Edward Stachura

1937-1979, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

La amaré con el poder de la voluntad (frg.)

– La primera vez que te vi fue de paso. Seguramente no sabes ni dónde ni cuándo. Es una historia extraña, una historia extraña muy bonita, que quizá te cuente algún día.
        Hizo una pausa, miró a la ventana y a mí de nuevo.
         – Sí, todo lo que pienso de ti lo he imaginado. Bueno, varias personas me ayudaron un poco a imaginarte. Me ayudaron en el sentido de que hablaron de ti de forma desfavorable o incluso negativa. O incluso hostil. Y eso es lo que me ha gustado. Si hubieran hablado bien de ti, eso me habría molestado. De verdad. Porque los conozco un poco, al menos los conozco lo suficiente para saber que esa gente no puede hablar bien de ti. Si eres como te imaginaba, sólo pueden hablar mal de ti. Y eso es lo que comentaron y me cuadró. De mí también dicen todo tipo de cosas poco alentadoras sólo porque tengo una opinión sobre determinadas cosas diferente a la suya. Pero da igual. Son tonterías, lo sabes mejor que yo.
        Hizo una pausa y volvió a mirar por la ventana. Saqué un cigarrillo de la cajetilla, lo encendí y pensé: ¿cómo puede saber esta chica cosas tan distintas: pequeñas y grandes? ¿Y quién es ella? ¿Y cuándo y dónde, fugazmente, como dice ella, nos conocimos? ¿En algún sueño?
         – Me gusta verte fumar – dijo ella. – El humo te envuelve levemente y a pesar de ello me resultas más real, o mejor dicho: menos irreal.      
No sabía cómo comportarme después de estas palabras y procuré sonreír.
         – Y a este hombre me gustaría darle, simplemente, -como un regalo del día del santo o un regalo de cumpleaños- toda mi vida. Por completo. Me gustaría estar a su lado y viajar con él y esperarle cuando no pueda llevarme con él. Me gustaría mantener la casa limpia para él y hacer provisiones para el invierno, compotas, mermeladas, setas en escabeche, pepinos agrios, embotellar la acedera, tomates, preparar chucrut y otras maravillas. Me encantaría tejerle una bufanda larga y cálida y un jersey cálido, y unos guantes cálidos, y un gorro cálido, y unos calcetines muy cálidos, y todo eso. Porque, sí, puedes hacer algo para ti, pero para otra persona puedes hacer algo increíblemente hermoso, todo. Todo. Y, no sé… tal vez mañana el sol se apague, es posible, tal vez; o puede que lo cubra, para siempre, algún terrible y monstruoso hongo… Es posible también.
        Qué cosas más increíbles cuenta esa chica -pensé-. Cómo ha podido preservarse y salvar un pensamiento tan anticuado en este mundo, entre gente que -al no poder amar ellos mismos con tanta fuerza y sencillez- hace todo lo posible por humillar ese amor, por deshonrarlo, por pisotearlo, por destruirlo, por asesinarlo (porque la alteridad irrita la uniformidad). Y con este propósito destructivo y asesino idearon unas prácticas especiales, una filosofía especial, un arte especial, unos especialistas-artistas especiales, todo un mundo especial. Y, sí, sí, después de todo, el sol puede apagarse mañana o puede taparlo algún terrible y monstruoso hongo. Para siempre, mañana, pasado mañana, para siempre, puede pasar.
   – Y sabes -retomó-, tal vez sea obvio para ti, pero yo también quiero decírtelo, decirte directamente, que estoy a favor de la fidelidad, de la fidelidad absoluta…
        Un pájaro libre es la criatura más fiel de este mundo – me dije pensando. Pero no sabía realmente por qué había dicho esa frase en mi mente, ni sabía lo que esa frase -en toda su extensión, en toda su dimensión alada- significaba.
         – …y a este hombre, por supuesto, le sería absolutamente fiel. De este modo, que probablemente sea la única manera de ser fiel a mí misma. Sería la que quiero ser y la que realmente soy. Lo sé. Lo siento. Este hombre me ayudaría en esto, me ayudaría a ser esta y no otra, y yo igual, trataría de ayudarlo en todo. Porque, creo, que ciertamente no le molestaría en nada. Es muy difícil hablar de estas cosas y muy incómodo. Y creo que es mejor no insistir en algo, porque es cuando parece sospechoso. 
  
   Hizo una pausa, respiró profundamente y volvió a mirar a la ventana, como dándome así la oportunidad de calmarme después de cada oleada de sus confidencias, y a ella misma como si extrajese de allí, de la ventana o desde detrás de la ventana, alguna fuerza que le hacía falta. Ella miraba a la ventana, y yo la miraba a ella, su perfil y pensaba: con el corazón no podría, porque una vez tuve un corazón y se me partió tremenda y completamente, y no fui capaz de pegar las cáscaras de esa jarra, ni con lágrimas -con ese pegamento blanco-, ni con la sangre -con ese pegamento rojo-, y por eso no tengo corazón, no lo tengo, entonces con el corazón no podría, pero sí podría amar a tal ser con el PODER DE LA VOLUNTAD. Con mi primero, virgen, enorme y libre amor de la voluntad. De dónde ha salido esta chica, aquí, delante de mí, casi al alcance de la mano, ella, que es así, como si la hubiera creado algún anhelo desgarrador e indecible, ya no el anhelo del corazón, sino de otra cosa, no sé de qué… El anhelo del espíritu. Mi anhelo.
        La chica apartó los ojos de la ventana y me miró. Pero seguía guardando silencio. Miraba. Volvió a haber en esa mirada lo que hubo al principio, cuando empezó a hablarme, algo parecido a cuando uno está en un muelle y mira un barco que se desliza lentamente hacia el embarcadero, pero todavía está un poco lejos y con los ojos desnudos y anhelantes, sin recurrir al uso de unos pequeños prismáticos, no puede distinguir los rasgos faciales de los pasajeros que están en el puente. Guardé silencio como ella. De repente me di cuenta de que no había dicho una palabra en todo este tiempo.

Fotograma de Adiós, hasta mañana (1960) de Jerzy Morgenstern y cartel de Cómo ser amada (1962) de Wojciech Jerzy Has

Pokocham ją siłą woli (frg.)

– Pierwszy raz zobaczyłam cię przelotnie. Ty na pewno nawet nie wiesz gdzie i kiedy. To dziwna historia, bardzo ładnie dziwna, o której ci kiedyś może opowiem.
        Przerwała, spojrzała w okno i znowu na mnie.
         – Tak, wszystko, co myślę o tobie, to sobie wyobraziłam. No, trochę mi dopomogli w wyobrażeniu sobie ciebie różni tacy ludzie. Dopomogli mi w tym sensie, że mówili o tobie niezbyt przychylnie lub wręcz źle. Lub wręcz wrogo. I to mnie właśnie ucieszyło. Gdyby mówili o tobie dobrze, to by mnie właśnie zmartwiło. Naprawdę. Bo ja ich trochę znam, w każdym razie znam na tyle, że wiem, że ci ludzie nie mogą mówić o tobie dobrze. Jeżeli jesteś taki, jakiego ja sobie ciebie wyobraziłam, to oni mogą mówić o tobie tylko źle. Tak też mówili i to mi się zgadzało. O mnie też opowiadają różne nie budujące rzeczy tylko dlatego, że myślę o pewnych sprawach inaczej niż oni. Ale co tam. To wszystko głupstwa, o czym wiesz lepiej ode mnie.
        Przerwała i znowu spojrzała w okno. Ja wyciągnąłem z paczki papierosa, zapaliłem i myślałem: skąd ta dziewczyna wie takie różne rzeczy: małe i duże? I kim ona jest? I kiedy i gdzie, przelotnie, jak mówi, pierwszy raz się spotkaliśmy? We śnie jakimś?
         – Lubię patrzeć, jak palisz – powiedziała. – Dym cię leciutko osnuwa, ale pomimo to jesteś dla mnie wtedy bardziej realny lub raczej: mniej nierealny.
        Zupełnie nie wiedziałem, jak po tych jej słowach się zachować, i spróbowałem jakoś tam się uśmiechnąć.
         – Wiesz, temu jednemu mężczyźnie chciałabym dać, tak zwyczajnie, tak najzwyczajniej w świecie – jak podarek imieninowy czy urodzinowy – całe moje życie. Bez reszty. Chciałabym być z nim i podróżować z nim, i czekać na niego wtedy, kiedy nie mógłby mnie ze sobą zabierać. Chciałabym dla niego utrzymywać dom w czystości i robić zapasy na zimę, kompoty, konfitury, marynować grzyby, kwasić ogórki, butelkować szczaw, pomidory, kisić kapustę i inne wspaniałości. Chciałabym mu zrobić na drutach albo na szydełku długi długi ciepły szalik i ciepły sweter, i ciepłe rękawiczki, i ciepłą czapkę, i bardzo ciepłe skarpety, i w ogóle. Bo to tak jest, że dla siebie, owszem, można coś tam zrobić, ale dla drugiego człowieka to już można coś niesamowicie pięknego zrobić, wszystko. Wszystko. I, czy ja wiem… może jutro zgaśnie słońce, przecież może; albo nam je przesłoni, na zawsze, jakiś straszny potworny grzyb… Przecież może.
        Jakże niesamowicie mówi ta dziewczyna – myślałem. Jakim sposobem ona uchowała się i uchowała takie myślenie niemodne w świecie tym, wśród ludzi tych, którzy – sami nie potrafiąc tak mocno i prosto kochać – wszystko robią, żeby taką miłość poniżyć pognębić zhańbić zdeptać zniszczyć zamordować (bo inność drażni jednakowość). I specjalne obyczaje w tym niszczycielskim morderczym celu stworzyli, specjalną filozofię, specjalną sztukę, specjalnych specjalistów-artystów, cały specjalny świat. I, no tak, no tak, przecież może jutro zgasnąć Słońce albo może nam je przesłonić jakiś straszny potworny grzyb. Na zawsze, jutro, pojutrze, na zawsze, przecież może się to stać.
         – I wiesz – podjęła ona – może to dla ciebie oczywiste, ale też ci chcę o tym powiedzieć, powiedzieć wprost, że jestem za wiernością, za wiernością absolutną…
        Wolny ptak jest najwierniejszym stworzeniem tego świata – powiedziałem do siebie w myśli. Ale nie bardzo wiedziałem, po co mi się to zdanie w myśli powiedziało, ani nie wiedziałem, co to zdanie – w całej swojej rozciągłości, w całej swojej skrzydlatości – oznacza.
         – …i temu jednemu mężczyźnie byłabym oczywiście absolutnie wierna. W ten sposób, w ten chyba jedyny sposób byłabym też sobie wierna. Byłabym taka, jaka chcę być i jaka naprawdę jestem. Ja to wiem. Ja to czuję. Ten mężczyzna by mi pomógł w tym, by mi pomógł taką a nie inną być, a ja bym się starała tak samo we wszystkim mu pomóc. Bo, myślę, że na pewno bym mu w niczym nie przeszkadzała. Ogromnie ciężko jest o takich sprawach mówić i ogromnie niezręcznie. I raczej nie powinno się zapewniać o czymś, bo to wtedy właśnie wygląda podejrzanie.

        Przerwała, zaczerpnęła głęboko powietrza i znowu spojrzała w okno, jak gdyby dając mi w ten sposób możność ochłonięcia po każdej fali swoich wynurzeń, a sama jak gdyby czerpiąc stamtąd, z okna lub zza okna, jakieś potrzebne jej siły. Patrzyła w okno, a ja patrzyłem na nią, na jej profil i myślałem: sercem nie mógłbym, bo serce miałem kiedyś jedno i mi się potrzaskało straszliwie i doszczętnie, i nie udało się pokleić skorupek tego dzbanka, ani łzami – tym klejem białym, ani krwią – tym klejem czerwonym, i tak nie mam serca, nie mam, więc sercem nie mógłbym, ale mógłbym taką istotę pokochać SIŁĄ WOLI. SIŁĄ WOLI pokochać istotę taką mógłbym. Pierwszą dziewiczą i wielką i wolną miłością wolnej mojej woli. Skąd ona wzięła się, ta dziewczyna, tu, przede mną, prawie na wyciągnięcie ręki, ona, co jest taka, jak gdyby ją stworzyła jakaś niewysłowiona rozdzierająca tęsknota, już nie serca tęsknota, ale czegoś innego, nie wiem czego… Ducha tęsknota. Moja tęsknota.
        Dziewczyna odwróciła oczy od okna i spojrzała na mnie. Ale dalej milczała. Patrzyła. Było w tym patrzeniu znowu to, co było na początku, kiedy zaczęła do mnie mówić, coś z tego jak kiedy się stoi na nabrzeżu portowym i się patrzy na wolno sunący ku kei statek, ale jest on jeszcze trochę daleko i stęsknionymi nagimi oczami, bez pomocy małej lornetki, nie można rozróżnić rysów twarzy stojących na mostku pasażerów. Milczałem jak ona. Zdałem sobie nagle sprawę, że przez-ten-cały-czas nie powiedziałem ani jednego słowa.

Kenneth Rexroth

1905-1982, Estados Unidos

Trad. Carlos Manzano

Fugitiva

Traes destellos de lluvia en los cabellos
Brillantes que te cubren la frente;
Tienes húmedos los ojos, los labios mojados
Y gélidas y rígidas las mejillas del
Frío. ¿Por qué has estado ausente tanto tiempo?
¿Por qué no has venido a mí hasta las
Tantas de la noche, tras caminar durante horas
Contra viento y lluvia? Quítate el vestido
y las medias, siéntate en este sillón profundo
Junto al fuego. Te voy a calentar los
Pies en mis manos. Te voy a calentar senos y
Muslos a besos. Ojalá pudiese encender
Un fuego en tu interior que nunca se extinguiese.
Ojalá pudiera estar seguro de que llevas
Bien dentro un imán que siempre te traerá a casa.

Tłum. Teresa Truszkowska

Uciekinierka

Krople deszczu lśnią na błyszczących
Włosach nad twoim czołem;
Twoje włosy są wilgotne a usta
Mokre i chłodne, policzek zziębnięty.
Dlaczego przebywałaś tak długo
Poza domem, dlaczego przyszłaś
Do mnie późno w noc
Po dalekiej wędrówce na wietrze i deszczu?
Zdejm suknię i pończochy.
Siądź w fotelu przed ogniem.
Ogrzeję twoje stopy swymi dłońmi.
Ogrzeję twe piersi i uda pocałunkami.
Chciałbym wzniecić w tobie
Ogień, co nigdy nie zagaśnie.
Chciałbym mieć pewność, iż głęboko ukryty
Jest w tobie magnes, co cię przyciąga do domu

Fotografía de Laura Makabresku

Runaway

There are sparkles of rain on the bright
Hair over your forehead;
Your eyes are wet and your lips
Wet and cold, your cheek rigid with cold.
Why have you stayed
Away so long, why have you only
Come to me late at night
After walking for hours in wind and rain?
Take off your dress and stockings;
Sit in the deep chair before the fire.
I will warm your feet in my hands;
I will warm your breasts and thighs with kisses.
I wish I could build a fire
In you that would never go out.
I wish I could be sure that deep in you
Was a magnet to draw you always home.

Denise Levertov

1923-1997, Inglaterra/Estados Unidos

Trad. Lisa Rose Bradford

Los mudos

Esos gruñidos que los hombres usan 
al cruzarse con una mujer en la calle 
o en la escalera del subte

para decirle que es hembra
y que su carne lo reconoce,

¿son una especie de melodía,
un canto algo feo, cantado
por un pájaro de lengua partida

pero lanzados en pos de música?

¿O son rugidos asfixiados
de un sordomudo atrapado en un edificio
que lentamente se llena de humo?

Ambos, tal vez.

Esos hombres por lo general
no parecen ser capaces de hacer más que gemir,
sin embargo, una mujer, a pesar de sí misma,

sabe que le rinden homenaje:
si careciera de toda gracia
pasarían en silencio:
entonces no es sólo para decirle que ella es
un cálido agujero. Es una palabra

en lengua-pena, nada que ver con lo
primitivo o una lengua-prima;
una lengua magullada, contagiada, precipitada

hacia la decrepitud. Ella quisiera
deshacerse del homenaje, dis-
gustada, y no puede,

sigue zumbando en sus oídos,
cambia el ritmo de su andar, 
los afiches rotos en un pasillo vacío

le hacen eco,
rechinan con el estertor del tren que arriba.
Su pulso reticente

se acelera,
pero bajan de velocidad los vagones
y se sacuden al detenerse mientras su comprensión

sigue traduciendo:
«vida tras vida tras otra vida pasa

sin poesía,
sin decoro,
sin amor.»

Tłum. Czesław Miłosz

Głuchoniemi

Te chrząknięcia mężczyzn
kiedy mijają kobietę
na ulicy albo przy wejściu do metra.

mające jej powiedzieć, że pleć jej żeńska,
i że ich ciało wic o tym,

czy są rodzajem melodii,
brzydką pieśnią śpiewaną
przez ptaka z rozciętym językiem,

choć miała być muzyką?

Albo stłumionym rykiem
głuchoniemych zamkniętych w budynku,
ktory wypełnia się dymem?

Pewnie i jedno i drugie.

Zdaje się, że tak chrząkać
to wszystko, co mogą zrobić,
ale kobieta, wbrew sobie

wie, że to wyraz hołdu,
gdyby nie to, że ma wdzięk
minęliby ją milcząc.

Bo jednak nie tylko jej mówią,
że jest ciepłą dziurką. To pomruk
żalu, nic prymitywna
mowa jaskini. Język pokorny,
pobity, niezdarny,

w rozkładzie. Ona chciałaby
odrzucić ten hołd, który ją brzydzi
i nie może.

Idzie, a to brzęczy jej w uchu,
zmienia rytm jej kroków. Podarte plakaty
w dudniących korytarzach

powtarzają to, i to zgrzyta, dygoce
kiedy nadjeżdża pociąg.
Nagle jej puls

przyśpiesza, ale wagony
zwalniają i już przystanek,
kiedy jej zrozumienie

tłumaczy ten dźwięk na słowa:
życie, jedno po drugim, mija

bez poezji,
bez urody,
bez miłości.


Robert Doisneau, Le Muguet du Métro, 1953.

The mutes

Those groans men use
passing a woman on the street
or on the steps of the subway

to tell her she is a female
and their flesh knows it,

are they a sort of tune,
an ugly enough song, sung
by a bird with a slit tongue

but meant for music?

Or are they the muffled roaring
of deafmutes trapped in a building that is
slowly filling with smoke?

Perhaps both.

Such men most often 
look as if groan were all they could do,
yet a woman, in spite of herself,

knows it’s a tribute:
if she were lacking all grace
they’d pass her in silence:

so it’s not only to say she’s
a warm hole. It’s a word

in grief-language, nothing to do with
primitive, not an ur-language;
language stricken, sickened, cast down

in decrepitude. She wants to
throw the tribute away, dis-
gusted, and can’t,

it goes on buzzing in her ear,
it changes the pace of her walk,
the torn posters in echoing corridors

spell it out, it
quakes and gnashes as the train comes in.
Her pulse sullenly

had picked up speed,
but the cars slow down and
jar to a stop while her understanding

keeps on translating:
‘Life after life after life goes by

without poetry,
without seemliness,
without love.’

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Seminario de sueños

Cuatro mil millones de personas en la tierra.
Y todos duermen, todos sueñan.
En cada sueño se apiñan los rostros y los cuerpos
—las personas soñadas son más que nosotros.
Pero no ocupan lugar…
Sucede que te duermes en el teatro.
En medio de la pieza se hunde el instante.
Un breve segundo de doble exposición: el escenario.
allí al frente, es aventajado por un sueño.
Luego, ya no hay más escenario; eres tú.
¡Teatro en la sincera profundidad!
¡El misterio de un director teatral
agotado!
Continuo aprendizaje de memoria…
Un dormitorio. Es de noche.
El cielo oscuro se desliza dentro de la habitación.
El libro que alguien dejó al quedarse dormido
todavía está abierto
y permanece abatido al borde de la cama.
Los ojos del durmiente se mueven,
siguen el texto sin letras
en otro libro
—con iluminaciones, antiguo, rápido.
Una commedia vertiginosa que se impregna
dentro de los muros de convento del párpado.
Un solo ejemplar. ¡Existe en este instante!
Mañana, todo estará tachado.
¡Misterio de este gran derroche!
Eliminación… Como cuando el turista es detenido
por sospechosos hombres de uniforme
—abren la cámara, desenrollan su película
y dejan que el sol mate las imágenes:
así son los sueños oscurecidos por la luz del día,
¿Eliminados o solo invisibles?
Hay un soñar-fuera-del-alcance
que siempre está pasando. Luz para otros ojos.
Una zona donde pensamientos que reptan aprenden a andar.
El rostro y las imágenes se reorganizan.
Nos movemos en una calle, entre gente,
en la canícula.
Pero tantos, o más,
que no vemos,
están dentro de los oscuros edificios
que se alzan a ambos lados.
A veces alguno de ellos se acerca a la ventana
y arroja una mirada sobre nosotros.

Ilustración propia

Tłum. Leonard Neuger

Seminarium oniryczne

Cztery miliardy ludzi na ziemi.
I wszyscy śpią i wszystkim śni się.
W każdym śnie tłoczą się twarze i ciała —
ludzi którzy się śnią jest więcej niż nas.
Za to nie zajmują miejsca…
Zdarza się, że zaśniesz na spektaklu.
W połowie sztuki powieki opadają.
Podwójna ekspozycja krótkiej chwili: scena
tam z przodu oskrzydlana przez sen.
Potem już nie ma sceny. Ty nią jesteś.
Teatr w zacnej głębi!
Misterium z przepracowanym
dyrektorem teatru!
Nieprzerwane wyuczanie się roli od nowa…
Sypialnia. Noc.
Mroczne niebo przepływa przez pokój.
Książka, nad którą ktoś zasnął,
jest jeszcze otwarta
i leży raniona na brzegu łóżka.
Oczy śpiącego poruszają się
wodząc po pozbawionym liter tekście
w innej książce —
iluminowanej, starodawnej, szybkiej.
Zawrotna commedia spisywana
wewnątrz klasztornych murów powiek.
Jedyny egzemplarz. Dostępny właśnie teraz!
Jutro wszyściutko zniknie.
Misterium z ogromną rozrzutnością!
Unicestwienie… Jak gdy turysta zostaje zatrzymany
przez podejrzliwych mundurowych —
otwierają aparat fotograficzny, wyjmują film
i pozwalają słońcu zamordować zdjęcia:
tak zaciemniane są sny przez światło dzienne.
Unicestwione czy tylko niewidzialne?
Istnieje śnienie-poza-zasięgiem-wzroku,
które trwa nieprzerwanie. Światło dla innych oczu.
Sfera gdzie raczkujące myśli uczą się chodzić
Twarze i postaci przegrupowują się.
Poruszamy się po ulicy, wśród ludzi
w spiekocie słońca.
Lecz równie wielu, albo i więcej,
których nie widzimy,
jest wewnątrz tych mrocznych zabudowań
wznoszących się po obu stronach.
Czasami ktoś z nich podchodzi do okna
i rzuca spojrzenie. W dół. Na nas.

Transl. Robin Fulton

Dream Seminar

Four thousand million on earth.
They all sleep, they all dream.
Faces throng, and bodies, in each dream –
the dreamt-of people are more numerous
than us. But take no space …
You doze off at the theatre perhaps,
in mid-play your eyelids sink.
A fleeting double-exposure: the stage
before you out-manoeuvred by a dream.
Then no more stage, it’s you.
The theatre in the honest depths!
The mystery of the overworked director!
Perpetual memorising of new plays …
A bedroom. Night.
The darkened sky is flowing through the room.
The book that someone fell asleep from lies
still open
sprawling wounded at the edge of the bed.
The sleeper’s eyes are moving,
they’re following the text without letters
in another book –
illuminated, old-fashioned, swift.
A dizzying commedia inscribed
within the eyelids’ monastery walls.
A unique copy. Here, this very moment.
In the morning, wiped out.
The mystery of the great waste!
Annihilation. As when suspicious men
in uniforms stop the tourist –
open his camera, unwind the film
and let the daylight kill the pictures:
thus dreams are blackened by the light of day.
Annihilated or just invisible?
There is a kind of out-of-sight dreaming
that never stops. Light for other eyes.
A zone where creeping thoughts learn to walk.
Faces and forms regrouped.
We’re moving on a street, among people
in blazing sun.
But just as many – maybe more –
we don’t see
are also there in dark buildings
high on both sides.
Sometimes one of them comes to the window
and glances down on us.

W. H. Auden

1907-1973, Inglaterra/EE.UU.

*Un análisis exhaustivo del poema

Trad. Ada Trzeciakowska

¿Progreso?

Arraigada, ciega
la Planta se complace enteramente
con lo Adyacente.

Movilizada, vidente,
La Bestia puede distinguir Aquí y Ahora
de Allí y Aún No.

Locuaz, ansioso,
Hombre puede imaginar Lo Ausente
y No-Existente.

Tłum. S. Barańczak

Postęp?

Wkorzeniona i niewidząca,
Roślina zadowala się w pełni
tym, co Bezpośrednio Przyległe.

Obdarzone ruchem i wzrokiem,
Zwierzę potrafi odróżnić
Tu od Tam i Już od Jeszcze Nie.

Gadatliwy i niespokojny,
człowiek umie sobie przedstawić
Nieobecne i Nieistniejące.

Cuadro de Guillermo Pérez Villalta «El agua oculta»

«(…) quería contar era cómo la realidad exterior penetra, a través de los sentidos, en tu mundo interior y cómo, a partir de ese material, vas fraguando el pensamiento. Dándole vueltas, llegué a la conclusión de que el mundo de nuestros pensamientos es bastante más denso y complejo que las percepciones que recibimos del exterior. Fue entonces cuando se me ocurrió la idea de la cabeza como contenedor de una especie de líquido amniótico, un líquido que no es sino una condensación del pensamiento, incluso de aquel pensamiento que ni dominas ni controlas: del subconsciente, de todo ese mundo freudiano, de todo ese mundo junquiano cuyos posos ni tú mismo conoces… Un líquido en el que está flotando tu modo de ser».

Progress?

Sessile, unseeing,
the Plant is wholly content
with Adjacent.

Mobilised, sighted,
the Beast can tell Here from There
and Now from Not-Yet.

Talkative, anxious,
Man can picture the Absent
and Non-Existent.

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Francisco Serrano

Abril y silencio

La primavera desolada.
Una zanja de terciopelo negro
repta a mi lado
sin reflejarse.

Las únicas que brillan
son estas flores gualdas.

Mi sombra me lleva
como un violín
en su estuche negro.

Todo lo que quería decir
reluce inaccesible
como la plata
en casa del usurero.

Fotos propias

Tłum. Leonard Neuger

Kwiecień i cisza

Wiosna leży odłogiem.
Ten rów aksamitnie mroczny
pełznie tuż koło mnie
bez odblasków.

Jedyne co lśni
to żółte kwiaty.

Jestem niesiony w moim cieniu
jak skrzypce
w czarnym pudle.

Jedyne co chcę powiedzieć
błyska niedosiężnie
jak srebro
w lombardzie.

Transl. Robin Fulton

April and silence

Spring lies desolate.
The velvet-dark ditch
crawls by my side
without reflections.

The only thing that shines
is yellow flowers.

I am carried in my shadow
like a violin
in its black box.

The only thing I want to say
glitters out of reach
like the silver
in a pawnbroker’s.

Eiléan Ní Chuilleanáin

1942 – , Irlanda

Lavado

Trad. Silvia Camerotto

Lava al hombre de la tierra; quita
la costra humana.
Veinte pies más abajo hay tierra fría e íntima
tan limpia.

Lava el hombre de la mujer:
el sudor ajeno de su piel, las cenizas de su cabello.
Ponla a secar al sol
las marcas azules en su pecho se borrarán.

Mujer y mundo, aún no
tan limpios como la gata
que salta al alféizar con un pescado entre sus dientes;
sus ojos fijos y curiosos reflejan la habitación mugrienta,
ella comienza a lavar el agua del pescado.

Mycie

Tłum. Jerzy Jarniewicz

Zmyj człowieka z ziemi; zedrzyj
Tę ludzką skorupę,
Dwadzieścia stóp w głąb jest gęsta, zimna ziemia,
Taka czysta.

Zmyj mężczyznę z kobiety:
Obcy pot z jej skóry, popioły z jej włosów.
Rozłóż ją w słońcu, by wyschła,
A zanikną na piersiach jej sine znamiona.

Kobieta i świat nie są jeszcze
Tak czyste jak kotka,
Która skacze na parapet z rybą w zębach;
W jej płaskich oczach odbija się ten nędzny pokój.
Kotka zmywa wodę z ryby.

Fotografía de Arno Rafael Minkkinen (1949 – , Finlandia)

Wash

Wash man out of the earth; shear off
The human shell.
Twenty feet down there´s close cold earth
So clean.

Wash the man out of the woman:
The strange sweat from her skin, the ashes from her hair.
Stretch her to dry in the sun
The blue marks on her breast will fade.

Woman and world not yet
Clean as the cat
Leaping to the windowsill with a fish in her teeth;
Her flat curious eyes reflect the squalid room,
She begins to wash the water from the fish.

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Bajo presión

El estrépito del motor del cielo azul es fuerte.
Estamos presentes en un tembloroso lugar de trabajo
donde de pronto puede aparecer la profundidad del mar
-zumban caracoles y teléfonos.

La belleza, uno alcanza a verla fugazmente de perfil.
El denso cereal en el sembrado, muchos colores en un torrente amarillo.
Las inquietas sombras de mi cabeza son atraídas hacia allí.
Reptando, quieren meterse en el cereal y transformarse en oro.

Cae la oscuridad. A medianoche me voy a la cama.
Al barco más pequeño lo botan desde el más grande.
Se está solo en el agua.
El casco oscuro de la sociedad se aleja más y más.

William Kentridge Regreso de Ulises

Tłum.  Antoni Orzech

Pod ciśnieniem

Ogłuszający jest huk niebieskiej machiny.
Żyjemy tu w miejscu pracy, które całe drży,
Gdzie nagle może się objawić morska głębia-
muszle i telefony szumią.

Piękno można zobaczyć tylko przelotnie i z boku.
Gęste zboża na polach, mnóstwo kolorów w żółtym strumieniu.
Niespokojne cienie w mojej głowie, ciągnie tam.
Chcą wejść w zboże i zamienić się w złoto.

Zapada zmierzch. O północy idę spać.
Z większej łodzi, wypływa na fale mniejsza łódka.
Zostaję na wodzie sam.
Ciemny kadłub społeczeństwa, odpływa coraz dalej.

Transl. Robin Fulton

Under pression

The blue sky’s engine-drone is deafening.
We’re living here on a shuddering work-site
where the ocean depths can suddenly open up
shells and telephones hiss.

You can see beauty only from the side, hastily.
The dense grain on the field, many colours in a yellow stream.
The restless shadows in my head are drawn there.
They want to creep into the grain and turn to gold.

Darkness falls. At midnight I go to bed.
The smaller boat puts out from the larger boat.
You are alone on the water.
Society’s dark hull drifts further and further away.

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Las piedras

Oigo caer las piedras que arrojamos,
transparentes como cristal a través de los años. En el valle
vuela la confusión de los actos
del instante, vociferantes, de copa
en copa de los árboles, se callan
en el aire más tenue que el presente, se deslizan
como golondrinas desde una cima
a otra de las montañas, hasta
alcanzar las mesetas ulteriores,
junto a la frontera del ser. Allí caen
todas nuestras acciones
claras como el cristal
no hacia otro fondo
que el de nosotros mismos

Fotogramas de Okuribito (2008) de Yōjirō Takita

Tłum.  Łukasz Winiarski

Kamienie

Kamienie przez nas rzucone słyszę
jak poprzez lata spadają szklano przejrzyste. W dole
latają pochopne uczynki wrzeszczące, oszołomione
ze szczytu drzewa na szczyt. Milkną
w powietrzu rzadszym niż nasze. Spływają
lotem jaskółek ze szczytu skały na szczyt,
aż sięgną dolin ostatnich leżących u granic bytu.
Tam wszystkie nasze działania
przejrzysto szklane spadają
w dół
gdzie nie ma żadnego dna
oprócz nas samych.

Transl. Patty Crane

The Stones

The stones we have thrown I hear
fall, glass-clear through the year. In the valley
confused actions of the moment
fly howling from tree-top
to tree-top, quieting
in air thinner than now’s, gliding
like swallows from mountain-top
to mountain-top till they
reach the furthest plateaus
along the edge of existence. Where
all our deeds fall
glass-clear
to no ending
except ourselves.

.

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Vías

Dos de la madrugada: claro de luna. El tren se ha detenido
en plena llanura. Allá lejos los puntos luminosos de
         una ciudad,
brillando fríos en el horizonte.
Como cuando una persona ha entrado tan profundamente
         en un sueño
que jamás recordará que estuvo allí
una vez que vuelva a su habitación.
Y como cuando alguien ha entrado tan hondo en una
         enfermedad
que todo lo que fueron sus días se vuelven unos puntos
         centelleantes, un enjambre
frío y escaso sobre el horizonte.
El tren está absolutamente quieto.
Son las dos: fuerte claro de luna, pocas estrellas.

Tłum. Czesław Miłosz

Szyny

Druga w nocy, księżyc. Pociąg przystanął
pośrodku równiny. Daleko światełka miasta
mrugają, zimne, na horyzoncie.

Jak kiedyś ktoś zabrnie tak daleko w sen,
że, wróciwszy do pokoju,
już nigdy sobie nie przypomni, że był tam.

I jak kiedyś ktoś tak pogrąży się w chorobę,
że dni dawniej przeżyte są jak rój światełek
zimnych, wątłych, na horyzoncie.

Pociąg stoi zupełnie nieruchomo.
Druga. Pełnia księżyca, parę gwiazd.

El largo viaje hacia la noche de Bi Gan (2018)

Transl. Robert Bly

Tracks

Night, two o’clock, moonlight. The train has stopped
in the middle of the plain. Distant bright points of a town
twinkle cold on the horizon.

As when someone has gone into a dream so far
that he’ll never remember he was there
when he comes back to his room.

And as when someone goes into a sickness so deep
that all his former days become twinkling points, a swarm,
cold and feeble on the horizon.

The train stands perfectly still.
Two o’clock: full moonlight, few stars.

.

Crea tu sitio web con WordPress.com
Primeros pasos
A %d blogueros les gusta esto: