Robert Wyatt

1945 – , Gran Bretaña

Trad. Ada Trzeciakowska

Canción del mar (letra)

Te ves diferente cada vez que llegas
De la espuma de cresta salada
Tu piel brillando suavemente a la luz de luna.
Parte pez, parte delfín, parte cría de cachalote
¿Acaso soy tuyo y tú eres mía para que juguemos así?
Bromas aparte, ebria eres maravillosa, ebria por lo general me gustas más
De madrugada me caes casi bien

Pero no puedo entenderte tan distinta por la mañana
Cuando llega la hora de jugar a ser humano por un momento, por favor, sonríe
Serás diferente en primavera, lo sé,
Eres una criatura marina estacional, como la estrella de mar que se deja llevar por la marea
Y mientras tu sangre corre al encuentro de la próxima luna llena
Tu locura concuerda agradablemente con la mía
Tu lunatismo concuerda perfectamente con el mío, tan mío

No estamos solos

Sea song (lyric)

You look different every time you come
From the foam-crested brine
It’s your skin shining softly in the moonlight
Partly fish, partly porpoise, partly baby sperm whale
Am I yours? Are you mine to play with?
Joking apart, when you’re drunk you’re terrific when you’re drunk
I like you mostly late at night you’re quite alright

But I can’t understand the different you in the morning
When it’s time to play at being human for a while, please smile
You’ll be different in the Spring, I know
You’re a seasonal beast like the starfish that drift in with the tide, with the tide
So until your blood runs to meet the next full moon
You’re madness fits in nicely with my own, with my own
Your lunacy fits neatly with my own, my very own

We’re not alone

Sea song

Wyglądasz inaczej za każdym razem, gdy
Przybywasz z piany słonej fali,
Twoja skóra świeci delikatnie w świetle księżyca.
Trochę ryba, trochę morświn, trochę mały kaszalot.
Czy ja jestem twój, czy ty jesteś moja żeby w to grać?
Żarty na bok, kiedy jesteś pijana, jesteś wspaniała,
Kiedy jesteś pijana, przeważnie Cię lubię
Późno w nocy, jesteś całkiem w porządku.

Ale nie mogę zrozumieć tak innej Ciebie rano
Kiedy nadchodzi czas, żeby być człowiekiem na chwilę,
proszę uśmiechnj się.
Będziesz inna na wiosnę, wiem, jesteś migrującym stworzeniem
jak rozgwiazda, co płynie z prądem.
Więc dopóki twoja krew płynie na spotkanie następnej pełni księżyca,
Twóje szaleństwo wpasowuje się ładnie w moje własne.
Twój obłęd idealnie wpasowuje się w mój, w mój własny.

I nie jesteśmy sami.

Fotograma de la película polaca The Lure (2015)

Federico García Lorca

1898-1936, España

Inmoral tales de Walerian Borowczyk

Pequeño vals vienés

En Viena hay diez muchachas, 
un hombro donde solloza la muerte 
y un bosque de palomas disecadas. 
Hay un fragmento de la mañana 
en el museo de la escarcha. 
Hay un salón con mil ventanas. 
        ¡Ay, ay, ay, ay! 
Toma este vals con la boca cerrada.

Este vals, este vals, este vals, 
de sí, de muerte y de coñac 
que moja su cola en el mar.

Te quiero, te quiero, te quiero, 
con la butaca y el libro muerto, 
por el melancólico pasillo, 
en el oscuro desván del lirio, 
en nuestra cama de la luna 
y en la danza que sueña la tortuga. 
        ¡Ay, ay, ay, ay! 
Toma este vals de quebrada cintura.

En Viena hay cuatro espejos 
donde juegan tu boca y los ecos. 
Hay una muerte para piano 
que pinta de azul a los muchachos. 
Hay mendigos por los tejados. 
Hay frescas guirnaldas de llanto. 
        ¡Ay, ay, ay, ay! 
Toma este vals que se muere en mis brazos.

Porque te quiero, te quiero, amor mío, 
en el desván donde juegan los niños, 
soñando viejas luces de Hungría 
por los rumores de la tarde tibia, 
viendo ovejas y lirios de nieve 
por el silencio oscuro de tu frente. 
        ¡Ay, ay, ay, ay! 
Toma este vals del “Te quiero siempre”.

En Viena bailaré contigo 
con un disfraz que tenga 
cabeza de río. 
¡Mira qué orilla tengo de jacintos! 
Dejaré mi boca entre tus piernas, 
mi alma en fotografías y azucenas, 
y en las ondas oscuras de tu andar 
quiero, amor mío, amor mío, dejar, 
violín y sepulcro, las cintas del vals.

Trad. Leonard Cohen

Take This Waltz

Now in Vienna there’s ten pretty women
There’s a shoulder where Death comes to cry
There’s a lobby with nine hundred windows
There’s a tree where the doves go to die
There’s a piece that was torn from the morning
And it hangs in the Gallery of Frost
Ay, Ay, Ay, Ay
Take this waltz, take this waltz
Take this waltz with the clamp on its jaws

Oh I want you, I want you, I want you
On a chair with a dead magazine
In the cave at the tip of the lily
In some hallways where love’s never been
On a bed where the moon has been sweating
In a cry filled with footsteps and sand
Ay, Ay, Ay, Ay
Take this waltz, take this waltz
Take its broken waist in your hand

This waltz, this waltz, this waltz, this waltz
With its very own breath of brandy and Death
Dragging its tail in the sea

There’s a concert hall in Vienna
Where your mouth had a thousand reviews
There’s a bar where the boys have stopped talking
They’ve been sentenced to death by the blues
Ah, but who is it climbs to your picture
With a garland of freshly cut tears?
Ay, Ay, Ay, Ay
Take this waltz, take this waltz
Take this waltz it’s been dying for years

There’s an attic where children are playing
Where I’ve got to lie down with you soon
In a dream of Hungarian lanterns
In the mist of some sweet afternoon
And I’ll see what you’ve chained to your sorrow
All your sheep and your lilies of snow
Ay, Ay, Ay, Ay
Take this waltz, take this waltz
With its “I’ll never forget you, you know!”

This waltz, this waltz, this waltz, this waltz …

And I’ll dance with you in Vienna
I’ll be wearing a river’s disguise
The hyacinth wild on my shoulder,
My mouth on the dew of your thighs
And I’ll bury my soul in a scrapbook,
With the photographs there, and the moss
And I’ll yield to the flood of your beauty
My cheap violin and my cross
And you’ll carry me down on your dancing
To the pools that you lift on your wrist
Oh my love, Oh my love
Take this waltz, take this waltz
it’s yours now. It’s all that there is

Tłum. Maciej Zembaty

Weź ten walc

Dziesięć ładnych kobiet jest w Wiedniu
I jest ramię, gdzie Śmierć płacze rzewnie
I przedsionek, co ma okien dziewięćset
I jest drzewo cmentarne gołębic
Jest tam także strzęp szary poranka
Który wisi w Mroźnej Galerii
Aj, aj, aj, aj. Weź ten walc, weź ten walc
Weź ten walc z klamerką na szczękach

Ach, chcę ciebie, chcę ciebie, chcę ciebie
Na krześle z gazetą nieżywą
I w pieczarze na lilii koniuszku
W korytarzu, gdzie miłości nie było
Na tym łóżku, gdzie księżyc się poci
W krzyku pełnym kroków i piasku
Aj, aj, aj, aj. Weź ten walc, weź ten walc
Jego talię pękniętą weź w ręce

Ten walc, ten walc, ten walc
Z oddechem pachnącym koniakiem i Śmiercią
Zanurza w morzu swój ogon

Koncertowa sala jest w Wiedniu
Gdzie twe usta miały tysiąc recenzji
I jest bar pełen chłopców milczących
Których blues skazał na karę śmierci
Któż to wspina się do twego portretu
Z wieńcem ze świeżo ściętych łez ?
Aj, aj, aj, aj. Weź ten walc, weź ten walc
On umiera od lat, więc go weź

Jest tam strych, gdzie bawią się dzieci
I gdzie z tobą położę się wnet
W sennym świetle węgierskich latarni
W jakiś słodki wieczór we mgle
I zobaczę, co przykułaś do smutku
Wszystkie owce i lilie jak śnieg
Aj, aj, aj, aj. Weź ten walc razem z tym:
“Nie zapomnę cię nigdy, ty wiesz”

Ten walc, ten walc, ten walc
Z oddechem pachnącym koniakiem i Śmiercią
Zanurza w morzu swój ogon

I zatańczę z tobą w Wiedniu
Będę kostium miał rzeki na sobie
Bujny hiacynt na moim ramieniu
Moje usta na rosie twych ud
I pogrzebię mą duszę w albumie
Pełnym fotografii i mchu
W twego piękna powodzi zajęczą
Moje tanie skrzypce i krzyż
Poprowadzisz mnie w tańcu daleko
Do sadzawek, które nosisz na ręce
Ukochana, ukochana. Weź ten walc, weź ten walc
Jest już twój, nie ma tu nic więcej

Tłum. Roman Kołakowski

To ten walc

Dziesięć Muz mieszka w Wiedniu Carskim
Piją w knajpce gdzie Śmierć roni łzy
W labiryncie świec tysiąc się pali
Groby ptaków ukryte są w nim
Arcydzieła nie mieszczą się w ramy
I na strzępy je rwie mroźny wiatr. Graj! Ajajaj…
To to ten walc! To ten walc!
Walcz z tym walcem i szczękę mu złam

Tak cię pragnę, tak pragnę, tak pragnę
Brudny pokój gazety sprzed lat
I podłoga co łąką się zdaje
Dla miłości bezradnej jak ja
Na pościeli gdzie księżyc udaje
Że ma zawał, by wzbudzić twój żal. Graj! Ajajaj…
Ten walc! To ten walc!
Walcz z tym walcem, kręgosłup mu złam!

Ten walc, ten walc, ten walc!
Jego oddech to Ból Alkoholu i Śmierć –
Wlecze za morza swój tren

Bal w Operze trwa w Wiedniu Carskim
Ach kobiety… Ach wino… Ach śpiew…
I speluny gdzie piją skazani
Kochankowie na bluesa i śmierć
Pewna stara kobieta chce łzami
Obmyć z kurzu na zdjęciu twą twarz. Graj! Ajajaj…
To ten walc! To ten walc!
Wybacz mu – on umiera od lat

Dziwne miejsce pokazać ci mogę
Stary strych gdzie zatrzymał się czas
Jestem małą dziewczynką z lampionem
Do snu Cygan na skrzypcach mi gra
A marzenia bieleją od smutku
Są jak owce, jak lilie, jak mgła. Graj! Ajajaj…
Ten walc! To ten walc!
Walcz z tym walcem – zapomnieć mi daj!

Ten walc, ten walc, ten walc, ten walc!
Jego oddech to Ból Alkoholu i Śmierć –
Wlecze za morza swój tren!

Z tobą chcę tańczyć w Wiedniu Cesarskim
Wabię cię jak syrena z dna mórz
W butonierce masz półdziki hiacynt
Z półuśmiechem go biorę do ust
A ty mnie leciuteńko odrywasz
Od przepaści, od zmysłów, od zła. Graj! Ajajaj…
Ten walc! Ten walc!
Walcz z tym walcem – bo przecież to ja!

Olga Jackowska

1951-2018, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Frenesí de los cuerpos azules

Saturno azota con el frío a la Tierra
El hielo se desliza dentro de mi corazón
se instala cómodamente en el ojo
mientras refrigera los sueños

El tiempo me corroe a partir de los pies
en silencio
trotando va a por el vecino
Apaga los brillos, ahoga las palabras
Esconde en la manga las alegrías

Y sin embargo, el frenesí se extiende por los planetas 
que se ríen, se ríen sin parar.

Observo en el espejo a mis amigos
algo más diminutos, algo más sumisos
se deshacen en medias sonrisas, medios sueños,
gestos y poses insignificantes

La vida pasa sin prisa,
sin sonrisas y sin tristezas,
sin pecados y sin miedos,
sin alegrías,
sin odios, 
sin amor.

Szał niebieskich ciał

Saturn zimnem Ziemię smaga 
Lód się w moje serce wkrada 
W oku chętnie się sadowi 
I marzenia moje chłodzi 

Czas od pięt mnie cicho zjada 
Truchtem biegnie do sąsiada 
Gasi blaski dusi słowa 
Radość do rękawa chowa 

A planety szaleją, szaleją, szaleją i śmieją się, śmieją się, śmieją 
A planety szaleją, szaleją, szaleją i śmieją się, śmieją się, śmieją 

Patrzę w lustro na przyjaciół 
Jacyś mniejsi pokorniejsi 
W półuśmiechach, w półmarzeniach 
W gestach, pozach bez znaczenia 

Życie płynie bez pośpiechu 
Bez uśmiechu i bez grzechu 
Bez smutku, strachu, bez radości 
Bez nienawiści, bez miłości 

Edward Ka-Spel

1954- , Holanda

Trad. Ada Trzeciakowska

Evolución

Si Dios fuese huevo,
si el seis fuese el nueve…
Si el tiempo nunca fuese medido,
sino matado en los jardines de las delicias cultivados por nosotros.
Si nunca hubiéramos tomado nada,
solo dado.
Si supiéramos perdonar,
              olvidar
                              y reorganizar los patrones.
Si nunca hubieras lanzado la piedra
              o desintegrado el átomo
                              o comido la manzana…
Si…
Si yo hubiera quedado solo, encadenado
             sin sentir nada,
                             sin poder ver nada dentro de mi cabeza…
Si hubiéramos compartido,
en vez de almacenar solamente.
Si nunca hubiéramos vivido…
Si…
Si un día hubiéramos…
Si nunca, nunca jamás tocamos la tierra,
sino volamos sin destino,
lloramos sin motivo
y nos perdemos aunque sea por un segundo en la belleza de todo aquello…
Entonces
             a lo mejor
                      en la próxima vida
podríamos ser delfines.

Mi montaje, adaptación de esta canción: he compilado fragmentos de Escenas de “The tree of life” de Terrence Malick (2011), “Altered States” de Ken Russell (1980), “Encounters at the End of the World” de Werner Herzog (2007).

Ewolucja

Gdyby Bóg był jajkiem,
gdyby szóstka była dziewiątką…
Gdyby nie mierzyć czasu,
tylko zabijać go w ogrodach rozkoszy przez nas zasadzonych.
Gdybyśmy niczego nie brali,
tylko dawali…
Gdybyśmy umieli przebaczyć,
        zapomnieć
              i stworzyć nowe wzorce.
Gdybyś nie cisnął tego kamienia
         nie rozszczepił jądra atomu
              nie zjadł jabłka…
Gdyby…
Gdybym pozostał samotny w kajdanach,
          nic nie widząc,
                nic nie czując…
Gdybyśmy dzielili się z innymi,
zamiast gromadzić.
Gdybym nigdy nie żył.
Gdyby…
Gdybyśmy…
Gdybyśmy nigdy, przenigdy nie dotykali ziemi
lecz latali bez celu,
          płakali bez przyczyny
i zatracili się choćby na sekundę w pięknie tego wszystkiego…
Wtedy
         może
                w następnym życiu
bylibyśmy delfinami.

Evolution

If God was egg,
if six were nine…
If time was never measured,
only killed in pleasure gardens of our making.
If we’d never taken anything,
but only given…
If we could forgive,
      forget
               and rearrange the patterns.
If you’d never thrown a stone
      or split the atom
                ate the apple…
if…
If I’d stayed alone in shackles
       feeling nothing,
                seeing nothing in my head…
If we’d shared
instead of just collecting.
If we’d never lived…
If…
If we’d ever…
If we never never, never land
but fly without a destination,
       cry without a cause,
and lose ourselves for just a second at the beauty of it all…
Then
       maybe
               in the next life
we’d be dolphins.

Segunda versión del vídeo, en negativo y retoque posterior de los colores.