Vladimír Holan

1905-1980, República Checa

Trad. Clara Janés

amantes

Donde cae una estrella a la que mira la amante,
le empiezan a salir los dientes a la tierra…

Donde cae una estrella a la que mira el amante,
la tierra ya madura devora a través de la tumba…

Y, sin embargo, el susto de ambos se esfuerza por una vida nueva,
aunque aquí todo es solamente un momento,
ya que incluso los ángeles son avaros:
meten el dedo en el paraíso
y sólo nos lo dejan lamer…

Yann Gross del álbum Aya

Tłum. Leszek Engelking

Kochankowie

Gdzie spadnie gwiazda, na którą patrzy kochanka,
tam już się ziemi wyrzynają ząbki…

Gdzie spadnie gwiazda, na którą patrzy kochanek,
tam dojrzała już ziemia pożera mogiłą…

A przecież przestrach ich obojga
przełamuje się w nowe życie,
choćby i wszystko tutaj było tylko chwilą,
albowiem nawet aniołowie są skąpi:
wetkną palec do raju i dają go nam oblizać…

Adam Zagajewski

1945- 21 de marzo 2021 , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

mirlo

Sobre la antena de la tele se posó un mirlo
y cantó una suave canción de jazz.
¿De quién te despides? ¿A quién lamentas?, pregunté,
me despido de los que se fueron, dijo el mirlo,
me despido del día (de sus ojos y de sus pestañas),
lloro por una muchacha que vivió en Tracia,
-a la que no pudiste conocer-.
Me da pena el mimbre, que lo mate el frío.
Lloro porque todo es efímero y muta
y retorna, pero nunca bajo la misma forma.
En mi garganta angosta apenas cabe
la tristeza, el desconsuelo, la alegría y el orgullo
de una metamorfosis tan radical.
El cortejo fúnebre va desfilando ante mis ojos
cada noche desfila igual, allí, sobre el hilo del horizonte.
Allí van todos, a todos ellos los miro y de todos ellos me despido.
Diviso los sables y los sombreros, pañuelos y descalzos pies,
cañones, tinta y sangre. Desfilan lentos
y se desvanecen en la neblina fluvial, a la derecha.
Me despido de ellos y de ti y de la luz también
para dar la bienvenida a la noche, porque a la noche sirvo,
a sus sedas negras, a su negro poder.

Fotos propias

kos

Na antenie TV siedział kos
i śpiewał jazzową, miękką piosenkę.
Kogo żegnasz? – spytałem – Co opłakujesz?
Żegnam tych, co odeszli, powiedział kos,
żegnam dzień (oczy i rzęsy tego dnia),
opłakuję pewną dziewczynę, która żyła w Tracji
– nie mogłeś jej znać.
Żal mi wikliny, którą zabije mróz.
Płaczę, bo wszystko przemija i przemienia się
i powraca, lecz nigdy w tej samej postaci.
Moje wąskie gardło ledwie mieści
smutek, rozpacz, radość i dumę
z powodu tak radykalnej metamorfozy.
Orszak żałobny przesuwa się przede mną
co wieczór tak samo, o tam, na nitce horyzontu.
Wszyscy tam idą, wszystkich oglądam i żegnam.
Widzę szable i kapelusze, chustki, bose stopy,
armaty, krew i atrament. Idą powoli
i znikają w nadrzecznej mgle, po prawej stronie.
Żegnam ich i ciebie i światło,
a potem witam noc, bo nocy służę,
czarnym jedwabiom, czarnym mocom.

Vladimír Holan

1905-1980, República Checa

Trad. Clara Janés

¿De nuevo?

¿De nuevo, noche, confabulada con la naturaleza,
me haces esta pregunta?
Pues sí, he amado la vida,
y por eso tan a menudo he cantado la muerte.
La vida sin ella es impalpable,
la vida sólo con ella es imaginable,
y por eso es absurda…


Fotografías de Jerry Uelsmann

Tłum. Ada Trzeciakowska

Znowu, nocy?

Znowu, nocy, zmówiona z przyrodą,
zadajesz mi to pytanie?
Więc tak, kochałem życie,
i przez to tak często opiewałem śmierć.
Życie bez niej jest nienamacalne
życie tylko z nią jest niewyobrażalne,
i dlatego jest absurdalne…

Znovu mi, noci?

Znovu mi, noci, ty spiklenkynì pøírody ,
pokládáš tuto otázku?
Tedy ano, zamiloval jsem si život
a proto jsem tolikrát opival smrt.
Život bez ní je nehmatatelný,
pouze s ní je život pøedstavitelný,
a proto je absurdní…


Adam Zagajewski

1945- 21 de marzo 2021 , Polonia

Esta noche, el día de la poesía se nos ha ido Adam Zagajewski. Los que me leéis sabéis que fue el poeta al que más entradas he dedicado, traducciones y un videopoema, que sé que vio por medio de Xavier Farré. Simplemente siento estar rota. Con este poema que rezuma belleza, sabiduría y tristeza quería despedirme de él y agradecerle por todo lo que ha aportado a mi vida con su escritura.

Trad. Xavier Farré

Lava

Y qué, pensé, si tienen razón
tanto Heráclito como Parménides
y uno junto al otro dos mundos existen,
uno tranquilo, el otro loco; una flecha
corre sin reflexión y la otra la observa
con tolerancia: la misma ola fluye y no fluye,
los animales nacen y mueren al mismo tiempo,
las hojas de abedules juguetean con el viento y a la vez
fenecen en la llama herrumbrosa y cruel.
La lava mata y perpetúa, el corazón golpea
y es golpeado, hubo guerra, no hubo guerra,
los judíos han muerto, los judíos viven, las ciudades ardieron, 
las ciudades están en pie, el amor palidece, el beso eterno,
las alas del halcón han de ser marrones,
tú sigues conmigo aunque ya no estamos, 
las naves naufragan, la arena canta y las nubes
vagabundean como jirones de velos nupciales.

Todo está perdido. Tanta alucinación. Las colinas
portan cautelosamente las largas banderas del bosque,
el moho trepa por la torre de piedra de la iglesia
y alaba con sus labios tímidamente el norte. 
En el crepúsculo, los jazmines como lámparas feroces
brillan aturdidos por su propio resplandor.
En el museo se estrechan ante el lienzo oscuro
las pupilas felinas de alguien. Todo está acabado.
Los jinetes galopan en sus corceles negros, el tirano redacta
la condena a muerte repleta de errores de estilo.
La juventud se vuelve nada en el transcurso
de un solo día, los rostros de las muchachas se tornan
medallones, la desesperación se torna encanto
y los tersos frutos de las estrellas crecen en el cielo
como uvas, y la belleza dura, trémula e impasible,
y Dios está y se muere, y la noche regresa a nuestro lado
cada atardecer, y el rocío encanece el alba.

Mariposa muerta y perpetua

Lawa

Cóż, pomyślałem, jeżeli jednocześnie
Heraklit i Parmenides mają rację
i tuż obok siebie istnieją dwa światy,
jeden spokojny, drugi szalony; jedna strzała
mknie bez pamięci a druga przygląda się jej
z pobłażaniem; ta sama fala płynie i nie płynie.
zwierzęta rodzą się i giną w tej samej chwili,
listki brzozy bawią się wiatrem i jednocześnie
niszczeją w rdzawym, okrutnym płomieniu.
Lawa zabija i utrwala, serce uderza
i jest uderzone, była wojna, wojny nie było,
Żydzi umarli, Żydzi żyją, miasta spłonęły,
miasta stoją, miłość płowieje, wieczny pocałunek,
skrzydła jastrzębia muszą być brązowe,
ty wciąż jesteś ze mną chociaż nas już nie ma,
okręty toną, piasek śpiewa i chmury
wędrują jak strzępy weselnych welonów.

Wszystko stracone. 
Tyle olśnienia. Wzgórza
niosą ostrożnie długie chorągwie lasu,
mech wchodzi na kamienną wieżę kościoła
i małymi ustami nieśmiało chwali północ.
O zmierzchu jaśminy świecą jak dzikie
lampy oszołomione własnym blaskiem.
W muzeum przed ciemnym płótnem zwężają się
czyjeś kocie źrenice. 
Wszystko skończone.
Jeźdźcy pędzą na czarnych koniach, tyran układa
wyrok śmierci pełen błędów stylistycznych.
Młodość zamienia się w nicość w ciągu
jednego dnia, twarze dziewcząt zamieniają się
w medaliony, rozpacz zamienia się w zachwyt
i twarde owoce gwiazd rosną na niebie
jak winogrona i piękno trwa drżące i nieporuszone
i Bóg jest i umiera, noc wraca do nas
co wieczór a świt jest siwy od rosy.

Vladimír Holan

1905-1980, República Checa

Trad. Clara Janés

En la profundidad de la noche

a Jaroslav Seifert

«¿Cómo no ser?», te preguntas y hasta acabas por decirlo
en voz alta…
Pero el árbol y la piedra lo callan,
aunque ambos son hijos de la palabra y por tanto mudos,
ya que la palabra se asusta de ver lo que ha sido de ella…
Pero los nombres aún los tienen. Los nombres: pino,
arce, álamo temblón. ..y los nombres: feldespato,
basalto, fonolita, amor… Bellos nombres,
sólo que asustados de ver en qué se han convertido.

Fotos propias

Tłum. Ada Trzeciakowska

Głęboko w nocy

Jaroslavowi Seifertovi

„Jak nie być!” Pytasz się, a nawet mówisz…
Drzewo i kamień milczą,
choć oba są słowem a zatem nieme,
odkąd słowo przerażone jest tym, co się z nim stało…
Ale nazwy nadal mają. Nazwy: sosna,
klon, osika… I nazwy: skaleń,
bazalt, fonolit, miłość… Piękne nazwy,
lecz przerażone tym, co się z nimi stało…

Transl. Jarmila and Ian Milner

Deep in the Night

for Jaroslav Seifert

‘How not to be!’ you ask yourself and in the end say it
aloud…
But tree and stone are silent
though each is born of the word and therefore dumb
since the word is afraid of what it has become.
But names they still have. Names: pine,
maple, aspen…. And names: feldspar,
basalt, phonolite, love. Beautiful names,
afraid only of what they have become.

Hluboko v noci

Jaroslavu Seifertovi

„Jak nebýt!“ ptáš se a dokonce to vyslovíš…
To strom anebo kámen mlčí,
ač oba jsou ze slova a tedy němé,
pokud je slovo zděšeno tím, co se z něho stalo…
Ale jména dosud mají. Jména: borovice,
babyka, osika… A jména: živec,
čedič, znělec, láska… Krásná jména,
jenomže zděšená tím, co se z nich stalo…


Vladimír Holan

1905-1980, República Checa

Trad. Ada Trzeciakowska

Mozartiana (II)

XIII

Oyó cantar un ruiseñor y nadie lo convencerá
que cantaría mejor, si lo hubiesen cegado.
Oyó cantar a un joven y nadie lo convencerá
que cantaría mejor, si lo hubiesen castrado.
Oyó cantar a una muchacha y nadie lo convencerá
que cantaría mejor si hubiese conocido el derecho de la pernada.

Lo que fue creado, aquí ha de amarse,
sin que uno siquiera toque al otro.
Y si en el mar dos navíos se estrellan contra ellos mismos,
no es por el odio del uno por el otro…

Fotografías de Josef Sudek

Tłum. Leszek Engelking

Mozartiana (II)

XIII

Słyszał jak śpiewa słowik i nikt mu nic wmówi,
że śpiewałby lepiej, gdyby go oślepić.
Słyszał jak śpiewa chłopiec i nikt mu nic wmówi,
że śpiewałby lepiej, gdyby go wykastrować.
Słyszał jak śpiewa dziewczyna i nikt mu nie wmówi,
że śpiewałaby lepiej poznawszy,
czym jest ius primae noctis…

To, co stworzone, ma się tutaj kochać,
choćby nawet jeden nie dotknął drugiego.
A jeśli się o siebie rozbiją na morzu dwa okręty,
to przecież nie z wzajemnej ku sobie nienawiści.

MOZARTIANA (II)

XIII

Slyšel zpívat slavíka a nikdo mu nenamluví,
že by zpíval líp, kdyby byl oslepen.
Slyšel zpívat chlapce a nikdo mu nenamluví,
že by zpíval líp o vykleštění.
Slyšel zpívat dívku a on nevěřil,
že by zpívala líp po právu první noci …

Co bylo stvořeno, má se zde milovat,
aniž se možná byť jen dotkne jeden druhého.
A roztříští-li se na moři dvě lodi o sebe,
není to z nelásky té jedné k druhé …


Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Trad. Agata Orzeszek

Los Errantes

Estoy aquí

He madurado. En un principio, al despertarme en lugares extraños, pensaba que estaba en casa. Solo al cabo de un rato reparaba en los detalles desconocidos que iba desvelando la luz del día. Los gruesos cortinajes del hotel, la forma del televisor, mi maleta destripada, las toallas blancas diligentemente dobladas. El nuevo lugar asomaba de detrás de los visillos, velado, misterioso, las más de las veces blanco o amarillento por obra del alumbrado urbano.
Algo más tarde, sin embargo, entré en la fase que los psicólogos del viaje llaman «No sé dónde estoy». Me despertaba completamente desorientada. Intentaba –como un alcohólico en plena borrachera– recordar qué había hecho la noche anterior, dónde había estado, adónde me conducían los caminos, reconstruía detalle tras detalle para descubrir el aquí y ahora. Cuanto más duraba el proceso, mayor era el pánico, un estado desagradable, parecido a la laberintitis, la pérdida del equilibrio básico, al borde de las náuseas. Que dónde coño estoy. Pero los detalles del mundo, que son misericordiosos, acababan dándome la pista correcta: Estoy en M. Estoy en B. Esto es un hotel y esto otro el piso de una amiga o la habitación de invitados en casa de la familia N. El sofá de los amigos X. Semejante despertar equivalía al sello en el billete necesario para continuar el viaje.
Sin embargo, la más importante es la etapa número tres, etapa clave –según la psicología del viaje– que constituye el destino definitivo; viajemos a donde viajemos, siempre nos dirigimos hacia él. «No importa dónde estoy», da igual dónde. Aquí. Aquí estoy.

Bieguni

Jestem

Rozwinęłam się. Na początku, budząc się w obcych miejscach, myślałam, że jestem w domu. Dopiero po chwili rozpoznawałam nieznane szczegóły, odsłonięte teraz przez światło dnia. Ciężkie hotelowe zasłony, bryła telewizora, moja rozbebeszona walizka, białe, schludnie złożone ręczniki. Nowe miejsce ukazywało się zza firanek, zakwefione, tajemnicze, najczęściej białokremowe lub żółte od ulicznych latarni.
Potem jednak weszłam w fazę, którą psychologowie podróżni nazywają „Nie wiem, gdzie jestem”. Budziłam się zupełnie zdezorientowana. Usiłowałam – jak alkoholik w ciągu – przypomnieć sobie, co robiłam poprzedniego wieczoru, gdzie byłam, dokąd wiodły mnie drogi, odtwarzałam szczegół po szczególe, aby odczytać teraz i tutaj. A im dłużej trwała ta specjalna procedura, tym większa pojawiała się panika, nieprzyjemny stan, podobny do choroby błędnika, utraty podstawowej równowagi, zbierający na mdłości. Gdzie ja, do cholery, jestem. Lecz detale świata są litościwe i w końcu naprowadzały mnie na właściwy trop. Jestem w M. Jestem w B. To jest hotel, a to mieszkanie mojej przyjaciółki, pokój gościnny u rodziny N. Kanapa u znajomych.
Takie przebudzenie było jak podstemplowanie biletu na dalszą drogę.
Następny jest jednak etap trzeci, jak mówi psychologia podróżna, wieńczący, kluczowy, etap, który stanowi ostateczny cel; dokądkolwiek byśmy podróżowali, podróżujemy zawsze w jego kierunku. „Nieważne, gdzie jestem”, wszystko jedno, gdzie jestem. Jestem.

Transl. Jennifer Croft

Flights

I’m here

I’ve progressed. At first, when I would wake up some place new, I’d think I was at home. It would take me a minute to make out the unfamiliar details, now disclosed by daylight. The heavy hotel drapes, the hefty TV set, my messy suitcase, the meticulously folded white towels. As a new place took shape beyond the curtains, wimpled, enigmatic, frequently cream-coloured or yellow still from the street lamps.
But then I entered into a phase that travel psychologists refer to as ‘I Don’t Know Where I Am’. I’d wake up totally disoriented. Like an alcoholic coming to, I would try to remember what I’d done the previous evening, where I’d been and how I’d got there, going over every detail in an effort to decipher the here and now. And the longer this procedure would take, the more I would panic – an unpleasant state, similar to labyrinthitis, the loss of basic balance, verging on nausea. Where in God’s name am I? But the world is merciful in its particularities, which would always steer me back in the right direction in the end. I’m in M. I’m in B. This is a hotel, this is my friend’s apartment, the guest room in the home of the N. family. Someone’s sofa.
This type of awakening was like getting my ticket stamped for the next part of my journey.
Then came a third phase, which travel psychology refers to as the key phase, the crowning phase. In this phase, whatever your destination might be, you are always heading in that direction. ‘It Doesn’t Matter Where I Am,’ it makes no difference. I’m here.



Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Ada Trzeciakowska

La Galería (fragm.)

Voces en el micrófono decían: La velocidad es el poder.
¡La velocidad es el poder!
¡Sigue el juego, the show must go on!

En nuestras carreras nos movemos rígidamente paso a paso
como en el teatro 
con máscaras, gritando la canción: ¡Yo, soy Yo!
El derrotado
es representado por una manta enrollada.

Un artista dijo: Antes era un planeta
con mi propia atmósfera densa.
Los rayos del exterior se refractaban en arcoíris.
Las constantes tormentas rugían dentro, dentro.

Ahora estoy quemado, árido y abierto.
Ya carezco de esa energía infantil.
Tengo un lado caliente y un lado frío.

Ningún arcoíris.

Máscaras de teatro Noh

Tłum. Leonard Neuger

Galeria (frg.)

Głosy w mikrofonie mówiły: Tempo to potęga,
tempo to potęga!
Graj w tę grę, the show must go on!

W karierze poruszamy się sztywno krok za krokiem
jak w teatrze no
z maskami, rycząc pieśń: Ja, to Ja!
Ten kto przegrał reprezentowany jest przez zwinięty koc.

Artysta mówił: Dawniej byłem planetą
z własną gęstą atmosferą,
na której załamywały się w tęczę promienie z zewnątrz.
Ciągłe burze szalały wewnątrz, wewnątrz.

Teraz jestem skończony i suchy i otwarty.
Brakuje mi obecnie dziecięcej energii.
Mam stronę gorącą i stronę zimną.

Żadnych tęcz.

Transl. Patty Crane

The Gallery (fragm.)

Voices in the microphone said: Speed is power
speed is power!
Play the game, the show must go on!

We move through our career stiffly, step by step
like in a Noh play
with masks, shrieking song: Me, it’s Me!
Whoever’s defeated
is represented by a rolled-up blanket.

An artist said: I used to be a planet
with my own dense atmosphere.
Incoming rays were refracted into rainbows.
Continuous thunderstorms raged within, within.

Now I’m burnt-out and dry and open.
I no longer have childlike energy.
I have a hot side and a cold side.

Full text here

Gallerit

Röster i mikrofonen sa: Fart är makt
fart är makt!
Spela spelet, the show must go on!

I karriären rör vi oss stelt steg för steg
som i ett no-spel
med masker, skrikande sång: Jag, det är Jag!
Den som slogs ut
representerades av en hoprullad filt.

En konstnär sa: Förr var jag en planet
med en egen tät atmosfär.
Strålarna utifrån bröts där till regnbågar.
Ständiga åskväder rasade inom, inom.

Nu är jag slocknad och torr och öppen.
Jag saknar numera barnslig energi.
Jag har en het sida och en kall sida.

Inga regnbågar.

Fullständig text här

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Breve pausa en el concierto de órgano

El órgano cesa de tocar y hay un silencio mortal en la iglesia,
   pero solo durante un par de segundos.
Entonces atraviesa el leve rumor del tráfico
   de afuera, el gran órgano.

Sí, estamos rodeados del murmullo del tráfico que anda
   alrededor de las paredes de la catedral.
El mundo exterior resbala como un filme transparente
   y con sombras que luchan en pianissimo.

Como incluido entre los ruidos de la calle, escucho uno
   de mis latidos golpear el silencio;
oigo mi sangre circular, la cascada oculta
   dentro de mí, con la que ando a cuestas,

y tan cerca como mi sangre y tan lejos como
   un recuerdo de los cuatro años,
escucho el camión de carga que pasa y hace temblar
   los muros de seiscientos años.

He aquí lo más opuesto posible a un abrazo de madre;
   sin embargo, ahora soy precisamente un niño que,
oye a los adultos hablar lejos; las voces de los ganadores
   y de los perdedores se mezclan.

En los bancos azules hay una pequeña reunión.
   Y las columnas se alzan como extraños árboles:
sin raíces (solo el suelo es común) y sin
   copa (solo el techo es común).

Vuelvo a vivir un sueño. Estoy solo en un cementerio.
   Por todos los lados relampaguea
hasta donde la vista alcanza. ¿A qué espero? A un amigo.
   ¿Por qué no viene? Él ya ha llegado.

Lentamente, la muerte destornilla la luz desde abajo, del suelo.
   El prado brilla, cada vez más violeta
-no, es un color que nadie ha visto… hasta que la luz pálida
   de la mañana silba a través de los párpados

y no despierto en el inconmovible quizás que
   me lleva por el mundo vacilante.
Y cada imagen abstracta del mundo es tan imposible como
   dibujar una tormenta.

En casa estaba el sabelotodo. La Enciclopedia, un metro en
   la biblioteca; he aprendido a leerla.
Pero cada persona tiene  escrita su propia enciclopedia,
   ella crece en cada alma,

se escribe del nacimiento hacia adelante, los cientos de miles
   de páginas apretadas la una contra la otra
-¡y sin embargo hay aire entre ellas!- como las hojas que
   tiemblan en un bosque. Libro de las contradicciones.

Lo que está allí cambia a cada instante, las imágenes se retocan a
   sí mismas, centellean las palabras.
Un torrente de ellas marcha por todo el texto, seguido de
   la próxima ola, y la próxima…

Fotogramas de La catedral de Tomasz Bagiński

Tłum. Leonard Neuger

Krótka pauza w koncercie organowym

Organy kończą grać i kościół zalega śmiertelna cisza
ale tylko na parę sekund.
Wreszcie przenika słaby warkot ruchu
ulicznego, większych organów…

Cóż, osaczeni jesteśmy przez bełkot ruchu ulicznego
wędrujący wzdłuż murów katedry.
Tam przesuwa się świat zewnętrzny jak przeźroczysty film
z walczącymi cieniami w pianissimo.

Jakby należał do dźwięków z ulicy, słyszę, jak jeden
z mych pulsów bije w ciszy,
słyszę, jak moja krew krąży, kaskada ukryta
w moim wnętrzu, z którą łażę w kółko po świecie.

Bliziutko jak moja krew i daleko
jak wspomnienie z okresu, gdy się miało cztery lata,
słyszę ciężarówkę, która przejeżdża obok i wprawia w drżenie
te sześćsetletnie mury.

To się tak różni od matczynych objęć, jak tylko
można się różnić, a jednak jestem właśnie teraz dzieckiem,
które słyszy, jak dorośli gdzieś daleko rozmawiają. Głosy zwycięzców
i zwyciężonych wymieszane.

Na tych niebieskich ławkach siedzi przerzedzona parafia. A
kolumny wznoszą się jak dziwaczne drzewa:
bez korzeni (tylko wspólna posadzka) i bez korony
(tylko wspólny strop).

Na nowo przeżywam sen. Stoję na cmentarzu parafialnym
samiusieńki. Wszędzie jak okiem sięgnąć
błyszczy wrzos. Na kogo czekam? Na przyjaciela. Czemu
nie nadchodzi? Jest już tutaj.

śmierć ostrożnie podkręca światło od spodu, z ziemi.
Wrzosowisko świeci coraz liliowiej —
nie, w kolorze, którego nikt nie widział…póki blade
światło poranka świszcząc nie wleci przez powieki

i nie obudzę się na to niewzruszone MOŻE, które
niesie mnie przez ten zataczający się świat.
I każdy abstrakcyjny obraz świata jest również niemożliwy
jak rysunek sztormu.

W domu stała wszechwiedząca Encyklopedia, metr na
półce. Na niej uczyłem się czytać.
Lecz każdy człowiek spisuje własną encyklopedię.
Ona wyrasta w każdej duszy.

Pisana jest od narodzin w przód. Setki tysięcy ściśniętych stron
a jeszcze między nimi jest powietrze! Jak drgające liście w lesie.
Księga przeciwstawień.

To, co w niej napisane, zmienia się w każdej chwili, obrazy retuszują się same. Migoczą słowa.
Strumień toczy się przez cały tekst, za nim następny
Strumień i następny…

Transl. Robin Fulton

Brief pause in the organ recital

The organ stops playing and it’s deathly quiet in the church, but only for a couple of seconds.
And the faint rumbling penetrates from the traffic out there, that greater organ.

For we are surrounded by the murmuring of the traffic, it flows along the cathedral walls.
The outer world glides there like a transparent film and with shadows struggling pianissimo.

And as if it were part of the street noise I hear one of my pulses beating in the silence,
I hear my blood circulating, the cascade that hides inside me, that I walk about with,

and as close as my blood and as far away as a memory from when I was four,
I hear the trailer that rumbles past and makes the six-hundred-year-old walls tremble.

This could hardly be less like a mother’s lap, yet at the moment I am like a child,
hearing the grown-ups talking far away, the voices of the winners and the losers mingling.

On the blue benches a sparse congregation. And the pillars rise like strange trees:
no roots (only the common floor) and no crown (only the common roof).

I relive a dream. That I’m standing alone in a churchyard. Everywhere heather glows
as far as the eye can reach. Who I am waiting for? A friend. Why doesn’t he come. He’s here already.

Slowly death turns up the lights from underneath, from the ground. The heath shines, a stronger and stronger purple —
no, a colour no one has seen … until the morning’s pale light whines in through the eyelids

and I waken to that unshakeable PERHAPS that carries me through the wavering world.
And each abstract picture of the world is as impossible as the blue-print of a storm.

At home stood the all-knowing Encyclopedia, a yard of bookshelf, in it I learnt to read.
But each one of us has his own encyclopedia written, it grows out of each soul,

it’s written from birth onwards, the hundreds of thousands of pages stand pressed against each other
and yet with air between them! Like the quivering leaves in a forest. The book of contradictions.

What’s there changes by the hour, the pictures retouch themselves, the words flicker.
A wake washes through the whole text, it’s followed by the next wave, and then the next …

Kort paus i orgelkonserten

Orgeln slutar att spela-och det blir dödstyst i kyrkan
men bara ett par sekunder.
Så tränger det svaga brummandet igenom från
trafiken därute, den större orgeln.

Ja, vi är omslutna av trafikens mumlande som vandrar
runt längs domkyrkans väggar.
Där glider yttervärlden som en genomskinlig film
och med kämpande skuggor i pianissimo.

Som om den ingick bland ljuden från gatan hör jag en
av mina pulsar slå i tystnaden,
jag hör mitt blod kretsa, kaskanen som gömmer sig
inne i mig, som jag går omkring med,

och lika nära som mitt blod och lika långt borta
som ett minne från fyraårsåldern
hör jag långtradaren som går förbi och får de sex-
hundraåriga murarna att darra.

Här är så olikt en modersfamn som någonting kan
bli, ändå är jag ett barn just nu
som hör de vuxna prata lång borta, vinnarnas och
förlorarnas röster flyter ihop.

På de blå bänkarna sitter en gles församling. Och
pelarna reser sig som underliga träd
inga rötter (bara det gemensamma golvet) och ingen
kröna (bara det gemensamma taket).

Jag återupplever en dröm. Att jag står på en kyrko-
gård ensam. Överalt lyser ljung
så långt ögat når. Vem väntar jag på? En vän. Varför
kommer han inte? Han är redan här.

Sakta skruvar döden upp ljuset underifrån, från mar-
ken. Herden lyser allt starkate lila-
nej i en färg som ingen sett… tills morgonens bleka
ljus viner in genom ögonlocken

och jag vaknar till det där orubbliga KANSKE som
bär mig genom den vacklande världen.
Och varje abstrakt bild av världen är lika omöjlig som
ritningen till en storm.

Hemma stod allvetande Encyklopedin, en meter i
bokhyllan, jag lärde mig läsa i den.
Men varje människa får sin egen encyklopedi skriven,
den växer fram i varje själ,

den skrivs från födelsen och framåt, de hundratusen-
tals sidorna står pressade mot varann
och ändå med luft emellan! som de dallrande löven i
en skog. Motsägelsernas bok.

Der står som där andras varje stund, bilderna retu-
scherar sig själva, orden flimrar.
En svallvåg rullar genom hela texten, den följs av nästa
svallvåg, och nästa…


Czesław Miłosz

1911-2004, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

A la Naturaleza

Me apasionabas, Naturaleza, hasta que comprendí quién eras.
Se entristeció mi corazón de jovenzuelo, de luto se vistió el sol.
Me desprendí de mis atlas y herbarios, recuerdos de la ilusión.
Hice mi filósofo a Schopenhauer,
El caminante con la mirada fija en el río de las existencias de un solo día,
Las que nacen y mueren sin conciencia.
Solamente él, el hombre, concibe, se compadece,
sometido y no sometido a la ley de piedra.
Conciencia del hombre a pesar de ti, Naturaleza.
Desde entonces iba a reflexionar en ello durante toda mi vida.
¿Y quién me reprochará el antropocentrismo en los países de religión antropocéntrica
O igual de antropocéntrica falta de fe?
William Blake tenía razón al fundir en uno lo humano y lo divino.
Para nada sirven vuestras oraciones al gato, al árbol y a la constelación de las Pléyadas
O a las selvas vírgenes, como en mi ecológico sueño.

Fotos propias

Do Natury

Kochałem się w Tobie, Naturo, aż zrozumiałem kim jesteś.
Zasmuciło się moje serce podrostka, kirem oblekło się słońce.
Wyrzuciłem moje atlasy i zielniki, pamiątki urojenia.
Moim filozofem został wtedy Schopenhauer,
Wędrowiec wpatrzony w rzekę istnień jednodniowych,
Które rodzą się i umierają bez świadomości.
Tylko on, człowiek, pojmuje, współczuje,
Poddany i niepoddany kamiennemu prawu.
Świadomość człowieka na przekór tobie, Naturo.
Odtąd miałem rozmyślać o tym przez całe życie.
I któż mi zarzuci antropocentryzm w krajach antropocentrycznej religii
Albo równie antropocentrycznej niewiary?
William Blake miał rację łącząc w jedno człowieczość i boskość.
Na nic wasze modlitwy do kota, do drzewa i do gwiazdozbioru Plejady
Albo do puszcz pierwotnych, jak w moim ekologicznym marzeniu.

Fotos propias