Adam Zagajewski

1945 – 2021, Polonia

Trad. Xavier Farré

Cafetería

(en Berlín)

En esta cafetería que se llama como un escritor francés,
en una ciudad extranjera, leí Bajo el volcán,
esta vez con menos entusiasmo. «Realmente, uno tiene que curarse»,
pensé. Quizá haya llegado a convertirme en un filisteo.
México estaba muy lejos y sus enormes estrellas
iluminaban, pero no para mí. Era el Día de Muertos.
La fiesta de las metáforas y la luz. La muerte como protagonista.
Algunas personas en las mesas de al lado, varios destinos:
Reflexión, Tristeza, Sentido Común. Cónsul, Yvonne.
Llovía. Noté una pequeña felicidad. Alguien entró,
alguien salió, alguien finalmente dio con el perpetuum mobile.
Estaba en un país libre. En un país que se quedó solo.
No pasaba nada, los cañones habían callado.
La música no diferenciaba a nadie; la música pop que fluía
de los altavoces iba repitiendo: «Aún pasarán muchas cosas».
Nadie sabía qué hacer, adónde ir, por qué.
Pensé en ti, en nuestra intimidad, en cómo
huelen tus cabellos cuando empieza el otoño.
En el aeropuerto se elevó en el aire un avión
como un discípulo aplicado que cree
en lo que dijeron los antiguos maestros.
Los astronautas soviéticos afirmaban no haber encontrado
a Dios en el espacio, pero ¿lo habían buscado?

Foto propia

Kawiarnia

(w Berlinie)

W tej kawiarni w obcym mieście noszącej imię
francuskiego pisarza czytałem Pod wulkanem,
ale już z mniejszym entuzjazmem. Jednak trzeba się leczyć,
pomyślałem. Chyba zamieniłem się w filistra.
Meksyk był bardzo daleko i jego ogromne gwiazdy
świeciły teraz nie dla mnie. Trwało święto zmarłych.
Święto metafor i światła. Śmierć w roli głównej.
Obok kilka osób przy stolikach, różne przeznaczenia:
Rozwaga, Smutek, Zdrowy Rozsądek. Konsul, Yvonne.
Padał deszcz. Czułem małe szczęście. Ktoś wchodził,
ktoś wychodził, ktoś wreszcie wynalazł perpetuum mobile.
Byłem w wolnym kraju. W samotnym kraju.
Nic się nie działo, milczały armaty.
Muzyka nikogo nie wyróżniała; pop sączył się
z głośników leniwie powtarzając: jeszcze się wiele wydarzy.
Nikt nie wiedział, co robić, dokąd iść, dlaczego.
Myślałem o tobie, o naszej bliskości, o tym,
jak pachną twoje włosy, kiedy zaczyna się jesień.
Z lotniska wzbijał się w powietrze samolot,
jak pilny uczeń, który wierzy w to,
co mówili dawni mistrzowie.
Sowieccy kosmonauci twierdzili, że nie znaleźli
Boga w przestworzach, ale czy szukali?

Transl. Clare Cavanagh

Café

(in Berlin)

In that café in a foreign town bearing a French writer’s
name I read Under the Volcano
but with diminishing interest. You should heal yourself,
I thought. I’d become a philistine.
Mexico was distant, and its vast stars
no longer shone for me. The day of the dead continued.
A feast of metaphors and light. Death played the lead.
Alongside a few patrons at the tables, assorted fates:
Prudence, Sorrow, Common Sense. The Consul, Yvonne.
Rain fell. I felt a little happiness. Someone entered,
someone left, someone finally discovered the perpetuum mobile.
I was in a free country. A lonely country.
Nothing happened, the heavy artillery lay still.
The music was indiscriminate: pop seeped
from the speakers, lazily repeating: many things will happen.
No one knew what to do, where to go, why.
I thought of you, our closeness, the scent
of your hair in early autumn.
A plane ascended from the runway
like an earnest student who believes
the ancient masters’ sayings.
Soviet cosmonauts insisted that they didn’t find
God in space, but did they look?

Adam Zagajewski

1945 -2021 , Polonia

Trad. Xavier Farré

Concha

Por la noche los monjes cantaban en voz baja,
y un viento fuerte levantaba
ramas de abetos igual que alas.
No he conocido ciudades antiguas,
nunca estuve en Tebas
ni en Delfos, ni tampoco sé
qué dijo la Sibila a los viajeros.
La nieve cubrió calles y barrancos,
y en vestidos oscuros las cornejas seguían
las huellas de los zorros en silencio.
Creía en señales efímeras,
en sombras de ruinas y en serpientes de agua,
en fuentes de montaña y en pájaros proféticos.
Los tilos florecen igual que novias,
pero sus frutos son pequeños, ásperos.
Ni en la música ni en pinturas bellas
ni en hazañas o en el coraje
ni aun en el amor hay saber,
sino en todas las cosas,
en la tierra y el aire, en el silencio y el dolor.
Un poema es capaz de retener el eco
de la tormenta, como la concha que tocó Orfeo
al escapar. El tiempo arrebata la vida,
y devuelve memoria, dorada por las llamas
y negra por las ascuas.

Muszla

W nocy mnisi cicho śpiewali 
a porywisty wiatr unosił 
gałęzie świerków jak skrzydła.
Nie poznałem starożytnych miast, 
nie byłem nigdy w Tebach
ani w Delfach i nie wiem,
co mówiły Sybille wędrowcom. 
Śnieg zasypywał ulice i wąwozy 
i bezszelestnie śladami lisa 
kroczyły ciemne suknie wron. 
Ufałem ulotnym sygnałom, 
cieniom ruin, wężom wodnym,
górskim źródłom i proroczym ptakom.
Lipy kwitną jak panny młode
ale ich owoce są niepozorne i cierpkie. 
Nie w muzyce ani w pięknych obrazach, 
nie w wielkich czynach i odwadze
i nawet nie w miłości jest mądrość, 
tylko we wszystkich rzeczach,
w ziemi i w powietrzu, w bólu i w milczeniu. 
Wiersz potrafi zatrzymać echo burzy,
jak muszla, którą potrącił
uciekający Orfeusz. Czas zabiera życie 
i oddaje pamięć, złotą od płomieni, 
czarną od żaru.

Fotogramas de El paciente inglés de Anthony Minghella

Transl. Clare Cavanagh

Shell

At night the monks sang softly
and a gusting wind lifted
spruce branches like wings.
I’ve never visited the ancient cities,
I’ve never been to Thebes
or Delphi, and I don’t know
what the oracles once told travellers.
Snow filled the streets and canyons,
and crows in dark robes silently
trailed the fox’s footprints.
I believed in elusive signs,
in shadowed ruins, water snakes,
mountain springs, prophetic birds.
Linden trees bloomed like brides
but their fruit was small and bitter.
Wisdom can’t be found
in music or fine paintings,
in great deeds, courage,
even love,
but only in all these things,
in earth and air, in pain and silence.
A poem may hold the thunder’s echo,
like a shell touched by Orpheus
as he fled. Time takes life away
and gives us memory, gold with flame,
black with embers.

Pascal Quignard

1948 – , Francia

Vida secreta (cap. XV Fascina)

Trad. Encarna Castejón

Argumento XII. En el instante en que muere un hombre, su mirada se une a la mirada donde todo muere. Entonces, tanto quien mira como lo mirado desaparecen. El mundo en el que vive todavía también se extingue en parte con su muerte. Los seres que le rodean también se extinguen en parte con su muerte. La mirada del moribundo no es la única que ya no puede retener todo lo que ve. Lo que ve se pierde en parte con él. Hay algo en la visión que pertenece a la pérdida. Se dice que la invención de la mirada bifocal corresponde a la epifanía de los depredadores. Algo deja de atrapar por un momento mientras mira, y se fascina. Algo, al morir, da.

***

Begreifen was uns ergreift, decía Staiger. Atrapar lo que nos atrapa. Volver sobre lo que somos. Ésta era la experiencia del arte. De la ciencia. Porque también era la experiencia del hambre. Es decir, de la fascinación.
La experiencia es viaje. Erfahrung es Fahrt. Extraño círculo donde lo ya conocido se convierte en realidad repentina. Donde el pasado histórico se convierte en renacimiento. Todo ser de este mundo es el pasado absoluto que vuelve a empezar. En 1935, Marina Tsvetaeva escribió de pronto en Saint Cloud, en las afueras de París:
Pues cada recuerdo tiene su pre-recuerdo,
Su recuerdo antepasado, su recuerdo ancestro
.

***

Los hombres son los animales enfermos de un olvido insuficiente.
Es su misteriosa gravedad.
Misteriosas reminiscencias se aferran a todas partes. La naturaleza es una reminiscencia que acecha como un remordimiento cualquier cosa cultivada. Pero en el remorder del remordimiento, lo que acecha en el mal sigue siendo una mandíbula. Sigue siendo una ristra de dientes.

Texto original de Marina Tsvietáieva

Arno Rafael Minkkinen

Tłum. Krzysztof Rutkowski

Życie sekretne (roz. XV Fascina)

Przesłanka XII. Spojrzenie w chwili, gdy umiera człowiek, spotyka się ze spojrzeniem, w którym wszystko umiera. Niknie ten, kto ogląda, i to, co oglądane. Świat, w którym umierający żyje, częściowo umiera wraz z nim. Istnienia wokół niego częściowo przestają istnieć razem z nim. Nie tylko spojrzenie umierającego nie potrafi już więcej zatrzymać tego, co widzi. To, co widzi, gubi się częściowo wraz ze zanikającym spojrzeniem. W widzeniu tkwi coś, co przeznaczone zostało na straty. Powiada się, że widzenie dwuogniskowe łączy się z pojawieniem drapieżników. W spojrzeniu coś nagle zamiera i fascynuje (się). Coś wystawia i umiera.
Begreifen was uns ergreift -powiadał Staiger. Schwycić to, co nas chwyta.
Powrót do nas samych. Doświadczenie sztuki. Nauki. Także doświadczenie głodu. To znaczy – fascynacja.

***

Doświadczenie jest podróżą. Erfahrung jest Fahrt.
Dziwny krąg: dobrze znane odkrywa się nagle jako nowa prawda. Przeszłość – ponownymi narodzinami. Każde istnienie na tym świecie jest przeszłością absolutną zaczynającą się od nowa. Marina Cwietajewa napisała w roku 1935, w podparyskiej miejscowości Saint- Cloud, znienacka:
Bo każde wspomnienie ma swe pra-wspomnienie,
Swego przodka i swego naddziada
.

***

Ludzie są zwierzętami chorymi na niewydolność zapominania.
Na tym polega ich tajemnica.
Tajemnicze wspomnienia powracają bezustannie. Natura jest wspomnieniem tropiącym jak wyrzut sumienia. Wyrzutem wyrzutów, bolesnym utrapieniem jest szczęka. Zagroda zębów.

Paul Celan

1920-1970, Rumanía/Alemania

Trad. José Luis Reina Palazón

***Cuenta las almendras

Cuenta las almendras,
cuenta lo que era amargo y te mantuvo en vela,
cuéntame con ellas:

Yo busqué tu ojo cuando lo abriste y nadie te miraba,
hilé aquel hilo secreto
por el que el rocío que pensaste
resbaló hasta los cántaros
que protege un proverbio que de nadie encontró el corazón.

Sólo allí entraste enteramente en ese nombre que es el tuyo,
avanzaste con pie firme hasta ti,
libres batieron los mazos en la cabeza de campana de tu silencio,
llegó a tu encuentro lo bien oído,también lo muerto ciñó con su brazo,
y los tres os fuisteis a través de la tarde.

Hazme amargo.
Cuéntame con las almendras.

Trad. Jesús Munárriz

***Cuenta las almendras

Cuenta las almendras,
cuenta lo que era amargo y te mantuvo en vela,
inclúyeme en la cuenta:

Busqué tu ojo cuando lo abriste y nadie te vio,
hilé aquel hilo secreto
por el que el rocío que pensaste
resbaló hasta los cántaros
que una sentencia, que en nadie encontró corazón, preserva.

Sólo allí entraste del todo en el nombre que es tuyo,
avanzaste con pie seguro hacia ti,
batieron los martillos libremente en la melena de la campana
de tu silencio,
se reunió contigo lo escuchado,
echó también lo muerto el brazo sobre ti,
y los tres avanzasteis por la noche.

Hazme amargo.
Cuéntame entre las almendras.

Tłum. Tymoteusz Karpowicz 

***Policz migdały

Policz migdały,
policz, co było gorzkie i ciebie wzmacniało,
dolicz mnie do nich.

Szukałem twego oka, gdy je otwarłaś i nikt nie spoglądał na ciebie,
przędłem tajemną nić,
po której twoja wymyślona rosa
uciekła do dzbanów
strzeżonych sentencją, która nie dotarła do żadnego serca.

Tam dopiero wkroczyłaś całkowicie w imię, które do ciebie należy,
weszłaś nogą w siebie,
kołysały się młoty w więźbie dzwonów twego milczenia.
To, co podsłuchałaś, dotarło do ciebie,
a umarłe objęło także i ciebie ramieniem –
poszliście samotrzeć poprzez wieczór.

Uczyń mnie gorzkim,
zalicz mnie do migdałów.

Carteles de Wiktor Sadowski

Zähle die Mandeln

Zähle die Mandeln,
zähle, was bitter war und dich wachhielt,
zähl mich dazu:

Ich suchte dein Aug, als du’s aufschlugst und niemand dich ansah,
ich spann jenen heimlichen Faden,
an dem der Tau, den du dachtest,
hinunterglitt zu den Krügen,
die ein Spruch, der zu niemandes Herz fand, behütet.

Dort erst tratest du ganz in den Namen, der dein ist,
schrittest du sicheren Fußes zu dir,
schwangen die Hämmer frei im Glockenstuhl deines Schweigens,
stieß das Erlauschte zu dir,
legte das Tote den Arm auch um dich,
und ihr ginget selbdritt durch den Abend.

Mache mich bitter.
Zähle mich zu den Mandeln.

Tadeusz Różewicz

1921-2014, Polonia

Trad. Fernando Presa González

En medio de la vida

Después del fin del mundo
tras la muerte
me encontré en medio de la vida
que me creaba
construía la vida
la gente los animales los paisajes

decía esto es una mesa
esto es una mesa
en la mesa está el pan un cuchillo
el cuchillo sirve para cortar el pan
con el pan se alimentan las personas

hay que amar al hombre
de noche y de día aprendía
que hay que amar
al hombre respondía

decía esto es una ventana
esto es una ventana
al otro lado de la ventana hay un jardín
en el jardín veo un pequeño manzano
el pequeño manzano florece
caen las nubes
comienzan a formarse las frutas
maduran
mi padre coge una manzana
ese hombre que arranca una manzana
es mi padre

me senté en el umbral de casa
esa viejecita
que arrastra con una soga una cabra
es más necesaria y valiosa
que las siete maravillas del mundo
quien piensa y siente
que ella es innecesaria
es un genocida

esto es un hombre
esto es un árbol esto es pan

las personas se alimentan para vivir
me repetía
la vida humana es importante
la vida humana tiene un gran peso
la vida humana tiene gran valor
su valor sobrepasa el de todas las cosas
que creó el hombre
el hombre es un gran tesoro
repetía obstinado

decía esto es agua
acariciaba con la mano las olas
y conversaba con un río
oh agua decía
oh agua buena
soy yo

el hombre hablaba al agua
hablaba a la luna
a las flores a la lluvia
hablaba a la tierra
a los pájaros
al cielo

callaba el cielo
callaba la tierra
cuando escuchaba una voz
proveniente
de la tierra del agua y del cielo
era la voz de otro hombre

W środku życia

Po końcu świata 
po śmierci 
znalazłem się w środku życia 
stwarzałem siebie 
budowałem życie 
ludzi zwierzęta krajobrazy 

to jest stół mówiłem 
to jest stół 
na stole leży chleb nóż 
nóż służy do krajania chleba 
chlebem karmią się ludzie 

człowieka trzeba kochać 
uczyłem się w nocy w dzień 
co trzeba kochać 
odpowiadałem człowieka 

to jest okno mówiłem 
to jest okno 
za oknem jest ogród 
w ogrodzie widzę jabłonkę 
jabłonka kwitnie 
kwiaty opadają 
zawiązują się owoce 
dojrzewają 
mój ojciec zrywa jabłko 
ten człowiek który zrywa jabłko 
to mój ojciec 

siedziałem na progu domu 
ta staruszka która 
ciągnie na powrozie kozę 
jest potrzebniejsza 
i cenniejsza 
niż siedem cudów świata 
kto myśli i czuje 
że ona jest niepotrzebna 
ten jest ludobójcą 

to jest człowiek 
to jest drzewo to jest chleb 

ludzie karmią sie aby żyć 
powtarzałem sobie 
życie ludzkie jest ważne 
życie ludzkie ma wielką wagę 
wartość życia 
przewyższa wartość wszystkich przedmiotów 
które stworzył człowiek 
człowiek jest skarbem 
powtarzałem uparcie 

to jest woda mówiłem 
gładziłem ręką fale 
i rozmawiałem z rzeką 
wodo mówiłem 
dobra wodo 
to ja jestem 

człowiek mówił do wody 
mówił do księżyca 
do kwiatów deszczu 
mówił do ziemi 
do ptaków 
do nieba 

milczało niebo 
milczała ziemia 
jeśli usłyszał głos 
który płynął 
z ziemi wody i nieba 
to był głos drugiego człowieka 

Fotografías de Josef Sudek

Jakub Sajkowski

1985 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Sangre

Dijo el médico: tiene el
grupo sanguíneo más raro, el mismo que el salvador. Pues escribo

en el estatuto, perdón, estado de Facebook:
se necesita sangre para Jesús para que llegue de nuevo
Gustó a doce
más dos mujeres, ninguna de ellas tiene nada

salvo un ojo en la foto de perfil, como si por culpa de la mirilla*
todo el mundo se hubiese fragmentado, hubiese creado
en vez de los muros párrafos sueltos, estatutos,
perdón, estados. Ya he contado diecisiete

poemas funerarios seguidos que escribí
sin haberme encontrado con la muerte real,
con el cadáver. Me dice un amigo: pareces un nerd

deberías escribir poesía antisistema
como excluido del ciclo reproductivo. Pues escribo.
Tengo la boca llena de milagrosa multiplicación

*Judasz en polaco tiene puede referirse tanto a mirilla como a judas.

Foto propia / Robin Isely

Krew

Lekarz powiedział: pan ma
najrzadszą grupę krwi, tę samą co zbawiciel. Więc piszę

w statucie, przepraszam, statusie na Facebooku:
potrzebna krew dla Jezusa celem powtórnego przyjścia
Polubiło go dwunastu
plus dwie kobiety, żadna z nich nie ma nic

oprócz oka w zdjęciu profilowym, jakby przez judasza
świat dzielił się, wieszał
zamiast tablic pojedyncze paragrafy, statuty,
przepraszam, statusy. Naliczyłem już siedemnaście

wierszy funeralnych pod rząd, które napisałem
bez rzeczywistego zetknięcia ze śmiercią,
zetknięcia z ciałem. Kolega mówi do mnie: wyglądasz jak nerd,

więc powinieneś tworzyć wiersze antysystemowe
jako wykluczony z obiegu reprodukcyjnego. Więc piszę.
Mam usta pełne cudownego rozmnożenia.

Raymond Carver

1938-1988, EE.UU.

Trad. Jaime Priede

La pluma

La pluma que contaba la verdad
fue a parar a la lavadora,
para su desgracia. Salió
una hora después y acabó
en la secadora con unos vaqueros
y una camisa. Pasaron los días
y estaba tranquilamente en el escritorio,
bajo la ventana. Allí estaba,
pensando que se había estropeado.
Sin esperanza alguna.
No tenía ganas
de seguir adelante, aunque lo intentara.
Pero una mañana, una hora más o menos
antes del amanecer, volvió a la vida
y escribió:
«Los húmedos campos dormidos bajo la luna».
Luego volvió a quedarse quieta.
Su misión en esta vida
había llegado a su fin.

Él la sacudió, la golpeó
contra la mesa. Luego se olvidó
de ella, o casi.
Una vez más, con grandísimo
esfuerzo, había agotado sus últimas
reservas. Esto es lo que escribió:
«Un ligero viento, al otro lado de la ventana.
Los árboles se mecen en el aire dorado de la mañana».

Intentó escribir algo más
pero no hubo forma. La pluma
había dejado de funcionar para siempre.
Tiempo después se fue
al cubo de la basura junto con
otras cosas. Y mucho después
fue otra pluma,
una pluma como todas las demás,
una pluma que aún no se había probado a sí misma,
la que escribió:
«La oscuridad se acumula en las ramas.
Quédate dentro. Quédate quieto».

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pióro

Pióro, które pisało prawdę,
na swoje nieszczęście,
skończyło w pralce. Wyjęte
godzinę później powędrowało
do suszarki razem z dżinsami
i kowbojską koszulą. Dni mijały
podczas gdy pióro leżało na biurku
pod oknem. Leżało sobie tam
myśląc, że jest skończone,
pozbawione cienia nadziei. Bez
woli życia, nawet gdyby bardzo chciało.
Lecz któregoś ranka, na godzinę lub tuż
przed świtem, wróciło do życia
i napisało:
„Wilgotne pole śpiące w świetle księżyca”.
Po czym znów zamarło.
Jego przydatność w tym życiu
wyraźnie dobiegła końca.

On wstrząsnął nim i cisnął
na biurko. A potem stracił
w nie wiarę lub prawie.
Choć raz jeszcze, z największym
wysiłkiem i resztkami sił napisało:
„Lekki wietrzyk a za oknem
drzewa kołyszą się
w złotym powietrzu poranka.”

Próbował napisać coś jeszcze
ale na darmo. Pióro
przestało pisać na zawsze.
Po chwil włożono je
do pieca razem z
innymi rupieciami. A później,
było kolejne pióro,
niczym się niewyróżniające pióro,
które jeszcze nie wystawiło się
na próbę, zatem z łatwością napisało:
„Ciemność zbiera się na gałęziach.
Zostań w środku. Zachowaj spokój”.

The Pen

The pen that told the truth
went into the washing machine
for its trouble. Came out
an hour later, and was tossed
in the dryer with jeans
and a western shirt. Days passed
while it lay quietly on the desk
under the window. Lay there
thinking it was finished and
without a single conviction
to its name. It didn’t have
the will to go on, even if it’d wanted.
But one morning, an hour or so
before sunrise, it came to life
and wrote:
“The damp fields asleep in moonlight.”
Then it was still again.
Its usefulness in this life
clearly at an end.

He shook it and whacked it
on the desk. Then gave up
on it, or nearly.
Once more though, with the greatest
effort, it summoned its last
reserves. This is what it wrote:
“A light wind, and beyond the window
trees swimming in the golden morning air.”

He tried to write some more
but that was all. The pen
quit working forever.
By and by it was put
into the stove along with
other junk. And much later
it was another pen,
an undistinguished pen
that hadn’t proved itself
yet, that facilely wrote:
“Darkness gathers in the branches.
Stay inside. Keep still.”

Raúl Vacas Polo

1971- , España

El hombre que olvidó su nombre
no sabe regresar a la ciudad oscura
donde olvidó el amor.

El hombre que buscó la cifra exacta
de sus huellas
sobre el cemento aún reciente
creció como los árboles del bosque.

El hombre que pasea al lado de la muerte
siembra su soledad a manos llenas,
llora en abundancia.

Collage propio (fotografía base del libro de Raúl Vacas dedicado a la ciudad de Salamanca)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Człowiek, który zapomniał swojego imienia
nie potrafi wrócić do ciemnego miasta
gdzie zapomniał czym jest miłość.

Człowiek, który szukał dokładnej liczby
swoich śladów
na świeżym wciąż cmentarzu
urósł jak drzewa w lesie.

Człowiek, który spaceruje wraz ze śmiercią
rozsiewa swoją samotność pełnymi garściami,
płacze obficie.

Joseph Brodsky

1940-1996, Rusia/EE. UU

24 de mayo de 1980

Trad. Darío Flórez Arcila

Ingresé a la celda en lugar del salvaje animal,
consumí mi tiempo y atravesé la histeria en una barraca,
viví junto al mar, aposté al azar,
vestido de frac cené con quien resultaría un traidor.
Desde la altura de un glaciar avizoré medio mundo,
tres veces naufragué, dos veces fui cortado.
Abandoné al país donde me alimentaron.
Con los que me olvidaron se poblaría una ciudad.
Me fui errante por las estepas llenas de los ecos de Atila,
estaba vestido con lo que siempre pasaba de moda,
sembré centeno y me protegía con encerado para embalajes.
Y lo único que no bebí fue agua seca.
Admití en mis sueños la negra pupila del centinela,
sin perder una migaja devoré el pan del destierro.
Mis cuerdas vocales emitieron todos los sonidos, más allá del aullido,
modulé después el susurro.
He cumplido cuarenta años.
¿Qué debo decir sobre la vida? que resultó dilatada.
Sólo siento solidaridad con el dolor.
Pero mientras no tapen mi boca con barro,
lo único que tendré serán palabras agradecidas.

Trad. Ricardo San Vicente

Yo he entrado en la jaula en lugar de la fiera,
he grabado el apodo y la pena a hierro en prisión,
junto al mar he vivido, he jugado a la ruleta,
he comido en traje de frack con quién sabe Dios.
Asomado a un glaciar, medio mundo habré visto,
zozobrado tres veces, dos de ellas lograron rajarme.
Del país que me ha dado sustento he huido.
Quienes me han olvidado llegan a ser ciudad.
Me he perdido en estepas que el grito del huno recuerdan
he llevado lo que ahora de moda vuelve a estar,
he cubierto almiares de negro sudario, he sembrado centeno,
agua seca tan sólo no he llegado a probar.
He abierto a mis sueños la pupila del guardia, siniestra,
he comido el pan del exilio sin dejar la corteza.
He prestado mis cuerdas a todas las voces, además del aullido;
he pasado al susurro. Y cuarenta en el día de hoy he cumplido.
¿Qué decir de la vida? Que resulta que es larga.
Que no soy solidario más que con el dolor.
Pero mientras no llenen de barro mi boca,
de ella sólo habrá de brotar gratitud.

24 maja 1980

Tłum. Stanisław Barańczak

Zastępowałem w klatce dzikie zwierzę,
wypalałem swój wyrok i ksywę gwoździem na ścianie baraku,
grałem w ruletkę, plażowałem na Riwierze,
jadłem obiad z diabli wiedzą kim we fraku.
Z wysokości lodowca świat oglądałem polarny,
trzykroć tonąłem, dwakroć mnie skalpel chlastał.
Rzuciłem kraj, który mnie wykarmił.
Z tych, co mnie zapomnieli, złożyłoby się miasto.
Włóczyłem się po stepach, gdzie wrzask Hunów brzmi jeszcze
w wichrze,
przywdziewałem ubrania pod dyktando kolejnej mody,
siałem żyto, kryłem papą smołową spichrze,
piłem każdy płyn z wyjątkiem suchej wody.
W sny moje wbiła się straży oksydowana źrenica,
chleb wygnania żarłem ze skórką, oczyszczając z okruchów
blat,
w końcu przeszedłem na szept. Dziś mam czterdzieści lat.
Co mogę powiedzieć o życiu? Rzecz to w sumie dość długa.
Tylko nieszczęście budzi we mnie zrozumienie.
Ale póki ust nie zatka mi gliniasta gruda,
będzie się z nich rozlegać tylko dziękczynienie.

May 24, 1980

I have braved, for want of wild beasts, steel cages,
carved my term and nickname on bunks and rafters,
lived by the sea, flashed aces in an oasis,
dined with the-devil-knows-whom, in tails, on truffles.
From the height of a glacier I beheld half a world, the earthly
width. Twice have drowned, thrice let knives rake my nitty-gritty.
Quit the country the bore and nursed me.
Those who forgot me would make a city.
I have waded the steppes that saw yelling Huns in saddles,
worn the clothes nowadays back in fashion in every quarter,
planted rye, tarred the roofs of pigsties and stables,
guzzled everything save dry water.
I’ve admitted the sentries’ third eye into my wet and foul
dreams. Munched the bread of exile; it’s stale and warty.
Granted my lungs all sounds except the howl;
switched to a whisper. Now I am forty.
What should I say about my life? That it’s long and abhors transparence.
Broken eggs make me grieve; the omelet, though, makes me vomit.
Yet until brown clay has been rammed down my larynx,
only gratitude will be gushing from it.

Anna Świrszczyńska

1909-1984, Polonia

Recomiendo leer este poema junto con otro de Mark Strand

Trad. Ada Trzeciakowska

Una mujer habla de su vida

El viento me hace recorrer caminos,
el viento, dios del cambio
con mejillas llenas de aire.

Amo este viento,
celebro
los cambios.

Camino por el mundo
acompañada o sola
y me complacen de igual forma
el anhelo y la muerte del anhelo
llamada realización.

Hay en mí algo excesivo.
Salgo por los bordes
como levadura. La levadura tiene
su propia clase de dicha.

Camino, sigo caminado,
a veces se me une un hombre.

Caminamos juntos,
él dice que será hasta la muerte,
después se pierde al oscurecer
como una cosa sin importancia.

Camino sola,
después una vez más a la vuelta
aparece un nuevo compañero.

Camino, sigo caminando,
el viento me hace recorrer caminos.
En mis caminos
siempre hace viento.

Foto propia
Kobieta mówi o swoim życiu

Wiatr mnie pędzi po drogach,
wiatr, bóstwo odmiany
o dmuchających policzkach.
Kocham ten wiatr,
cieszę się
odmianom.

Chodzę po świecie
we dwoje albo sama
i miłe mi są jednakowo
tęsknota i śmierć tęsknoty,
która nazywa się spełnienie.

Czegoś jest we mnie za dużo.
Przelewam się przez brzegi
jak drożdże. Drożdże mają
swój własny rodzaj szczęścia.

Idę, ciągle idę,
czasami przyłącza się do mnie mężczyzna.

Idziemy razem,
on mówi, że to do śmierci,
potem gubi się o zmroku
jak rzecz nieważna.

Idę sama,
potem znów na zakręcie
zjawia się nowy towarzysz.

Idę, ciągle idę,
wiatr mnie pędzi po drogach.
Na moich drogach
zawsze wieje wiatr