Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Trad. Agata Orzeszek

Los Errantes

Estoy aquí

He madurado. En un principio, al despertarme en lugares extraños, pensaba que estaba en casa. Solo al cabo de un rato reparaba en los detalles desconocidos que iba desvelando la luz del día. Los gruesos cortinajes del hotel, la forma del televisor, mi maleta destripada, las toallas blancas diligentemente dobladas. El nuevo lugar asomaba de detrás de los visillos, velado, misterioso, las más de las veces blanco o amarillento por obra del alumbrado urbano.
Algo más tarde, sin embargo, entré en la fase que los psicólogos del viaje llaman «No sé dónde estoy». Me despertaba completamente desorientada. Intentaba –como un alcohólico en plena borrachera– recordar qué había hecho la noche anterior, dónde había estado, adónde me conducían los caminos, reconstruía detalle tras detalle para descubrir el aquí y ahora. Cuanto más duraba el proceso, mayor era el pánico, un estado desagradable, parecido a la laberintitis, la pérdida del equilibrio básico, al borde de las náuseas. Que dónde coño estoy. Pero los detalles del mundo, que son misericordiosos, acababan dándome la pista correcta: Estoy en M. Estoy en B. Esto es un hotel y esto otro el piso de una amiga o la habitación de invitados en casa de la familia N. El sofá de los amigos X. Semejante despertar equivalía al sello en el billete necesario para continuar el viaje.
Sin embargo, la más importante es la etapa número tres, etapa clave –según la psicología del viaje– que constituye el destino definitivo; viajemos a donde viajemos, siempre nos dirigimos hacia él. «No importa dónde estoy», da igual dónde. Aquí. Aquí estoy.

Bieguni

Jestem

Rozwinęłam się. Na początku, budząc się w obcych miejscach, myślałam, że jestem w domu. Dopiero po chwili rozpoznawałam nieznane szczegóły, odsłonięte teraz przez światło dnia. Ciężkie hotelowe zasłony, bryła telewizora, moja rozbebeszona walizka, białe, schludnie złożone ręczniki. Nowe miejsce ukazywało się zza firanek, zakwefione, tajemnicze, najczęściej białokremowe lub żółte od ulicznych latarni.
Potem jednak weszłam w fazę, którą psychologowie podróżni nazywają „Nie wiem, gdzie jestem”. Budziłam się zupełnie zdezorientowana. Usiłowałam – jak alkoholik w ciągu – przypomnieć sobie, co robiłam poprzedniego wieczoru, gdzie byłam, dokąd wiodły mnie drogi, odtwarzałam szczegół po szczególe, aby odczytać teraz i tutaj. A im dłużej trwała ta specjalna procedura, tym większa pojawiała się panika, nieprzyjemny stan, podobny do choroby błędnika, utraty podstawowej równowagi, zbierający na mdłości. Gdzie ja, do cholery, jestem. Lecz detale świata są litościwe i w końcu naprowadzały mnie na właściwy trop. Jestem w M. Jestem w B. To jest hotel, a to mieszkanie mojej przyjaciółki, pokój gościnny u rodziny N. Kanapa u znajomych.
Takie przebudzenie było jak podstemplowanie biletu na dalszą drogę.
Następny jest jednak etap trzeci, jak mówi psychologia podróżna, wieńczący, kluczowy, etap, który stanowi ostateczny cel; dokądkolwiek byśmy podróżowali, podróżujemy zawsze w jego kierunku. „Nieważne, gdzie jestem”, wszystko jedno, gdzie jestem. Jestem.

Transl. Jennifer Croft

Flights

I’m here

I’ve progressed. At first, when I would wake up some place new, I’d think I was at home. It would take me a minute to make out the unfamiliar details, now disclosed by daylight. The heavy hotel drapes, the hefty TV set, my messy suitcase, the meticulously folded white towels. As a new place took shape beyond the curtains, wimpled, enigmatic, frequently cream-coloured or yellow still from the street lamps.
But then I entered into a phase that travel psychologists refer to as ‘I Don’t Know Where I Am’. I’d wake up totally disoriented. Like an alcoholic coming to, I would try to remember what I’d done the previous evening, where I’d been and how I’d got there, going over every detail in an effort to decipher the here and now. And the longer this procedure would take, the more I would panic – an unpleasant state, similar to labyrinthitis, the loss of basic balance, verging on nausea. Where in God’s name am I? But the world is merciful in its particularities, which would always steer me back in the right direction in the end. I’m in M. I’m in B. This is a hotel, this is my friend’s apartment, the guest room in the home of the N. family. Someone’s sofa.
This type of awakening was like getting my ticket stamped for the next part of my journey.
Then came a third phase, which travel psychology refers to as the key phase, the crowning phase. In this phase, whatever your destination might be, you are always heading in that direction. ‘It Doesn’t Matter Where I Am,’ it makes no difference. I’m here.



Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

* Los errantes (Bieguni)

Zona de Dios (frag.)

Así lo entiende: la vida en el planeta la impulsa una potente fuerza contenida en cada átomo de la materia viva. Es una fuerza de la que, hasta ahora, faltan evidencias físicas, no se la puede coger incluso en las imágenes microscópicas más precisas ni en las fotografías del espectro atómico. Es algo que consiste en ensancharse, empujar hacia delante, un incesante salirse fuera de lo que es. Es un motor que propulsa cambios, una energía ciega y potente. Atribuirle una finalidad o intención es un malentendido. Darwin la interpretó de acuerdo con sus conocimientos, pero no tuvo razón. Ninguna selección natural, ninguna lucha, ninguna victoria ni adaptación del más fuerte. Ni hablar de la competencia. Como bióloga, en cuanto más experimentada es, en cuanto más tiempo y atención dedica a los aparatos y a la compleja red de relaciones en el biosistema, más se fortalece en su intuición -todo lo que vive se socorre en su ensancharse y crecer, se apoya mutuamente. Los organismos vivos se entregan uno al otro, dejan que otros hagan uso de ellos. Si existe la rivalidad, es un fenómeno local, una alternación del equilibrio. Es verdad, las ramas de los árboles se abren paso hacia la luz a empujones, sus raíces presionan hacia delante buscando fuente de agua, los animales se devoran uno al otro, sin embargo, hay en ello una suerte de consentimiento y acuerdo espantoso para el hombre. Pareciera que somos partícipes en el teatro de un gran cuerpo, como si las guerras que libramos fueran únicamente guerras civiles.  Eso – ¿qué otra palabra se podría usar? -vive, tiene un millón de cualidades y calidades, de forma que todo lo contiene y, a la vez, nada que pueda venir de fuera; cada muerte forma parte de la vida y, en cierto sentido, la muerte no existe. No hay lugar para la equivocación. No hay culpables e inocentes, no hay méritos ni pecados, ni el bien ni el mal; aquel quien ideó aquellos conceptos nos indujo a error.

*Sin publicar en español

Bieguni

Strefa Boga (fragm.)

Tak to rozumie: życie na planecie rozkręca jakaś potężna siła zawarta w każdym atomie ożywionej materii. To siła, dla której na razie nie ma żadnych fizycznych ewidencji, nie da się jej przyłapać na najdokładniejszych mikroskopowych zdjęciach ani na fotografiach atomowego spektrum. To coś, co polega na rozpychaniu się, parciu do przodu, na nieustannym wychodzeniu poza to, czym jest. To jest silnik, który napędza zmiany, ślepa, potężna energia. Przypisywanie jej celu czy intencji jest nieporozumieniem. Darwin zinterpretował ją jak umiał, ale nie miał racji. Żaden dobór naturalny, żadna walka, żadne zwycięstwo i przystosowanie najsilniejszego. Konkurencja – srencja. Im bardziej doświadczonym biologiem się staje, im dłużej i uważniej przygląda się skomplikowanym układom i powiązaniom w biosystemie, tym bardziej umacnia się w swojej intuicji – wszystko, co żywe, wspomaga się w tym rośnięciu i rozpychaniu, wspiera się na sobie. Żywe organizmy oddają się sobie wzajemnie, pozwalają robić z siebie użytek innym. Jeżeli istnieje rywalizacja, to jest to zjawisko lokalne, zaburzenie równowagi. To prawda, gałęzie drzew przepychają się między sobą do światła, ich korzenie prą na wyścigi do źródeł wody, zwierzęta zjadają się nawzajem, ale jest w tym przerażający dla człowieka rodzaj zgody. Można mieć wrażenie, że uczestniczymy w teatrze wielkiego ciała, jakby te wojny, które prowadzimy, były tylko wojnami domowymi. To – bo jakiego innego słowa użyć? – żyje, ma miliony cech i jakości, tak że wszystko się w nim zawiera i nie ma nic, co mogłoby być spoza, każda śmierć jest częścią życia i, w pewnym sensie – nie ma śmierci. Nie ma pomyłki. Nie ma winnych i niewinnych, nie ma zasług i grzechów, dobrego i złego; ten, kto wymyślił te pojęcia, wprowadził ludzi w błąd.

Transl. Jennifer Croft

Flights

Godzone (fragm.)

This is how she understands it: life on this planet gets developed by some powerful force contained in every atom of organic matter. It’s a force there is no physical evidence of, for the time being – you can’t catch it on even the most precise microscopic images, nor in photographs of the atomic spectrum. It’s a thing that consists in bursting open, thrusting forward, in constantly going beyond what it is. That is the engine that drives changes, a blind and powerful energy. To ascribe goals or intentions to it is to misunderstand. Darwin read this energy as well as he could, but he still read it wrong. Competition shmompetition. The more experienced a biologist you become, the longer and harder you look at the complex structures and connections in the biosystem, the stronger your hunch that all animate things cooperate in this growth and bursting, supporting one another. Living organisms give themselves to one another, permit one another to make use of them. If rivalry exists, it is a localized phenomenon, an upsetting of the balance. It is true that tree branches jostle one another out of the way to reach the light, their roots collide in the race to a water source, animals eat each other, but there is in all this a kind of accord, it’s just an accord that men find frightening. It might appear that we are actors in a great bodily theatre, as though those wars we wage were merely civil wars. This – what other word to use? – lives, has a million traits and qualities, so that everything is contained within it, and there is nothing that might lie outside of it, all death is part of life, and in some sense there is no death. There are no errors. There are no guilty parties and no innocents, either, no merits, no sins, no good or evil; whoever thought up those notions led humankind astray.

Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

* Los errantes (Bieguni)

Líneas, superficies y cuerpos

Con frecuencia soñé con mirar sin ser vista. Mirar a escondidas. Ser un observador ideal. Como aquella camera obscura que hice un día de la caja de zapatos. Fotografió para mí un trozo del mundo a través de un espacio negro y cerrado con una pupila microscópica por la cual entraba dentro la luz. Practiqué.
El lugar más adecuado para esta especie de entrenamiento es Holanda -allí la gente convencida de su completa inocencia no admite cortinas y después del anochecer las ventanas se transforman en pequeños escenarios donde los actores representan sus tardes. Serie de cuadros bañados en luz amarilla, cálida que son actos de la misma obra titulada “La vida”. Pintura holandesa. Naturaleza viva.
He aquí un hombre que aparece en la puerta, en las manos lleva una bandeja, la pone sobre la mesa; dos niños y una mujer toman asientos alrededor. Comen durante mucho tiempo, en silencio, porque el sonido en este teatro no funciona. Después pasan al sofá, miran con atención la pantalla resplandeciente, pero para mí, parada en la calle, no está claro qué es lo que les atrae tanto – solo veo parpadeos, temblor de luz, imágenes, demasiado breves y lejanas para poder entenderlas. Rostro de alguien quien mueve emocionado los labios, un paisaje, otra cara… Algunos dicen que es un arte aburrido y no ocurre nada. Sin embargo, a mí me gusta -por ejemplo, el movimiento del pie que juega inconscientemente con la zapatilla, o entero y sorprendente acto de bostezar-. O la mano que sobre la superficie de felpa busca el mando a distancia – y al encontrarlo- tranquilizada, se marchita.
  Apartarse. Uno ve solamente el mundo en fragmentos, otro no habrá. Hay momentos, migajas, configuraciones pasajeras, que una vez acaecidas, se rompen en pedazos. ¿La vida? Algo así no existe; veo líneas, superficies y cuerpos, y sus metamorfosis en el tiempo. El tiempo, en cambio, parece una herramienta sencilla para medir cambios diminutos, una regla escolar con la escala simplificada -hay apenas tres puntos: fue, es, será.

*Sin publicar en español

Fotografías de Bing Wright

Bieguni

Linie, płaszczyzny i bryły

Często marzyłam, żeby patrzeć, sama nie będąc widzianą. Podglądać. Być obserwatorem idealnym. Jak ta camera obscura, którą zrobiłam kiedyś z pudełka do butów. Sfotografowała dla mnie kawałek świata przez czarną zamkniętą przestrzeń z mikroskopijną źrenicą, przez którą do środka wpada światło. Trenowałam.
Najlepszym miejscem do takiego treningu jest Holandia – tam ludzie, przekonani o swojej całkowitej niewinności, nie uznają firanek i po zmierzchu okna zamieniają się w małe sceny, na których aktorzy grają swoje wieczory. Ciąg obrazów skąpanych w żółtym, ciepłym świetle to pojedyncze akty tego samego przedstawienia pod tytułem „Życie”. Holenderskie malarstwo. Żywe natury.
Oto w drzwiach pojawia się mężczyzna, w ręku ma tacę, stawia ją na stole; dwoje dzieci i kobieta siadają wokół. Długo jedzą, w ciszy, bo fonia w tym teatrze nie działa. Potem przenoszą się na kanapę, patrzą w rozjarzony ekran z uwagą, ale dla mnie, stojącej na ulicy, nie jest jasne, co ich tam tak przyciąga – widzę tylko migawki, drgania światła, obrazki, zbyt krótkie i dalekie, żeby móc je zrozumieć. Czyjaś twarz poruszająca z przejęciem ustami, pejzaż, inna twarz… Niektórzy mówią, że to nudna sztuka i nic się nie dzieje. Mnie się jednak podoba – na przykład ruch stopy, która bawi się bezwiednie pantoflem, albo cały zdumiewający akt ziewania. Albo dłoń, która na powierzchni pluszu szuka pilota i – znajdując go – uspokojona, więdnie.
Stać z boku. Widzi się tylko świat we fragmentach, innego nie będzie. Są momenty, okruchy, chwilowe konfiguracje, które raz zaistniawszy, rozpadają się na części. Życie? Niczego takiego nie ma; widzę linie, płaszczyzny i bryły, i ich przemiany w czasie. Czas zaś wydaje się prostym narzędziem do mierzenia drobnych zmian, szkolną linijką z uproszczoną podziałką – to zaledwie trzy punkty: było, jest i będzie.

Trans. Jennifer Croft

Flights

Lines, planes and bodies

I often dreamed of watching without being seen. Of spying. Of being the perfect observer. Like that camera obscura I once made out of a shoebox. It photographed for me a part of the world through a black closed space with a microscopic pupil through which light sneaks inside. I was training.
The best place for this kind of training is Holland where people, convinced of their utter innocence, do not use curtains. After dusk the windows turn into little stages on which actors act out their evenings. Sequences of images bathed in yellow, warm light are the individual acts of the same production entitled ‘Life’. Dutch painting. Moving lives.
Here at the door appears a man, in his hand he has a tray, he puts it on the table; two children and a woman sit down around it. They take their time eating, in silence, because the audio in this theatre doesn’t work. Then they move to the couch, watch a glowing screen attentively, but for me, standing on the street, it isn’t clear what has absorbed them so – I only see flickers, flutterings of light, tiny pictures, too brief and distant to be intelligible. Someone’s face, a mouth moving intensely, a landscape, another face… Some say that this is a boring play and that nothing happens in it. But I like it – for example the movement of a foot playing unconsciously with a slipper, or the whole astonishing act of yawning. Or a hand that seeks upon a plush surface a remote control and – having found it – is calmed, withers.
Standing off to one side. Seeing only the world in fragments, there won’t be any other one. Moments, crumbs, fleeting configurations – no sooner have they come into existence than they fall to pieces. Life? There’s no such thing; I see lines, planes and bodies, and their transformations in time. Time, meanwhile, seems a simple instrument for the measurement of tiny changes, a school ruler with a simplified scale – it’s just three points: was, is and will be.