Mark Strand

1934-2014, EE. UU.

Trad. Ezequiel Zaindewerg

XLV en “Dark Harbor”

Estoy seguro de que encontrarías brumoso este lugar,
y sus montones de chalets de piedra que habría que arreglar urgentemente.
Unos grupos de almas, enfundadas en túnicas, están sentadas en los campos,

o van por los caminos serpenteantes de tierra. Son amables
y ajenas a sus cuerpos que, silbando, atraviesa
el viento. No hace mucho,

me detuve a descansar en un lugar en que una bruma
especialmente espesa subía desde el río. Alguien
que había dicho conocerme de hace años

se acercó y me contó que en los alrededores
había muchos poetas que deseaban regresar a la vida.
Estaban listos para pronunciar las palabras que no habían podido decir,

palabras cuya ausencia había sido el silencio del amor,
del dolor, y del placer, incluso. Después se fue a reunir con un grupito,
que estaba junto a un fuego. Me pareció reconocer

algunas de las caras, pero a medida que me iba acercando escondían
sus rostros debajo de las alas. Yo giré la cabeza y miré en dirección a las colinas
que se alzaban sobre el río, donde la luz dorada del crepúsculo

Fotogramas de El sanatorio de la clepsidra de W. J. Has (1973)

Tłum.  Agnieszka Kołakowska

XLV w “Mroczna przystań”

Narzekałbyś tu na mgłę, i na te liche chaty
Posklecane z kamieni.
Grupki dusz siedzą w polach, okryte pelerynami,

Albo się snują po krętych, nieubitych drogach.
Są grzeczne i nieczułe na głucho świszczący wiatr,
Który przeszywa ich ciała.

Przystanąłem odpocząć w miejscu, gdzie mgła znad rzeki
Była szczególnie gęsta. Ktoś podszedł do mnie, twierdząc,
Że lata temu mnie znał, i powiedział,

Że bardzo wielu poetów, którzy błąkają się tutaj,
Chciałoby wrócić do życia: chcieliby wypowiedzieć
To, czego dawniej wysłowić nie umieli –

Te słowa, których brak był milczeniem miłości,
Bólu, nawet rozkoszy. Potem przyłączył do grupki
Zebranej wokół ogniska. Niektóre spośród twarzy

Wydały mi się znajome, lecz na mój widok wszyscy
Wsunęli głowy pod skrzydła. Spojrzałem na pagórki
Wznoszące się nad rzeką, gdzie wschód i zachód słońca

Są tak samo złociste. Coś trzepotało skrzydłami,
Latając tam i z powrotem, aż zastygło w powietrzu.
Był to anioł, z tych dobrych, i zaraz miał zaśpiewać.

XLV from “Dark Harbor”

I am sure you would find it misty here,
With lots of stone cottages badly needing repair.
Groups of souls, wrapped in cloaks, sit in the fields

Or stroll the winding unpaved roads. They are polite,
And oblivious to their bodies, which the wind passes through,
Making a shushing sound. Not long ago,

I stopped to rest in a place where an especially
Thick mist swirled up from the river. Someone,
Who claimed to have known me years before,

Approached, saying there were many poets
Wandering around who wished to be alive again.
They were ready to say the words they had been unable to say

Words whose absence had been the silence of love,
Of pain, and even of pleasure. Then he joined a small group,
Gathered beside a fire. I believe I recognized

Some of the faces, but as I approached they tucked
Their heads under their wings. I looked away to the hills
Above the river, where the golden lights of sunset

And sunrise are one and the same, and saw something flying
Back and forth, fluttering its wings. Then it stopped in mid-air.
It was an angel, one of the good ones, about to sing.

Mark Strand

1934-2014, EE. UU.

Trad. Martín López Vega

La colina

He llegado tan lejos sólo con mis piernas,
Perdiendo autobuses, perdiendo taxis,
Y siempre subiendo. Un pie delante del otro,
Así es como lo hago.

No me importa cómo la colina continúa.
Hierba junto al camino, un árbol agitando
Sus hojas negras. ¿qué más da?
Cuanto más camino, más lejos estoy de todo.

Un pie delante del otro. Las horas pasan.
Un pie delante del otro. Los años pasan.
Los colores de la llegada se apagan.
Así es como lo hago.

Mi videopoema, adaptación de “La colina”. Se presentará en una exposición colectiva en España esta semana. Grabado entre España y Polonia.

Tłum. Grzegorz Musiał

Wzgórze

Zaszedłem tak daleko o własnych siłach
spóźniając się na autobusy, taksówki,
wciąż idąc pod górę. Stawiając stopę za stopą,
tak robię.

Nie dbam jaki stromy jest stok.
Trawa rośnie wzdłuż drogi, drzewo otrząsa
czarne liście. Co z tego?
Im dłużej idę, tym dalej jestem od wszystkiego.

Stopa za stopą. Mijają godziny.
Stopa za stopą. Mijają lata.
Barwy z początku drogi bledną.
Tak to robię.

The Hill

I have come this far on my own legs,
missing the bus, missing taxis,
climbing always. One foot in front of the other,
that is the way I do it.

It does not bother me, the way the hill goes on.
Grass beside the road, a tree rattling
its black leaves. So what?
The longer I walk, the farther I am from everything.

One foot in front of the other. The hours pass.
One foot in front of the other. The years pass.
The colors of arrival fade.
That is the way I do it.

Mark Strand

1934-2014, EE. UU.

Trad. Ada Trzeciakowska

La noche, el porche

Clavar los ojos en la nada es aprender de memoria
Aquello dentro de lo que seremos arrastrados todos; exponerse
Al viento es sentir lo inasible en algún lugar, por aquí cerca.
Los árboles que se mezan o estén quietos. El día o la noche como quieran.
Lo que deseamos, más que una estación o el tiempo, es la comodidad
De seguir desconocidos, aunque sea para nosotros. Ése es el quid
De la cuestión, pareciera que aun hora estamos esperando
Algo cuya aparición podría suponer a la vez su desvanecimiento-
El sonido, pongamos, de unas hojas que caen o de una sola
O menos. Lo que hay para aprender es infinito. Es lo que dice
El Libro ahí fuera, aunque no se escribió con nosotros en mente.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Noc, ganek

Wpatrując się w nicość uczymy się na pamięć
tego co nas wszystkich kiedyś pochłonie; wystając
na wietrze czujemy obecność tego co Niepojęte gdzieś tu obok.
Drzewa się kołyszą lub tkwią nieruchome. Dzień czy noc jak zechcą.
Bardziej niż pór roku czy pogody, pragniemy komfortu
bycia dla siebie niepoznanymi. Problem w tym, że
że nawet teraz wydaje się, że czekamy
Na coś, co zjawiając się mogłoby też się rozwiać –
Coś jak dźwięk, załóżmy, spadających liści lub tylko jednego
Albo mniej. Uczymy się siebie bez końca. Gdzieś tam mówi tak
księga, choć nie napisano jej z myślą o nas.

The Night, The Porch

To stare at nothing is to learn by heart
What all of us will be swept into, and baring oneself
To the wind is feeling the ungraspable somewhere close by.
Trees can sway or be still. Day or night can be what they wish.
What we desire, more than a season or weather, is the comfort
Of being strangers, at least to ourselves. This is the crux
Of the matter, which is why even now we seem to be waiting
For something whose appearance would be its vanishing —
The sound, say, of a few leaves falling, or just one leaf,
Or less. There is no end to what we can learn. The book out there
Tells us as much, and was never written with us in mind.

Mark Strand

1934-2014, EE. UU.

Recomiendo leer este poema junto con otro de A. Świrszczyńska

Trad. Juan Carlos Galeano

Tłum. Stanisław Barańczak

El matrimonio

El viento viene de polos opuestos,
viajando lentamente.

Ella gira en el aire profundo.
Él anda en las nubes.

Ella se alista,
sacude los cabellos,

se pinta los ojos,
sonríe.

El sol calienta sus dientes,
la punta de la lengua se los humedece.

Él saca el polvo de su traje
y se arregla la corbata.

Fuma.
Pronto se van a encontrar.

El viento los junta.
Se hacen señas.

Cerca, más cerca.
Se abrazan.

Ella arregla una cama.
Él se quita los pantalones.

Se casan
y tienen un hijo.

El viento se los lleva
en diferentes direcciones.

El viento es fuerte, piensa
mientras se arregla la corbata.

Me gusta este viento, dice ella
Vistiéndose.

El viento abre sus alas.
Para ellos, el viento lo es todo.

Małżeństwo

Wiatr przybywa niespiesznym lotem
z przeciwległych biegunów.
 
Ona obraca się w głębokim powietrzu.
On stąpa w obłokach.
 
Ona doprowadza się do porządku,
potrząsa włosami,
 
maluje oczy,
uśmiecha się.
 
Słońce nagrzewa jej zęby,
zwilżane czubkiem języka.
 
On strzepuje pył z garnituru
i poprawia krawat.
 
Pali papierosa.
Wkrótce się spotkają.
 
Wiatr niesie ich ku sobie coraz bliżej.
Machają rękami.
 
Jeszcze bliżej.
Obejmują się.
 
Ona ściele łóżko.
On ściąga spodnie.
 
Biorą ślub
i mają dziecko.
 
Wiatr unosi ich dwoje
w przeciwne strony.
 
Ależ ten wiatr silny, myśli on,
kiedy poprawia krawat.
 
Przyjemny ten wiatr, mówi ona,
kiedy wkłada suknię.
 
Wiatr ogarnia coraz szersze przestrzenie.
Dla nich ten wiatr jest wszystkim.

Imagen de Troche

The Marriage

The wind comes from opposite poles,
traveling slowly.
 
She turns in the deep air.
He walks in the clouds.
 
She readies herself,
shakes out her hair,
 
makes up her eyes,
smiles.
 
The sun warms her teeth,
the tip of her tongue moistens them.
 
He brushes the dust from his suit
and straightens his tie.
 
He smokes.
Soon they will meet.
 
The wind carries them closer.
They wave.
 
Closer, closer.
They embrace.
 
She is making a bed.
He is pulling off his pants.
 
They marry
and have a child.
 
The wind carries them off
in different directions.
 
The wind is strong, he thinks
as he straightens his tie.
 
I like this wind, she says
as she puts on her dress.
 
The wind unfolds.
The wind is everything to them.