Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

Trad. Jerzy Sławomirski y Anna Rubió

La poesía y la duda

La poesía y la duda se necesitan recíprocamente, coexisten como el roble y la hiedra, el perro y el gato. Pero su unión no es ni armónica ni simétrica. La poesía necesita la duda mucho más que la duda a la poesía. Gracias a la duda la poesía se purifica de la insinceridad retórica, de la palabrería, de la falsedad, de la logorrea juvenil y de la euforia vacía (que no de la verdadera). Sin la mirada severa de la duda, la poesía—sobre todo en nuestros tiempos lóbregos —podría degenerar en una canción sentimental, un canto exaltado pero estulto o una alabanza irreflexiva de cualquier forma del mundo.
Con la duda no pasa lo mismo. La duda rehúye la compañía de la poesía; la poesía es para ella un adversario peligroso. Diré más: una amenaza mortal. La poesía, incluso la trágica y oscura, siempre se eleva por encima de la duda y la aniquila, le quita la razón de ser. La duda enriquece y dramatiza la poesía, pero la poesía anula la duda o por lo menos la debilita tanto que los escépticos pierden la cabeza y cierran la boca o bien se convierten en artistas.
La duda es más inteligente que la poesía, ya que nos dice algo malicioso sobre el mundo, algo que sabíamos desde siempre, pero que no queríamos ver; pero la poesía excede los límites de la inteligencia, señalándonos lo que no podemos saber.
La duda es narcisista: lo contemplamos todo críticamente, incluso a nosotros mismos, y tal vez nos sintamos aliviados. En cambio, la poesía da muestras de confianza en el mundo, nos saca con fuerza de la escafandra demasiado estrecha del yo, cree en la posibilidad de que la belleza exista y en su dimensión trágica.
La controversia entre la poesía y la duda no tiene nada que ver con el debate superficial entre el optimismo y el pesimismo.
El gran drama del siglo XX creó dos tipos de mentalidad: la resignada y la inquisidora. La duda es la poesía de los resignados. En cambio, la poesía es una búsqueda y un interminable peregrinaje.
La duda es un túnel; la poesía, una espiral.
El gesto preferido de la duda es el de cerrar, y el de la poesía, el de abrir.
La poesía ríe y llora; la duda ironiza.
La duda es la embajadora plenipotenciaria de la muerte y su sombra más larga y más graciosa; la poesía corre hacia un fin desconocido.
Por qué uno elige la poesía y otro la duda no lo sabemos y no lo sabremos jamás. No sabemos por qué uno nace Cioran y otro Milosz.

en Defensa del fervor

Poezja i wątpienie

Poezja i wątpienie potrzebują siebie nawzajem, współżyją ze sobą jak dąb i bluszcz, jak pies i kot. Ale ich związek nie jest ani harmonijny, ani symetryczny. Poezja potrzebuje wątpliwości dużo bardziej niż wątpliwość poezji. Dzięki wątpieniu poezja oczyszcza się – z retorycznej nieszczerości, z gadulstwa, z fałszu, z młodzieńczego rozgadania, z pustej euforii (nie z euforii prawdziwej). Pozbawiona surowego spojrzenia wątpliwości poezja – zwłaszcza w naszych ciemnych czasach – mogłaby się łatwo wyrodzić w sentymentalną piosenkę, w egzaltowaną ale niemądrą pień, w bezmyślną pochwałę każdej postaci świata.
Inaczej z wątpliwością: ucieka ona od towarzystwa poezji; poezja jest dla niej groźnym przeciwnikiem, ba, więcej, śmiertelnym zagrożeniem. Poezja, nawet tragiczna, ciemna, zawsze wyrasta ponad wątpliwość, unicestwia ją, odbiera jej rację bytu. Wątpienie wzbogaca i udramatycznia poezję, ale poezja likwiduje wątpliwość – albo przynajmniej osłabia ją tak bardzo, że sceptycy tracą głowę i milkną, lub też zamieniają się w artystów.
Wątpliwość jest inteligentniejsza od poezji, jako że mówi nam o świecie coś złośliwego, coś, co zawsze wiedzieliśmy, lecz ukrywaliśmy przed sobą; poezja jednak przekracza inteligencję, wskazując na to, czego nie możemy wiedzieć.
Wątpliwość jest narcystyczna: patrzymy na wszystko, także na nas samych, krytycznie – być może przynosi nam to ulgę. Poezja natomiast okazuje zaufanie światu, wyrywa nas z ciasnego skafandra naszego ja, wierzy w możliwość istnienia piękna i w jego tragiczność.
Spór poezji z wątpliwością nie ma nic wspólnego z płytką debatą optymizmu i pesymizmu.
Wielki dramat XX wieku sprawił, że mamy obecnie do czynienia z dwoma rodzajami umysłów: z umysłem zrezygnowanym i z umysłem poszukującym. Wątpliwość jest poezją zrezygnowanych. Poezja natomiast jest poszukiwaniem, wędrówką bez końca.
Wątpliwość jest tunelem, poezja – spiralą.
Ulubionym gestem wątpliwości jest zamykanie, poezji -. otwieranie.
Poezja śmieje się i płacze, Wątpliwość ironizuje.
Wątpliwość jest ambasadorem pełnomocnym śmierci, najdłuższym i najdowcipniejszym jej cieniem; poezja biegnie w stronę nieznanego celu.
Dlaczego kto wybiera poezję, a kto inny – wątpliwość, tego nie wiemy i nie będziemy wiedzieli. Nie wiemy, dlaczego kto jest Cioranem, a kto Miłoszem

w Obrona żarliwości

Jana Orlová

1986 – , Chequia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

Bordo la Luna
y trago árboles verdes
La estufa no prende
La lluvia se intensifica

Aparto el pelo
y miro el camino
cómo fluye hacia el campo cada vez más oscurecido

En un rato me toparé con las cornejas
y se llevarán algo mío

Qué hacer
Vuelvo a la estufa
y con un fósforo húmedo
vuelvo a plantar
los árboles que no han crecido

Fotografías de Katia Chausheva (1957 -, Bulgaria)

Tłum. Zofia Bałdyga

***

Haftuję Księżyc
i połykam zielone drzewa
Piec nie płonie
Deszcz się pogłębia

Odgarniam włosy
i patrzę na drogę
jak płynie w kierunku ciemniejącego pola

Za chwilę spotkam wrony
i coś ze mnie wezmą

Cóż robić
Wracam do pieca
i mokrą zapałką
jeszcze raz sadzę
niewyrośnięte drzewa

***

Vyšívám Měsíc
a polykám zelené stromy
Kamna nehoří
hloubí se déšť

Odhrnuju vlasy
a dívám se na cestu
jak plyne do tmavnoucího pole

Za chvíli potkám vrány
a něco ze mě odnesou

Co dělat
Vrátím se do kamen
s mokrou sirkou
a zasadím znova
nevyrostlé stromy

Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

Trad. Xavier Farré

En ningún lugar

Fue un día en ningún lugar al volver del entierro de mi padre,
un día entre continentes, iba perdido por las calles
de Hyde Park escuchando retazos de voces americanas,
no pertenecía a ningún lugar, era libre,
pero si eso era la libertad, pensé, preferiría
ser cautivo de un buen rey, de un cálido emperador;
las hojas fluían a contracorriente del rojizo otoño,
el viento bostezaba como un perro cazador,
la cajera en el colmado, en ningún lugar
(le intrigaba mi acento), me preguntó de dónde era,
pero lo había olvidado, tenía ganas de hablarle
de la muerte de padre, pero pensé: ya soy
demasiado viejo para ser huérfano; vivía
en Hyde Park, en ningún lugar, where fun comes to die,
como decían no sin envidia los estudiantes de otras universidades,
era un lunes sin carácter, cobarde,
sin forma, un día sin inspiración, en ningún lugar, ni siquiera el penar
había adoptado una forma radical, tenía la sensación
de que el mismo Chopin en un día como ése se limitaría,
en el mejor de los casos, a dar clases
a estudiantes aristocráticas, acaudaladas;
de repente me acordé de lo que había escrito de él
Gottfried Benn, dermatólogo berlinés,
en uno de mis poemas preferidos:
«Cuando Delacroix anunció su teoría,
él se quedó preocupado porque no podía
justificar sus nocturnos»*,
estos versos, irónicos y tiernos a la vez,
siempre me colmaron de una felicidad
casi tan grande como la música de Chopin.
Una cosa sí sabía: tampoco hace falta justificar
la noche, ni el dolor, en ningún lugar.

*El poema completo se puede leer en esta entrada

Fotografías de William Eggleston (1939- , EE.UU.)

Nigdzie

To był dzień nigdzie zaraz po powrocie z pogrzebu ojca,
dzień między kontynentami, zagubiony chodziłem ulicami
Hyde Parku słuchając strzępów amerykańskich głosów,
nigdzie nie należałem, byłem wolny,
ale jeśli to jest wolność, myślałem, to wolałbym chyba
być jeńcem dobrego króla, ciepłego cesarza;
liście płynęły pod prąd czerwonej jesieni,
wiatr ziewał szeroko jak myśliwski pies,
kasjerka w sklepie spożywczym, nigdzie
(intrygował ją mój akcent), spytała, skąd jestem,
ale zapomniałem, miałem ochotę opowiedzieć jej
o śmierci ojca, pomyślałem jednak: jestem już
trochę za stary na sierotę; mieszkałem
w Hyde Parku, nigdzie, where fun comes to die,
jak mówili nie bez zazdrości studenci innych uczelni,
to był poniedziałek bez charakteru, tchórzliwy,
bez formy, dzień bez natchnienia, nigdzie, nawet żal
nie przybierał radykalnej postaci, wydaje mi się,
że sam Chopin w taki dzień ograniczyłby się,
w najlepszym razie, do udzielania lekcji
zamożnym, arystokratycznym uczennicom;
naraz przypomniałem sobie co napisał o nim
doktor Gottfried Benn, berliński dermatolog,
w jednym z moich ulubionych wierszy:
„Kiedy Delacroix wygłaszał swoje teorie
stawał się niespokojny, on bowiem
nie potrafiłby uzasadnić nokturnów”*,
te linijki, ironiczne i czułe zarazem,
zawsze napełniały mnie szczęściem
prawie tak wielkim jak muzyka Chopina.
Jedno wiedziałem: także nocy nie trzeba
uzasadniać, ani bólu, nigdzie.

*Wiersz Gottfrieda Benna w całości znajduje się w tym poście

Trans. Clare Cavanagh

Nowhere

It was a day nowhere just after I got back from my father’s funeral,
a day between two continents; lost, I walked the streets
of Hyde Park catching shreds of American voices.
I belonged nowhere, I was free,
but if this is freedom, I thought, I’d rather be
a good king’s, a kindly emperor’s, captive;
leaves swam against red autumn’s current,
the wind yawned like a foxhound,
the cashier in a grocery store, nowhere,
couldn’t place my accent and asked “Where are you from?”
but I’d forgotten, I wanted to tell her
about my father’s death, then thought: I’m too old
to be an orphan; I was living
in Hyde Park, nowhere, “Where fun comes to die,”
as college students elsewhere said, a little enviously.
It was a faceless Monday, craven,
vague, a day without inspiration, nowhere, even grief
didn’t take a radical shape; it strikes me
that on such days even Chopin would commit himself
at best to giving lessons
to wealthy, aristocratic pupils;
suddenly I remembered what Doctor Gottfried Benn,
the Berlin dermatologist, said about him
in one of my favorite poems:
“when Delacroix expounded his theories,
it made him nervous, he for his part
could offer no explanation of the Nocturnes,”*
these lines, both ironic and tender,
always filled me with joy,
almost like Chopin’s music itself.
I knew one thing: night too needed no
explanation, likewise pain, nowhere.

*From Gottfried Benn, “Chopin,” trans. Michael Hofmann

Eugenio Montale

1896-1981, Italia

Trad. Alejandro Oliveros

Casa en el mar

El viaje termina aquí:
en los mezquinos cuidados que separan
el alma que ya no sabe dar un grito.
Ahora los minutos son iguales y fijos
como las vueltas de la rueda de una bomba.
Una vuelta: un chorro de agua que retumba
otra: más agua y de vez en cuando un chirrido.

El viaje termina en esta playa
que prueban las asiduas y lentas mareas.
Nada sino cansados humos revelan
el mar tramado con conchas
por suaves brisas: y es raro que aparezcan
en la muda bonanza
entre las islas del aire migratorio
montañosa Córcega o Capraia.

Preguntas si todo así se desvanece
en esta poca niebla de memoria
si en la hora que adormece o en el suspiro
del oleaje se cumple cada destino.
Quisiera decirte que no, que se aproxima
la hora en que pasarás más allá del tiempo;
quizá sólo el que desea se hace infinito
y tú podrás, tal vez, no yo.
Y acaso tú puedas, yo no.
Pienso que para la mayoría no hay salvación,
pero alguien subvierte todo designio,
atraviesa el umbral, y se reencuentra cuando desea.
Antes de ceder quisiera señalarte esta vía de escape
frágil como en los agitados campos
del mar erizado o la espuma.
Te entrego asimismo mi avara esperanza.
Hasta nuevos días, cansado, no sé aumentarla:
la ofrezco en prenda a tu destino, que te salve.

El camino termina en estas playas
que la marea roe con movimiento alterno.
Tu cercano corazón no me oye,
tal vez zarpa ya hacia el infinito.

Tłum. Zygmunt Kubiak

Dom nad morzem

Podróż kończy się tu:
w lichych troskach dzielących duszę,
która krzyknąć już nie potrafi.
Wszystkie minuty teraz bliźniacze są i stałe
jak obroty koła u pompy.
Obrót: wznosi się woda, spada głośnym pluskiem.
Drugi obrót, woda znów, zgrzyt przy każdym obrocie.

Podróż kończy się na tym piasku wybrzeża
Nawiedzanym przez uparte a powolne przypływy.
Niczego, oprócz leniwych dymów, nie odsłania
nadmorski ten płat, który przetykają konchami
powiewy łagodne: rzadko się pojawi
w niemym spokoju morza
pośród wędrownych wysp powietrza
szeroki grzbiet Korsyki albo Kapraja.

Pytasz, czy właśnie tak się wszystko rozwiewa
w tej ulotnej mgle pamięci,
czy w godzinie odrętwienia albo w westchnieniu niedoli
wszelkie się przeznaczenie wypełnia.
Chciałbym ci rzec: nie, powiedzieć, że dla ciebie
zbliża się godzina, gdy poza czas odejdziesz;
może tylko ten, kto chce, wchodzi w nieskończoność –
i ty dokonasz tego, być może, ja nie.
Myślę, że dla większości nie ma ocalenia,
ale czasem ktoś obala wszelki wzór,
przekracza wyłom i, czym być zapragnął, tym się staje.
Chciałbym, zanim odejdę, tę ucieczki drogę
wskazać tobie
nietrwałą, jak nad wzdętym morza rozłogiem
zmarszczka wody, piana fali.
Daję ci także moją skąpą nadzieję.
W nowych dniach, znużony, już bym jej nic nie przydał;
pragnę nią przekupić twój los, niech się ocali.

Droga kończy się u tych morskich podwoi,
które przypływy ruchem zmiennym przeżera.
Serce twe, tak bliskie, niech słucha słów moich,
pewnie już ku wieczności żagle rozpościera.

Fotogramas de Villa Amalia de Benoît Jacquot y de La mirada de Ulises de Theo Angelopoulos 

Casa sul mare

ll viaggio finisce qui:
nelle cure meschine che dividono
l’anima che non sa più dare un grido.
Ora i minuti sono eguali e fissi
come i giri di ruota della pompa.
Un giro: un salir d’acqua che rimbomba.
Un altro, altr’acqua, a tratti un cigolio.

Il viaggio finisce a questa spiaggia
che tentano gli assidui e lenti flussi.
Nulla disvela se non pigri fumi
la marina che tramano di conche
i soffi leni: ed è raro che appaia
nella bonaccia muta
tra l’isole dell’aria migrabonde
la Corsica dorsuta o la Capraia.

Tu chiedi se così tutto vanisce
in questa poca nebbia di memorie;
se nell’ora che torpe o nel sospiro
del frangente si compie ogni destino.
Vorrei dirti che no, che ti s’appressa
l’ora che passerai di là dal tempo;
forse solo chi vuole s’infinita,
e questo tu potrai, chissà, non io.
Penso che per i più non sia salvezza,
ma taluno sovverta ogni disegno,
passi il varco, qual volle si ritrovi.
Vorrei prima di cedere segnarti
codesta via di fuga
labile come nei sommossi campi
del mare spuma o ruga.
Ti dono anche l’avara mia speranza.
A’ nuovi giorni, stanco, non so crescerla:
l’offro in pegno al tuo fato, che ti scampi.

Il cammino finisce a queste prode
che rode la marea col moto alterno.
Il tuo cuore vicino che non m’ode
salpa già forse per l’eterno.

Transl. William Arrowsmith

House by the Sea

Here the journey ends:
in these petty cares dividing
a soul no longer able to protest.
Now minutes are implacable, regular
as the flywheel on a pump.
One turn: a rumble of water rushing.
Second turn: more water, occasional creakings.

Here the journey ends, on this shore
probed by slow, assiduous tides.
Only a sluggish haze reveals
the sea woven with troughs
by the mils breezes: hardly ever
in that dead calm
does spiny Corsica or Capraia loom
through islands of migratory air.

You ask: Is this how everything vanishes,
in this thin haze of memories?
Is every destiny fulfilled
in the torpid hour or the breaker’s sigh?
I would like to tell you: No. For you
the moment for your passage out of time is near:
transcendence may perhaps be theirs who want it,
and you, who knows, could be one of those. Not I.
There is no salvation, I think, for most,
but every system is subverted by someone, someone
breaks through, becomes what he wanted to be.
Before I yield, let me help you find
such a passage out, a path
fragile a ridge or foam
in the furrowed sea.
And I leave you my hope, too meager
for my failing strength to foster
in days to come. I offer it
to you, my pledge to your fate, that you break free.

My journey ends on these shores
eroded by the to-and-fro of the tides.
Your heedless heart, so near, may even now
be lifting sail for the eternities.