Jacek Dehnel

1980 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

De revolutionibus orbium coelestium

Sobre una semilla de amapola hay una casita,
hay perros que ladran a su luna vegetal
Cz. Milosz, “Parábola de la semilla de amapola”

Con ocho o diez años las dos caras del conocimiento,
los dos extremos del telescopio se unieron en mí
y por fin lo entendí: un átomo rodeado de
trayectorias de electrones y elipses de planetas
que orbitan alrededor del Sol en la oscura
enciclopedia de mis abuelos -son la misma cosa-.

Sobre cada electrón en el abismo del mar puede
navegar un ictiosaurio y una barca de pescador,
destellar un lago de mercurio y nacer el alba
sobre la tierra de turquesas u oro. En un dedo
o en un solo pelo, el más fino pelo del gato,
caben galaxias enteras extremadamente diminutas que,

a su vez, resultan extremadamente grandiosos a los que
observan sus lunas al terminar el turno de noche.
Mires por donde mires, o algo se pierde o renace,
mientras todo lo que te importa, en otra parte
es una partícula de polvo en invisibles órbitas estelares.

Desde entonces no he aprendido nada igual de vital.

Mundo en miniatura de Tatsuya Tanaka

De revolutionibus orbium coelestium

Na ziarnku maku stoi mały dom,
Psy szczekają na księżyc makowy
Cz. Miłosz, „Przypowieść o maku»


Miałem osiem lub dziesięć lat: dwie wiedzy strony,
dwa końce teleskopu złożyły się we mnie
i wreszcie zrozumiałem: atom otoczony
torami elektronów i elipsy planet
okrążających Słońce na obrazku w ciemnej
encyklopedii dziadków – to rzeczy te same.

Na każdym elektronie może w głębiach morza
pływać sobie ichtiozaur i rybak na kutrze,
łyskać jezioro rtęci, wstawać nocą zorza
nad szafirową albo złotą ziemią. Palec
czy włos, jeden jedyny włosek w kocim futrze,
ma w sobie galaktyki nieskończenie małe,

z kolei nieskończenie wielkie dla tych, którzy
patrzą w swoje księżyce po pracy o świcie.
Gdzie spojrzeć, to coś zniknie, to znów się wynurzy,
i wszystko, co istotne, gdzie indziej jest pyłem
na niewidocznej okiem kosmicznej orbicie.

Odtąd już nic ważnego się nie nauczyłem.

Pascal Quignard

1948 – , Francia

Retórica especulativa

Trad. Silvio Mattoni

Lo imaginario no hace más que herir el tiempo, mientras que el sueño lo ignora. Para que haya un mundo imaginario (mundo-que-no-existe), es preciso en verdad que el país desterrado desgarre el tiempo sin ofrecerle un flanco a la incredulidad.

Stendhal consideraba que al escribir se dedicaba a reparar desgarramientos imposibles en el tiempo y en el espacio. Sus libros están repletos de los destellos maravillosos debidos a esos cortocircuitos. Al mismo tiempo que se aboca a volver incicatrizable la llaga, e inconsolable la sexuación, cura y consuela entre los muertos.

Fotogramas de The Fall de Tarsem Singh

Tłum. Ada Trzeciakowska

Retoryka spekulatywna

To, co wyobrażone, jedynie rani czas, podczas gdy sen go ignoruje. Aby mógł istnieć świat wyobrażony (świat-który-nie-istnieje), konieczne jest, aby ten wygnańczy kraj rozerwał czas na strzępy, nie wystawiając przy tym żadnej flanki dla niedowierzania.

Stendhal uważał, że pisząc zajmuje się naprawianiem niemożliwych do załatania rozdarć i wyrw w czasie i przestrzeni. Jego książki pełne są cudownych przebłysków tych spięć. W tym samym czasie, gdy czyni ranę nie do zagojenia i seks nie do zaspokojenia, uzdrawia i pociesza wśród zmarłych.

Anne Sexton

1928-1974, EE. UU.

Trad. José Luis Reina Palazón

El cuarto de mi vida

Aquí,
en la habitación de mi vida
los objetos cambian sin cesar.
Ceniceros para llorar,
el hermano de pena de las paredes de madera,
las cuarenta y ocho teclas de la máquina de escribir,
cada una un ojo que nunca se cierra,
los libros cada uno un concursante de un concurso de belleza,
la silla negra, un ataúd de perros de Naugahyde,
los enchufes en la pared,
esperando como una colmena,
la alfombra dorada
una conversación de talones y dedos del pie,
la chimenea
un cuchillo esperando a uno para clavarse,
el sofá, exhausto por el trabajo de una ramera,
el teléfono
dos flores echando raíces en su entrepierna,
las puertas
que se cierran y abren como almejas del mar,
las lámparas
que me señalan,
iluminando el suelo y la risa.
Las ventanas,
las ventanas hambrientas
que hincan los árboles como uñas en mi corazón.
Cada día doy de comer al mundo exterior,
a pesar de que los pájaros explosionan
a derecha e izquierda.
También doy de comer al mundo de aquí dentro,
ofreciendo al escritorio galletas de perro.
A pesar de todo, nada es como parece.
Mis objetos sueñan y llevan trajes nuevos,
impulsados, como parece, por todas las palabras en mi mano
y por el mar que rompe en mi garganta.

El fabuloso destino de Amélie Poulain (2001) de Jean-Pierre Jeunet

Tłum. Ada Trzeciakowska

pokój mojego życia

Tutaj,
w pokoju mojego życia
przedmioty wciąż się przeobrażają.
Popielniczki, w które można się wypłakać,
boazeria ścian jak siostra łącząca się w bólu,
czterdzieści osiem klawiszy maszyny do pisania
a każdy jak oko, które nigdy się nie zamyka,
książki, wszystkie jakby brały udział w konkursie piękności,
czarne krzesło, trumna dla psa ze skaju od Naugahyde,  
gniazdka w ścianie
wyczekujące niczym ul,
złoty dywan
dyskusja palców i obcasów,
kominek
nóż, czekający, aż ktoś go chwyci,
kanapa, wykończona wyczerpaniem dziwki,  
telefon
dwa kwiaty zakorzeniające się w jej kroczu,
drzwi
otwierające się i zamykające jak morskie małże,
światła
łypiące na mnie,
oświetlające podłogę i zarazem śmiech.
Okna,
głodujące okna
wbijające drzewa jak gwoździe prosto w serce.  
Każdego dnia karmię świat tam na zewnątrz
choć ptaki wybuchają
na prawo i lewo.
Karmię świat także tutaj,
częstując biurko ciasteczkami dla szczeniąt.
Jednak nic nie jest takie, jakie się wydaje.  
Przedmioty śnią i wkładają nowe szaty,
popychane, jak sądzę, przez słowa w moich rękach  
i morze, huczące mi w gardle.

The room of my life

Here,
in the room of my life
the objects keep changing.
Ashtrays to cry into,
the suffering brother of the wood walls,
the forty-eight keys of the typewriter
each an eyeball that is never shut,
the books, each a contestant in a beauty contest,   
the black chair, a dog coffin made of Naugahyde,   
the sockets on the wall
waiting like a cave of bees,
the gold rug
a conversation of heels and toes,
the fireplace
a knife waiting for someone to pick it up,
the sofa, exhausted with the exertion of a whore,   
the phone
two flowers taking root in its crotch,
the doors
opening and closing like sea clams,
the lights
poking at me,
lighting up both the soil and the laugh.
The windows,
the starving windows
that drive the trees like nails into my heart.   
Each day I feed the world out there
although birds explode
right and left.
I feed the world in here too,
offering the desk puppy biscuits.
However, nothing is just what it seems to be.   
My objects dream and wear new costumes,
compelled to, it seems, by all the words in my hands   
and the sea that bangs in my throat.

Jacek Dehnel

1980 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

desde el escenario

Aquí y allá, en esta oscuridad, de cristal líquido,
crecen las flores de los helechos, brillan con un resplandor
        celeste – encima, rostros de los felices descubridores
que navegan por Facebook o noticias sobre gatitos-.
El resto son solo manchas, discos lívidos de rostros
y ropa, dispersos entre los respaldos de las butacas,
como en las escamas de un enorme pez de ópera.
Y sólo de vez en cuando dos círculos grises resplandecen
como los ojos de los animales en la penumbra.
                                                                                     Depredadores, aislados,
con sus propios territorios,
                                                    sus rituales.

Tal vez han venido aquí por nosotros, o quizá por nada en absoluto,
se han parado en seco en sus migraciones secretas
ríos arriba o través de los valles,
                                                  y miran,
                                                                   y miran.
Y el animal en nosotros les lee
                                                        desde el escenario,
                                                                                           desde el escenario.

ze sceny

Tu i tam, w tej ciemności, ciekłokrystaliczne,
rosną kwiaty paproci świecące błękitnym
blaskiem – nad nimi twarze szczęśliwych znalazców
przeglądających fejsa czy newsy o kotkach.
Reszta to tylko plamy, szare krążki twarzy
i ubrań, rozproszone wśród oparć foteli
jak na łuskach ogromnej operowej ryby.
I tylko czasem błyska para siwych krążków
jak ślepia zwierząt w mroku.
                                                    Drapieżnych, osobnych,
mających swe rewiry,
                                        swoje rytuały.

Może przyszły tu po nas, może po nic zgoła,
zatrzymały się nagle w sekretnej wędrówce
w górę rzek czy w doliny,
                                               i patrzą,
                                                              i patrzą.
A zwierzę w nas im czyta
                                             ze sceny,
                                                              ze sceny.

Jacek Dehnel

1980 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Vuelven a mí como las personas

Con los años los árboles vuelven a mí como las personas,
como aquel, visto no sé cuándo, en qué país dios sabe:
sobre la exuberante hierba verde, inflada de otoño,
medio deshojado: una bola de oro calada,
y bajo ella un anillo amarillo, como el reflejo de la luna de agosto
en el estanque, una noche sin viento.

Hemos minado casi toda la belleza,
quien pise este campo puede perder la cara.

Pero el árbol es inocente en su belleza,
inocente es el color de la hierba, la forma
en que las hojas se posan sobre ella: como hilos de tapiz o
un enjambre de abejas de veinte quilates sobre las que
alguien echó el hechizo del sueño.

Entonces escribo sobre aquel árbol, sin poder escribir
sobre el que amé de indebido modo
y a quien perdí irremediablemente,
y alto era, dorado y hermoso,
tumbado en la hierba
como un reflejo
de algo más grande,
algo que las heladas quemarían pronto.

Fotografías de Hiro Chiba

Wracają do mnie jak ludzie

Drzewa wracają do mnie po latach jak ludzie,
jak tamto, widziane nie wiem kiedy, nie wiem w jakim kraju –
na trawie soczyście zielonej, napompowanej jesienią,
na wpół opadłe z liści: ażurowa złota kula,
a pod nią krąg żółci, jak odbicie sierpniowego księżyca
na stawie, w bezwietrzną noc
.
Zaminowaliśmy prawie całe piękno,
kto wchodzi na to pole, może stracić twarz.

Ale drzewo jest w swoim pięknie niewinne,
niewinny jest kolor trawy, sposób,
w jaki kładą się na niej liście: jak nici tapiserii albo
rój dwudziestokaratowych pszczół, na które
rzucono zaklęcie snu.

Piszę więc o tamtym drzewie, nie mogąc i nie chcąc pisać
o tym, kogo kochałem nie tak, jak należy,
i kogo straciłem niepowrotnie,
a był złoty i wysoki, i piękny,
i leżał na trawie
jak odbicie
czegoś większego,
co zaraz zetnie mróz.

Joanna Żabnicka

1989 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Como con un interruptor*

Un cardumen de luces se filtra
en las paredes del barrio. Teatro de sombras, contornos borrosos
de personas y objetos encima de los que

la noche suspende el filo del farol lunar
sobre un hilo fino de la sombra. Alguien hace chasquido con los dedos y
desaparece; alguien dispara, y alguien lleva dentro una bala,
la más perfecta de las formas. El sonido roba
la luz; en la mesa en la penumbra se consume

un hombre. Escribe sobre el papel mojado,
en el resplandor del acuario desbordado
sobre lo que después del
mundo -después del amanecer- será
devuelto, y si sí, a quién.

*doble significado; también un chasquido

Jak tym pstryczkiem

Ławica świateł wlewa się
w ściany osiedla. Teatr cieni, rozmyte zarysy
ludzi i przedmiotów, nad którymi

noc zawiesza ostrze księżycowej latarni
na cienkiej nici cienia. Ktoś strzela palcami i
znika; ktoś strzela, a ktoś w sobie kulę nosi, tę
najdoskonalszą z brył. Dźwięk zabiera
ze sobą światło; przy stole w półmroku dopala się

człowiek. Pisze na mokrym papierze,
w poświacie przelanego
akwarium o tym, co po
świecie – po świcie – zostanie
zwrócone, i komu, i czy.


Charles Simic

1938 – , Serbia / EE. UU

Trad. Luis Ingelmo

La Vida de las imágenes

Existe, en la crítica literaria, un malentendido de grandes proporciones en relación al modo en que las ideas se insertan en los poemas. En apariencia, los poetas proceden siguiendo uno de estos dos métodos: o exponen sus ideas directamente o encuentran equivalentes para ellas. Lo que a menudo se denomina poesía filosófica da la impresión de ser una poesía de aguda elocuencia, o bien una variación del simbolismo. En ambos casos se asume que el poeta sabe de antemano qué es lo que va a decir, de modo que escribir el poema no es sino la búsqueda de la forma más eficiente de adornar esas ideas.
Si eso fuera correcto, la poesía se limitaría a repetir lo que se ha pensado y se ha dicho antes que ella. No existiría el pensamiento poético tal como Heidegger lo concibe. No cabría esperarse que la poesía tuviera la más mínima relación con la verdad.
(…)
Mis poemas (al principio) son como una mesa sobre la que se coloca toda suerte de cosas interesantes que uno ha ido encontrando en sus paseos: un guijarro, un clavo oxidado, una raíz de forma peculiar, la esquina de una fotografía rota, etc. Después de dedicarme a mirarlas y de pensar en ellas a diario, comienzan a fraguarse ciertas relaciones sorprendentes que apuntan a algunos significados.
Estos objets trouvés de poesía son, desde luego, fragmentos de lenguaje. El poema es la estancia donde uno escucha con atención lo que el lenguaje está diciendo, donde empieza a surgir el verdadero sentido de las palabras.
Eso no es cierto. Lo crucial no es lo que las palabras significan sino, antes bien, lo que muestran y revelan. Lo literal conduce a lo figurativo, y en el interior de cada figura poética de valor hay un teatro en el que se está representando una obra. Ésta trata sobre dioses y demonios y el mundo en toda su desconcertante presencia y variedad.
En esencia, un poema interesante es un problema epistemológico y metafísico para el poeta.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Życie obrazów

W krytyce literackiej zachodzi poważne nieporozumienie dotyczące sposobu, w jaki idee są wprowadzane do wierszy. Poeci postępują w dwojaki sposób: albo wyrażają idee wprost, albo znajdują dla nich odpowiedniki. To, co często nazywane jest poezją filozoficzną, sprawia wrażenie poezji wyostrzonej elokwencji, czy też odmiany symbolizmu. W obu przypadkach zakłada się, że poeta z góry wie, co chce powiedzieć, a więc pisanie wiersza jest niczym innym jak poszukiwaniem najbardziej efektywnego sposobu upiększenia tych myśli.
Gdyby tak było, poezja byłaby tylko powtórzeniem tego, co już zostało pomyślane i powiedziane przed nią. Nie istniałaby myśl poetycka w rozumieniu Heideggera. Nie można by było spodziewać się, że poezja będzie miała jakikolwiek związek z prawdą.
(…)
Moje wiersze (na początku) są jak stolik, na którym wykłada się różne ciekawe rzeczy znalezione podczas spacerów: kamyk, zardzewiały gwóźdź, korzeń o osobliwym kształcie, róg zepsutej fotografii itd. Po dłuższym przyglądaniu się im i codziennym o nich myśleniu, zaczynają wyłaniać się pewne zaskakujące powiązania, które naprowadzają na konkretne znaczenia.
Te objets trouvés poezji to oczywiście fragmenty języka. Wiersz jest pomieszczeniem, w którym wsłuchujemy się uważnie w to, co mówi język, gdzie zaczyna wyłaniać się prawdziwe znaczenie słów.
To nie prawda. Istotne nie jest to, co słowa znaczą, ale raczej to, co pokazują i odsłaniają. Dosłowność prowadzi do przenośni, a wewnątrz każdej wartościowej figury poetyckiej kryje się teatr, w którym odgrywana jest sztuka. Mówi ona o bogach i demonach oraz o świecie w całej jego oszałamiającej postaci i różnorodności.
W gruncie rzeczy ciekawy wiersz jest dla poety problemem epistemologicznym i metafizycznym.

María Ángeles Pérez López

¡Felicidades a María Ángeles en el día de su cumpleaños!

1967 – , España (Valladolid)

***

El bisturí inocula su dolor.
En el corte limpísimo florece
el polen que envenenan las avispas,
su aguijón turbulento y ofensivo.
La mesa del quirófano está lejos
de la luz y la tierra del jardín,
su amor desesperado por la vida
y el material mohoso del origen,
lejos de la pasión de los hierbajos
y la piedra porosa en la que sangra
la desgastada edad de las vocales
que escribieron verdad y compañía.

En la asepsia que exige el hospital,
el bisturí recorta el corazón
de la página blanca del poema,
la sábana que tapa el cuerpo enfermo.
No queda ni memoria ni alarido,
tan solo un hueco rojo en el lenguaje.
En la mano que empuña la salud
hay sin embargo un corte diminuto,
una línea de sangre y su alfabeto.

Fotografías de Laura Makabresku

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Skalpel zaraża swoim bólem.
W dziewiczym nacięciu rozkwita
pyłek zatruwany przez osy,
ich gniewne i zaczepne żądło.
stół operacyjny daleko
od światła i ziemi ogrodu,
jego kurczowej żądzy życia
i pleśni materii początku,
daleko od uporu chwastów
i porów kamienia, gdzie krwawi
wyniszczony czas samogłosek,
zapisawszy prawdę i więzi.

Pośród szpitalnej aseptyki,
ostrze skalpela wycina kształt
serca na białej strony wiersza,
prześcieradle na chorym ciele.
Nie została pamięć ani krzyk,
tylko krwawa dziura w języku.
Na dłoni, która włada zdrowiem
jest jednak niewielkie nacięcie,
nikła strużka krwi, jej alfabet.

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. F. J. Uriz

Bálticos V

30 de julio. La ensenada ha devenido excéntrica –por primera vez en años hoy las medusas bullen en el mar, avanzan hinchándose lenta y considerablemente, pertenecen a la misma compañía naviera: AURELIA, andan sin rumbo como flores después de un entierro en el mar, si se las saca del agua pierden completamente su forma, como cuando se arranca del silencio una verdad indescriptible y se formula convirtiéndola en gelatina muerta, sí, son intraducibles, tienen que permanecer en su elemento.

2 de agosto. Algo quiere ser dicho pero las palabras se niegan.
Algo que no puede decirse,
afasia,
no hay palabras, pero tal vez sí un estilo…
 
A veces uno se despierta por la noche
y garabatea rápido unas palabras
en el papel que más a mano tiene, en el margen de un periódico
(¡las palabras irradian significado!)
pero por la mañana: esas mismas palabras ya no dicen nada, garabatos, lapsus                     linguae.
¿O fragmentos del gran estilo nocturno que pasó de largo?
 
La música le llega a un hombre, es compositor, se interpretan sus obras, hace carrera,        llega a ser director del conservatorio.
Cambia la situación, las autoridades lo condenan.
Nombran como fiscal a su alumno K***.
Es amenazado, degradado, relegado.
Pasan algunos años y su desgracia va cediendo, es rehabilitado.
Llega entonces el derrame cerebral: parálisis en el lado derecho con afasia, solo              entiende frases cortas, dice palabras equivocadas.
Por consiguiente no le afectan ni honores ni condenas.
Pero la música sigue en él, continúa componiendo en su propio estilo,
se convierte en una sensación médica el tiempo que le queda por vivir.
 
Puso música a textos que ya no entendía–
de la misma manera
expresamos algo con nuestras vidas
en el coro que tararea los lapsus linguae.
Las conferencias sobre la muerte duraron varios trimestres. Yo asistía junto con              compañeros que no conocía
(¿quiénes sois?)
–después cada uno se iba a lo suyo, perfiles.
 
Miré hacia el cielo y hacia la tierra y de frente
y desde entonces estoy escribiendo una larga carta a los muertos
en una máquina de escribir que no tiene cinta sino una estría en el horizonte,
así que las palabras repiquetean en vano y no queda nada grabado.
 
Estoy con la mano en el picaporte de la puerta, le tomo el pulso a la casa.
Las paredes están tan llenas de vida
(los niños no se atreven a dormir solos en el cuartito de arriba –lo que a mí me da              tranquilidad a ellos los intranquiliza).
 
3 de agosto. Allí fuera en la hierba húmeda
se arrastra un saludo de la Edad Media: el caracol de Borgoña,
un caracol que resplandece sutilmente, en su gris amarillento, con su casa a cuestas,
trasplantado por monjes que gustaban de escargots– sí, aquí hubo franciscanos,
abrieron canteras y quemaron piedra caliza, la isla fue suya en 1288, donación del rey              Magnus
(«Esas limosnas y otras parecidas / lo esperarán en el reino de los cielos»),
cayeron los bosques, ardían los hornos, la cal navegaba rumbo a los conventos en              construcción…
El hermano caracol
está casi inmóvil en la hierba, sus tentáculos se retraen
y se desarrollan, perturbaciones y dudas…
¡Cómo se parece a mí en mi búsqueda!
 
El viento que ha soplado con tanta meticulosidad todo el día
–en los arrecifes más lejanos están contadas todas las briznas de hierba–
ha amainado en el interior de la isla. La llama de la cerilla se yergue vertical.
La pintura marina y la pintura del bosque oscurecen juntas.
También el follaje de los árboles de cinco pisos se vuelve negro.
«Cada verano es el último». Palabras vacías, sin sentido
para los seres que viven en la media noche de finales de verano
cuando los grillos cosen a máquina como desesperados
y el Báltico está cerca
y el solitario grifo de agua se levanta entre el rosal silvestre
como una estatua ecuestre. El agua sabe a hierro.

Fotogramas de Como en un espejo/ Jak w zwierciadle / Såsom i en spegel (1961) de Ingmar Bergman

Tłum. Leonard Neuger

morza bałtyckie v

30 lipca. Zatoka zrobiła się ekscentryczna — dzisiaj zaroiło się od meduz po raz pierwszy od lat. Pompują się w przód spokojnie i litościwie, należą do tego samego armatora: AURELIA, dryfują jak kwiaty po pogrzebie morza; gdy je wyjąć z wody znika cały ich kształt jak nieopisana prawda wyciągnięta z ciszy i przeformułowana w martwą galaretkę. No tak, są nieprzekładalne. Muszą pozostać w swoim żywiole.

2 sierpnia. Coś chce się wypowiedzieć lecz słowa nie zgadzają się na to.
Coś czego nie da się powiedzieć
afasia
nie ma słów ale być może styl…
 
Bywa że człowiek budzi się nocą
i rzuca szybko kilka słów
na pierwszą lepszą kartkę, na margines gazety
(słowa tryskają sensem!)
lecz rankiem: te same słowa nie mówią już nic. Gryzmoły. Przejęzyczenia.
A może fragmenty wielkiego nocnego stylu który obok przeciągał?
 
Muzyka przychodzi do człowieka. Jest kompozytorem, grają go, robi karierę, zostaje              szefem konserwatorium.
Koniunktura się zmienia. Zostaje wyklęty przez władze.
Na głównego oskarżyciela powołuje się jego ucznia Ch***.
Grożą mu, degradują, zsyłają.
Po kilku latach mija niełaska łagodnieje. Zostaje przywrócony.
 
I wtedy przychodzi wylew: paraliż prawostronny z afazją. Pojmuje tylko krótkie frazy. Przekręca słowa.
Jest więc nieosiągalny dla awansów i potępień.
Lecz muzyka pozostała. Wciąż komponuje we własnym stylu,
staje się sensacją medyczną w tym czasie, który mu jeszcze pozostał do życia.
 
Pisał muzykę do tekstów, których już nie rozumiał —
w identyczny sposób
wyrażamy coś naszym życiem
w nucącym chórze przejęzyczeń.
Wykłady śmierci trwały wiele semestrów. Byłem obecny wraz z kolegami, których nie             znałem
(cóż z was za jedni?)
— potem każdy powrócił do swego. Profile.
 
Spoglądałem w niebo i w ziemię i na wprost
i od tamtej pory piszę długi list do umarłych
na maszynie nie posiadającej barwnej taśmy tylko pasek horyzontu
więc słowa na próżno łomoczą i nic nie pozostaje.
 
Stoję z ręką na klamce. Mierzę domowi puls.
Ściany mają w sobie tyle życia
(dzieci boją się same spać w izbie na piętrze — to co mnie daje poczucie             bezpieczeństwa, wzbudza w nich niepokój).
 
3 sierpnia. Na dworze w wilgotnej trawie
pełza pozdrowienie ze średniowiecza: winniczek
delikatny błyszczący żółtoszaro ślimak z dachem na kotwicy
wyhodowany przez mnichów, którzy lubili escatgots — tak, franciszkanie tu byli
wydobywali kamień i palili wapno, wyspa weszła w ich posiadanie w 1288 roku z             nadania króla Magnusa
(„Tito jełmożny jako też ine togo rodzayu / tenraz ji potykayą w niebyeskim rayu”)
las padał, piece płonęły, wapno spławiano do zabudowań klasztornych…
Brat ślimak
stoi prawie nieruchomo w trawie, wystawia i chowa
rożki. Zakłócenia i wahanie…
Jakże on przypomina mnie w moim poszukiwaniu!
 
Wiatr który tak starannie wiał cały dzień
— na najdalszych szkierach wszyściutkie źdźbła są policzone —
spoczął spokojnie gdzieś na wyspie. Płomień zapałki prosto świeci.
Obraz marynistyczny i obraz sylwiczny razem ciemnieją.
Czernieje też zieleń pięciopiętrowych drzew.
„Każde lato jest ostatnim”. To puste określenia
tych stworzeń nocy letniej,
gdy świerszcze szyją na maszynie jak najęte
i Morze Bałtyckie jest blisko
i samotna studnia wznosi się pośród krzewów dzikiej róży
jak posąg jeźdźca. Woda ma smak żelaza.
 

Transl. Robin Fulton

Baltics V

July 30th. The strait has become eccentric – swarming with jellyfish today for the first time in years, they pump themselves forward calmly and patiently, they belong to the same lint: Aurelia, they drift like flowers after a sea-burial, if you take them out of the water all their form vanishes, as when an indescribable truth is lifted out of silence and formulated to an inert mass, but they are untranslatable, they must stay in their own element.  
 
August 2nd. Something wants to be said but the words don’t agree.
Something which can’t be said,
aphasia,  
there are no words but perhaps a style…
 
You can wake up in the small hours
jot down a few words   
on the nearest paper, a newsprint margin
(the words radiate meaning!)
but in the morning: the same words now say nothing, scrawls, slips-of-the-tongue.
Or fragments of the high nocturnal style that drew past?
 
Music comes to a man, he’s a composer, he’s played, makes a career, becomes                         Conservatory Director.
The climate changes, he’s condemned by the authorities.
His pupil K. is set up as prosecutor.
He’s threatened, degraded, removed.
After a few years the disgrace lessens, he’s rehabilitated.
Then, cerebral haemorrhage: paralysis on the right side with aphasia, can grasp only             short phrases, says the wrong words.
Beyond the reach of eulogy or execration.
But the music’s left, he goes on composing in his own style,
for the rest of his days he becomes a medical sensation.
 
He wrote music to texts he no longer understood –
in the same way
we express something through our lives
in the humming chorus full of mistaken words.
 
The death-lectures went on for several terms. I attended
together with people I didn’t know
(who are you?)
– then each went his own way, profiles.
 
I looked at the sky and at the earth and straight ahead
and since then I’ve been writing a long letter to the dead
on a typewriter with no ribbon just a horizon line
so the words knock in vain and nothing sticks.
 
I pause with my hand on the door-handle, take the pulse of the house.
The walls are so full of life
(the children don’t dare to sleep alone in the little room upstairs – what makes me             safe makes them uneasy).
 
August 3rd. Out there in the damp grass
a greeting shuffles from the Middle Ages, the Edible Snail,
subtle gleaming grey-and-yellow, with his house aslant,
introduced by monks who liked their escargots – the Franciscans were here,  
broke stone and burned lime, the island became theirs in 1288, a gift of King Magnus
(‘Almes fordoth all wykkednes / And quenchyth synne and makyth hyt les’)  
the forest fell, the ovens burned, the lime was shipped in for the building of the                         monastery…  
                            Sister snail
almost motionless in the grass, the antennae are sucked in
and rolled out, disturbances and hesitation…
How like myself in my searching!  
 
The wind that’s been blowing carefully all day
– the blades of grass on the outer skerries are all counted –
has lain down peacefully at the heart of the island. The match-flame stands straight.  
The sea-painting and the forest-painting darken together.
The foliage on the five-storey trees turns black.
‘Each summer is the last.’ Empty words
for the creatures in the late summer midnight
where the crickets whirr their sewing-machines frantically
and the Baltic is close
and the lonely water-tap rises among the wild roses
like the statue of a horseman. The water tastes of iron.

Jeannette L. Clariond

1948 – , México

La tarde (1º frg.)

Extraviada, miré la tarde contra el viento desnudo,
las hojas caídas escuché.

Vacía, Emily, ¿es real que la tarde se vacía?

La poesía, es ausencia de agua, puerta
que abre otra puerta y otra y una más.

Nada entraba en mis ojos o en mi lengua
que no fuera belleza.

Tomé un cuaderno, un lápiz afilado,
encendí una vela en plena luz.

Salí a caminar por calles oscuras,
el horizonte se abrió lento ante mis ojos.

en Leve sangre

Fotografías de Astrid Kruse Jensen

Trad. Ada Trzeciakowska

Popołudnie (frg.)

Zagubiona, spojrzałam na popołudnie pod nagi wiatr,
usłyszałam opadłe liście.

Puste, Emily, czy to prawda, że popołudnie robi się puste?

Poezja, to brak wody, drzwi,
które otwierają kolejne drzwi i następne.

Nie wpadło mi do oczu ani nie osadziło się na języku,
nic co nie byłoby pięknem.

Wzięłam zeszyt, zaostrzony ołówek,
zapaliłam świecę w blasku dnia.

Wędrowałam ciemnymi ulicami,
horyzont otwierał się powoli przede mną.

Transl. Curtis Bauer

The afternoon

Lost, I watched the afternoon stand in front of the naked wind,
listened to the fallen leaves.

Hollow, Emily, is it possible the afternoon hollows?

Poetry, absence of water, a door opening
a thousand doors, and then another.

Nothing entered my eyes or crossed my tongue
that was not beauty.

I took out a notebook, a sharpened pencil,
lit a candle in full light.

I walked through the dark streets,
the slow horizon opened before me.

Crea tu sitio web con WordPress.com
Primeros pasos
A %d blogueros les gusta esto: