E. M. Forster

1879-1970, Inglaterra

Trad. Eduardo Mendoza

Howards End (La mansión)

—No se apene —rogó él—. No podría soportarlo. Todo irá bien si encuentro trabajo. Si pudiera encontrar un trabajo… un trabajo permanente, nada volvería a ser tan triste como ha sido hasta ahora. Ya no me interesan los libros como antes. Estoy convencido de que con un trabajo permanente podríamos estabilizarnos de nuevo. Eso hace que uno deje de pensar.
            —¿Estabilizarse en qué?
            —Simplemente estabilizarse.
            —¡Y a esto le llama usted vida! —dijo Helen con un nudo en la garganta—. ¿Cómo puede usted decir… con todas las cosas maravillosas que existen por ver y por hacer… con la música… con los paseos nocturnos…?
            —Los paseos están muy bien cuando se tiene trabajo —respondió Leonard—. En cierta ocasión dije un montón de tonterías, pero no hay nada como ver a un oficial de juzgado en casa para olvidarse de ellas. Cuando le vi manosear mis libros de Ruskin y de Stevenson, vi la vida tal y como es, y le aseguro que no es una visión agradable. Ahora mis libros están otra vez en su sitio gracias a usted, pero nunca volverán a ser lo que fueron para mí; y nunca volveré a pensar que la noche en el bosque es maravillosa.
            —¿Por qué no? —dijo Helen cerrando violentamente la ventana.
            —Porque ahora comprendo que hay que tener dinero.
            —Está usted en un error.
            —Ojalá estuviera en un error, pero, mire, el sacerdote tiene dinero propio o lo recibe de sus feligreses; el poeta y el músico, tres cuartos de lo mismo; el vagabundo, otro tanto. El vagabundo acude al final de su vida al asilo y se le paga con dinero de los demás. Miss Schlegel, lo único real es el dinero, todo lo demás es un sueño.
            —Continúa usted en un error. Ha olvidado la muerte.
            Leonard no entendía.
            —Si viviéramos eternamente, lo que usted dice sería cierto. Pero hemos de morir, hemos de dejar esta vida. La injusticia y la ambición serían lo único real si viviéramos eternamente, pero tal como son las cosas, hemos de ocuparnos de algo más, porque la muerte se aproxima. Me gusta la muerte, no de un modo morboso, sino por lo que tiene de explicación total. La muerte explica la vaciedad del dinero. La muerte y el dinero son los eternos enemigos. No la vida y la muerte. No importa lo que exista después de la muerte, míster Bast; tenga por seguro que el poeta, el músico y el vagabundo serán más felices que el hombre que nunca ha aprendido a decir: «Yo soy».
            —Lo dudo.
            —Estamos todos sumergidos en la niebla, lo sé, pero en este sentido algo le puedo decir: los hombres como los Wilcox están más sumergidos en la niebla que ningún otro. ¡Ah, los sanos y sensatos ingleses, que construyen imperios y nivelan el mundo con lo que ellos llaman sentido común! Nómbreles la muerte y se ofenderán, porque la muerte es auténticamente imperial y se lo grita a la cara constantemente.
            —Yo temo tanto a la muerte como cualquiera.
            —Sí, pero no a la idea de la muerte.
            —¿Cuál es la diferencia?
            —Una diferencia infinita —dijo Helen con mayor gravedad que antes.
            Leonard la miró interrogativamente y tuvo conciencia de que surgían grandes cosas de la noche tenebrosa, pero no podía percibirlas porque su corazón seguía lleno de cosas pequeñas. Como la vez que perdió su paraguas en el concierto del Queen’s Hall, la pérdida reciente había obstruido la visión de la divina armonía. La muerte, la vida y el materialismo eran hermosas palabras, pero ¿le admitiría míster Wilcox en su empresa como administrativo? Dijera lo que dijese, míster Wilcox era un rey en su mundo, un superhombre, con su propia moral y con la cabeza invisible, más allá de las nubes.
            —Debo de ser un idiota —dijo a modo de disculpa.
            Para Helen, en cambio, la paradoja se le aparecía con toda claridad: «La muerte destruye al hombre; la idea de la muerte, le redime». Más allá de los ataúdes y los esqueletos que anidan en las mentes vulgares se oculta algo tan inmenso que todo lo que hay de grande en nosotros responde a su llamada. Los hombres retroceden ante la imagen del sepulcro en el que entrarán algún día, pero el amor sabe algo más: la muerte es su enemiga, pero es también su caballero andante; en el transcurso de su combate secular, los músculos del amor se han fortalecido y su vista se ha aclarado de tal modo que su presencia se ha vuelto irresistible.
            —Nunca abandone —continuó diciendo ella, y repitió una y otra vez la vaga pero convincente tesis de que lo invisible se aloja en lo visible.

Fotogramas de Howards End de James Ivory (1992)

Tłum. Ewa Krasińska

Howards End (Domostwo pani Wilcox)

Niech się pani nie przejmuje — powiedział błagalnie. — Nie mogę tego znieść. Jeśli tylko otrzymam posadę, wszystko będzie dobrze. Gdybym tylko znalazł pracę — jakieś stałe zajęcie. Wtedy wszystko znów się ułoży. Książki już mnie tak nie zajmują jak dawniej. Wyobrażam sobie, że mając stałą pracę potrafię się na nowo urządzić. Praca pozwala człowiekowi nie myśleć.
—    Urządzić się? Jak?
—    Ot, po prostu urządzić się.
—    I to ma być życie! — zawołała Helena czując ucisk w gardle. — Jak pan może, kiedy jest tyle pięknych rzeczy, które można zobaczyć i zrobić… i muzyka… i nocne spacery…
—    Na nocne spacery może sobie pozwolić człowiek, który ma stałą posadę — powiedział. — Och, tak, opowiadałem kiedyś masę głupstw, ale nic tak ich nie wypędza z głowy jak wizyta komornika. Kiedy przewracał moich Ruskinów i Stevensonów, to było tak, jakbym zobaczył nagie życie bez żadnych obsłonek, i nie był to przyjemny widok. Dzięki pani odzyskałem swoje książki, ale już nigdy nie będą dla mnie tym, czym dawniej, i noc spędzona w lesie nigdy już nie będzie miała dla mnie tego uroku, co kiedyś.
—    Dlaczego? — zapytała Helena odchodząc od okna.
—    Bo zrozumiałem, że trzeba mieć pieniądze.
—    Nie, nie ma pan racji.
—    Chciałbym się mylić, ale… Ksiądz ma albo własne pieniądze, albo pensję, tak samo poeta czy muzyk; z włóczęgą jest podobnie. Albo kończy w przytułku, albo dostaje pieniądze od innych ludzi. Proszę pani, pieniądze są najważniejsze — reszta to tylko marzenie.
—    Mimo wszystko nie ma pan racji. Zapomniał pan o śmierci.
Leonard nie rozumiał.
—    To, co pan powiedział, byłoby prawdą, gdybyśmy żyli wiecznie. Ale musimy umrzeć, musimy w którymś momencie opuścić życie. Niesprawiedliwość i zachłanność byłyby istotnie najważniejsze, gdybyśmy żyli wiecznie. Ale ponieważ jest tak, jak jest, musimy się trzymać innych rzeczy — bo czeka nas śmierć. Kocham śmierć, nie jakąś chorobliwą miłością, ale za to, czego nas uczy. Obnaża pustkę pieniądza. Śmierć jest najzaciętszym wrogiem pieniądza. Nie życia. Obojętne, co nas czeka po śmierci, panie Bast, najważniejsza rzecz, to pewność, że każdego poetę, muzyka i włóczęgę czeka po tamtej stronie lepszy los niż człowieka, który nigdy nie nauczył się mówić: „ja jestem ja”.
—    Czy ja wiem?
—    Wiem, że nic nie wiemy, ale mogę pana pocieszyć, że tacy ludzie jak Wilcoxowie wiedzą jeszcze mniej niż inni. Rozsądni, solidni Anglicy. Twórcy imperiów, sprowadzający świat do poziomu tak zwanego zdrowego rozsądku. Ale kiedy im przypomnieć o śmierci czują się obrażeni, bo śmierć jest prawdziwym imperium, które gromić ich będzie po wieczne czasy.
—    Ja też boję się śmierci, jak każdy człowiek.
—    Ale nie idei śmierci.
—    Co to za różnica?
—    Nieskończona — odparła Helena z jeszcze większą powagą.
Leonard patrzył na nią w zadumie, czując, iż z ciemności nocy płyną ku niemu jakieś wielkie sprawy. Ale nie potrafił ich przyjąć, ponieważ umysł miał wciąż zaprzątnięty drobnymi sprawami. Podobnie jak utrata parasola zepsuła mu kiedyś koncert w Queen’s Hall, tak teraz utrata posady zagłuszyła anielskie chóry. Śmierć, życie, materializm — to piękne słowa, ale czy pan Wilcox da mu posadę? Cokolwiek by się powiedziało, nie zmieni to faktu, że prawdziwym władcą tego świata, nadczłowiekiem, który rządzi się własnymi prawami moralnymi i głową sięga chmur, jest pan Wilcox.
—To dla mnie za mądre — powiedział ze skruchą.
Natomiast Helena coraz bardziej upewniała się w swym paradoksalnym odkryciu. „Śmierć niszczy człowieka; idea śmierci zbawia go”. Poza trumnami i szkieletami, które paraliżują przyziemne umysły, jest coś ogromnego, co budzi w nas i wyzwala wielkość. Niech się światowcy wzdragają na myśl o kostnicy, do której pewnego dnia i tak muszą trafić — miłość jest mądrzejsza. Śmierć jest jej przeciwnikiem, ale godnym przeciwnikiem i w odwiecznej walce miłość nabierać będzie tężyzny i jasności widzenia, aż stanie się silniejsza od wszystkiego.
—I dlatego nie wolno się poddawać — ciągnęła dziewczyna powtarzając wciąż i wciąż na nowo mglistą, ale przekonywającą myśl, że widzialne czai się naprzeciwko niewidzialnego.

Howards End

“Don’t you worry,” he pleaded.  “I can’t bear that.  We shall be all right if I get work.  If I could only get work–something regular to do.  Then it wouldn’t be so bad again.  I don’t trouble after books as I used.  I can imagine that with regular work we should settle down again.  It stops one thinking. “
    “Settle down to what?”
    “Oh, just settle down.”
    “And that’s to be life!” said Helen, with a catch in her throat.  “How can you, with all the beautiful things to see and do–with music–with walking at night–“
    “Walking is well enough when a man’s in work,” he answered.  “Oh, I did talk a lot of nonsense once, but there’s nothing like a bailiff in the house to drive it out of you.  When I saw him fingering my Ruskins and Stevensons, I seemed to see life straight real, and it isn’t a pretty sight.  My books are back again, thanks to you, but they’ll never be the same to me again, and I shan’t ever again think night in the woods is wonderful.”
    “Why not?” asked Helen, throwing up the window.
    “Because I see one must have money.”
    “Well, you’re wrong.”
    “I wish I was wrong, but–the clergyman–he has money of his own, or else he’s paid; the poet or the musician–just the same; the tramp–he’s no different.  The tramp goes to the workhouse in the end, and is paid for with other people’s money.  Miss Schlegel, the real thing’s money and all the rest is a dream.”
    “You’re still wrong.  You’ve forgotten Death.”
    Leonard could not understand.
    “If we lived for ever what you say would be true.  But we have to die, we have to leave life presently.  Injustice and greed would be the real thing if we lived for ever.  As it is, we must hold to other things, because Death is coming.  I love Death–not morbidly, but because He explains.  He shows me the emptiness of Money.  Death and Money are the eternal foes.  Not Death and Life.  Never mind what lies behind Death, Mr. Bast, but be sure that the poet and the musician and the tramp will be happier in it than the man who has never learnt to say, ‘I am I.'”
    “I wonder.”
    “We are all in a mist–I know but I can help you this far–men like the Wilcoxes are deeper in the mist than any.  Sane, sound Englishmen!  building up empires, levelling all the world into what they call common sense.  But mention Death to them and they’re offended, because Death’s really Imperial, and He cries out against them for ever.”
    “I am as afraid of Death as any one.”
    “But not of the idea of Death.”
    “But what is the difference?”
    “Infinite difference,” said Helen, more gravely than before.
    Leonard looked at her wondering, and had the sense of great things sweeping out of the shrouded night.  But he could not receive them, because his heart was still full of little things.  As the lost umbrella had spoilt the concert at Queen’s Hall, so the lost situation was obscuring the diviner harmonies now.  Death, Life and Materialism were fine words, but would Mr. Wilcox take him on as a clerk?  Talk as one would, Mr. Wilcox was king of this world, the superman, with his own morality, whose head remained in the clouds.
    “I must be stupid,” he said apologetically.
    While to Helen the paradox became clearer and clearer.  “Death destroys a man: the idea of Death saves him.” Behind the coffins and the skeletons that stay the vulgar mind lies something so immense that all that is great in us responds to it.  Men of the world may recoil from the charnel-house that they will one day enter, but Love knows better.  Death is his foe, but his peer, and in their age-long struggle the thews of Love have been strengthened, and his vision cleared, until there is no one who can stand against him.
    “So never give in,” continued the girl, and restated again and again the vague yet convincing plea that the Invisible lodges against the Visible.  


Novela Matvéieva

1934-2016, Rusia

Espíritu de las cosas

Amo las casas donde las cosas no son bienes, 
donde las cosas más fácilmente son barcas en el atracadero. 
Y no amo las cosas sin una preferencia
de mágica relación con las cosas. 

No, no está en ti, hogar, tu poderío 
aunque todos tus leños son como palabras exactas 
no va mi adoración hasta allí
y no habrá fuego entre la piedra y el leño. 

Me dicen: deja de soñar, dibuja la realidad,
escribe como debe ser: bota, herradura, peral. 
Pero hay en la realidad una apariencia. 
Y yo busco bajo la apariencia el espíritu.

Yo repito por doquier y en todas partes: 
No está la sal en la sal. Ni el clavo en el clavo.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Dusza rzeczy

Kocham domy, gdzie rzeczy nie są niczyją własnością,
Gdzie rzeczy są lżejsze niż łodzie na przystani.
I nie lubię rzeczy bez przywileju
Magicznego związku z rzeczami.

Nie, nie w tobie, ognisko domowe, twoja moc:
Choć pełnyś drewna, jak usta słów
Nie bój się- nie oparzę się nawet tutaj
Nie będzie ogień pośrednikiem między nami.

Mówili mi: porzuć marzenia, rysuj rzeczywistość;
Pisz tak jak jest: but, podkowa, grusza…
Ale i rzeczywistość miewa pozory,
A ja duszy szukam ponad pozorami.

I powtarzam wszem i wszędzie:
Nie w soli sól. Gwóźdź też nie w gwoździu.

Lubin Baugin Le Dessert de gaufrettes. Fotograma de Todas las mañanas del mundo de Alain Corneau

Душа вещей

Люблю дома, где вещи – не имущество,
Где вещи легче лодок на причале.
И не люблю вещей без преимущества
Волшебного общения с вещами.

Нет, не в тебе, очаг, твое могущество:
Хоть весь дровами, точно рот словами,
Набейся – я и тут не обожгусь еще,
Не будь огонь посредником меж нами.

Мне скажут: брось мечты, рисуй действительность;
Пиши как есть: сапог, подкову, грушу…
Но есть и у действительности видимость,
А я ищу под видимостью душу.

И повторяю всюду и везде:
Не в соли соль. Гвоздь тоже не в гвозде.

Marzanna Bogumiła Kielar

1963- , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Antes del anochecer

El día se quita el cuerpo primero.
Las alas de mariposa de la realidad, la huella de la picadura.
Abandona sus sombras, ciudades-bloques erráticos-. El día se quita

los ojos en los que aún giran las cornejas sobre la pendiente de una colina arada,
y el lago es como un altar de sacrificios, de sangre cansada. Se quita los labios
y la lengua, caligrafía de la duración- palabras como unas orugas negras y amarillas

sobre un capullo vivo-. Las palabras reforzando la tierra con sus raíces,
blanquecinas por culpa de los huesos.
Aún por la orilla de su propia existencia camina

como si fuera la orilla del mar- como si fuera ya un sueño que se resuelve
lúcidamente. Siega a la hélice del viento que recorre
los arrabales oscurecidos. Atento, cada vez con más presencia,

a pesar de sangrar con el lóbulo oeste del cielo,
deja atrás las nubes agarrándose a las briznas de mimbre
reflejadas en el agua. A pesar de privarse del calor de los seres y la ligereza del junco

al que doblarán luego las tormentas de invierno. Corta el flujo de las horas
antes de caer en la grieta del sueño y se lleva un banco de imágenes.
El día escuchó a Plotino quien a la pregunta “¿cómo conocer a Dios?”

contestó: “¡renuncia, prívate de todo!”
Entonces la oscuridad se vuelve espesa.
Y progresa- .

Fotas propias: Povedilla y Perelló

Dzień najpierw odejmuje sobie ciało.
Motyle skrzydła jawy, ślad po ukąszeniu.
Porzuca własne cienie, miasta – narzutowe głazy. Dzień odejmuje sobie

oczy, w których kołują wrony nad stokiem zaoranego wzgórza,
a jezioro jest jak ofiarny ołtarz, ociężały, we krwi. Odejmuje wargi
i język, kaligrafię trwania — słowa jak czarnożółte gąsienice

na żywym oprzędzie. Słowa umacniające korzeniami ziemię,
pobielałe od kości.
Jeszcze brzegiem własnego istnienia idzie

jak brzegiem morza – jakby już był ułudą, przytomnie
rozwiązującą siebie. Kosi śmigło wiatru przelatującego
przez zmierzchające przedmieścia. Uważny, coraz mocniej obecny,

choć krwawi płatem zachodniego nieba,
zostawia za sobą chmury, chwytające się odbitych w wodzie
gałęzi wierzb. Choć odejmuje sobie ciepło istot i sprężystość trzciny

którą łamią dopiero zimowe zawieje. Odcina potok godzin
zanim wpadnie w szczelinę snu, porywając ławicę obrazów.
Dzień usłyszał Plotyna, który na pytanie „jak poznać Boga?”

odpowiedział: „odrzuć, odejmij wszystko!”
Wtedy gęstnieje ciemność.
I rusza –

Przed nocą

Z tomiku Nawigacje (2018)

Plotino

Krzysztof Ćwikliński

1960 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Banquete

Cuando pintó el banquete, sabía que no podía
faltar de nada: la mesa como un oscuro nogal

se derramaba a través de los ventanales. Después de pensarlo mucho,
ordenó desde la mesa a los invisibles sirvientes que lo recogieran todo,

y él se pasó toda la noche preparando el lienzo.
Al banquete le faltaba muerte. Así que empezó desde el principio

y cuando la mesa surgió de nuevo, se sentó junto a ella
engalanado de oro y seda con dos puñados de ceniza

Pinturas de Agostino Arrivabene y fotografía de Julia Hetta

Uczta

Kiedy malował ucztę, wiedział, że nie może
Zabraknąć w niej niczego: stół jak ciemny orzech

Rozlał się między okna. Potem myśląc długo
Ze stołu kazał sprzątnąć niewidzialnym sługom

A sam płótno noc całą dokładnie gruntował
Na uczcie brakło śmierci. Rozpoczął od nowa

I kiedy stół znów stanął, posadził u stołu
Strojne w złoto i jedwab dwie garści popiołu…

Krzysztof Ćwikliński

1960 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

La cuerda de luz

El Universo es un instrumento repleto de hojas marchitas
del geranio. El sonido puro es un sujeto lírico.
Margarita es una monja muerta. Resplandece
la cuerda de luz del laúd en la sala de música.

Y es ella, que no existe, la que rasguea esa cuerda,
que no existe, del laúd, que tampoco existe.
Escucho, pero tampoco yo existo. La irrefutable prueba
de nuestra existencia cae en un vacío ideal…

Si pudiera ser música sería esta melodía, Folias de España… Escena de Todas las mañanas del mundo. Guión de Pascal Quignard, obras de Marin Marais tocadas por Jordi Savall.

Struna światła

Wszechświat jest instrumentem całym w zwiędłych liściach
Geranium. Czysty dźwięk jest podmiotem lirycznym
Małgorzata jest zmarłą zakonnicą. Błyska
Struna światła u lutni w pokoju muzycznym

Tak więc ta, której nie ma, potrąca tę strunę
Której nie ma, u lutni, której nie ma również.
Słucham, lecz i mnie nie ma. Niezbity argument
Naszego bytu wpada w idealną próżnię…