Leopoldo María Panero

1948-2014, España

*El poema inspirado en un relato corto de Franz Kafka del que también bebe Miguel Morey en su novela-ensayo (Premio Ensayo 1994) del mismo título. (Escribe Morey: “«Cuando el apache toma el camino de la guerra todo cambia -su conciencia se vuelve aun más escrupulosa, su modo de sentir el peso de la vida es distinto: está en guerra. Cabalga de otro modo y de otro modo escoge los senderos. Es como si fuera otro. Habita la mirada de otra forma y de otra forma escoge las palabras que nombran lo que ahora tiene importancia. El rayo anuncia lo que aun se debe cumplir y el trueno lo que ya ha pasado -pero él debe conocer ese instante preciso en el que hay que gritar: Ahora. Así lo explica el jefe Gerónimo. Más aquí)

Deseo de ser piel roja

La llanura infinita y el cielo su reflejo.
Deseo de ser piel roja.
A las ciudades sin aire llega a veces sin ruido
el relincho de un onagro o el trotar de un bisonte.
Deseo de ser piel roja.
Sitting Bull ha muerto: no hay tambores
que anuncien su llegada a las Grandes Praderas.
Deseo
de ser piel roja.
El caballo de hierro cruza ahora sin miedo
desiertos abrasados de silencio.
Deseo de ser piel roja.
Sitting Bull ha muerto y no hay tambores
para hacerlo volver desde el reino de las sombras.
Deseo de ser piel roja.
Cruzó un último jinete la infinita
llanura, dejó tras de sí vana
polvareda, que luego se deshizo en el viento.
Deseo de ser piel roja.
En la Reserva no anida
serpiente cascabel, sino abandono.
DESEO DE SER PIEL ROJA.
(Sitting Bull ha muerto, los tambores
lo gritan sin esperar respuesta.)

Imágenes de archivo del jefe de los sioux, Sitting Bull (Tatanka Iyotanka en lakota, 1831-1890), su primera tumba y cabaña en la zona del Grand River.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Stać się Indianinem

Nieskończona równina a niebo jej odbiciem.
Stać się Indianinem.
Do miast bez powietrza dociera czasem bezszelestnie
rżenie kułana lub kłus bizona.
Stać się Indianinem.
Siedzący Byk odszedł: nie takich bębnów
które by obwieścić mogły jego przybycie na Wielkie Równiny.
Stać się
Indianinem.
Żelazny koń bez lęku teraz przecina
spalone pustynie ciszy.
Stać się Indianinem.
Siedzący Byk odszedł: nie takich bębnów
które by przywołać go mogły z krainy cieni.
Stać się Indianinem.
Przeciął ostatni jeździec nieskończoną
równinę, zostawił za sobą zwykły
obłok kurzu, który zaraz rozwiał wiatr.
Stać się Indianinem.
W Rezerwacie nie grzechotnik,
się zalągł, lecz porzucenie.
STAĆ SIĘ INDIANINEM.
(Siedzący Byk odszedł: bębny
wzywają go nie czekając na odpowiedź.)

Caballos por Mark English

Elizabeth Bishop

1911-1979, Estados Unidos

Trad. Ada Trzeciakowska

Santarém

Por supuesto, puede que todo lo recuerde mal
después, después- ¿de cuántos años?

Aquella tarde dorada no quise seguir viajando;
lo que más me apetecía era quedarme un tiempo
allí en la confluencia de dos grandes ríos, Tapajós, Amazonas,
que fluían y fluían, majestuosos y silenciosos, al este.
De repente aparecieron casas, personas y un montón de
barcos mestizos pasando de un lado para otro
bajo el cielo de nubes preciosas, iluminadas por debajo,
con todo dorado, bruñido a lo largo de un lado,
y todo claro, alegre, despreocupado – por lo menos eso parecía-.
Me gustó el lugar; me gustó la idea del lugar.
Dos ríos. ¿Acaso no brotaron dos ríos
del Jardín del Paraíso? No, eran cuatro
y habían divergido. Aquí hay solo dos
y juntándose. Igual si a uno le resulta tentadora
una interpretación literaria
como esa: vida/muerte, cierto/falso, masculino/femenino
-semejantes nociones se habrían resuelto, disuelto, inmediatamente
en esa deslumbrante y acuosa dialéctica.

Frente a la iglesia, catedral, mejor dicho,
había una modesta rambla y un pabellón
a punto de caerse al río,
palmeras regordetas y llamativas como ceniceros con brasa,
edificios de una planta, estucos, azules o amarillos,
y una casa con fachada de azulejos, amarillos como ranúnculos.
La calle estaba sumida en la arena dorada y oscura del río
mojada por la lluvia ritual de cada tarde,
e yuntas de cebúes caminaban pesadamente, nobles, apacibles
y azules con sus cuernos curvados por abajo y orejas colgando,
tirando de carros de ruedas sólidas.
Las pezuñas de cebúes, los pies de la gente
se hundían en arena dorada,
humedecidos e insonorizados por la arena dorada,
de forma que el único sonido que llegaba era el crujir y el –shu, shu, shu-.

Dos ríos llenos de una locura de barcos – gente,
toda cambiando de idea aparentemente, embarcando,
desembarcando, remando en torpes barcazas.
(Después de la Guerra de Secesión algunas familias sureñas
vinieron aquí, aquí donde se permitía tener esclavos.
Dejaron algunos ojos azules, nombres ingleses,
y -remos-. En todos los sitios, todos
a lo largo de las cuatro mil millas del Amazonas
no hacen otra cosa que remar.)
(…)

(¡Catedrales, por cierto!). Hacía una semana más o menos
hubo una tormenta eléctrica y sobre la catedral
cayó un rayo. En una torre había dejado
una fisura en zigzag ensanchándose hacia abajo.
Era un milagro. A la casa del cura justo al lado
también la alcanzó el rayo y su cama de latón pulido
(la única en todo el pueblo) se volvió negra al galvanizarse.
Graças a deus– estábamos por entonces en Belém,

En una farmacia azul el farmacéutico
colgó un nido vacío de avispas junto a un estante:
pequeño, exquisito, limpio, de blanco opaco,
y duro como estuco. Lo admiré
tanto que me lo regaló.
Entonces -sonó la sirena de mi barco de vapor-. No pude quedarme.
De vuelta a bordo, un compañero de viaje, el señor Swan,
holandés, ex-director de Philips Electric,
un viejo de verdad muy simpático,
que quería ver el Amazonas antes de morir,
me preguntó: “Qué es esa cosa tan fea?”

Tłum. Andrzej Sosnowski

Oczywiście mogę sobie przypominać to wszystko opacznie
po ilu – ilu latach?

Tamtego złotego wieczora naprawdę nie chciałam dalej podróżować;
niczego bardziej nie chciałam, niż zatrzymać się na dłuższą chwilę
u zbiegu tych dwóch wielkich rzek, Tapajós i Amazonki,
dostojnie, cicho płynących, płynących na wschód.
Nagle pojawiły się domy, byli ludzie i mnóstwo dziwnych
kryp śmigających tam i nazad po rzece,
pod niebem ze wspaniałych, od spodu podświetlonych chmur,
ze wszystkim wyzłoconym, skrzącym się wzdłuż jednej strony,
wszystkim jasnym, pogodnym, niedbałym – tak to wyglądało.
Podobało mi się takie miejsce; podobała mi się idea tego miejsca.
Dwie rzeki. Czy dwie rzeki nie wypływały
z ogrodu w Edenie? Nie, były cztery
i rozchodziły się w różne strony. Tutaj tylko dwie
i się schodziły. Nawet gdyby ulec pokusie
literackich interpretacji
takich jak: życie-śmierć, prawda-fałsz, męskie-żeńskie
pojęcia takie zlałyby się ze sobą, rozpłynęły raz dwa
w tej wodnej, oślepiającej dialektyce.

Naprzeciw kościoła; naprzeciw Katedry, rzecz jasna,
była skromna promenada, dalej belweder
jakby już spadający do rzeki,
korpulentne palmy-strojnisie ukwiecone jak popielniki z żarem,
budynki jednopiętrowe, stiuk w kolorze niebieskim lub żółtym,
i jeden dom z frontem w azulejos, jak jaskier żółtym.
Cała ulica w głębokim ciemnozłotym piasku z rzeki,
zmoczona po rytualnym popołudniowym deszczu,
a zaprzęgi zebu stąpały ciężko, dumne, szlachetne
i błękitne, z rogami skrzywionymi w dół i wiszącymi uszami,
ciągnąc wozy o pełnych kołach.
Racice tych zebu, stopy ludzi
brodziły w złotawym piasku,
mokre, wytłumione w złotawym piasku,
tak że niemal jedyny donośniejszy odgłos
to było skrzypienie oraz szu, szu, sza.

Dwie rzeki pełne wodnego szaleństwa – ludzie
najwidoczniej nieustannie zmieniający plany, wsiadający,
wysiadający, wiosłujący w klocowatych płaskodenkach.
(Po wojnie secesyjnej grupa rodzin przybyła tutaj
z Południa; tu mogły nadal posiadać niewolników.
Zostawiły trochę niebieskich oczu i angielskich imion
oraz dulki. Żadna inna miejscowość, nikt
na czterech tysiącach mil Amazonki
niczego innego nie robi, tylko pagajuje).
Jakiś tuzin młodych mniszek w białych habitach
machał wesoło ze starego tylnokołowca
stojącego pod parą, już obwieszonego hamakami

w drodze na misję, oddaloną o tyle dni i nocy
w górze Bóg wie jakiego zatraconego dopływu.
Bocznokołowce, niezliczone chybotliwe pirogi…
W jednej stała krowa, całkiem spokojnie
przeżuwając paszę, kolebiąc się, chybocząc,
gdzieś tam wieziona, gdzie zostanie poślubiona.
Szkuner rzeczny z wygiętymi do tyłu masztami,
pod fioletowymi żaglami, robił zwrot tak późno,
że bukszprytem chyba już dotknął kościoła

(Katedry, rzecz jasna!). Jakiś tydzień wcześniej
była burza z piorunami i w Katedrę walnął był
grom. Na jednej wieży z góry na dół pozostało
zygzakowate, rozszerzające się pęknięcie
Był to cud. Zaraz obok domostwo księdza
też zostało rażone i jego łóżko z mosiądzu
(jedyne takie w mieście) sczerniało od galwanizacji.
Gracas a deus – bawił wtedy w Belem.

Aptekarz w niebieskiej aptece
powiesił puste gniazdo os przy jednej z półek:
małe, śliczne, czysty niklowy biały mat,
twarde jak stiuk. Zachwyciłam się
tak bardzo, że mi je podarował.
Potem – zagwizdał parowiec. Nie mogłam zostać.
Na statku jeden ze współpasażerów, Mr. Swan,
Holender, odchodzący dyrektor Philips Electric,
naprawdę bardzo miły starszy pan,
który chciał zobaczyć Amazonkę, zanim umrze,
spytał: „A co to za paskudztwo?”

Santarém

Of course I may be remembering it all wrong
after, after—how many years?

That golden evening I really wanted to go no farther;
more than anything else I wanted to stay awhile
in that conflux of two great rivers, Tapajós, Amazon,
grandly, silently flowing, flowing east.
Suddenly there’d been houses, people, and lots of mongrel
riverboats skittering back and forth
under a sky of gorgeous, under-lit clouds,
with everything gilded, burnished along one side,
and everything bright, cheerful, casual—or so it looked.
I liked the place; I liked the idea of the place.
Two rivers. Hadn’t two rivers sprung
from the Garden of Eden? No, that was four
and they’d diverged. Here only two
and coming together. Even if one were tempted
to literary interpretations
such as: life/death, right/wrong, male/female
—such notions would have resolved, dissolved, straight off
in that watery, dazzling dialectic.

In front of the church, the Cathedral, rather,
there was a modest promenade and a belvedere
about to fall into the river,
stubby palms, flamboyants like pans of embers,
buildings one story high, stucco, blue or yellow,
and one house faced with azulejos, buttercup yellow.
The street was deep in dark-gold river sand
damp from the ritual afternoon rain,
and teams of zebus plodded, gentle, proud,
and -blue-,with down-curved horns and hanging ears,
pulling carts with solid wheels.
The zebus’ hooves, the people’s feet
waded in golden sand,
dampened by golden sand,
so that almost the only sounds were creaks and –shush, shush, shush-.

Two rivers full of crazy shipping—people
all apparently changing their minds, embarking,
disembarking, rowing clumsy dories.
(After the Civil War some Southern families
came here; here they could still own slaves.
They left occasional blue eyes, English names,
and -oars-. No other place, no one
on all the Amazon’s four thousand miles
does anything but paddle.)
A dozen or so young nuns, white-habited,
waved gaily from an old stern-wheeler
getting up steam, already hung with hammocks
—off to their mission, days and days away
up God knows what lost tributary.
Side-wheelers, countless wobbling dugouts…
A cow stood up in one, quite calm,
chewing her cut while being ferried,
tipping, wobbling, somewhere, to be married.
A river schooner with raked masts
and violet-colored sails tacked so close
her bowsprit seemed to touch the church

(Cathedral, rather!). A week or so before
there’d been a thunderstorm and the Catheral’d
been struck by lightning. One tower had
a widening zigzag crack all the way down.
It was a miracle. The priest’s house right next door
had been struck, too, and his brass bed
(the only one in town) galvanized black.
Graças a deus– — he’d been in Belém.

In the blue pharmacy the pharmacist
had hung an empty wasps’ next from a shelf:
small, exquisite, clean matte white,
and hard as stucco. I admired it
so much he gave it to me.
Then—my ship’s whistle blew. I couldn’t stay.
Back on board, a fellow-passenger, Mr. Swan,
Dutch, the retiring head of Philips Electric,
really a very nice old man,
who wanted to see the Amazon before he died,
asked, “What’s that ugly thing?”

Nelly Sachs

1891-1970, Alemania

Trad. J. L. Reina Palazón

Divídete noche

Divídete noche
tus dos alas iluminadas
tiemblan de espanto
pues quiero irme
y te traigo de vuelta la sangrienta
tarde

Tłum. Ryszard Krynicki

Rozstąp się nocy

Rozstąp się nocy
oba twoje opromienione skrzydła
drżą z przerażenia
bo chcę już iść
i odnoszę ci ten krwawy
wieczór

Transl. Andrew Shanks

Night divide

O night divide
Well may your darkling wings
begin to shake
My spells – beware – will conjure back
the bloodstained carcase
of the dusk

Teile dich Nacht

Teile dich Nacht
Deine beiden Flügel angestrahlt
Zittern vor Entsetzen
Denn ich will gehen
Und bringen dir den blutigen
Abend zurück

Elizabeth Bishop

1911-1979, Estados Unidos

Trad. D. Sam Abrams y Joan Margarit

Cuestiones de viaje

Aquí hay demasiadas cascadas: arrolladores torrentes
bajan rápidamente hacia el mar,
y la presión de tantas nubes en las cimas de las montañas
los hace desbordarse en una suave cámara lenta sobre las laderas,
volviéndose cascadas ante nuestros propios ojos.
-Ya que si aquellas venas, aquellas largas millas de brillantes manchas de lágrimas,
aún no son cascadas,
en una época más o menos rápida, como las que aquí transcurren,
probablemente lo serán.
Pero si los arroyos y las nubes continúan viajando, viajando,
las montañas parecen cascos de volcados buques
con limos colgantes y lapas.

Piensa en el largo viaje a casa.
¿Tendríamos que haber permanecido en casa y pensar en esto de aquí?
Hoy, ¿dónde deberíamos estar?
¿Es correcto ser espectadores de extraños que actúan en una obra
en el más extraño de los teatros?
¿Qué infantilismo nos empuja, mientras queda un aliento de vida
en nuestros cuerpos, a correr
para mirar el sol desde el otro lado?
¿Para ver el más pequeño colibrí verde del mundo?
¿Para mirar con atención alguna vieja, inexplicable obra de piedra,
inexplicable e impenetrable,
desde todos los puntos de vista,
percibida en el acto y siempre, siempre encantadora?
Oh, ¿debemos soñar nuestros sueños
y también realizarlos?
¿Y nos queda espacio
para un poniente plegable de viaje, y todavía lo bastante cálido?

Hubiese sido una lástima, a buen seguro,
no haber visto los árboles a lo largo del camino,
realmente exagerados en su belleza,
no haber visto sus gestos,
como nobles pantomimas con vestidos color rosa.
-No haber necesitado detenerse a poner gasolina y no haber podido oír
esas dos tristes notas de la melodía de madera
de unos desaparejados zuecos de madera
que, sin cuidado alguno, golpean
el suelo manchado de aceite de la gasolinera.
(En otro país los zuecos estarían controlados:
cada par sonaría con un idéntico tono.)
-Sería una lástima no haber escuchado
la otra música, la menos primitiva, del gordo pájaro castaño
que canta posado sobre la estropeada bomba de gasolina
en la barroca iglesia de cañas de los jesuitas:
tres torres, cinco cruces de plata.

-Sí, sería una lástima no haber ponderado nunca,
sin precisión, indefinidamente,
qué relación puede existir durante siglos
entre el más burdo calzado de madera
y el cuidado y la exigencia
de las fantasías en las jaulas de madera.
-No haber estudiado historia en
la débil caligrafía de las jaulas de pájaros cantores.
-Y nunca haber tenido que escuchar la lluvia,
tan parecida a los discursos de los políticos:
dos horas de oratoria sin pausa alguna
y después, de repente, un silencio de oro
durante el cual la viajera toma un cuaderno de notas y escribe:

“¿Es una falta de imaginación lo que hace que vengamos
a lugares imaginados, en lugar de quedarnos en casa?
¿O quizá Pascal no tenía toda la razón
en aquello de sentarse tranquilo en una estancia?

Continente, ciudad, país, sociedad:
la elección nunca es amplia ni libre.
Y aquí, o allí… No. ¿Tendríamos que habernos quedado en casa,
doquiera fuese?”.

Fotogramas de Jauja de Lisandro Alonso y Moonrise Kingdom de W. Anderson

Tłum. Andrzej Sosnowski

Pytania w kwestii podróży

Za dużo tych wodospadów; stłoczone strumienie
za szybko pędzą w dół ku morzu,
a pod naporem tylu chmur te górskie wierzchołki
zaczynają musować ze wszystkich stron w zwolnionym tempie,
zmieniając się w wodospady wprost na naszych oczach.
-Bo jeśli te smugi, te błyszczące, kilometrowe łzy
to jeszcze nie wodospady,
to w mgnieniu wieku, a tak biegną tu wieki,
zapewne nimi się staną.
Lecz gdy strumienie i chmury tak sobie podróżują, podróżują,
góry wyglądają jak przewrócone okręty
z brodami skorupiaków i szlamu.

Pomyśl o drodze powrotnej.
Należało zostać w domu i o tych stronach pomyśleć?
Gdzie wypadałoby nam być dzisiaj?
Czy godzi się oglądać dziwnych nieznajomych w sztuce
w tym najdziwniejszym z teatrów?
Cóż to za dziecinada, że póki tchu,
nie wahamy się spieszyć choćby zaraz,
żeby obejrzeć słonce z drugiej strony?
Najmniejszego zielonego kolibra na świecie?
Gapić się w niepojęte, zacne rumowisko,
niepojęte i nieprzeniknione,
w dowolnie wybrany widok,
ujrzany w lot i zawsze, na zawsze cudowny?
Och, czy musimy śnić te swoje sny
i na dokładkę je zjadać?
I czy zdołamy zmieścić kolejny
zawijany zachód słońca, jeszcze ciepły?

Jednak na pewno byłoby nam szkoda
nie ujrzeć drzew rosnących wzdłuż tej drogi,
naprawdę zbyt natarczywych w swoim pięknie,
nie ujrzeć ich gestykulacji w stylu
majestatycznych mimów odzianych na różowo.
Nie musieć stawać po benzynę w polu,
nie słyszeć smutnej, drewnianej melodii
niezgranych codaków na dwie nuty
beztrosko stukających o podłogę
lepkiej od smaru stacji benzynowej.
(W innym kraju drewniaki musiałyby przejść testy.
Każdą parę obowiązywałby identyczny dźwięk).
-Tak, szkoda nie posłuchać innej,
mniej prymitywnej muzyki tłustego brązowego ptaka
nad zepsutą pompą benzynową, w środku
jezuickiego baroku bambusowego kościoła:
trzy wieże, srebrnych krzyży pięć.

-Tak, szkoda nie podumać trochę,
niewyraźnie i bez głębszych wniosków,
nad możliwym związkiem łączącym przez wieki
najtoporniejsze drewniane obuwie
ze struganymi cackami
wymuskanych fantazji tych drewnianych klatek.
-Nigdy nie odcyfrowywać historii
w zwiewnej kaligrafii tych śpiewających klatek.
-Nie być zmuszonym wsłuchiwać się w deszcz
tak przypominający mowy polityków:
dwie godziny bezpardonowej oracji,
po której zapada nagła, złota cisza.
Podróżny wyciąga notes, może pisać:

„Czy to z braku wyobraźni cięgle odwiedzamy
miejsca wyobrażone, zamiast siedzieć w domu?
A może jednak Pascal nie całkiem miał rację
w kwestii tego ślęczenia we własnym pokoju?

Kontynent, miasto, państwo, środowisko:
wybór szeroki nie jest, nie do nas należy.
Tu czy tam… Nie. Należało w domu zostać,
gdziekolwiek ten dom leży?”

El cielo protector de Bernardo Bertolucci

Moonrise Kingdom

Questions of Travel

There are too many waterfalls here; the crowded streams
hurry too rapidly down to the sea,
and the pressure of so many clouds on the mountaintops
makes them spill over the sides in soft slow-motion,
turning to waterfalls under our very eyes.
– For if those streaks, those mile-long, shiny, tearstains,
aren’t waterfalls yet,
in a quick age or so, as ages go here,
they probably will be.
But if the streams and clouds keep travelling, travelling,
the mountains look like the hulls of capsized ships,
slime-hung and barnacled.

Think of the long trip home.
Should we have stayed at home and thought of here?
Where should we be today?
Is it right to be watching strangers in a play
in this strangest of theatres?
What childishness is it that while there’s a breath of life
in our bodies, we are determined to rush
to see the sun the other way around?
The tiniest green hummingbird in the world?
To stare at some inexplicable old stonework,
inexplicable and impenetrable,
at any view,
instantly seen and always, always delightful?
Oh, must we dream our dreams
and have them, too?
And have we room
for one more folded sunset, still quite warm?

But surely it would have been a pity
not to have seen the trees along this road,
really exaggerated in their beauty,
not to have seen them gesturing
like noble pantomimists, robed in pink.
– Not to have had to stop for gas and heard
the sad, two-noted, wooden tune
of disparate wooden clogs
carelessly clacking over
a grease-stained filling-station floor.
(In another country the clogs would all be tested.
Each pair there would have identical pitch.)
– A pity not to have heard
the other, less primitive music of the fat brown bird
who sings above the broken gasoline pump
in a bamboo church of Jesuit baroque:
three towers, five silver crosses.

– Yes, a pity not to have pondered,
blurr’dly and inconclusively,
on what connection can exist for centuries
between the crudest wooden footwear
and, careful and finicky,
the whittled fantasies of wooden cages
– Never to have studied history in
the weak calligraphy of songbirds’ cages.
– And never to have had to listen to rain
so much like politicians’ speeches:
two hours of unrelenting oratory
and then a sudden golden silence
in which the traveller takes a notebook, writes:

‘Is it lack of imagination that makes us come
to imagined places, not just stay at home?
Or could Pascal have been not entirely right
about just sitting quietly in one’s room?

Continent, city, country, society:
the choice is never wide and never free.
And here, or there… No. Should we have stayed at home,
wherever that may be? ‘

Ángel M. Alcalá

1981- , España (Albacete)

La Tierra prometida

Cómo sería si alcanzásemos
              la Tierra Prometida
si nos respetan las tormentas de asteroides
si nos ignoran las estrellas que agonizan
si al final llegamos
y conseguimos levantar un campamento
tomar fuerzas
              producir oxígeno
creer de veras que podemos hacer todo
y volver a componer las sinfonías
las pirámides de Egipto
o el amor libre y puro de los hippies

cómo se hace
cómo programar un vídeo antiguo
              sin el manual de instrucciones
australopitecus
intentando manejar un smartphone

volver a empezar
de nuevo
haber de reconquistar nuestras propias almas
arrancarlas
de las garras de nuestros apegos
olvidar las fotos de los padres el día de su boda
las tardes que pasábamos con ella junto al río
los besos secuestrados en la madrugada
tener que redibujar todos los mapas que miden el tiempo
deber
querer
desear tener una soga y la gravedad de algún planeta
la tentación constante de salir afuera desnudos
dejarse amar por el vacío

si alguien nos dijera cómo regresar a casa
meter la marcha atrás
dar media vuelta
nosotros
nunca soñamos haber sido
una constelación de estrellas
no queríamos ser dioses
tan sólo anhelábamos dormir de nuevo
              en nuestra cama.

Fotogramas de High Life (2018) de Claire Denise

Tłum. Ada Trzeciakowska

Ziemia Obiecana

Jak byłby gdybyśmy dotarli do
          Ziemi Obiecanej
jeśli oszczędzą nas burze asteroidów
jeśli ominą nas agonizujące gwiazdy
jeśli ostatecznie dotrzemy tam
i uda się nam wznieść stację
zebrać siły
                  wytworzyć tlen
naprawdę uwierzyć, że możemy uczynić wszystko
i znów tworzyć symfonie
piramidy egipskie
wolną i czystą miłość hipisów

jak to się robi
jak zaprogramować stare wideo
                  bez instrukcji
australopitecus
próbujący użyć smartfona

zacząć
od nowa
musieć podbić nasze własne dusze
wyrwać je
ze szponów naszego przywiązania
wymazać z pamięci zdjęcia ślubne rodziców
popołudnia spędzone z nią nad rzeką
pocałunki skradzione o świcie
musieć nakreślić na nowo mapy
odmierzające czas
musieć
chcieć
pragnąć sznura i siły ciążenia jakieś planety
nieustanna pokusa by wybiec na zewnątrz nadzy
dać się kochać pustce

gdyby ktoś powiedział nam jak wrócić do domu
wrzucić wsteczny bieg
zawrócić
myśmy
nigdy nie śnili by być
konstelacją gwiazd
myślmy nie chcieli być bogami
jedyne czego pragnęliśmy to znów zasypiać
                  w naszych łóżkach.