na moją miarę.
Prawda musi zawierać się wyłącznie w tym czego nie będę mogła zrozumieć nigdy. A później, po wszystkim, byłabym w stanie zrozumieć siebie samą? Nie wiem.
Człowiek z przyszłości, zrozumie nas jacy jesteśmy dziś? Nieuważnie, z jakimś czułym roztargnieniem, pogłaszcze nas po głowie jak zwykliśmy głaskać psa, który podchodzi do nas i patrzy na nas ze jądra swojej ciemności niemymi i udręczonymi oczami. On, człowiek z przyszłości, głaszcze nas, niejasno nas rozumiejąc, tak jak daleko później miałam zrozumieć siebie, pod ciężarem wspomnienia wspomnień pamięci już straconej czasu pełnego bólu, nie wiedząc, że nasz czas bólu miał mijać w taki sam sposób jak małe dziecko nie jest dzieckiem statycznym a istotą, która rośnie.

Francesca Woodman

A paixão segundo G. H.

E não me esquecer, ao começar o trabalho, de me preparar para errar. Não esquecer que o erro muitas vezes se havia tornado o meu caminho. Todas as vezes em que não dava certo o que eu pensava ou sentia – é que se fazia enfim uma brecha, e, se antes eu tivesse tido coragem, já teria entrado por ela. Mas eu sempre tivera medo de delírio e erro. Meu erro, no entanto, devia ser o caminho de uma verdade: pois só quando erro é que saio do que conheço e do que entendo. Se a verdade” fosse aquilo que posso entender – terminaria sendo apenas uma verdade pequena, do meu tamanho.
A verdade tem que estar exatamente no que não poderei jamais compreender. E, mais tarde, seria capaz de posteriormente me entender? Não sei.
O homem do futuro nos entenderá como somos hoje? Ele distraidamente, com alguma ternura distraída, afagará nossa cabeça como nós fazemos com o cão que se aproxima de nós e nos olha de dentro de sua escuridão, com olhos mudos e aflitos. Ele, o homem futuro, nos afagaria, remotamente nos compreendendo, como eu remotamente ia depois me entender, sob a memória da memória da memória já perdida de um tempo de dor, mas sabendo que nosso tempo de dor ia passar assim como a criança não é uma criança estática, é um ser crescente.

Transl. Idra Novey

The Passion According to G.H.

And I couldn’t forget, at the outset of the job, to prepare myself to err. Not forgetting that the error had often become my path. Every time something I was thinking or feeling didn’t work out—was because finally there was a breach, and, if I’d had courage before, I’d have already gone through it. But I’d always been afraid of delirium and error. My error, however, must be the path of a truth: since only when I err do I step out of what I know and what I understand. If “truth” were whatever I could understand — it would end up being just a small truth, one my size.
The truth must be exactly in what I shall never be able to understand. And, later, could I understand myself afterward? I don’t know.
 Will the man of the future understand us as we are today? He distractedly, with some distracted tenderness, will pet our head as we do with the dog that comes over to us and looks at us from within its darkness, with mute and afflicted eyes. He, the future man, would pet us, remotely understanding us, as I remotely would understand myself later, beneath the memory of the memory of the memory already lost of a time of pain, not knowing that our time of pain would pass just as a child is not a static child, it’s a growing being.

Giorgio de Chirico

1888-1978, Italia

Trad. César Moro

Una noche

La noche última el viento silbaba tan fuerte que creí
        iba a derribar las rocas de cartón.
Mientras duraron las tinieblas las luces eléctricas
Ardían como corazones.
En el tercer sueño me desperté cerca de un lago
Adonde venían a morir las aguas de dos ríos.
Alrededor de la mesa las mujeres leían.
Y el monje se callaba en la sombra.
Lentamente pasé el puente y en el fondo del agua oscura.
Vi pasar lentamente grandes peces negros.
Súbitamente me encontraba en una ciudad grande y cuadrada.
Todas las ventanas estaban cerradas, doquier silencio
Doquier meditación
Y el monje pasó aún al lado mío. A través los agujeros
de su cilicio podrido vi la belleza de su cuerpo pálido
         y blanco como una estatua del amor.
Al despertar la dicha dormía aún cerca de mí.

Tłum. Adam Tadeusz Bąkowski

Noc

Ostatniej nocy wiał tak silny wiatr, myślałem
że poprzewraca tekturowe skały.
Przez cały czas elektryczne światła
Płonęły jak serca w ciemności.
W trzecim śnie obudziłem się nad jeziorem
Gdzie wody dwóch rzek oddawały życie.
Wokół stołu siedziały czytające kobiety
W cieniu milczący mnich.
Powoli przeszedłem przez most i na dnie ciemnej wody
Widziałem powolny przepływ wielkich czarnych ryb.
Nagle znalazłem się w wielkim kwadratowym mieście.
Wszystkie okna były zamknięte, wszędzie była cisza
Wszędzie medytacja
I mnich znów przeszedł obok mnie. Przez dziury w zbutwiałej
włosienicy zobaczyłem piękno jego ciała, które było blade
i białe jak posąg miłości.
Obudziłem się a szczęście dalej spało obok mnie.

Une nuit

La nuit dernière le vent sifflait si fort que je croyais
         qu’il allait abattre les rochers en carton.
Tout le temps des ténèbres les lumières électriques
Ardaient comme des coeurs
Dans le troisième sommeil je me réveillai près d’un lac
Où venaient mourir les eaux de deux fleuves. Autour de la table les femmes lisaient.
Et le moine se taisait dans l’ombre.
Lentement j’ai passé le pont et au fond de l’eau obscure
Je vis passer lentement de grands poissons noirs.
Tout à coup je me trouvai dans une ville grande et carrée.
Toutes les fenêtres étaient closes, partout c’était silence
Partout c’était méditation
Et le moine passa encore à côté de moi. A travers les trous de son cilice pourri
je vis la beauté de son corps pâle et blanc comme une statue de l’amour.
Au réveil le bonheur dormait encore près de moi.

Mary Szybist

1970 – , Estados Unidos

Trad. Katherine M. Hedeen y Víctor Rodríguez Núñez

Los trovadores etc.

Solo por esta tarde, no nos burlemos de ellos.
Ni de sus reverencias, ni de sus ligas en cruz
ni de los renovados pimenteros de sus jardines
que prometen, prometen.

Por lo menos tenían ideas sobre el amor.

Todo el día hemos manejado entre maizales, ante vacas
que sacan la cabeza de los aparatos metálicos para comer.
Hemos seguido la carretera West 84, y ¿qué más?
Nos pasan volando rociadores de irrigación, enormes bobinas
de madera en los campos, ovejas que descansan, cables
telefónicos, arbustos en flor que amarillean.

Frente a nosotros, encima de nosotros, crecen las nubes, en capas,
el reverso violeta de las nubes.
Toda idea que tengo es nostalgia. Mira hacia arriba:
está el cielo que las palomas de paso oscurecían y llenaban
–que oscurecían durante días, eclipsando el sol, eclipsando
todo sonido con el trueno de sus alas.
Después de un rato, debía haber parecido que no seguían
ningún instinto ni patrón solo
a ellas mismas.

Cuando paraban, observó Audubon, rompían las ramas
de árboles recios con el peso de sus números.

Y cuando nos detengamos nosotros seguiremos ¿qué?
¿Nuestro corazón?

Los puritanos pensaban que se nos daba la capacidad de amar
solo como un milagro,
pero los trovadores sabían arder hasta consumirse,
volverse santuarios de su propio anhelo.
Lo espectacular nunca les quedó atrás.

Piensa en esos días de pájaros de pecho rojo y ala azul encima de ti.
Piensa en mí en el jardín, canturreando bajito
a mí misma en un vestido azul, un azul más oscuro que el cielo
encima de nosotros, un azul lo suficiente oscuro para tempestades
pero sin nubes.

¿En qué punto se va algo por completo?
Lo que queda de la luz del sol huye
aunque crece

–Solo por esta tarde, ¿me pondrás frente a ti
hasta que esté lo suficiente lejos que puedas
creer en mí?

Y entonces intenta, intenta acercarte
–mi maravilloso y menos de.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Trubadurzy itd.

Tylko przez ten jeden wieczór, nie śmiejmy się z nich.
Z ich ukłonów ani podwiązek
ani odwiecznych drzew pieprzowych w ich ogrodach,
które obiecują i obiecują.

Oni przynajmniej mieli pojęcie o miłości.

Cały dzień jechaliśmy przy polach kukurydzy, przy krowach
przystawiających głowy do metalowych przyrządów by jeść
Jechaliśmy drogą West 84 i co więcej?
Przeleciały zraszacze obok nas, olbrzymie drewniane szpule
na polach, przycupnięte owce, kable telefoniczne,
zażółcone kwitnące krzewy.

Przed nami, nad nami, puchną chmury, warstwami,
fioletowe podbrzusza chmur.
Przychodzi mi do głowy tylko nostalgia. Spójrz w górę:
zobaczysz pociemniałe i nabrzmiałe od przelatujących gołębi niebo-
pociemniałe na wiele dni, zaćmiewające słońce, zaćmiewające inne dźwięki
grzmotem skrzydeł.
Po chwili, wygląda na to, że nie podążały za
żadnym instynktem ani kursem tylko
wsłuchiwały się w siebie.

Kiedy się zatrzymały, Audubon zauważył,
że pod ciężarem ich liczby załamały się gałęzie rosłych drzew.

I kiedy się zatrzymamy będziemy istnieć dalej -co?
Nasze serca?

Purytanie myśleli, że dana jest nam umiejętność kochania
wyłącznie za pomocą cudu,
ale trubadurzy wiedzieli, jak w niej płonąć,
jak stać się świątynią dla własnego pragnienia.
Spektakularność nigdy nie została na bocznym torze.

Pomyśl o dniach o ptakach o czerwonych piersiach i błękitnych skrzydłach nad tobą.
Pomyśl o mnie w ogrodzie, cicho
Nucącej sobie, w niebieskiej sukience
której błękit ciemniejszy jest niż niebo nad nami, wystarczająco ciemny dla burz,
lecz bezchmurny.

W którym punkcie coś zupełnie odchodzi?
Resztki słonecznego światła znikają
Nawet gdy ono rośnie-

Tylko przez ten jeden wieczór, postawisz mnie przed sobą.
Aż oddalę się wystarczająco byś
Mógł we mnie uwierzyć?

Wtedy spróbuj, spróbuj podejść bliżej
Mój cudowny i mniejszy niż.

The Troubadours Etc.

Just for this evening, let’s not mock them.
Not their curtsies or cross-garters
or ever-recurring pepper trees in their gardens
promising, promising.

At least they had ideas about love.

All day we’ve driven past cornfields, past cows poking their heads
through metal contraptions to eat.
We’ve followed West 84, and what else?
Irrigation sprinklers fly past us, huge wooden spools in the fields,
lounging sheep, telephone wires,
yellowing flowering shrubs.

Before us, above us, the clouds swell, layers of them,
the violet underneath of clouds.
Every idea I have is nostalgia. Look up:
there is the sky that passenger pigeons darkened and filled—
darkened for days, eclipsing sun, eclipsing all other sound
with the thunder of their wings.
After a while, it must have seemed that they followed
not instinct or pattern but only
one another.

When they stopped, Audubon observed,
they broke the limbs of stout trees by the weight of the numbers.

And when we stop we’ll follow—what?
Our hearts?

The Puritans thought that we are granted the ability to love
only through miracle,
but the troubadours knew how to burn themselves through,
how to make themselves shrines to their own longing.
The spectacular was never behind them.

Think of days of those scarlet-breasted, blue-winged birds above you.
Think of me in the garden, humming
quietly to myself in my blue dress,
a blue darker than the sky above us, a blue dark enough for storms,
though cloudless.

At what point is something gone completely?
The last of the sunlight is disappearing
even as it swells—

Just for this evening, won’t you put me before you
until I’m far enough away you can
believe in me?

Then try, try to come closer—
my wonderful and less than.

Howard Altmann

1963 – , Canadá/EE.UU.

Trad. Adam Gai

Ofrendas

A la noche le ofrecí una flor
y el cielo oscuro la aceptó
como tierra que acoge
la luz.

Al desierto le ofrecí una manzana
y las dunas la recibieron
como una boca que le habla
al viento.

A la instalación le ofrecí un árbol
y el museo lo plantó
como un hombre que ve
su lugar.

Al océano le ofrecí una semilla
y su cuerpo la disolvió
como tiempo que compone
una vida.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dary

Nocy ofiarowałem kwiat
a ciemne niebo uznało go
jak ziemia. która ugaszcza
światło.

Pustyni ofiarowałem jabłko
a wydmy przyjęły je
Jak usta, które mówią
do wiatru.

Instalacji ofiarowałem drzewo
a muzeum zasadziło je
jak człowiek, który dostrzega
swoje miejsce.

Oceanowi ofiarowałem ziarno
a jego ciało rozpuściło je
jak czas, z którego składa się
życie.

Fotogramas: 1. Dieu sait quoi Jean-Daniel Pollet 2, Pina de Wim Wenders 3. Foto de Denise Grünstein

Offerings

To the night I offered a flower
and the dark sky accepted it
like earth, bedding
for light.

To the desert I offered an apple
and the dunes received it
like a mouth, speaking
for wind.

To the installation I offered a tree
and the museum planted it
like a man, viewing
his place.

To the ocean I offered a seed
and its body dissolved it
like time, composing
a life.

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Grados bajo cero

Estamos en una fiesta que no nos ama. Al final, la fiesta deja caer su máscara y se muestra como realmente es: una estación de cambio de trenes. Fríos colosos sobre raíles en la niebla. Una tiza ha garabateado en las puertas de los vagones.

No se puede mencionar, pero aquí hay mucha violencia reprimida. Por eso son tan pesados los detalles. Y es tan difícil ver lo otro que también existe: una mancha de sol que cambia de sitio en la pared de la casa y resbala a través del inconsciente bosque de rostros centelleantes; una cita bíblica que nunca ha sido escrita: “Ven a mí, porque yo soy tan contradictoria como tú.”

Mañana trabajo en otra ciudad. Susurro hacia allá a través de la niebla matinal que es un cilindro negriazul. Orión cuelga encima de la capa de hielo. Hay un grupo silencioso de niños esperando el autobús escolar, niños por los que nadie reza. La luz crece lentamente como nuestro pelo.

Tłum. Mirosław Rodziewicz

Minusowe stopnie

Jesteśmy na zabawie, która nas nie kocha. Pod koniec zabawa opuszcza maskę i pokazuje swe prawdziwe ja: plac manewrowy. Zimne kolosy stoją we mgle, na szynach. Kreda namazała coś na drzwiach wagonów.

Nie powinno się o tym wspominać, ale jest tu dużo stłumionej przemocy. To dlatego detale są tak ciężkie. I tak trudno zobaczyć inne rzeczy: plamę słońca przemieszczającą się po ścianie i zjeżdżającą poprzez nieświadomy las drżących twarzy, słowo biblijne, którego nigdy nie zapisano: „Chodź do mnie, ponieważ mam naturę równie sprzeczną jak ty”.


Jutro pracuję w innym mieście. Lecę tam porankiem będącym wielkim czarno-niebieskim cylindrem. Orion wisi nad mrozem. Dzieci stoją w cichej grupie i czekają na szkolny autobus, dzieci za które nikt się nie modli. Światło rośnie wolno jak nasze włosy.

Fotos propias

Transl. Robin Fulton

Below Zero

We are at a party that doesn’t love us. At last the party lets its mask drop and shows itself for what it really is: a marshalling yard. Cold colossi stand on rails in the mist. A piece of chalk has scribbled on the wagon doors.

It shouldn’t be said but there is much suppressed violence here. That’s why the components are so heavy. And why it’s so hard to see something else that’s there too: a little reflection from a mirror, flitting on the house-walls and gliding through the unknowing forest of glimmering faces, a biblical text which was never written: ‘Come unto me, for I am full of contradictions like you.’

Tomorrow I am working in another town. I swish towards it through the morning hour which is like a big dark-blue cylinder. Orion hangs above the ground-frost. Children are standing in a silent cluster waiting for the school bus, children no one prays for. The light is growing as slowly as our hair.

Minusgraden

Vi är på en fest som inte älskar oss. Till sist låter festen sin mask falla och visar sig som den verkligen är: en växlings- bangård. Kalla kolosser står på skenor i dimman. En krita harklottrat på vagnsdörrarna.

Det får inte nämnas, men här finns mycket undertryckt våld. Därför är detaljerna så tunga. Och så svårt att se det andra som också finns: en solkatt som flyttar sig på husväggen och glider genom den ovetande skogen av flimrande ansikten, ett bibelord som aldrig skrevs: ‘Kom till mig, ty jag är mot- sägelsefull som du själv.’

I morgon arbetar jag i en annan stad. Jag susar dit genom morgontimman som är en stor svartblå cylinder. Orion hanger ovanför tjälen. Barn står i en tyst klunga och väntar på skol-bussen, barn som ingen ber för. Ljuset växer sakta som vårt hår.