Philip Levine

1928-2015, Estados Unidos

Trad. Ada Trzeciakowska

El último paso

Una vez fui un diminuto grano
de fuego ardiendo en la orilla
del día, y esperé en silencio
hasta que el amanecer me liberó
para trepar hacia la luz.
Aquí, en el brillante huerto,
las naranjas de piel gruesa
dormitan en la luz invernal,
las rosas tardías rasgan el viento,
y la sangre llueve en
los prados de hierba invernal.

Creía que encontraría a mi padre
y mano a mano mediríamos los pasos
de la vida de un niño, creía que el aire,
cristalino en torno a nosotros, sostendría
sus palabras hasta que devinieran
yo, y jamás caerían en el olvido.
Creía que la lluvia estaba lejos
bajo otro cielo. Creía
que para hacerme hombre
solo hacía falta esperar, y los años,
acumulándose lentamente, me llevarían allí.

Me llevaron a otro lugar.
La higuera torcida, el almendro,
aún sin su corona blanca, el lento
serpenteo de la vid alzándose
al cielo nos acompañan
por un tiempo, pero nada recorre
el camino entero. Ni siquiera el caracol que
se desbaba a muerte sobre una piedra plana
o el pequeño gorrión que cae del
nido y destella entre la hierba amarilla.
El último paso, como la llegada,
es solitario, en la oscuridad y sin canción.

Tłum. Ewa Hryniewicz-Yarbrough

Ostatni krok

Kiedyś byłem ziarenkiem
ognia płonącego na skraju
dnia i czekałem w ciszy,
aż świt uwolnił mnie
i wspiąłem się do światła.
Tutaj, w tym iskrzącym się sadzie,
pomarańcze o grubej skórce
drzemią w zimowym świetle,
późne róże rozszarpują wiatr
i krew spływa na
łąki zimowej trawy.

Myślałem, że znajdę mego ojca
i ręka w rękę odmierzymy
życie dziecka, myślałem, że powietrze,
krystaliczne wokół nas, zachowa
jego słowa, aż staną się
mną i nigdy nie będą zapomniane.
Myślałem, że deszcz jest daleko
pod innym niebem. Myślałem,
że aby stać się mężczyzną,
trzeba tylko poczekać i nadchodzące
nieśpiesznie lata zabiorą mnie tam.

Zabrały mnie gdzie indziej.
Poskręcane drzewo figowe, migdałowiec,
jeszcze bez białej korony, powolne
wici winorośli wznoszącej się
do nieba towarzyszą nam
przez jakiś czas, ale nic nie
dotrwa aż do końca. Ani ślimak
zmiażdżony na śmierć na płaskim kamieniu,
ani maleńka jaskółka, która wypadła
z gniazda i zamigotała w żółtej trawie.
Ostatni krok, jak wejście,
jest samotny, w ciemności, bez pieśni.

Fotos propias

The Last Step 

Once I was a small grain
of fire burning on the rim
of day, and I waited in silence
until the dawn released me
and I climbed into the light.
Here, in the brilliant orchard,
the thick-skinned oranges
doze in winter light,
late roses shred the wind,
and blood rains into
the meadows of winter grass.

I thought I would find my father
and hand in hand we would pace off
a child’s life, I thought the air,
crystal around us, would hold
his words until they became
me, never to be forgotten.
I thought the rain was far off
under another sky.  I thought
that to become a man I
had only to wait, and the years,
gathering slowly, would take me there.

They took me somewhere else.
The twisted fig tree, the almond,
not yet white crowned, the slow
tendrils of grape reaching
into the sky are companions
for a time, but nothing goes
the whole way.  Not even the snail
smeared to death on a flat rock
or the tiny sparrow fallen from
the nest and flaring the yellow grass.
The last step, like an entrance,
is alone, in darkness, and without song

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Adalber Salas Hernández

VII

Ah, puedes burlarte de los esplendores de la luna,
pero ¿qué sería del corazón humano si deseara
sólo oscuridad, si no deseara nada en la tierra

salvo la tinta del mar o la sombra negra de la roca?
Lanzarte, en medio de una noche de verano, al vacío
plateado del aire y observar los campos pálidos

descansando bajo la mirada hosca de la luna,
y permanecer en las profundidades de tu visión y preguntarte
cómo en esta blancura lo que amas es pena

pasada, y cómo en el largo valle de tu mirada
crece la esperanza, y ahí, bajo el fuego
distante de las estrellas, apenas perceptible,

sentirte despertar al cambio, como si tu cambio
fuera inmenso y contara en la nostalgia de los cielos.
Y sin embargo todo lo que quieres es salir de la sombra

de ti mismo, hasta la fría llama de la noche de verano,
cuando la luna brilla y la tierra misma
está cubierta y silenciosa en las rocas de su sueño.

en Puerto oscuro

Tłum. Ada Trzeciakowska

VII

Och, możesz się naśmiewać z księżycowej poświaty,
Lecz, czym byłoby ludzkie serce gdyby pragnęło
Tylko mroku, gdyby nie pragnęło niczego na ziemi

Oprócz morskiego atramentu czy czarnego cienia skały?
Letnią nocą rzucić się w srebrną
Pustkę powietrza i spojrzeć na blade pola

Odpocząwszy pod posępnym spojrzeniem księżyca,
I pozostać w głębinach twojej wizji pytając się
Jak w tej bieli to co kochasz jest minionym

Żalem i jak w podłużnej dolinie twojego spojrzenia
Rośnie nadzieja i tu, pod odległym
Ledwo dostrzegalnym, ogniem wszystkich gwiazd.

Poczuć, jak budzisz się na zmianę, jakby jej ogrom
przełożył się na tęsknotę za niebem
A przecież jedyne czego pragniesz to wydobyć się z cienia

Siebie samego wprost w zimny płomień letniego nieba
Kiedy księżyc świeci a sama ziemia
Jest okryta i cicha w skamieniałości snu

w Mrocznej przystani

VII

Oh you can make fun of the splendors of moonlight,
But what would the human heart be if it wanted
Only the dark, wanted nothing on earth

But the sea’s ink or the rock’s black shade?
On a summer night to launch yourself into the silver
Emptiness of air and look over the pale fields

At rest under the sullen stare of the moon,
And to linger in the depths of your vision and wonder
How in this whiteness what you love is past

Grief, and how in the long valley of your looking
Hope grows, and there, under the distant
Barely perceptible fire of all the stars,

To feel yourself wake into change, as if your change
Were immense and figured into the heaven’s longing
And yet all you want is to rise out of the shade

Of yourself into the cooling blaze of a summer night
When the moon shines and the earth itself
Is covered and silent in the stoniness of its sleep

in Dark Harbour

Philip Levine

1928-2015, Estados Unidos

Trad. Ada Trzeciakowska

Déjame empezar de nuevo

Déjame empezar de nuevo como una mota
de polvo arrastrada por los vientos nocturnos
soplando hacia el mar. Déjame empezar
esta vez sabiendo que el mundo es
agua salada y nubes oscuras, el mundo
rechina y suspira toda la noche, y el alba
llega despacio y no cambia nada. Déjame
regresar a la tierra después de una vida que
no lleva a ninguna parte. Esta vez enganchado
en las plumas de una gaviota hambrienta y
blanca sobre un barco negro que atraca
y se mece en las aguas aceitosas de
tu puerto. Este buque que tiene fugas
trae en la bodega una carga de horquillas
de España, enormes botijos con
oscuro vino argelino, plumas que no saben
escribir en inglés. Los marineros tambaleándose
se dirigen hacia los bares o casas llenas de luz.
El capitán cierra la bitácora y se queda dormido.
10 de enero de 1928. Esta noche entraré a mi vida
después de pasar siglos en el mar, en silencio,
en un hospital que debe su nombre a un coche.
El único niño de entre millones de niños
quien ha sobrevolado solitario entre las estrellas
el negro baldío de aguas sin luna
extendiéndose eternamente, quien se ha vuelto
dorado en pleno sol de un nuevo día.
Un niño pequeño y listo que esta vez va a amar
su vida ya que como la suya no hay otra.

Tłum. Ewa Hryniewicz-Yarbrough

Pozwól mi zacząć od nowa

Pozwól mi zacząć od nowa jako pyłek
kurzu schwytany przez nocne wiatry
wiejące w głąb morza. Pozwól mi zacząć,
tym razem wiedząc, że świat to
słona woda i ciemne chmury, że zgrzyta
i wzdycha całą noc, a świt nadchodzi
powoli i niczego nie zmienia. Pozwól
mi wrócić na ląd po życiu, które wiodło
donikąd. Tym razem będę wczepiony
w pióra wygłodniałej mewy bielejącej
nad zacumowanym czarnym statkiem,
który majaczy na oleistych wodach
Twojej przystani. Ten nieszczelny frachtowiec
przywiózł z Hiszpanii ładownię
pełną wideł, wielkich butli ciemnego
algierskiego wina i gęsich piór, które nie umieją
pisać po angielsku. Marynarze zataczając się
ruszyli do barów lub jasno oświetlonych domów.
Kapitan zamyka dziennik pokładowy i zasypia.
10.01.1928. Dziś w nocy wejdę w życie
po wiekach spędzonych na morzu, bezgłośnie,
w szpitalu nazwanym jak samochód.
Jedyne dziecko spośród milionów dzieci,
które leciało samotnie między gwiazdami
nad mrocznym pustkowiem bezkresnych
wód i rozzłociło się w słońcu nowego dnia.
Maleńkie mądre dziecko, które tym razem
pokocha swoje życie, gdyż nie jest jak żadne inne.

Let Me Begin Again

Let me begin again as a speck
of dust caught in the night winds
sweeping out to sea. Let me begin
this time knowing the world is
salt water and dark clouds, the world
is grinding and sighing all night, and dawn
comes slowly and changes nothing. Let
me go back to land after a lifetime
of going nowhere. This time lodged
in the feathers of some scavenging gull
white above the black ship that docks
and broods upon the oily waters of
your harbor. This leaking freighter
has brought a hold full of hayforks
from Spain, great jeroboams of dark
Algerian wine, and quill pens that can’t
write English. The sailors have stumbled
off toward the bars of the bright houses.
The captain closes his log and falls asleep.
1/10’28. Tonight I shall enter my life
after being at sea for ages, quietly,
in a hospital named for an automobile.
The one child of millions of children
who has flown alone by the stars
above the black wastes of moonless waters
that stretched forever, who has turned
golden in the full sun of a new day.
A tiny wise child who this time will love
his life because it is like no other.

Karol Maliszewski

1960 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Un palo florecerá en tu mano

Un palo florecerá en tu mano así será
Respira a todo pulmón respira
llevarás más recuerdos contigo
frescas y olorosas toperas
arrojarán un tallo de azafrán silvestre
campanillas de invierno asomarán por entre las piedras
pulidas antaño por un arroyo
coge un poco de tierra en los pulmones
que no te sorprendan
las urracas que corren por el cielo
nubes que crujen al viento
(como puertas de latón en una capilla
blanqueada con guano)
todo florecerá sin ti
el supremo dejará que te caigas de sus manos
y dirá v u e l a pero no presumas
de tu ala rota.

Fernando Zóbel: Jardin seco (1969) e Ícaro (1962)

Zakwitnie kij w twej ręce

Zakwitnie kij w twej ręce tak będzie
oddychaj pełną piersią oddychaj
więcej wspomnień zabierzesz ze sobą
świeże pachnące kretowiska
wyrzucą z siebie krokusa łodyżkę
śnieżyczki wychyną zza kamieni
szlifowanych niegdyś przez potok
już w płuca nabierz trochę ziemi
i niech cię nie zaskoczą
sroki goniące się po niebie
obłoki skrzypiące na wietrze
(jak blaszane wota w kapliczce
bielonej ptasim łajnem)
zakwitnie wszystko bez ciebie
najwyższy wypuści cię z ręki
i powie l e ć a nie obnoś się
ze złamanym skrzydłem.

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Adalber Salas Hernández

XVI

Es cierto que, como alguien ya ha dicho, en
un mundo sin cielo todo es despedida.
Sin importar que agites la mano o no,

es despedida, y si no hay lágrimas en tus ojos,
aún es despedida, y si pretendes no darte cuenta,
odiando lo que pasa, aún es despedida.

Despedida, sin importar qué suceda. Y las palmeras, mientras
se inclinan sobre la verde, brillante laguna, y los pelícanos
zambulléndose, y los cuerpos aceitados de los bañistas que descansan,

son estadios en una quietud máxima, y el movimiento
de la arena y del viento y los gestos ocultos del cuerpo
son parte de ella, una simplicidad que transforma el ser

en ocasión para el duelo, o en ocasión
para celebrar, pues ¿qué más hace uno,
sintiendo el peso de las alas del pelícano,

la densidad de las sombras de las palmeras, las células que se oscurecen
en las espaldas de los bañistas? Están más allá de las distorsiones
del azar, más allá de las evasiones de la música. El final

es actuado una y otra vez. Y lo sentimos
en las tentaciones del sueño, en el madurar de la luna,
en el vino mientras espera en la copa.

en Puerto oscuro

Fotografía de Isabel Muñoz y Gerard Lacz

Tłum. Ada Trzeciakowska

XVI

Prawdą jest, jak ktoś powiedział, że w
Świecie bez nieba wszystko jest pożegnaniem.
Czy pomachasz ręką czy nie,

to pożegnanie, nawet jeśli łzy nie napływają do oczu
To ciągle pożegnanie, nawet jeśli usiłujesz je ignorować,
nienawidząc tego co przemija, to ciągle jest pożegnanie.

Pożegnanie nie ważne czego. Palmy nachylające się
nad zieloną, jasną laguną i nurkujące
pelikany, i świetliste ciała kąpielowiczów w spoczynku.

Są stadiami w ostatecznym bezruchu, a ruchy
Piasku, i wiatru, i sekretne poruszenia ciała
Są częścią tego samego, prostoty, która przeradza istnienie

W powód do żałoby lub powód do
Świętowania, bo cóż innego człowiek czyni
Odczuwając ciężar skrzydeł pelikana,

Gęstość palmowego cienia, komórek ciemniejących
Na plecach plażowiczów? Pozostają poza zniekształceniami
przypadku, poza ucieczką w muzykę. Koniec

Odgrywa się raz po raz. I odczuwamy go
W pokusach snu, w dojrzewaniu księżyca,
W winie, gdy czeka w kieliszku.

w Mrocznej przystani

XVI

It is true, as someone has said, that in
A world without heaven all is farewell.
Whether you wave your hand or not,

It is farewell, and if no tears come to your eyes
It is still farewell, and if you pretend not to notice,
Hating what passes, it is still farewell.

Farewell no matter what. And the palms as they lean
Over the green, bright lagoon, and the pelicans
Diving, and the glistening bodies of bathers resting,

Are stages in an ultimate stillness, and the movement
Of sand, and of wind, and the secret moves of the body
Are part of the same, a simplicity that turns being

Into an occasion for mourning, or into an occasion
Worth celebrating, for what else does one do,
Feeling the weight of the pelicans’ wings,

The density of the palms’ shadows, the cells that darken
The backs of bathers? These are beyond the distortions
Of chance, beyond the evasions of music. The end

Is enacted again and again. And we feel it
In the temptations of sleep, in the moon’s ripening,
In the wine as it waits in the glass.

in Dark Harbour

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Dámaso López García

2.

Ahora que el gran perro al que adoré durante años
Se ha convertido nada menos que en mí mismo, puedo mirar hacia dentro
Y ladrar y puedo mirar a las montañas calle abajo
Y ladrarles a ellas también. Soy un ojo que se ve a sí mismo
Mirar hacia atrás, una nariz que sigue la huella de las sombras
Al caer, un oído que oye los sonidos
Antes de que nazcan. Soy el último de los perros cobradores
Con el pelo de color platino, el último de una raza gloriosa.
Pero no consuela nada ser quien soy.
Doy vueltas por ahí considerando las aboliciones del destino
Hasta que mis ojos se llenan de lágrimas y me digo: «Ah, Rex,
Olvida. Olvida. Se han apagado las estrellas. Se desliza la luna de mármol».

“Cinco perros” en Tormenta de uno

Tłum. Ada Trzeciakowska

2.

Teraz kiedy wielki pies, którego uwielbiałem przez lata
stał się mną właśnie, mogę zajrzeć do środka
I szczekać i mogę patrzeć na góry na końcu ulicy
i je też oszczekać. Jestem okiem, które widzi siebie
patrzącego wstecz, nosem, śledzącym tropy padających
cieni, słuchem, który zbiera dźwięki zanim
jeszcze narodzą się. Jestem ostatnim z platynowych
retrieverów, zakończeniem wspaniałej linii.
Ale nie znajduję pociechy w byciu kim jestem.
Krążę po okolicy rozważając unieważnienia dokonane przez los,
Aż oczy napełniają się łzami i powtarzam sobie „Och Rex,
Zapomij. Zapomnij. Gwiazdy zgasły. Sunie marmurowy księżyc.”

“Pięć psów” w Blizzard of One

2.

Now that the great dog I worshipped for years
Has become none other than myself, I can look within
And bark, and I can look at the mountains down the street
And bark at them as well. I am an eye that sees itself
Look back, a nose that tracks the scent of shadows
As they fall, an ear that picks up sounds
Before they’re born. I am the last of the platinum
Retrievers, the end of a gorgeous line.
But there’s no comfort being who I am.
I roam around and ponder fate’s abolishments
Until my eyes are filled with tears and I say to myself, “Oh Rex,
Forget. Forget. The stars are out. The marble moon slides by. ”

“Five dogs” in Blizzard of One

Mark Strand

1934- 2014, Canadá/Estados Unidos

Trad. Eduardo Chirinos

Mapas negros

Ni la presencia de las piedras,
ni el aplauso del viento,
te dejarán saber
que has llegado,

ni el mar que sólo celebra
las partidas,
ni las montañas,
ni las moribundas ciudades.

Nada te dirá
dónde te encuentras.
Cada momento es un lugar
donde nunca has estado.

Puedes caminar
creyendo que arrojas
tu luz alrededor.
¿Pero cómo lo sabrás?

El presente es siempre oscuro.
Sus mapas son negros,
ascienden de la nada,
describen,

en su lenta ascensión
hacia ellos mismos,
sus propios viajes,
su vacío,

su triste y resignada
necesidad de completarse.
Como se elevan hacia el ser
son como el aliento.

Si los estudias un poco
será sólo para descubrir,
muy tarde, que todo aquello
que te importaba

no existe.
En ninguno de ellos
figura tu casa
tampoco la de tus amigos

que te esperan para aparecer,
ni la de tus enemigos
que enumeran tus faltas.
Sólo tú estás allí,

diciendo hola
a aquello que serás,
y el pasto negro
sostiene las estrellas negras.

Tłum. Agnieszka Kołakowska

Czarne mapy

Ani orszak kamieni
ani oklaski wiatru
nie powiedzą ci nigdy,
że oto już dotarłeś.

Nie powie ci tego morze,
co czci jedynie odjazdy.
Nie powiedzą ci góry
ani ginące miasta.

Nic ci nie powie, gdzie jesteś.
Każda chwila to miejsce,
w którym jeszcze nie byłeś:
jesteś tu po raz pierwszy.

Możesz iść w przekonaniu,
że idziesz otoczony
blaskiem jakiegoś światła.
Ale jak masz to stwierdzić?

„Teraz” zawsze jest ciemne.
Jego mapy są czarne,
wyrastają z nicości
i wznoszą się powoli

ku własnemu istnieniu,
opisując jedynie
swoją drogę, nie naszą,
pustkę, jaka tam zieje,

i smętny, beznamiętny,
nieodwołalny jej kres.
W tym ruchu
są jak oddech.

A gdybyś chciał je zbadać,
odkryjesz, lecz za późno,
że nie ma tam nic z tego,
co – jak ci się zdawało –

dotyczy ciebie. Nigdzie
o tobie nie ma nic.
Nie ma twojego domu
ani żadnych przyjaciół,

czekających na ciebie,
i nie ma żadnych wrogów,
liczących twoje wady.
Jesteś tam tylko ty,

witający sam siebie
nadchodzącego z przyszłości,
podczas gdy czarna trawa
podpiera czarne gwiazdy.

Fotos propias. Povedilla.

Black Maps

Not the attendance of stones,
nor the applauding wind,
shall let you know
you have arrived,

not the sea that celebrates
only departures,
nor the mountains,
nor the dying cities.

Nothing will tell you
where you are.
Each moment is a place
you’ve never been.

You can walk
believing you cast
a light around you.
But how will you know?

The present is always dark.
Its maps are black,
rising from nothing,
describing,

in their slow ascent
into themselves,
their own voyage,
its emptiness,

the bleak, temperate
necessity of its completion.
As they rise into being
they are like breath.

And if they are studied at all
it is only to find,
too late, what you thought
were concerns of yours

do not exist.
Your house is not marked
on any of them,
nor are your friends,

waiting for you to appear,
nor are your enemies,
listing your faults.
Only you are there,

saying hello
to what you will be,
and the black grass
is holding up the black stars.