Margarita Mejía

1973 -, Colombia

Jardines efímeros

En mi vientre
crecen flores
tus manos las siembran
tus labios las riegan

florecen sin tierra
en el polvo
que llega con el aire
mojado
por la lluvia que me traes
con la luz que me derramas

Como jardines
que germinan en altos edificios
y sobreviven
pese a todo pronóstico

Flores que cuelgan
triunfantes
entre grietas
de paredes de cemento

Nuestros efímeros jardines
miran la ciudad
desde lo alto

Mientras abajo
en la distancia
alguien camina
por largas avenidas

y lejos
lejos en el horizonte
cae la tarde.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Efemeryczne ogrody

W brzuchu
rosną mi kwiaty
twe ręce je sieją
twe usta je podlewają

kwitną bez ziemi
w pyle
który przybywa z powietrzem
mokrym
od deszczu, który przynosisz mi
ze światłem, które rzucasz na mnie

Jak ogrody
które kiełkują w wysokich budynkach
i utrzymują się przy życiu
wbrew wszelkim zapowiedziom

Kwiaty,
które zwisają
triumfując
pośród szczelin
cementowych ścian

Nasze efemeryczne ogrody
patrzą na miasto
z góry

Podczas gdy na dole
w oddali
ktoś idzie
długimi alejami

i daleko
daleko na horyzoncie
zapada zmrok.

Fotos: Su Xinyu, André Kertész 

Iván Trejo

1978- 2021 (covid-19), México

En colaboración con La Reversible

EN TUS OJOS…

En tus ojos hay un jardín de alegría animal
que azuza la anoche para que se abra como orquídea
o como cálido roce/ pues nada crece ni amaina
fuera de la caricia/ ni de la mano
que horada los espasmos.

Gustav Klimt (1862-1918, Austria)

Tłum. Ada Trzeciakowska

W twoich oczach…

W twoich oczach jest ogród zwierzęcej radości
co podżega noc, by otwarła się jak orchidea
jak gorący dotyk/nic bowiem nie rośnie i nie słabnie
tam, gdzie pieszczoty niedostatek/ i dłoni,
która drąży spazmy.

Roberto Juarroz

1925-1995, Argentina

Poesía vertical I-51

Algún día encontraré una palabra
que penetre en tu vientre y lo fecunde,
que se pare en tu seno
como una mano abierta y cerrada al mismo tiempo.

Hallaré una palabra
que detenga tu cuerpo y lo dé vuelta,
que contenga tu cuerpo
y abra tus ojos como un dios sin nubes
y te use tu saliva
y te doble las piernas.

Tú tal vez no la escuches
o tal vez no la comprendas.
No será necesario.
Irá por tu interior como una rueda
recorriéndote al fin de punta a punta,
mujer mía y no mía
y no se detendrá ni cuando mueras.

Mi videopoema, In a manner of speaking

Tłum. Krystyna Rodowska

Poezje pionowe I-51

Kiedyś znajdę nareszcie takie słowo
co przeniknie twe łono i je zapłodni,
spocznie na twojej piersi
niczym dłoń równocześnie otwarta i zaciśnięta.

Znajdę takie słowo,
które wstrzyma twe ciało i wprawi je w obrót,
które zawrze w sobie twe ciało
rozszerzy twe oczy jak bezchmurny bóg!
Wypije twą ślinę
rozchyli twe nogi.

Może nic nie usłyszysz ani nie zrozumiesz.
To nie będzie potrzebne.
Ono będzie się toczyć w tobie niczym koło
przemierzając cię od krańca do krańca,
kobieto moja i nie moja,
i nie powstrzyma go nawet twoja śmierć.

Fotografía de Francesca Woodman

Arseni Tarkovski

1907-1989, Rusia / Unión Soviética

“Chéjov tenía razón: corremos azorados, decimos cosas banales, y es porque no creemos en la naturaleza que llevamos dentro. Todo es desconfianza, prisas, falta de tiempo para pensar…” (El espejo)

Transcripción de la película El espejo

Primeros encuentros

De nuestros encuentros, cada instante
era fiesta con el dios distante.
Solos en todo el mundo.
Era más valiente y liviana que el ala de un ave.
Por la escalera, como un mareo acosante,
corrías y me llevabas -suave- 
dentro de la húmeda lila
a tus dominios insondables
por la otra parte del espejo.

Y al llegar la noche
me fue regalada la piedad,
se abrió la puerta del altar
y brilló, brilló en la oscuridad
la desnudez de su lento declinar.
Y al despertar: “¡Bendita seas!”, dije
y supe que era audaz mi bendición:
dormías tú, y se extendía la lila
para tocar tus párpados con el azul del Universo.
Y los párpados que el azul tocó
quietos eran y la mano, tibia.

Y pulsaban los ríos en el cristal,
humeaban los cerros, brillaba el mar.
Una esfera de cristal tenías en tu mano.
Dormías en un trono elevado.
Y ¡Dios sagrado! Mía eras, mía mi beldad.

Despertaste y transformaste el léxico de la humanidad.
Y al habla de fuerza sonora colmaste
y la palabra “tú” mostró -oh, arte-
su nueva esencia y significó “zar”.

Todo cambió en el mundo,
hasta las cosas sencillas, palangana, bocal,
cuando detenida entre nosotros estaba
el agua dura y laminada.

Algo nos llevó al más allá,
y, cual espejismo, se distanciaba
-construida por milagro- la ciudad.
A nuestros pies la menta se acostaba
y las aves seguían nuestra ruta larga
y los peces en contra iban de las aguas
y se abrió el cielo ante nosotros
cuando el destino nos siguió celoso
cual un loco que lleva una navaja.

Tłum. Józef Waczków

Tych naszych spotkań pierwszych każde mgnienie
Wciąż było dla nas niczym objawienie.
Świat był daleko. Świat nie widział tego,
Że ty się lotu uczyłaś ptasiego
Na stopach schodów, w pełni odurzenia
Śmigając w górę, w dal, prowadząc w biegu
Przez bzy wilgotne do królestwa swego
Po tamtej stronie lustrzanego cienia.

I byłem w łaskach Jej Królewskiej Mości,
Pokornej prośbie uczyniono zadość –
Otwarto wrota carskie i z ciemności
Święciła w ciemność wychylona nagość.
A gdy się budził: Bądź błogosławiona! –
Twierdziłem bluźniąc, bowiem kiedy niema
Spałaś, powieki przymknąwszy, znużona –
Niczym błękity wszystkich pastwisk nieba
Bzów się nad nimi pochylały grona
I błękitami muśnięte powieki
Spokojne były i ciepłe – ramiona…

W krysztale jasnym pulsowały rzeki
I rosły góry i morza ogromne,
A ty ze sferą kryształową w dłoni
Jak z jabłkiem spałaś… A spałaś na tronie
I – nie do wiary! – należałaś do mnie!

I słowo nam się w ustach odmieniło,
Powszednie – brzmiało nagle szorstko, czule
I rozsadzało krtań wyrazem, siłą,
Niezwykłym sensem, w którym Ty znaczyło –
Cesarz i władca! Król nad króle!

I świat się odmienił: rysy, twarze,
Najprostsze rzeczy: dzban, miednica, stropy,
Gdy między nami mieniący się warzył,
Aż zastygł w rżnięty kryształ – strumień wody.

I droga wiodła nas na antypody.
Przed nami się cofał jak miraże
Niewiarygodne i cudowne grody.
I trawa sama kładła się pod nogi,
I ptaki skrzydłem wytaczały drogi.
I ryby wyszły z rzek, i w niebios kręgu
Otwarła nam się tęcza siedmiobarwna…
Gdy los za nami śladem szedł od dawna,
Niczym szaleniec z brzytwą w ręku

Transl. Kitty Hunter-Blair

First Meetings

Every moment that we were together
Was a celebration, like Epiphany,
In all the world the two of us alone.
You were bolder, lighter than a bird’s wing,
Heady as vertigo you ran downstairs
Two steps at a time, and led me
Through damp lilac, into your domain
On the other side, beyond the mirror.

When night came I was granted favour.
The gates before the altar opened wide
And in the dark our nakedness was radiant
As slowly it inclined. And waking
I would say, ‘Blessings upon you!’
And knew my benediction was presumptuous:
You slept, the lilac stretched out from the table
To touch your eyelids with a universe of blue.
And you received the touch upon your eyelids
And they were still, and still your hand was
warm.

Vibrant rivers lay inside the crystal.
Mountains loomed through mist, seas foamed.
And you held a crystal sphere in your hands,
Seated on a throne as still you slept.
And — God in heaven! — you belonged to me.

You awoke and you transfigured
The words that people’ utter every day.
And speech was filled to overflowing
With ringing power, and the word ‘you’
Discovered its new purport: it meant ‘king.

Ordinary objects were at once transfigured.
Everything — the jug, the basin — when
Placed between us like a sentinel
Stood water, laminary and firm.

We were led, not knowing whither.
Like mirages before us there receded
Cities built by miracle.

Wild mint was laying itself beneath our feet.
Birds travelling by the same route as ourselves.
And in the river fishes swam upstream;
And the sky unrolled itself before our eyes.
When fate was following in our tracks
like a madman with a razor in his hand.

ПЕРВЫЕ СВИДАНИЯ

Свиданий наших каждое мгновенье
Мы праздновали, как богоявленье,
Одни на целом свете. Ты была
Смелей и легче птичьего крыла,
По лестнице, как головокруженье,
Через ступень сбегала и вела
Сквозь влажную сирень в свои владенья
С той стороны зеркального стекла.
 
Когда настала ночь, была мне милость
Дарована, алтарные врата
Отворены, и в темноте светилась
И медленно клонилась нагота,
И, просыпаясь: “Будь благословенна!” –
Я говорил и знал, что дерзновенно
Мое благословенье: ты спала,
И тронуть веки синевой вселенной
К тебе сирень тянулась со стола,
И синевою тронутые веки
Спокойны были, и рука тепла.
 
А в хрустале пульсировали реки,
Дымились горы, брезжили моря,
И ты держала сферу на ладони
Хрустальную, и ты спала на троне,
И – боже правый! – ты была моя.
Ты пробудилась и преобразила
Вседневный человеческий словарь,
И речь по горло полнозвучной силой
Наполнилась, и слово ты раскрыло
Свой новый смысл и означало царь.
 
На свете все преобразилось, даже
Простые вещи – таз, кувшин,- когда
Стояла между нами, как на страже,
Слоистая и твердая вода.
 
Нас повело неведомо куда.
Пред нами расступались, как миражи,
Построенные чудом города,
Сама ложилась мята нам под ноги,
И птицам с нами было по дороге,
И рыбы подымались по реке,
И небо развернулось пред глазами…
Когда судьба по следу шла за нами,
Как сумасшедший с бритвою в руке.

Gonzalo Rojas

1916-2011, Chile

A quien vela, todo se revela

Bello es dormir al lado de una mujer hermosa,
después de haberla conocido
hasta la saciedad. Bello es correr desnudo
tras ella, por el césped
de los sueños eróticos.

Pero es mejor velar, no sucumbir
a la hipnosis, gustar la lucha de las fieras
detrás de la maleza, con la oreja pegada
a la espalda olorosa,
a mano como víbora en los pechos
de la durmiente, oírla
respirar, olvidada de su cuerpo desnudo.

Después, llamar a su alma
y arrancarla un segundo de su rostro,
y tener la visión de lo que ha sido
mucho antes de dormir junto a mi sangre,
cuando erraba en el éter;
como un día de lluvia.

Y, aún más, decirle: “Ven,
sal de tu cuerpo. Vámonos de fuga.
Te llevaré en mis hombros, si me dices
que, después de gozarte y conocerte,
todavía eres tú, o eres la nada”,

Bello es oír su voz: -“Soy una parte
de ti, pero no soy
sino la emanación de tu locura,
la estrella del placer, nada más que el fulgor
de tu cuerpo en el mundo”.

Todo es cosa de hundirse,
de caer hacia el fondo, como un árbol
parado en sus raíces, que cae, y nunca cesa
de caer hacia el fondo.

De La miseria del hombre (1948)

Mi montaje sobre el caer…

Tłum. Ada Trzeciakowska

Temu kto w czuwa, noc wiedzę podsuwa

Słodko jest spać u boku pięknej kobiety,
po tym, gdy poznało się ją
aż do sytości. Słodko jest biec za nią nago, po murawie
erotycznych marzeń.

Lecz lepiej jest czuwać, nie ulec
hipnozie, polubić walkę dzikich stworzeń
wśród chaszczy, uchem przywartym
do wonnych pleców,
do dłoni jak żmii na piersiach
śpiącej, wsłuchać się w jej
oddech, gdy nieświadoma nagiego ciała.

Później, zawołać jej duszę
i zerwać ją na chwilę z jej twarzy,
i mieć obraz tego czym była
nim usnęła tuż przy mej krwi,
gdy błądziła w eterze;
niczym dzień w deszczu.

A nawet więcej, rzec: „Chodź,
wyjdź z twego ciała. Ucieknijmy razem.
Będę cię niósł w ramionach, gdy poznawszy cię
i nacieszywszy się tobą, powiesz mi, że
nadal jesteś sobą lub też nicością”,

Słodko jest słyszeć jej głos:-„Jestem częścią
ciebie, będąc zaledwie
emanacją twego obłąkania,
gwiazdą rozkoszy, niczym więcej jak poświatą
twego ciała na świecie”.

Istotą wszystkiego jest zapadanie się,
opadanie w głąb, niczym drzewo
co zatrzymało się dzięki swym korzeniom,
co spada, i nigdy nie przestaje
spadać w głąb.

Javier Lostalé

1942 – , España (Madrid)

El mar 

El mar no se explica.
Está para que lleguemos
y desnudos sintamos un frío a lo lejos,
como si estuviésemos a punto de morir o nacer.
No es hora de preguntar por nada o por nadie.
Es hora de quedarse quietos,
de anclar en el fondo de los cuerpos
y comprobar el desamparo de unos ojos casi tranquilos,
flotantes en la luz mojada.
El amor era como una grieta en el silencio abierta
que fuese lentamente destruyéndonos
un pez en su salto
poblaba el espacio de soledad.
El tiempo se hizo entonces comba de dolor
y una palabra se dirigió al pecho para rematarlo.
Sobre las rocas hombres yacían,
la memoria enterrada en algún rastro,
un viento de poniente arrastraba
ese último deseo que, como un débil destello,
agoniza en un agua indiferente.
La luz era un prolongado estertor
que en su belleza nos asumiera
y así nos condenase.
Y una noria de cuerpos
furiosamente se amaba
bajo un cielo calcinado.
El mar, el mar. Ese hondo miedo,
ese grito solo, acabado en sí mismo,
que no nos comprende.

  en “La luz de lo perdido”

Tłum. Ada Trzeciakowska

Morze

Morze nie mówi jasno.
Jest tam abyśmy nadeszli
i nadzy z daleka już poczuli zimno,
jakbyśmy byli o krok od śmierci lub narodzin.
To nie czas na pytania o nic i o nikogo.
To czas by spocząć nieruchomo,
Zarzucić kotwicę w głąb ciała
i dostrzec bezradność w tych prawie spokojnych oczach,
unoszących się w mokrym świetle.
Miłość była jak szczelina w ciszy otwarta,
rozrywająca nas powoli.
Ryba w wyskoku
kolonizuje przestrzeń samotności.
Czas zakrzywił się z bólu
a słowo skierowało się do serca by je dobić.
Na skałach leżeli ludzie,
pamięć zagrzebana w jakimś śladzie,
Wiatr z zachodu wlókł
to ostatnie pragnienie, które, jak słaby rozbłysk,
dogorywa w obojętnej wodzie.
Światło było przeciągłym charczeniem,
które w swoim pięknie nas przyjmowało
tym samym wydawszy wyrok.
A diabelskie koło ciał
kochało się wściekle
pod wypalonym niebem.
Morze, morze. Ten głęboki strach,
ten krzyk sam, dokonany w sobie,
nas nierozumiejący.  


Es mi booktrailer poético para “La luz de lo perdido”, una antología (1976-2020) de Javier Lostalé recientemente publicada por Chamán Eds. En estos cuatro minutos que dura el montaje he intentado crear un espacio, un territorio visual regido por las mismas leyes oníricas, recurrido por la luz que se agota, transitado por los paisajes y cuerpos que conviven o sustituyen a los recuerdos. Dice Javier Lostalé, evocando a Luis Cernuda, que es más profundo el olvido que el recuerdo, porque éste es mucho más superficial, el olvido tiene más fuerza dentro de nosotros que el recuerdo. El montaje pretende captar la esencia del libro, es más un booktrailer poético que adaptación de un texto poético concreto.

Serie de fotogramas del montaje.

Domnica Drumea

1979 – , Rumanía

Trad. Ada Trzeciakowska

Hay mañanas
en las que me choca
la precariedad fisiológica de la vida
en su forma más brutal
entonces me gustaría abrir
tu pecho
y acurrucarme ahí,
dentro,
crecer en ti
como una solitaria lasciva y enamorada,
girar instintivamente alrededor de tu eje
un girasol
en celo
bajo la campana de hierro de la melancolía

Tłum. Joanna Kornaś-Warwas

Ty

Są ranki,
w które uderza mnie
fizjologiczna niepewność życia
w jej najbrutalniejszej formie
wtedy chciałabym otworzyć
twoją pierś
i skulić się tam,
w środku,
rosnąć w tobie
jak lubieżny i zakochany tasiemiec,
kręcić się bezwiednie wokół twojej osi
kwiat słonecznika
w rui
pod żeliwnym kloszem melancholii

Autor desconocido

Tu

Sunt dimineţi
în care mă izbeşte
precaritatea fiziologică a vieţii
în forma ei cea mai brutală
atunci aş vrea să-ţi deschid
pieptul
şi să mă ghemuiesc acolo,
înăuntru,
să cresc din tine
ca o tenie lascivă şi îndrăgostită,
să mă rotesc în neştire în jurul axei tale
o floare a soarelui
în rut
sub clopotul de fontă al melancoliei

Czesław Miłosz

1911-2004, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Esse

Observaba su cara con estupefacción. Las luces de la estación del metro pasaban volando, no las divisaba. ¿Qué se puede hacer, si la vista no tiene esa fuerza absoluta con la que absorber los objetos embriagada con la velocidad, dejando atrás únicamente el vacío de la forma ideal, un signo, como un jeroglífico, dibujo simplificado de un animal o de un pájaro? La nariz levemente respingona, la frente alta con el pelo liso, la línea de la barbilla -pero ¿por qué la vista no tiene fuerza absoluta? – y en la blancura rosácea recortados unos agujeros en los que hay oscura y brillante lava. Absorber esa cara, y a la vez, tenerla sobre el fondo de todas las ramas de primavera, muros, olas, en el llanto, en la risa, hacerla retroceder quince años, adelantarla treinta años. Tener. Ni siquiera es el deseo. Es como una mariposa, un pez, el tallo de una planta, tan solo que aún más misterioso. Al fin, después de tantísimos esfuerzos por nombrar el mundo, sé únicamente ir repitiendo la suprema confesión, la única confesión fuera de la cual no llega ninguna fuerza: yo soy –ella es-. Gritad, tocad las trompetas, formad las marchas multitudinarias, saltad, desgarraos la ropa repitiendo una cosa: ¡es! ¿Y para qué se han escrito páginas, toneladas, catedrales de páginas, si balbuceo, como si fuera el primero que surgió del légamo en la orilla del océano? ¿De qué sirvieron las civilizaciones del Sol, el polvo rojo de las ciudades arruinadas, las corazas y motores en el polvo de los desiertos, si no han aportado nada a este sonido -es-?
Ella bajó en Raspail. Me quedé con la inmensidad de las cosas existentes. Esponja que sufre porque no puede absorber el agua, el río que sufre porque los reflejos de las nubes y los árboles no son nubes ni árboles.

Esse

Przyglądałem się tej twarzy w osłupieniu. Przebiegały światła stacji metra, nie zauważałem ich. Co można zrobić, jeżeli wzrok nie ma siły absolutnej, tak, żeby wciągał przedmioty z zachłyśnięciem się szybkości, zostawiając za sobą już tylko pustkę formy idealnej, znak, niby hieroglif, który uproszczono z rysunku zwierzęcia czy ptaka? Lekko zadarty nos, wysokie czoło z gładko zaczesanymi włosami, linia podbródka – ale dlaczego wzrok nie ma siły absolutnej? – i w różowawej bieli wycięte otwory, w których ciemna błyszcząca lawa. Wchłonąć tę twarz, ale równocześnie mieć ją na tle wszystkich gałęzi wiosennych, murów, fal, w płaczu, w śmiechu, w cofnięciu jej o piętnaście lat, w posunięciu naprzód o trzydzieści lat. Mieć. To nawet nie pożądanie. Jak motyl, ryba, łodyga rośliny, tylko rzecz bardziej tajemnicza. Na to mi przyszło, że po tylu próbach nazwania świata umiem już tylko powtarzać w kółko najwyższe, jedyne wyznanie, poza które żadna moc nie może sięgnąć: ja jestem – ona jest. Krzyczcie, dmijcie w trąby, utwórzcie tysiączne pochody, skaczcie, rozdzierajcie sobie ubrania, powtarzając to jedno: jest! I po co zapisano stronice, tony, katedry stronic, jeżeli bełkocę, jakbym był pierwszym, który wyłonił się z iłu na brzegach oceanu? Na co zdały się cywilizacje Słońca, czerwony pył rozpadających się miast, zbroje i motory w pyle pustyń, jeżeli nie dodały nic do tego dźwięku: jest?
Wysiadła na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących. Gąbka, która cierpi, bo nie może napełnić się wodą, rzeka, która cierpi, bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami.

Transl. Czeslaw Milosz and Robert Pinsky

Esse

I looked at that face, dumbfounded. The lights of métro stations flew by; I didn’t notice them. What can be done, if our sight lacks absolute power to devour objects ecstatically, in an instant, leaving nothing more than the void of an ideal form, a sign like a hieroglyph simplified from the drawing of an animal or bird? A slightly snub nose, a high brow with sleekly brushed-back hair, the line of the chin – but why isn’t the power of sight absolute? – and in a whiteness tinged with pink two sculpted holes, containing a dark, lustrous lava. To absorb that face but to have it simultaneously against the background of all spring boughs, walls, waves, in its weeping, its laughter, moving it back fifteen years, or ahead thirty. To have. It is not even a desire. Like a butterfly, a fish, the stem of a plant, only more mysterious. And so it befell me that after so many attempts at naming the world, I am able only to repeat, harping on one string, the highest, the unique avowal beyond which no power can attain: I am, she is. Shout, blow the trumpets, make thousands-strong marches, leap, rend your clothing, repeating only: is!

She got out at Raspail. I was left behind with the immensity of existing things. A sponge, suffering because it cannot saturate itself; a river, suffering because reflections of clouds and trees are not clouds and trees.

Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. David Zucker

El pelador de canela

Si fuera pelador de canela
cabalgaría en tu lecho
y dejaría el polvo de la corteza amarilla
en tu almohada.

Los pechos y los hombros te olerían
y jamás podrías cruzar los mercados
sin que la profesión de mis dedos
te envolviera. Al tropezar contigo
los ciegos te reconocerían
aunque el agua de los canalones
y del monzón te bañaran

Aquí, en lo alto del muslo,
en este suave prado
hermano de tu pelo
o en el pliegue
que divide tu espalda. El tobillo.
Los forasteros te reconocerán
como la mujer del pelador de canela.

Antes de la boda
apenas podía mirarte
y tocarte jamás:
-¡Ah! La astuta de tu madre, tus toscos hermanos.
Hundí las manos
en azafrán, me las tizné
con humo de alquitrán,
ayudé a los recolectores de miel …

Cierta vez cuando nadábamos
te rocé en el agua
y nuestros cuerpos fueron libres,
pudiste abrazarme y embriagarte con mi olor.
ganaste la la orilla y me dijiste:
es así como tocas a otras mujeres
a la mujer del segador, a la hija del calero.
Y buscaste en tus brazos
el perfume perdido
y supiste
lo que significa
ser la hija del calero
abandonada sin marca
amada sin el arrullo de la palabra
herida sin el placer de una cicatriz.

En la árida brisa
acercaste mi mano a tu vientre
y dijiste
soy la mujer del pelador de canela.
Huéleme.

Foto de Joan Biosca y sin autor.

Tłum.  Jerzy Jarniewicz

Zbieracz cynamonu

Gdybym był zbieraczem cynamonu,
dosiadałbym twego łoża,
a na poduszce
zostawiał pył żółtej kory.

Cuchnęłyby piersi twoje i ramiona,
nie mogłabyś przejść przez rynek,
nie wzbudzając w ludziach myśli o profesji moich palców,
które zawisły nad tobą. Ślepcy

wiedzieliby, do kogo podchodzą,
choćbyś się kąpała
w rynienkach z deszczówką, w strumieniach monsunu.

Tutaj na wyższym udzie
na tym gładkim pastwisku
niedaleko twoich włosów
lub fałdki
która biegnie przez twoje plecy. Ta kostka.
Znana będziesz pośród obcych
Jako żona zbieracza cynamonu.

Nie mogłem spojrzeć na ciebie
przed ślubem,
nigdy cię nawet nie dotknąłem
– twoja gorliwa, wścibska matka, brutalni bracia.
Zagrzebałem dłonie
w szafranie, maskowałem je
nad dymem płonącej smoły,
pomagałem zbieraczom miodu…

*

Kiedy pewnego razu pływaliśmy razem,
dotknąłem cię w wodzie,
a nasze ciała cieszyły się wolnością,
przytuliłaś mnie, nie zważając na zapach.
Wdrapałaś się na brzeg i powiedziałaś:

Tak właśnie dotykasz inne kobiety
żonę kosiarza traw, córkę palacza wapna.
I szukałaś na swoich ramionach
śladów nieobecnych perfum
i wiedziałaś
co to za łaska
być córką palacza wapna
po którym nie zostaje nawet ślad,
jakby w akcie miłosnym nikt do ciebie nie wymówił słowa
jakby ktoś cię skaleczył, nie dając w zamian rozkoszy blizny.

Dotknęłaś
brzuchem moich dłoni
w suchym powietrzu i powiedziałaś:
To ja jestem cynamonem, żoną
zbieracza. Powąchaj mnie.

The Cinnamon Peeler

If I were a cinnamon peeler
I would ride your bed
And leave the yellow bark dust
On your pillow.

Your breasts and shoulders would reek
You could never walk through markets
without the profession of my fingers
floating over you. The blind would
stumble certain of whom they approached
though you might bathe
under rain gutters, monsoon.

Here on the upper thigh
at this smooth pasture
neighbour to you hair
or the crease
that cuts your back. This ankle.
You will be known among strangers
as the cinnamon peeler’s wife.

I could hardly glance at you
before marriage
never touch you
–your keen nosed mother, your rough brothers.
I buried my hands
in saffron, disguised them
over smoking tar,
helped the honey gatherers…

When we swam once
I touched you in the water
and our bodies remained free,
you could hold me and be blind of smell.
you climbed the bank and said

this is how you touch other women
the grass cutter’s wife, the lime burner’s daughter.
And you searched your arms
for the missing perfume

and knew

what good is it
to be the lime burner’s daughter
left with no trace
as if not spoken to in the act of love
as if wounded without the pleasure of a scar.

You touched
your belly to my hands
in the dry air and said
I am the cinnamon
Peeler’s wife. Smell me.

Jaime Sabines

1926-1999, México

Adán y Eva

IV

Ayer estuve observando a los animales y me puse a pensar en ti. Las hembras son más tersas, más suaves y más dañinas. Antes de entregarse maltratan al macho, o huyen, se defienden. ¿Por qué? Te he visto a ti también, como las palomas, enardeciéndote cuando yo estoy tranquilo. ¿Es que tu sangre y la mía se encienden a diferentes horas?
Ahora que estás dormida debías responderme. Tu respiración es tranquila y tienes el rostro desatado y los labios abiertos. Podrías decirlo todo sin aflicción, sin risas.
¿Es que somos distintos? ¿No te hicieron, pues, de mi costado, no me dueles?
Cuando estoy en ti, cuando me hago pequeño y me abrazas y me envuelves y te cierras como la flor con el insecto, sé algo, sabemos algo. La hembra es siempre más grande, de algún modo.
Nosotros nos salvamos de la muerte. ¿Por qué? Todas las noches nos salvamos. Quedamos juntos, en nuestros brazos, y yo empiezo a crecer como el día.
Algo he de andar buscando en ti, algo mío que tú eres y que no has de darme nunca.
¿Por qué nos separaron? Me haces falta para andar, para ver, como un tercer ojo, como otro pie que sólo yo sé que tuve.

Fotografías de Max Dupain (1911-1992, Australia)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Adam i Ewa

IV

Wczoraj obserwowałem zwierzęta i pomyślałem o tobie. Samice są gładsze, miększe i niebezpieczniejsze. Każdy akt oddania się poprzedzają dręczeniem samca, ucieczką lub obroną. Dlaczego? Przecież i ciebie również widziałem, gdy, niczym gołębie, rozpalasz się wtedy kiedy ja jestem spokojny. Czyżby twoja i moja krew płonęły o innych godzinach?
Teraz, gdy śpisz, powinnaś mi odpowiedzieć. Oddychasz spokojnie, masz odprężoną twarz i rozchylone usta. Mogłabyś wszystko powiedzieć bez żadnej udręki, bez śmiechu.
Czyżbyśmy byli tak różni? Czy to nie z mojego żebra powstałaś, czyż nie bolisz mnie?
Kiedy jestem w tobie, kiedy kurczę się a ty obejmujesz mnie i otaczasz sobą i zamykasz się jak kwiat nad owadem, wiem coś, wiemy coś. Samica zawsze jest potężniejsza, w pewien sposób.
My ocalamy się od śmierci. Dlaczego? Każdej nocy ocalamy się. Zostajemy razem, w swoich ramionach, a ja zaczynam rosnąć niczym dzień.
Czegoś zapewne muszę w tobie szukać, czegoś mojego czym jesteś ty i czego nigdy nie powinnaś mi dać.
Dlaczego nas rozdzielono? Jesteś mi potrzebna bym mógł chodzić, widzieć, niczym trzecie oko, niczym stopa, o istnieniu której wiem tylko ja.