E. M. Forster

1879-1970, Inglaterra

Trad. Alfredo Roman

Una habitación con vistas

Hay una cantidad de bondad, como hay una canti­dad de luz —continuó en tonos mesurados—. Provocamos sombra allí donde estamos y no es adecuado trasladarse de un lugar a otro para salvar cosas, porque la sombra siempre nos sigue. Escoge un lugar donde no molestes… sí, escoge un lugar donde no puedas molestar demasiado y permanece allí para contemplar lo que vale la pena, mirando el resplandor del sol.

Fotogramas de Una habitación con vistas de James Ivory

Tłum. Halina Najder

Pokój z widokiem

– Jest tylko pewna, niewielka ilość dobra – ciągnął – tak jak jest tylko określona ilość światła. Rzucamy swój cień, gdziekolwiek się znajdziemy, dlatego też przenoszenie się z miejsca na miejsce nic nie daje. Cień podąża za nami, dokądkolwiek pójdziemy. Należy znaleźć miejsce, w którym nie czynimy wiele zła, i zostać już tam, patrząc w słońce.

A room with a View

“There is a certain amount of kindness, just as there is a certain amount of light,” he continued in measured tones. “We cast a shadow on something wherever we stand, and it is no good moving from place to place to save things; because the shadow always follows. Choose a place where you won’t do harm—yes, choose a place where you won’t do very much harm, and stand in it for all you are worth, facing the sunshine.”


E. M. Forster

1879-1970, Inglaterra

Trad. Eduardo Mendoza

Howards End (La mansión)

—No se apene —rogó él—. No podría soportarlo. Todo irá bien si encuentro trabajo. Si pudiera encontrar un trabajo… un trabajo permanente, nada volvería a ser tan triste como ha sido hasta ahora. Ya no me interesan los libros como antes. Estoy convencido de que con un trabajo permanente podríamos estabilizarnos de nuevo. Eso hace que uno deje de pensar.
            —¿Estabilizarse en qué?
            —Simplemente estabilizarse.
            —¡Y a esto le llama usted vida! —dijo Helen con un nudo en la garganta—. ¿Cómo puede usted decir… con todas las cosas maravillosas que existen por ver y por hacer… con la música… con los paseos nocturnos…?
            —Los paseos están muy bien cuando se tiene trabajo —respondió Leonard—. En cierta ocasión dije un montón de tonterías, pero no hay nada como ver a un oficial de juzgado en casa para olvidarse de ellas. Cuando le vi manosear mis libros de Ruskin y de Stevenson, vi la vida tal y como es, y le aseguro que no es una visión agradable. Ahora mis libros están otra vez en su sitio gracias a usted, pero nunca volverán a ser lo que fueron para mí; y nunca volveré a pensar que la noche en el bosque es maravillosa.
            —¿Por qué no? —dijo Helen cerrando violentamente la ventana.
            —Porque ahora comprendo que hay que tener dinero.
            —Está usted en un error.
            —Ojalá estuviera en un error, pero, mire, el sacerdote tiene dinero propio o lo recibe de sus feligreses; el poeta y el músico, tres cuartos de lo mismo; el vagabundo, otro tanto. El vagabundo acude al final de su vida al asilo y se le paga con dinero de los demás. Miss Schlegel, lo único real es el dinero, todo lo demás es un sueño.
            —Continúa usted en un error. Ha olvidado la muerte.
            Leonard no entendía.
            —Si viviéramos eternamente, lo que usted dice sería cierto. Pero hemos de morir, hemos de dejar esta vida. La injusticia y la ambición serían lo único real si viviéramos eternamente, pero tal como son las cosas, hemos de ocuparnos de algo más, porque la muerte se aproxima. Me gusta la muerte, no de un modo morboso, sino por lo que tiene de explicación total. La muerte explica la vaciedad del dinero. La muerte y el dinero son los eternos enemigos. No la vida y la muerte. No importa lo que exista después de la muerte, míster Bast; tenga por seguro que el poeta, el músico y el vagabundo serán más felices que el hombre que nunca ha aprendido a decir: «Yo soy».
            —Lo dudo.
            —Estamos todos sumergidos en la niebla, lo sé, pero en este sentido algo le puedo decir: los hombres como los Wilcox están más sumergidos en la niebla que ningún otro. ¡Ah, los sanos y sensatos ingleses, que construyen imperios y nivelan el mundo con lo que ellos llaman sentido común! Nómbreles la muerte y se ofenderán, porque la muerte es auténticamente imperial y se lo grita a la cara constantemente.
            —Yo temo tanto a la muerte como cualquiera.
            —Sí, pero no a la idea de la muerte.
            —¿Cuál es la diferencia?
            —Una diferencia infinita —dijo Helen con mayor gravedad que antes.
            Leonard la miró interrogativamente y tuvo conciencia de que surgían grandes cosas de la noche tenebrosa, pero no podía percibirlas porque su corazón seguía lleno de cosas pequeñas. Como la vez que perdió su paraguas en el concierto del Queen’s Hall, la pérdida reciente había obstruido la visión de la divina armonía. La muerte, la vida y el materialismo eran hermosas palabras, pero ¿le admitiría míster Wilcox en su empresa como administrativo? Dijera lo que dijese, míster Wilcox era un rey en su mundo, un superhombre, con su propia moral y con la cabeza invisible, más allá de las nubes.
            —Debo de ser un idiota —dijo a modo de disculpa.
            Para Helen, en cambio, la paradoja se le aparecía con toda claridad: «La muerte destruye al hombre; la idea de la muerte, le redime». Más allá de los ataúdes y los esqueletos que anidan en las mentes vulgares se oculta algo tan inmenso que todo lo que hay de grande en nosotros responde a su llamada. Los hombres retroceden ante la imagen del sepulcro en el que entrarán algún día, pero el amor sabe algo más: la muerte es su enemiga, pero es también su caballero andante; en el transcurso de su combate secular, los músculos del amor se han fortalecido y su vista se ha aclarado de tal modo que su presencia se ha vuelto irresistible.
            —Nunca abandone —continuó diciendo ella, y repitió una y otra vez la vaga pero convincente tesis de que lo invisible se aloja en lo visible.

Fotogramas de Howards End de James Ivory (1992)

Tłum. Ewa Krasińska

Howards End (Domostwo pani Wilcox)

Niech się pani nie przejmuje — powiedział błagalnie. — Nie mogę tego znieść. Jeśli tylko otrzymam posadę, wszystko będzie dobrze. Gdybym tylko znalazł pracę — jakieś stałe zajęcie. Wtedy wszystko znów się ułoży. Książki już mnie tak nie zajmują jak dawniej. Wyobrażam sobie, że mając stałą pracę potrafię się na nowo urządzić. Praca pozwala człowiekowi nie myśleć.
—    Urządzić się? Jak?
—    Ot, po prostu urządzić się.
—    I to ma być życie! — zawołała Helena czując ucisk w gardle. — Jak pan może, kiedy jest tyle pięknych rzeczy, które można zobaczyć i zrobić… i muzyka… i nocne spacery…
—    Na nocne spacery może sobie pozwolić człowiek, który ma stałą posadę — powiedział. — Och, tak, opowiadałem kiedyś masę głupstw, ale nic tak ich nie wypędza z głowy jak wizyta komornika. Kiedy przewracał moich Ruskinów i Stevensonów, to było tak, jakbym zobaczył nagie życie bez żadnych obsłonek, i nie był to przyjemny widok. Dzięki pani odzyskałem swoje książki, ale już nigdy nie będą dla mnie tym, czym dawniej, i noc spędzona w lesie nigdy już nie będzie miała dla mnie tego uroku, co kiedyś.
—    Dlaczego? — zapytała Helena odchodząc od okna.
—    Bo zrozumiałem, że trzeba mieć pieniądze.
—    Nie, nie ma pan racji.
—    Chciałbym się mylić, ale… Ksiądz ma albo własne pieniądze, albo pensję, tak samo poeta czy muzyk; z włóczęgą jest podobnie. Albo kończy w przytułku, albo dostaje pieniądze od innych ludzi. Proszę pani, pieniądze są najważniejsze — reszta to tylko marzenie.
—    Mimo wszystko nie ma pan racji. Zapomniał pan o śmierci.
Leonard nie rozumiał.
—    To, co pan powiedział, byłoby prawdą, gdybyśmy żyli wiecznie. Ale musimy umrzeć, musimy w którymś momencie opuścić życie. Niesprawiedliwość i zachłanność byłyby istotnie najważniejsze, gdybyśmy żyli wiecznie. Ale ponieważ jest tak, jak jest, musimy się trzymać innych rzeczy — bo czeka nas śmierć. Kocham śmierć, nie jakąś chorobliwą miłością, ale za to, czego nas uczy. Obnaża pustkę pieniądza. Śmierć jest najzaciętszym wrogiem pieniądza. Nie życia. Obojętne, co nas czeka po śmierci, panie Bast, najważniejsza rzecz, to pewność, że każdego poetę, muzyka i włóczęgę czeka po tamtej stronie lepszy los niż człowieka, który nigdy nie nauczył się mówić: „ja jestem ja”.
—    Czy ja wiem?
—    Wiem, że nic nie wiemy, ale mogę pana pocieszyć, że tacy ludzie jak Wilcoxowie wiedzą jeszcze mniej niż inni. Rozsądni, solidni Anglicy. Twórcy imperiów, sprowadzający świat do poziomu tak zwanego zdrowego rozsądku. Ale kiedy im przypomnieć o śmierci czują się obrażeni, bo śmierć jest prawdziwym imperium, które gromić ich będzie po wieczne czasy.
—    Ja też boję się śmierci, jak każdy człowiek.
—    Ale nie idei śmierci.
—    Co to za różnica?
—    Nieskończona — odparła Helena z jeszcze większą powagą.
Leonard patrzył na nią w zadumie, czując, iż z ciemności nocy płyną ku niemu jakieś wielkie sprawy. Ale nie potrafił ich przyjąć, ponieważ umysł miał wciąż zaprzątnięty drobnymi sprawami. Podobnie jak utrata parasola zepsuła mu kiedyś koncert w Queen’s Hall, tak teraz utrata posady zagłuszyła anielskie chóry. Śmierć, życie, materializm — to piękne słowa, ale czy pan Wilcox da mu posadę? Cokolwiek by się powiedziało, nie zmieni to faktu, że prawdziwym władcą tego świata, nadczłowiekiem, który rządzi się własnymi prawami moralnymi i głową sięga chmur, jest pan Wilcox.
—To dla mnie za mądre — powiedział ze skruchą.
Natomiast Helena coraz bardziej upewniała się w swym paradoksalnym odkryciu. „Śmierć niszczy człowieka; idea śmierci zbawia go”. Poza trumnami i szkieletami, które paraliżują przyziemne umysły, jest coś ogromnego, co budzi w nas i wyzwala wielkość. Niech się światowcy wzdragają na myśl o kostnicy, do której pewnego dnia i tak muszą trafić — miłość jest mądrzejsza. Śmierć jest jej przeciwnikiem, ale godnym przeciwnikiem i w odwiecznej walce miłość nabierać będzie tężyzny i jasności widzenia, aż stanie się silniejsza od wszystkiego.
—I dlatego nie wolno się poddawać — ciągnęła dziewczyna powtarzając wciąż i wciąż na nowo mglistą, ale przekonywającą myśl, że widzialne czai się naprzeciwko niewidzialnego.

Howards End

“Don’t you worry,” he pleaded.  “I can’t bear that.  We shall be all right if I get work.  If I could only get work–something regular to do.  Then it wouldn’t be so bad again.  I don’t trouble after books as I used.  I can imagine that with regular work we should settle down again.  It stops one thinking. “
    “Settle down to what?”
    “Oh, just settle down.”
    “And that’s to be life!” said Helen, with a catch in her throat.  “How can you, with all the beautiful things to see and do–with music–with walking at night–“
    “Walking is well enough when a man’s in work,” he answered.  “Oh, I did talk a lot of nonsense once, but there’s nothing like a bailiff in the house to drive it out of you.  When I saw him fingering my Ruskins and Stevensons, I seemed to see life straight real, and it isn’t a pretty sight.  My books are back again, thanks to you, but they’ll never be the same to me again, and I shan’t ever again think night in the woods is wonderful.”
    “Why not?” asked Helen, throwing up the window.
    “Because I see one must have money.”
    “Well, you’re wrong.”
    “I wish I was wrong, but–the clergyman–he has money of his own, or else he’s paid; the poet or the musician–just the same; the tramp–he’s no different.  The tramp goes to the workhouse in the end, and is paid for with other people’s money.  Miss Schlegel, the real thing’s money and all the rest is a dream.”
    “You’re still wrong.  You’ve forgotten Death.”
    Leonard could not understand.
    “If we lived for ever what you say would be true.  But we have to die, we have to leave life presently.  Injustice and greed would be the real thing if we lived for ever.  As it is, we must hold to other things, because Death is coming.  I love Death–not morbidly, but because He explains.  He shows me the emptiness of Money.  Death and Money are the eternal foes.  Not Death and Life.  Never mind what lies behind Death, Mr. Bast, but be sure that the poet and the musician and the tramp will be happier in it than the man who has never learnt to say, ‘I am I.'”
    “I wonder.”
    “We are all in a mist–I know but I can help you this far–men like the Wilcoxes are deeper in the mist than any.  Sane, sound Englishmen!  building up empires, levelling all the world into what they call common sense.  But mention Death to them and they’re offended, because Death’s really Imperial, and He cries out against them for ever.”
    “I am as afraid of Death as any one.”
    “But not of the idea of Death.”
    “But what is the difference?”
    “Infinite difference,” said Helen, more gravely than before.
    Leonard looked at her wondering, and had the sense of great things sweeping out of the shrouded night.  But he could not receive them, because his heart was still full of little things.  As the lost umbrella had spoilt the concert at Queen’s Hall, so the lost situation was obscuring the diviner harmonies now.  Death, Life and Materialism were fine words, but would Mr. Wilcox take him on as a clerk?  Talk as one would, Mr. Wilcox was king of this world, the superman, with his own morality, whose head remained in the clouds.
    “I must be stupid,” he said apologetically.
    While to Helen the paradox became clearer and clearer.  “Death destroys a man: the idea of Death saves him.” Behind the coffins and the skeletons that stay the vulgar mind lies something so immense that all that is great in us responds to it.  Men of the world may recoil from the charnel-house that they will one day enter, but Love knows better.  Death is his foe, but his peer, and in their age-long struggle the thews of Love have been strengthened, and his vision cleared, until there is no one who can stand against him.
    “So never give in,” continued the girl, and restated again and again the vague yet convincing plea that the Invisible lodges against the Visible.  


Robert Musil

1880- 1942, Austria

Trad. José M. Sáenz

El hombre sin atributos I (cap. 4)

Quien quiere pasar despreocupado por puertas abiertas, ha de cerciorarse primero de que dinteles y jambas estén bien ajustados. Este principio, vital para el viejo profesor, es un postulado del sentido de la realidad. Pero si se da un sentido de la realidad, y nadie dudará que tiene su razón de ser, se tiene que dar también algo a lo que se pueda llamar sentido de la posibilidad.
El que lo posee no dice, por ejemplo: aquí ha sucedido esto o aquello, sucederá, tiene que suceder; más bien imagina: aquí podría, debería o tendría que suceder; y si se le demuestra que una cosa es tal como es, entonces piensa: probablemente podría ser también de otra manera. Así cabría definir el sentido de la posibilidad como la facultad de pensar en todo aquello que podría igualmente ser, y de no conceder a lo que es más importancia que a lo que no es. Como se ve, las consecuencias de tal disposición creadora pueden ser notables; es así como, por desgracia, aparece no pocas veces falso lo que los hombres admiran, y aquello que prohíben, lícito, o bien ambas cosas como indiferentes. Tales hombres de la posibilidad viven, como se suele decir, en una tesitura más sutil, etérea, ilusoria, fantasmagórica y subjuntiva. Cuando los niños muestran tendencias semejantes se procura enérgicamente hacerlas desaparecer, y ante ellos se califica a esos individuos con los apelativos de ilusos, visionarios, endebles y pedantes o sofistas.
Si se les quiere alabar, a estos locos también se les llama idealistas, pero evidentemente de este modo se alude sólo al tipo débil que no alcanza a ver la realidad o se separa lamentablemente de ella, por lo que entonces la ausencia del sentido de la realidad aparece como una auténtica carencia. (…) La realidad es la que despierta las posibilidades; nada sería tan absurdo como negarlo. No obstante, en el total o en el promedio permanecerán siempre las mismas posibilidades y se repetirán hasta que venga uno al que las cosas reales no le interesen más que las imaginarias. Éste es el que da a las nuevas posibilidades su sentido y su fin y el que las inspira.
Un individuo semejante no es en modo alguno un asunto muy inequívoco. Dado que sus ideas, mientras no degeneren en vanas quimeras, no son otra cosa que realidades todavía no nacidas, también él tiene, como es natural, sentido de la realidad; pero es un sentido para la realidad posible y da en el blanco mucho más tarde que el sentido, congénito en la mayor parte de los hombres, para las posibilidades verdaderas. Prefiere, por decirlo así, el bosque a los árboles; el bosque es algo difícil de definir, mientras que los árboles significan tantos y tantos metros cúbicos de madera de determinada calidad. Quizá se pueda expresar esto mejor diciendo que el hombre con sentido normal de la realidad se asemeja a un pez que muerde el cebo y no ve el sedal, en tanto que el hombre con ese sentido de la realidad, al que también se puede llamar sentido de la posibilidad, lanza el anzuelo al agua sin saber si le ha puesto cebo. Lo que para el pececillo que mordería resulta de extraordinaria indiferencia es, en cambio, para el otro, peligro de pescar un aburrimiento desesperante. Un hombre inepto para la vida práctica -que no solamente lo parece, sino que de hecho lo es-no sirve ni se le puede confiar cosa alguna en las relaciones humanas. Emprenderá acciones que significarán para él algo distinto que para los demás, pero pronto se dará por satisfecho, en cuanto consiga reducirlo todo a una idea rara. De poseer lógica también está lejos.
Es además muy posible que un delito con daños a terceras personas lo considere como una frustración social, y no culpe al delincuente, sino a la institución de la sociedad. No está tan claro, por otra parte, si al recibir una bofetada le parecerá nada más que una afrenta a la sociedad o, en todo caso, tan impersonal como la dentellada de un perro; probablemente devolverá primero la bofetada y luego reflexionará para deducir que ha cometido una acción indebida. Y cuánto menos podrá prescindir de la realidad del hecho y restablecerse con un sentimiento nuevo y repentizado si a alguien se le ocurre raptarle una querida. Este desarrollo está actualmente en gestación y representa para cada uno de los hombres tanto una debilidad como una fuerza.
Y puesto que el disfrutar de atributos presupone una cierta deleitación en su realidad, es lícito prever que a alguno, que ni para sí mismo tiene sentido de la realidad, le llegue un día en el que tenga que reconocerse hombre sin atributos.

Foto propia

Tłum. Krzysztof Radziwiłł, Kazimierz Truchanowski, Janina Zeltzer

Człowiek bez właściwości I (rozdz. 4)

Jeżeli chce się przejść pomyślnie przez otwarte drzwi, to trzeba wziąć pod uwagę fakt, że mają one stałą futrynę. Ta zasada, której stary profesor zawsze się trzymał, wynika po prostu z poczucia rzeczywistości. Jeśli wszakże takie poczucie istnieje, a nikt nie może wątpić, że ma ono swoją rację bytu, to musi również istnieć coś, co można by nazwać poczuciem ewentualności.
Kto je ma, nie mówi na przykład nigdy: to czy tamto się stało, stanie albo musi się stać, a jedynie zakłada, że coś mogłoby, miałoby albo musiałoby się stać. A kiedy się takiemu człowiekowi o czymś mówi, że to tak jest, jak jest, wtedy on myśli sobie, że prawdopodobnie mogłoby być również inaczej. W ten sposób poczucie ewentualności dałoby się po prostu zdefiniować jako zdolność do uwzględniania wszystkiego, co równie dobrze mogłoby się zdarzyć, oraz do nie uznawania za ważniejsze tego, co jest, od tego, czego nie ma. Widzimy, że wyniki takiego twórczego uzdolnienia mogą być godne uwagi i niestety często ujawniają, że to, co ludzi wprawia w zachwyt, okazuje się marnym blichtrem, a to, czego zabraniają, jest dozwolone lub też — zarówno jedno, jak i drugie — zgoła obojętne. Ludzie mający poczucie ewentualności żyją, jak to się mówi, otoczeni delikatną pajęczyną utkaną z ułudy, wyobraźni, marzeń i… trybów warunkowych. U dzieci, które zdradzają takie skłonności, wyplenia się je radykalnie, a dorosłych, którzy je posiadają, nazywa się wobec dzieci fantastami, marzycielami, słabeuszami lub wiedzącymi wszystko lepiej krytykantami.
Jeżeli chce się tych głupców pochwalić, nazywa się ich również idealistami, ale w ten sposób określa się jedynie ich słabszą odmianę, która nie rozumie rzeczywistości albo jej melancholijnie unika, to znaczy tych, u których brak poczucia rzeczywistości stanowi prawdziwe kalectwo. To, co nazywamy ewentualnością, obejmuje wszakże nie tylko marzenia chorych nerwowo osób, ale również nie ziszczone jeszcze zamiary Boga. Jakieś możliwe przeżycie lub możliwa prawda nie równają się rzeczywistemu przeżyciu lub rzeczywistej prawdzie minus wartość rzeczywistego istnienia, ale mają w sobie, przynajmniej w mniemaniu swych zwolenników, coś boskiego: ogień, polot, wolę twórczą i świadomy utopizm, który nie lęka się rzeczywistości, ale traktuje ją jako zadanie do spełnienia i odkrycie do dokonania. (…) Rzeczywistość stwarza możliwości i nic nie byłoby bardziej błędne niż temu przeczyć. Ale w sumie czy przeciętnie są to zawsze te same możliwości, które się powtarzają, aż do chwili kiedy przyjdzie człowiek, dla którego rzecz rzeczywista nie oznacza więcej niż pomyślana. On dopiero nadaje nowym możliwościom ich sens i cel, budząc je do życia.
Tego rodzaju człowiek nie jest jednak bynajmniej zjawiskiem jednoznacznym. Ponieważ jego idee, jeżeli nie są to czcze wytwory mózgu, są po prostu nie urodzonymi jeszcze rzeczywistościami, więc i on naturalnie posiada poczucie rzeczywistości. Jest to jednak poczucie ewentualnej rzeczywistości i dlatego ziszcza się o wiele wolniej niż właściwe przeważającej części ludzi poczucie ich rzeczywistych możliwości. Jeden pragnie lasu, a drugi drzew. Las bowiem jest czymś trudnym do wyrażenia, podczas gdy drzewa oznaczają pewną ilość metrów sześciennych określonej masy i jakości. Da się to wyrazić jeszcze inaczej i nawet lepiej: człowiek o zwykłym poczuciu rzeczywistości podobny jest do ryby, która chwyta za haczyk nie widząc sznurka, podczas gdy człowiek o owym poczuciu rzeczywistości, które można nazwać poczuciem ewentualności, ciągnie sznurek przez wodę nie mając pojęcia, czy na jego końcu znajduje się przynęta. Przeciwwagę do nadzwyczajnej obojętności względem chwytającego na przynętę życia stanowi u niego całkowite poddanie się hipochondrii. Człowiek niepraktyczny — a takim on się chyba nie tylko wydaje, ale i jest — nie budzi zaufania i jest nieobliczalny w stosunkach z ludźmi. Popełni czyny, które dla niego znaczą coś całkiem innego niż dla drugich, ale odzyska spokój, skoro tylko da się to ująć w jakąś niezwykłą ideę. Przy tym jest on dzisiaj jeszcze bardzo daleki od konsekwencji. Może się na przykład łatwo zdarzyć, że zbrodnia, której ofiarą padł ktoś inny, wyda mu się tylko społecznym niedociągnięciem, za które winę ponosi nie przestępca, ale ustrój społeczny. Powstaje natomiast pytanie, czy również otrzymany przez niego samego policzek wyda mu się tylko hańbą społeczną lub czymś tak nieosobistym jak ukąszenie psa. Prawdopodobnie najpierw odda on policzek za policzek, a potem dopiero dojdzie do przekonania, że nie powinien był tego uczynić. A cóż dopiero, jeśli ktoś odbierze mu kochankę, wówczas jeszcze dziś nie uzna tego faktu za nierzeczywisty i nie potrafi powetować tego sobie jakimś niespodziewanym nowym uczuciem. Tego rodzaju ewolucja jest na razie jeszcze w toku i u poszczególnego człowieka stanowi zarówno o jego słabości, jak i sile.
A ponieważ posiadanie cech zakłada już z góry pewną radość z tego, że one w ogóle istnieją, pozwala to przewidzieć, że komuś, kto nawet wobec siebie samego nie ma poczucia tego, co rzeczywiste, może się przytrafić, iż pewnego dnia poczuje się człowiekiem pozbawionym właściwości.

Marzanna Bogumiła Kielar

1963- , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Antes del anochecer

El día se quita el cuerpo primero.
Las alas de mariposa de la realidad, la huella de la picadura.
Abandona sus sombras, ciudades-bloques erráticos-. El día se quita

los ojos en los que aún giran las cornejas sobre la pendiente de una colina arada,
y el lago es como un altar de sacrificios, de sangre cansada. Se quita los labios
y la lengua, caligrafía de la duración- palabras como unas orugas negras y amarillas

sobre un capullo vivo-. Las palabras reforzando la tierra con sus raíces,
blanquecinas por culpa de los huesos.
Aún por la orilla de su propia existencia camina

como si fuera la orilla del mar- como si fuera ya un sueño que se resuelve
lúcidamente. Siega a la hélice del viento que recorre
los arrabales oscurecidos. Atento, cada vez con más presencia,

a pesar de sangrar con el lóbulo oeste del cielo,
deja atrás las nubes agarrándose a las briznas de mimbre
reflejadas en el agua. A pesar de privarse del calor de los seres y la ligereza del junco

al que doblarán luego las tormentas de invierno. Corta el flujo de las horas
antes de caer en la grieta del sueño y se lleva un banco de imágenes.
El día escuchó a Plotino quien a la pregunta “¿cómo conocer a Dios?”

contestó: “¡renuncia, prívate de todo!”
Entonces la oscuridad se vuelve espesa.
Y progresa- .

Fotas propias: Povedilla y Perelló

Dzień najpierw odejmuje sobie ciało.
Motyle skrzydła jawy, ślad po ukąszeniu.
Porzuca własne cienie, miasta – narzutowe głazy. Dzień odejmuje sobie

oczy, w których kołują wrony nad stokiem zaoranego wzgórza,
a jezioro jest jak ofiarny ołtarz, ociężały, we krwi. Odejmuje wargi
i język, kaligrafię trwania — słowa jak czarnożółte gąsienice

na żywym oprzędzie. Słowa umacniające korzeniami ziemię,
pobielałe od kości.
Jeszcze brzegiem własnego istnienia idzie

jak brzegiem morza – jakby już był ułudą, przytomnie
rozwiązującą siebie. Kosi śmigło wiatru przelatującego
przez zmierzchające przedmieścia. Uważny, coraz mocniej obecny,

choć krwawi płatem zachodniego nieba,
zostawia za sobą chmury, chwytające się odbitych w wodzie
gałęzi wierzb. Choć odejmuje sobie ciepło istot i sprężystość trzciny

którą łamią dopiero zimowe zawieje. Odcina potok godzin
zanim wpadnie w szczelinę snu, porywając ławicę obrazów.
Dzień usłyszał Plotyna, który na pytanie „jak poznać Boga?”

odpowiedział: „odrzuć, odejmij wszystko!”
Wtedy gęstnieje ciemność.
I rusza –

Przed nocą

Z tomiku Nawigacje (2018)

Plotino

Pablo Neruda

1904-1973, Chile

La verdad

Os amo idealismo y realismo,
como agua y piedra
sois
partes del mundo,
luz y raíz del árbol de la vida.

No me cierren los ojos
aun después de muerto,
los necesitaré aún para aprender,
para mirar y comprender mi muerte.

Necesita mi boca
para cantar después, cuando no exista.
Y mi alma y mis manos y mi cuerpo
para seguirte amando, amada mía.

Sé que no puede ser, pero esto quise.

Amo lo que no tiene sino sueños.

Tengo un jardín de flores que no existen.

Soy decididamente triangular.

Aún echo de menos mis orejas,
pero las enrrollé para dejarlas
en un puerto fluvial del interior
de la República de Malagueta.

No puedo más con la razón al hombro.

Quiero inventar el mar de cada día.

Vino una vez a verme
un gran pintor que pintaba soldados.
Todos eran heroicos y el buen hombre
los pintaba en el campo de batalla
muriéndose de gusto.

También pintaba vacas realistas
y eran tan extremadamente vacas
que uno se iba poniendo melancólico
y dispuesto a rumiar eternamente.

Execración y horror! Leí novelas
interminablemente bondadosas
y tantos versos sobre
el Primero de Mayo
que ahora escribo sólo sobre el 2 de ese mes.

Parece ser que el hombre
atropella el paisaje
y ya la carretera que antes tenía cielo
ahora nos agobia
con su empecinamiento comercial.

Así suele pasar con la belleza
como si no quisiéramos comprarla
y la empaquetan a su gusto y modo.

Hay que dejar que baile la belleza
con los galanes más inaceptables,
entre el día y la noche:
no la obliguemos a tomar la píldora
de la verdad como una medicina.

Y lo real? También, si duda alguna,
pero que nos aumente,
que nos alargue, que nos haga fríos,
que nos redacte
tanto el orden del pan como el del alma.

A susurrar! ordeno
al bosque puro,
a que diga en secreto su secreto
y a la verdad: No te detengas tanto
que te endurezcas hasta la mentira.

No soy rector de nada, no dirijo,
y por eso atesoro
las equivocaciones de mi canto.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Prawda

Kocham was idealizmie i realizmie,
jak kamień i woda
jesteście
częścią świata,
światłem i korzeniem drzewa życia.

Nie zamykajcie mi oczu
nawet gdy umrę,
będą mi ciągle potrzebne by móc się nauczyć,
by zobaczyć i zrozumieć własną śmierć.

Potrzebne mi usta,
by śpiewać potem, kiedy przestanę istnieć.
I dusza, i ręce, i ciało,
by nadal kochać cię, najmilsza.

Wiem, to się nie uda, ale tak chciałem.

Kocham to co posiada tylko marzenia .

Mam ogród pełen nieistniejących kwiatów.

Jestem zdecydowanie trójkątny.

Ciągle żal mi moich uszu,
ale zwinąłem je, i zostawiłem
w pewnym rzecznym porcie
Republiki Malaguety.

Nie daję już rady z rozumem na ramieniu.

Chciałbym wymyśleć morze dnia codziennego.

Pewnego razu odwiedził mnie
wielki malarz malujący żołnierzy.
Wszyscy byli bohaterami a poczciwina
malował ich na polu walki
gdy umierali zachwyceni.

Malował także realistyczne krowy
i były tak przesadnie krowami,
że aż człowiek wpadał w melancholię,
gotowy żuć i przeżuwać po wieki.

Koszmar i potworność! Czytałem powieści
pełne nieskończonej dobroci
i tyle wierszy o dniu Pierwszego Maja,
że teraz piszę tylko o drugim dniu tego 
miesiąca.

Zdaje się, że człowiek
tratuje krajobraz,
zaś droga, która niegdyś sięgała nieba,
teraz przygniata nas
swoim handlowym zacięciem .

Tak zazwyczaj dzieje się z pięknem,
jakbyśmy nie chcieli go kupić,
więc opakowują nam je na swoją modłę.

Powinniśmy pozwolić pięknu tańczyć
z najbardziej niestosownymi kochankami,
wirować między dniem i nocą:
nie zmuszajmy go do zażycia
pigułki prawdy jak lekarstwa.

A rzeczywistość? Również, bez wątpienia,
ale niech nas podnosi,
niech nas podźwignie, niech wstrząśnie nami,
niech nam wytyczy,
porządek chleba ale i duszy.

Szepcie! Rozkazuję
najczystszym lasom,
by powierzyły wam swój sekret
a prawdzie mówię: Nie zwlekaj tyle
bo stwardniejesz na kłamstwo.

Nie jestem przełożonym, niczym nie rządzę,
zbieram tylko błędy własnej pieśni.

Árbol de Rafał Ołbiński