Serhiy Zhadan / Serhij Żadan

1974, Ucrania

Poeta, escritor, traductor del alemán. Reciente Premio de La Paz por labor artística y humanitaria. También: Premio de Literatura Centroeuropea Angelus 2015 por su novela Mesopotamia, el Premio Puentes de Berlín y el Premio Joseph Conrad. Vive en Járkov.

Trad. Ada Trzeciakowska

***

¿Y qué hace este hombre?
Escribe poemas.

Los reparte por la mesa.
Los afila.

Como si estuviera reparando zapatillas infantiles.

Se ha puesto a trabajar
justo a tiempo.
Cuando hace falta.

Porque el invierno se acerca.

Y los hombres se pondrán con los poemas.
Los registrarán cuidadosamente,
los revolverán
como el tabaco seco.

Pero las mujeres también
llorarán por ellos,
envolverán los poemas con cuidado,
como medallitas de devoción.

El valor de un poema aumenta en invierno.
Especialmente cuando el invierno es duro.
Especialmente cuando el lenguaje es tácito.
Especialmente cuando los tiempos
están locos.

Fotograma de Haytarma de Akhtem Seitablaiev

Tłum. Bohdan Zadura

***

A co robi ten mężczyzna?
Pisze wiersze.

Rozkłada je na stole.
Wyostrza.

Jakby naprawiał dziecięce buty.

W samą porę
siadł do pracy.
Kiedy trzeba.

Bo nadchodzi zima.

I mężczyźni wezmą się za wiersze.
Przebiorą je uważnie,
przetrząsną
jak suchy tytoń.

Ale i kobiety też
będą nad nimi płakać,
zawiną wiersze ostrożnie,
jak medaliki.

Wartość wiersza zimą wzrasta.
Zwłaszcza gdy zima jest ciężka.
Zwłaszcza gdy język jest cichy.
Zwłaszcza gdy czasy
są szalone.

Aníbal Núñez

1944 – 1987, España

Nada queda de nuestro palomar blanco…

Nada queda de nuestro
palomar blanco, donde
sentimos el primer
vértigo nada queda
del almendro en el que
imaginábamos lianas
y éramos dos tarzanes nada queda
de la tapia que el mundo dividía
en territorio apache
y en territorio sioux nada queda
del cuarto de las ratas
que olía a viejas historias y tampoco
queda nada me han dicho
de la terraza ni de la
galeria de cristal donde el sol en invierno
se acurrucaba como un gato nada
queda de la escalera
de caracol ya nada
del jardín con castaños con acacias
con ¿qué? donde aprendimos a montar
en bicicleta nada
queda de nuestra casa
primera
               Hay una valla
y detrás nada, los expertos
han medido el terreno con sus metros cuadrados
con sus gafas cuadradas han aojado el terreno
con sus zapatos negros han sumado la tierra
de nuestra infancia que hoy no tiene
dónde meterse:
                            está prohibido
el paso a los ajenos a la obra.

Fotos propias

Tłum. Ada Trzeciakowska

Nic nie zostało z naszego białego gołębnika…

Nic nie zostało z naszego
białego gołębnika, gdzie
po raz pierwszy doświadczyliśmy
zawrotów głowy, nic nie zostało
z drzewa migdałowego, który
wyobraźnia pokryła lianami
a my byliśmy dwoma tarzanami nic nie zostało
z muru, który dzielił świat
na terytorium Apaczów
i na terytorium Siuksów nic nie zostało
z komnaty szczurów
pachnącej dawnymi historiami i też
nic nie zostało tak mi powiedziano
z tarasu ani z
przeszklonego ganku, gdzie słońce zimą
kuliło się w kłębek jak kot nic
nie zostało ze ślimaka
schodów nie zostało już nic
z ogrodu z kasztanami z akacjami
z czym? gdzie uczyliśmy się jeździć
na rowerze nic
nie zostało z naszego pierwszego
domu
               Jest tam ogrodzenie
a za nią nic, eksperci
wymierzyli teren w swoich kwadratowych metrach
w swoich kwadratowych okularach obejrzeli grunty
w swoich czarnych butach podliczyli ziemię
naszego dzieciństwa, które dziś nigdzie
nie ma gdzie się podziać:
                            zabroniono
wejścia osobom postronnym na plac budowy

Serhiy Zhadan / Serhij Żadan

1974, Ucrania

Poeta, escritor, traductor del alemán. Ha ganado numerosos premios, entre ellos el Premio de Literatura Centroeuropea Angelus 2015 por su novela Mesopotamia, el Premio Puentes de Berlín y el Premio Joseph Conrad. Vive en Járkov.

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Demasiada política, en todo, demasiada política.
La vida no necesita esta cantidad de nuestras correcciones.
Los poetas introducen la política en la vida a la fuerza
como un puño en el guante de boxeo.
Mientras los lectores finos se quejan:
otra vez la política, de nuevo escriben sobre ella.
 
Hay demasiada política en todo -se quejan los lectores-
mejor hablemos del cielo sobre la ciudad.
Un cielo alto que es tan hermoso este año.
Hablemos de cómo
se refleja en el ojo de una mujer.
 
De acuerdo, hablemos del cielo en el ojo de una mujer.
El ojo muerto de una mujer, en el que por la mañana
quedan reflejados los pájaros que pasan volando,
y por la noche se reflejan las constelaciones del norte.
Rojo por el calor del ocaso,
arco iris por la lluvia matutina,
ojo que mira desde la perspectiva de la muerte
-hablemos de él-.
 
O hablemos del futuro.
En el futuro habrá cielos altos y hermosos.
Nuestros hijos serán más fuertes que nosotros.
¿Por qué los poetas no hablan de la enconada
despreocupación infantil?
 
Al fin y al cabo, así es: nuestros hijos conocen bien el precio de la ciudadanía,
niños que, eligiendo entre la confianza y la seguridad,
a partir de ahora siempre elegirán el sótano seco del refugio antiaéreo.
¿Por qué los poetas no hablan con ellos?
¿Por qué a los poetas se les da mejor hablar de los cadáveres?
¿Por qué se les da tan bien justificar
la impotencia de los adultos?
 
Al menos hablemos con los que han sobrevivido.
Si no hemos conseguido llevarnos bien con los muertos.
Si no hemos conseguido debatir con los ahorcados y estrangulados.

¿Cómo podemos hablar de política en un país
que se lastima las encías con su propia lengua?
El manifiesto más accesible es la carne despiezada que
se expone por la mañana en los mercados, como la prensa.
Las rimas más convincentes son las regulares y ensordecedoras
series automáticas con las que rematan
a los animales heridos.
 
Todo el mundo estaba prevenido.
Todos conocían las condiciones del acuerdo.
Todos sabían que habría que pagar un precio inconmensurable.
Decid ahora que hubo demasiada política.
Hablas ahora de los soleados horizontes.
 
La última nieve fluye derretida.
Se escriben los finales de los libros más terribles.
El país, como un río, vuelve a su cauce,
ahonda su lecho,
madura dolorosamente para su navegación.

Collage propio: fotogramas de Sátántangó de Béla Tarr

Tłum. Bohdan Zadura

***

Za dużo polityki, we wszystkim — za dużo polityki.
Życie nie potrzebuje takiej ilości naszych poprawek.
Poeci wpychają politykę w życie
jak pięść w rękawicę bokserską.
Podczas gdy delikatni czytelnicy narzekają:
znowu polityka, oni znowu o niej piszą.
 
We wszystkim za dużo jest polityki — narzekają czytelnicy –
lepiej porozmawiajmy o niebie nad miastem.
Takie piękne wysokie jest niebo tego roku.
Porozmawiajmy o tym, jak ono
odbija się w oku kobiety.
 
Dobrze — porozmawiajmy o niebie w oku kobiety.
Martwe kobiece oko,  w którym o poranku
odbijają się przelatujące ptaki,
a w nocy odbijają się północne gwiazdozbiory.
Czerwone od gorącego zachodu słońca,
tęczowe od porannych deszczów,
oko, które patrzy z perspektywy śmierci –
porozmawiajmy o nim.
 
Albo porozmawiajmy o przyszłości.
W przyszłości będzie wysokie piękne niebo.
Nasze dzieci będą silniejsze od nas.
Dlaczego poeci nie mówią o zapiekłej
dziecięcej beztrosce?
 
Tak przecież jest  – nasze dzieci dobrze znają cenę obywatelskości,
dzieci, które wybierając między zaufaniem a bezpieczeństwem,
od teraz zawsze będą wybierały suchą piwnicę przeciwlotniczego schronu.
Czemu z nimi nie rozmawiają poeci?
Czemu poetom lepiej wychodzi rozmowa o trupach?
Czemu im tak dobrze wychodzi usprawiedliwianie
bezradności dorosłych?
 
Porozmawiajmy przynajmniej z tymi, którzy przeżyli.
Jeżeli już się nam nie udało dogadać z umarłymi.
Jeśli nie udało się podyskutować z powieszonymi i uduszonymi.
 
Jak można mówić o polityce w kraju,
który rani dziąsła własnym językiem?
Najdostępniejszym manifestem jest rąbane mięso, które
wykłada się rano na targach, jak prasę.
Najbardziej przekonującymi rymami są równe i głuche
automatyczne serie, którymi dobijają
ranne zwierzęta.
 
Wszyscy byli uprzedzeni.
Wszyscy znali warunki umowy.
Wszyscy wiedzieli, że przyjdzie zapłacić niepomiernie wysoką cenę.
Mówcie teraz, że tam było za dużo polityki.
Mówcie teraz o słonecznych horyzontach.
 
Spływają ostatnie śniegi.
Dopisują się najstraszniejsze książki.
Kraj jak rzeka powraca w swoje brzegi,
pogłębia koryto,
boleśnie dorasta do swojej nawigacji.

Isaak Begoña

Blog del escritor en fronterad

1972 – , España (Madrid)

Descender como un rey

            Bajando por la rue de la plage
            va Nadir hacia el puerto
            guapo y bello
            con sus Adidas nuevas
            y gomina en el pelo
            Atrás quedó
            la miseria
            y una infancia
            en el campo
            que fue
(más bien)
            infierno.

de Los perros de Tánger (2020), Eds. Volapük

Tłum. Ada Trzeciakowska

Zejść niczym król

            Schodząc w dół rue de la plage   
            Nadir idzie w stronę portu
            przystojny i piękny
            w swoich nowych Adidasach
            i żelem we włosach
            Za nim została
            nędza
            i dzieciństwo
            na wsi
            które było
(raczej)
            piekłem.

Z tomiku Psy z Tangeru

Trad. Véronique Hoffmann-Martinot

Descendre comme un roi

            Descendant la rue de la plage
            Nadir avance vers le port
            beau et séduisant
            avec ses Adidas neuves
            et les cheveux gominés
            Il laisse derrière lui
            la misère
            et une enfance
            à la campagne
            qui fut
(plutôt)
            un enfer.         

du Les chiens de Tanger

Transl. Abdelkrim Zakri Tarifet

نزول الملوك

    
نزولا بشارع الشاطئ         
يتجه ندير إلى المرسى         
جميل وأنيق         
بحذاءه «أديداس» الجديد         
وشعره المصفوف بالهلام         
تاركا خلفه         
البؤس         
طفولة         
في البادية         
كانت         
(بالأصح)
.جحيما         
          

من كلاب طنجة         

Edward Stachura

1937-1979, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Puesta de sol en la Provenza

Mi padre solía matar al conejo
con justicia y justo detrás de las orejas
más con cuánta más demora morían
los esbeltos candelabros de las tuyas
y las cuestas suaves
como los ojos de las odaliscas de Mongolia
Se desvanecían con el humo
los tulipanes de las exaltaciones
mientras la luna…
oh, la luna
como una pata de conejo arrojada al aire

Foto: Gramhir

Zachód słońca w Prowansji

Mój ojciec zabijał królika
sprawiedliwie i tuz za uszami
a jakże powolniej umierały
wysmukle świeczniki drzew tujowych
i zbocza łagodne
jak oczy mongolskich nałożnic
Ulatywały z dymem
tulipany snutych zachwytów
dopóki księżyc…
o, księżyc
jak podrzucona wysoko łapka królika

Edgar Lee Masters

1868-1950, Estados Unidos

Trad. Jaime Priede

THEODORE EL POETA*

De niño, Theodore, pasaste largas horas sentado
a orillas del turbio Spoon,
la mirada fija en la madriguera del cangrejo,
esperando que asomara y se arrastrara fuera,
primero sus antenas ondulantes como paja de heno,
luego su cuerpo color de jabón
adornado con ojos de azabache.
Te preguntabas hipnotizado
qué sabía, qué deseaba, por qué vivía.
Más tarde volviste la mirada hacia los hombres y las mujeres
ocultos en las madrigueras de las grandes ciudades,
para ver
cómo vivían, para qué,
por qué seguían arrastrándose tan afanosos
por el arenoso camino donde escasea el agua,
en el declive del verano.

*Theodore Roethke. El poema publicado en Antología de Spoon River (1915), conjunto de 250 epitafios en forma del monólogo dramático, que ubica en un cementerio imaginario de un pueblo de su Illinois natal, escritos en verso libre y donde traza con lenguaje sencillo una radiografía de la América profunda, atacando sobre todo su aldeanismo, su estrechez de miras y su puritana hipocresía moral; también hay espacio en esos epitafios para los dramas íntimos y el fracaso del sueño americano, en medio de un pesimismo desolador; algunos de los personajes son reales, conocidos en su infancia, otros no; los monólogos se aluden a veces entre ellos, descubriendo otras historias enterradas; el libro empezó a componerse en 1913 (Wikipedia).

Fotografías de Nadav Kander (1961, Israel)

Tłum. Ada Trzeciakowska

POETA THEODORE*

Jako chłopiec, Teodorze, przesiadywałeś godzinami.
na brzegu mętnej rzeki Spoon.
Utkwiwszy wzrok w otwór jamki zamieszkałej przez raka,
czekając, aż pojawi się, pchając się do przodu,
najpierw falujące antenki, jak słomki siana,
a potem korpus, kolorowy jak kamień mydlany,
zdobiony oczkami z czarnego bursztynu.
A ty w zachwycie zastanawiałeś się
Co on wie, czego pragnie i dlaczego w ogóle żyje.
Lecz później twój wzrok przesunął na mężczyzn i kobiety
skrywających się w norach wielkich miast,
czekałeś, aż ich dusze wychylą się na zewnątrz,
byś mógł zobaczyć
jak żyją i po co,
i dlaczego tak pracowicie czołgają się
wzdłuż piaszczystej drogi, gdzie brakuje wody
gdy lato dobiega końca.

*Theodore Roethke. Wiersz pochodzi z Antologii Epitafia ze Spoon River (2000), zbioru 250 epitafiów będącego sprzeciwem wobec hipokryzji i wąskim horyzontom w małym miasteczku na amerykańskiej prowincji. Fikcyjnej miejscowości dał nazwę od rzeki Spoon w miasteczku jego młodości, Lewistown w Illinois.

THEODORE THE POET

As a boy, Theodore, you sat for long hours
On the shore of the turbid Spoon
With deep-set eye staring at the door of the crawfish’s burrow,
Waiting for him to appear, pushing ahead,
First his waving antennæ, like straws of hay,
And soon his body, colored like soap-stone,
Gemmed with eyes of jet.
And you wondered in a trance of thought
What he knew, what he desired, and why he lived at all.
But later your vision watched for men and women
Hiding in burrows of fate amid great cities,
Looking for the souls of them to come out,
So that you could see
How they lived, and for what,
And why they kept crawling so busily
Along the sandy way where water fails
As the summer wanes.


Roman Honet

1974 -, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

la leyenda blanca sobre las barcas y sus pueriles timoneles

el cielo vuelto de lado por engranajes huecos
de las galácticas estivales, los curanderos de ciudades enteras
que sustituyen nostalgia por otra peste. la sosa caustica se va evaporando,
las partículas de cesio vibran en las conchas
de acero -el hallazgo preferido de gerbert
 de aurillac, baluarte de luz-. en la lejanía
se hunden los semáforos, un susurro secular
del viento que funde los enseres y metales en un dulce
y asfixiante polvo. y también aquella mano,
levantada, los ojos entreabiertos,
aquel deambular por los polígonos
estivales perdidos en el bosque.

y también aquella,
la leyenda blanca sobre las barcas y sus pueriles timoneles,
sobre nosotros, hermanos y hermanas en las afiladas entrañas de las esferas

 

Fotograma de un videomontaje mío

biała legenda o łodziach i ich dziecinnych sternikach

niebo zwrócone na bok od wydrążonych przekładni
letnich galaktyk, uzdrowiciele miast
zastępujący tęsknotę inną dżumą. paruje ług,
drobiny cezu wibrujące w stalowych
konchach – ukochane odkrycie gerberta
z aurillac, opoki światła. w oddali
zapadają się semafory, odwieczny szelest
wiatru przetapiający sprzęty i metale w słodki,
duszący pył. a jeszcze tamta dłoń,
podniesiona, oczy zmrużone,
tamta wędrówka po letnich,
leśnych poligonach.

i jeszcze tamta,
biała legenda o łodziach i ich dziecinnych sternikach,
o nas, siostry i bracia w ostrych wnętrzach kul

Roman Honet

1974 -, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

manzanos

tal vez vea: el año
en que los cachorros caían en el río
y no se hundían en el agua tensa,
el remover el carbón junto a la panadería,
en él una estrella, visible únicamente
al entrecerrar los párpados, alumbra y guía a los
que nunca la buscaron, no la querían
mirar. como el amor:
fuerza con la que se empuja
a la gente y las cosas para que no se apeguen,
y sin embargo sigan cerca. como
nosotros. como la hierba. creo  
-pues no es la muerte-. fue así de sencillo,
justo delante de nosotros de repente creció un huerto
y yo me he quedado,
y tú has penetrado entre los manzanos,
manzanos blancos del humo del crematorio   

Fotograma de SmokeTree III de John Gerrard y fotogramas de La infancia de Iván de Andréi Tarkovsky

jabłonie

może widzę – rok,
gdy szczenięta wpadały do rzeki
i nie tonęły w naprężonej wodzie,
rozgrzebywanie węgla przy piekarni,
w nim gwiazda, widoczna wyłącznie
dzięki zmrużeniu powiek, przyświecająca tym,
którzy jej nie szukali, nie chcieli
oglądać. tak jak miłość –
siła, z jaką się odpycha
ludzi i rzeczy, by nie przylgnęli,
lecz byli w pobliżu. tak jak
my. jak trawa. myślę –
więc nie śmierć. po prostu tak było,
że tuż przed nami nagle wyrósł sad
i ja zostałem,
a ty weszłaś między jabłonie,
białe jabłonie z dymu z krematorium

Antonio Gamoneda

1931 – , España (León)

Lápidas (1977-1986) frg.

En la quietud de madres inclinadas sobre el abismo.  
En ciertas flores que se cerraron antes de ser abrasadas por el infortunio,
antes de que los caballos aprendieran a llorar.
En la humedad de los ancianos.
En la sustancia amarilla del corazón.

* * *
I

Gritos sobre la hierba y el huracán de púrpura.
Giráis envueltos en banderas y exhaláis con dulzura.
Obedecéis a ancianos invisibles cuyas canciones pasan por vuestra lengua.
Ah, jóvenes elegidos por mis lágrimas.

  * * *

Tras asistir a la ejecución de las alondras has descendido aún hasta encontrar tu rostro dividido entre el agua y la profundidad.
Te has inclinado sobre tu propia belleza y con tus dedos ágiles acaricias la piel de la mentira:
ah tempestad de oro en tus oídos; mástiles en tu alma, profecías…
Mas las hormigas se dirigen hacia tus llagas y allí procrean sin descanso
y hay azufre en las tazas donde debiera hervir la misericordia.
Es esbelta la sombra, es hermoso el abismo:
ten cuidado, hijo mío, con ciertas alas que rozan tu corazón.

* * *

Asediados por ángeles y ceniza cárdena enmudecéis hasta advertir la inexistencia
y el viento entra en vuestro espíritu.
Respiráis el desprecio, la ebriedad del hinojo bajo la lluvia: blancos en la demencia como los ojos de los asnos en el instante de la muerte,
ah desconocidos semejantes a mi corazón.

(…)

* * *

Vi la sombra perseguida por látigos amarillos,
ácidos hasta los bordes del recuerdo,
lienzos ante las puertas de la indignación.
Vi los estigmas del relámpago sobre aguas inmóviles, en extensiones visitadas por presagios;
vi las materias fértiles y otras que viven en tus ojos;
vi los residuos del acero y las grandes ventanas para la contemplación de la injusticia (aquellos óvalos donde se esconde la fosforescencia):
era la geometría, era el dolor.
Vi cabezas absortas en las cenizas industriales;
yo vi el cansancio y la ebriedad azul
y tu bondad como una gran mano avanzando hacia mi corazón
Vi los espejos ante los rostros que se negaron a existir:
era el tiempo, era el mar, la luz, la ira.

* * *

A la inmovilidad del gris convocado por un pájaro silencioso,
bajas llorando.
Hay un mar incesante que desconoce la división del resplandor y la sombra,
y resplandor y sombra existen en la misma sustancia,
en tu niñez habitada por relámpagos.

* * *

Oigo hervir el acero. La exactitud es el vértigo. Ah libertad inmóvil, ejecución del día en la materia nocturna.
Es tu madre el clamor, pero tus manos abren los párpados del abismo.
De resistencias invisibles surge un rumor de límites:
ah exactitud de mar, exactitud sin nombre.

* * *

Puedes gemir en la lucidez,
ah solitario, pero entonces líbrate
de ser veraz en el dolor. La lengua
se agota en la verdad. A veces llega
el incesante, el que enloquece: habla
y se oye su voz, mas no en tus labios:
habla la desnudez, habla el olvido.

* * *

Hierves en la erección, dama amarilla,
y estas son aguas preteridas, líquidos invernales.
Dama en mi corazón cuya luz me envejece:
eres la obscenidad y la esperanza.

* * *

En la oquedad de Dios, ah paloma viviente, te obligué a la lectura del silencio. Y fulgías.
Tú eres corporal en dos abismos,
azul entre dos muertes, entre dos lenguas físicas.
Ah paloma final, va a ser noviembre.

* * *

Todos los animales se reúnen en un gran gemido y su dolor es verde.
Tú acaso piensas en desapariciones; veo humedad sobre tu alma.
Háblame para que conozca la pureza de las palabras inútiles,
oiga silbar a la vejez, comprenda
la voz sin esperanza.

Lucian Freud, Mathieu Laca  y dos obras de Francis Bacon

Tłum. Ada Trzeciakowska

Płyty nagrobne (1977-1986) frg.

W bezruchu matek pochylonych nad otchłanią.
W niektórych kwiatach, które zamknęły się nim spopieliło je nieszczęście,
zanim konie nauczyły się płakać.
W wilgoci starców.
W żółtej substancji serca.

* * *
I

Krzyki na trawach i huragan z purpury.
Wirujecie zawinięci w sztandary i słodko wzdychacie.
Posłuszni jesteście niewidzialnym starcom, których pieśni krążą po waszym języku.
Ach, młodzi wybrani przez me łzy.

* * *

Po egzekucji skowronków zszedłeś niżej, aż znalazłeś swą twarz rozdzieloną między wodę i głębokość.
Pochyliłeś się nad własnym pięknem i zręcznymi palcami pieścisz skórę kłamstwa:
ach sztorm ze złota w twoich uszach; maszty w twojej duszy, przepowiednie…
Lecz mrówki kierują się ku twoim wrzodom i tam rozmnażają się niestrudzenie
a w filiżankach, gdzie powinno wrzeć współczucie, jest siarka.
Cień jest wysmukły, otchłań piękna:
Uważaj, dziecko moje, na skrzydła, które muskają twe serce.

* * *

Osaczeni przez aniołów i fiolet popiołu milkniecie, aż dostrzeżecie nieistnienie, a wiatr hula po waszej duszy.
Oddychacie pogardą, upojeniem fenkułu podczas ulewy: biali w demencji jak oczy osłów w chwili śmierci,
ach, nieznajomi na podobieństwo mego serca.

* * *

Widziałem cień ścigany przez żółte bicze,
kwasy aż po brzegi pamięci,
płótna przed bramami oburzenia.
Widziałem stygmaty błyskawic na stojących wodach, w rozszerzeniach nawiedzanych przez przepowiednie;
widziałem płodne materie i te inne, które żyją w twoich oczach;
widziałem pozostałości stali i wielkie okna do kontemplacji niesprawiedliwości (te owale, w których kryje się fosforescencja):
to była geometria, to był ból.
Widziałem głowy pogrążone w industrialnych prochach;
widziałem zmęczenie i niebieskie upojenie
i twą dobroć jako wielką dłoń zbliżającą się do serca.
Widziałem lustra przed twarzami, które wyrzekły się istnienia:
to był czas, to było morze, światło, wściekłość.

(…)

* * *

Przywołany przez cichego ptaka, opadasz z płaczem
w bezruch szarości.
Jest nieprzerwane, ciągłe morze, nieznające podziału na blask i cień,
a blask i cień istnieją w tej samej substancji,
w twoim dzieciństwie zamieszkałym przez pioruny.

* * *

Słyszę jak wrze stal. Wierność jest zawrotem głowy. Ach, niewzruszona wolności, egzekucjo dnia w materii nocy.
To krzyk twojej matki, lecz twe ręce otwierają powieki otchłani.
Z niewidzialnego oporu wydobywa się krańcowy pomruk:
ach wierność morza, bezimienna precyzja.

* * *

Możesz jęczeć na jawie,
ach samotny, lecz wtedy uwolnij się
od szczerości w bólu. Język
wyczerpuje się w prawdzie. Czasami pojawia się
ten nieprzerwany, ciągły, ten, który popadł w obłęd: mówi
i słychać jego głos, ale nie z twoich ust:
przemawia nagość, przemawia zapomnienie.

* * *

Wrzesz w erekcji, żółta pani,
a to są wody wzgardzone, zimowe ciecze.
Pani w moim sercu, której światło postarza mnie:
obsceniczność i nadzieja to ty.
* * *

W dziupli Boga, o żywa gołębico, zmusiłem cię do lektury ciszy. A ty promieniałaś.
Jesteś cieleśnie w dwóch otchłaniach,
niebieska pośród dwóch śmierci, między dwoma fizycznymi językami.
Ach ostatnia gołębica, listopad już blisko.

* * *

Wszystkie zwierzęta zbierają się w wielkim jęku a ból ich zielony.
Myślisz może o znikaniu, dostrzegam wilgoć na twojej duszy.
Mów do mnie, abym mógł poznać dziewiczość próżnych słów, usłyszeć świst starości, zrozumieć głos pozbawiony nadziei. 

Roman Honet

1974 -, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***ese negro se llama tierra

ese negro se llama tierra
y su ataúd-
resplandor sobre el cual cicatriza el cielo. muchachos
levantan sus carbonizadas bicicletas, arnés jugoso
de las zarzamoras. ese alejarse de los lugares primeros
meticulosamente marcados sobre el plano
de una remota tarde, rubí
acomodándose como mosto en las garrafas, brillo de
estaño. alguien pronto vendrá a por nosotros
y con fervor reproducirá el trascurrir de las temporadas,
explicará intrincados juegos. de momento
conviene tocar la piel raspada en los codos,
permanecer en la hierba,
hurgar en las tumbas

Fotogramas de La infancia de Iván de Andréi Tarkovsky

ta czerń nazywa się ziemia

ta czerń nazywa się ziemia
a jej trumna –
łuna, nad którą goi się niebo. chłopcy
unoszą zwęglone rowery, soczystą uprząż
ostrężyn. to oddalanie się od pierwszych
dokładnie zaznaczonych miejsc na planie
pewnego odległego wieczoru, rubin
moszczący się w butlach, blask
cyny. wkrótce ktoś po nas przyjdzie
i z żarliwością będzie odtwarzał przebieg sezonów,
wyjaśniał zawiłe gry. na razie
warto dotykać wytartej skóry na łokciach,
trwać w trawie,
grzebać w grobach

Crea tu sitio web con WordPress.com
Comenzar
A %d blogueros les gusta esto: