Gonzalo Rojas

1916-2011, Chile

RÉQUIEM DE LA MARIPOSA MUERTA

Sucio fue el día de la mariposa muerta.
                                                                    Acerquémonos
a besar la hermosura reventada y sagrada de sus pétalos
que iban volando libres, y esto es decirlo todo, cuando
sopló la Arruga, y nada
sino ese precipicio que de golpe,
y únicamente nada.

Guárdela el pavimento salobre si la puede
guardar, entre el aceite y el aullido
de la rueda mortal.
                                   O esto es un juego
que se parece a otro cuando nos echan tierra.
Porque también la Arruga…

O no la guarde nadie. O no nos guarde
larva, y salgamos dónde por último del miedo:
a ver qué pasa, hermosa.
                                             Tú que aún duermes ahí
en el lujo de tanta belleza, dinos cómo
o, por lo menos, cuándo.

De Réquiem de la mariposa (2001)

Collage propio

Tłum. Ada Trzeciakowska

Requiem dla martwego motyla

Brudny był dzień martwego motyla.
                                                                 Podejdźmy
by ucałować stłamszone i święte piękno jego płatków,
które unosiły się wolne, a to tyle co powiedzieć wszystko, kiedy
zdmuchnęła go Zmarszczka, i nic
ponad tą przepaścią, która nagle,
i wyłącznie nic.

Oszczędź jej słonawego chodnika, jeśli możesz
ocal go od oleju i skowytu
śmiertelnego koła.
                                  Czy to jest zabawa
przypominająca inną, gdy chowają nas.
Bo i Zmarszczka…

Albo niech go nikt nie ocala. Albo zachowaj dla nas
larwę, i otrząśnijmy się jak? w końcu ze strachu:
zobaczmy, co się stanie, piękności.
                                                              Ty, który wciąż śpisz tam
w luksusie nieopisanego piękna, powiedz nam jak?
lub, przynajmniej, kiedy?

Gonzalo Rojas

1916-2011, Chile

A quien vela, todo se revela

Bello es dormir al lado de una mujer hermosa,
después de haberla conocido
hasta la saciedad. Bello es correr desnudo
tras ella, por el césped
de los sueños eróticos.

Pero es mejor velar, no sucumbir
a la hipnosis, gustar la lucha de las fieras
detrás de la maleza, con la oreja pegada
a la espalda olorosa,
a mano como víbora en los pechos
de la durmiente, oírla
respirar, olvidada de su cuerpo desnudo.

Después, llamar a su alma
y arrancarla un segundo de su rostro,
y tener la visión de lo que ha sido
mucho antes de dormir junto a mi sangre,
cuando erraba en el éter;
como un día de lluvia.

Y, aún más, decirle: “Ven,
sal de tu cuerpo. Vámonos de fuga.
Te llevaré en mis hombros, si me dices
que, después de gozarte y conocerte,
todavía eres tú, o eres la nada”,

Bello es oír su voz: -“Soy una parte
de ti, pero no soy
sino la emanación de tu locura,
la estrella del placer, nada más que el fulgor
de tu cuerpo en el mundo”.

Todo es cosa de hundirse,
de caer hacia el fondo, como un árbol
parado en sus raíces, que cae, y nunca cesa
de caer hacia el fondo.

De La miseria del hombre (1948)

Mi montaje sobre el caer…

Tłum. Ada Trzeciakowska

Temu kto w czuwa, noc wiedzę podsuwa

Słodko jest spać u boku pięknej kobiety,
po tym, gdy poznało się ją
aż do sytości. Słodko jest biec za nią nago, po murawie
erotycznych marzeń.

Lecz lepiej jest czuwać, nie ulec
hipnozie, polubić walkę dzikich stworzeń
wśród chaszczy, uchem przywartym
do wonnych pleców,
do dłoni jak żmii na piersiach
śpiącej, wsłuchać się w jej
oddech, gdy nieświadoma nagiego ciała.

Później, zawołać jej duszę
i zerwać ją na chwilę z jej twarzy,
i mieć obraz tego czym była
nim usnęła tuż przy mej krwi,
gdy błądziła w eterze;
niczym dzień w deszczu.

A nawet więcej, rzec: „Chodź,
wyjdź z twego ciała. Ucieknijmy razem.
Będę cię niósł w ramionach, gdy poznawszy cię
i nacieszywszy się tobą, powiesz mi, że
nadal jesteś sobą lub też nicością”,

Słodko jest słyszeć jej głos:-„Jestem częścią
ciebie, będąc zaledwie
emanacją twego obłąkania,
gwiazdą rozkoszy, niczym więcej jak poświatą
twego ciała na świecie”.

Istotą wszystkiego jest zapadanie się,
opadanie w głąb, niczym drzewo
co zatrzymało się dzięki swym korzeniom,
co spada, i nigdy nie przestaje
spadać w głąb.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

El amor

El amor -una guerra química en el organismo-.
El hipotálamo, parte del diencéfalo
conduce fuera cohorte tras cohorte
de hormonas en su gran misión suicida
de hacer reír al césar. De aquí la sangre más vivaz,
el sudor, el temblor de las manos etc. etc,
De aquí el olor a quemado cuando ya no te quiere, cuando se va.
El cuerpo recoge asiduamente las astillas,
los tarugos de la puerta cerrada de golpe, para formar
de ellos una pira funeraria en la arder.
De aquí también el enmarañamiento. Mientras allí lejos
apartas los cabellos, yo soy la mano.

Fotogramas de La novia de Paula Ortiz

Miłość

Miłość, wojna chemiczna w organizmie.
Hipotalamus, część międzymózgowia
wyprowadza kohortę za kohortą
hormonów w wielkiej samobójczej misji
rozśmieszenia cezara. Stąd żywsza krew,
pot, drżenie dłoni itepe itede.
Stąd swąd, gdy już cię nie chce, kiedy odchodzi.
Ciało pracowicie zbiera drzazgi,
szczapy z zatrzaśniętych drzwi, by ułożyć
z nich stos żałobny, na którym się spali.
Stąd też splątanie. To, że tam daleko
odgarniasz włosy, a ja jestem ręką.

Ana Blandiana

1942 – , Rumanía

* Sugiero contrastarlo con el poema de Blanca Varela

Trad. Ada Trzeciakowska

En la caída

Primero me quito
Una tras una
Las palabras,
Soltadas con destreza,
Se aparean
Durante la caída;
Después los años,
Uno tras uno,
Con igual distancia entre ellos,
Con el conocimiento sutil de la graduación;
Me precipito luego
Arrojo como en un naufragio
Todo lo que supone un lastre,
Todo lo que me pueda arrastrar al fondo,
Recuerdos, deseos, pasiones,
Amor, al final,
Y cuando no queda nada
Para arrancar,
ninguna prenda, ni siquiera la más fina,
me quito mi piel arrugada
Y la carne entumecida sobre los huesos.
Este es el gran striptease
Que hago
Casi por mi propia voluntad.

Tłum. Irena Harasimowicz

W upadku

Najpierw zrzucam z siebie
Jedno po drugim
Słowa;
Zręcznie upuszczane,
Kojarzą się w upadku.
Potem zrzucam lata,
W równych odstępach,
Z subtelnym wyczuciem gradacji.
Zaczynam się potem śpieszyć,
Zrzucać jak na tonącym okręcie
Wszystko, co jest balastem,
Co mnie ciągnie na dno:
Wspomnienia, tęsknoty, namiętności,
Wreszcie samą miłość.
A gdy już nic nie zostaje
Do zrzucenia,
Żadna suknia, choćby najcieńsza,
Zrzucam zmiętą skórę
I drętwe ciało okrywające kości.
Oto wielki strip-tease,
Robię go niemal
Z własnej woli.

Fotografías propias.

În cădere

Întâi îmi arunc
Unul câte unul
Cuvintele,
Savant picurate,
Împerechindu-se
În cădere;
Apoi anii,
Unul câte unul,
Egal depărtați între ei,
Cu știința subtilă a gradării;
Mă precipit apoi
Și ca-ntr-un naufragiu arunc
Tot ce e lest,
Tot ce mă poate trage la fund,
Amintirile, dorințele, patimile,
Iubirile, în cele din urmă,
Și,când nu mai e nimic
De aruncat,
Nici o haină, cât de subțire,
Pielea mototolită mi-o dezbrac
Și carnea amorțită de pe oase.
Acesta e marele striptease
Pe care îl fac
Aproape de bunăvoie.

Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. David Zucker

El pelador de canela

Si fuera pelador de canela
cabalgaría en tu lecho
y dejaría el polvo de la corteza amarilla
en tu almohada.

Los pechos y los hombros te olerían
y jamás podrías cruzar los mercados
sin que la profesión de mis dedos
te envolviera. Al tropezar contigo
los ciegos te reconocerían
aunque el agua de los canalones
y del monzón te bañaran

Aquí, en lo alto del muslo,
en este suave prado
hermano de tu pelo
o en el pliegue
que divide tu espalda. El tobillo.
Los forasteros te reconocerán
como la mujer del pelador de canela.

Antes de la boda
apenas podía mirarte
y tocarte jamás:
-¡Ah! La astuta de tu madre, tus toscos hermanos.
Hundí las manos
en azafrán, me las tizné
con humo de alquitrán,
ayudé a los recolectores de miel …

Cierta vez cuando nadábamos
te rocé en el agua
y nuestros cuerpos fueron libres,
pudiste abrazarme y embriagarte con mi olor.
ganaste la la orilla y me dijiste:
es así como tocas a otras mujeres
a la mujer del segador, a la hija del calero.
Y buscaste en tus brazos
el perfume perdido
y supiste
lo que significa
ser la hija del calero
abandonada sin marca
amada sin el arrullo de la palabra
herida sin el placer de una cicatriz.

En la árida brisa
acercaste mi mano a tu vientre
y dijiste
soy la mujer del pelador de canela.
Huéleme.

Foto de Joan Biosca y sin autor.

Tłum.  Jerzy Jarniewicz

Zbieracz cynamonu

Gdybym był zbieraczem cynamonu,
dosiadałbym twego łoża,
a na poduszce
zostawiał pył żółtej kory.

Cuchnęłyby piersi twoje i ramiona,
nie mogłabyś przejść przez rynek,
nie wzbudzając w ludziach myśli o profesji moich palców,
które zawisły nad tobą. Ślepcy

wiedzieliby, do kogo podchodzą,
choćbyś się kąpała
w rynienkach z deszczówką, w strumieniach monsunu.

Tutaj na wyższym udzie
na tym gładkim pastwisku
niedaleko twoich włosów
lub fałdki
która biegnie przez twoje plecy. Ta kostka.
Znana będziesz pośród obcych
Jako żona zbieracza cynamonu.

Nie mogłem spojrzeć na ciebie
przed ślubem,
nigdy cię nawet nie dotknąłem
– twoja gorliwa, wścibska matka, brutalni bracia.
Zagrzebałem dłonie
w szafranie, maskowałem je
nad dymem płonącej smoły,
pomagałem zbieraczom miodu…

*

Kiedy pewnego razu pływaliśmy razem,
dotknąłem cię w wodzie,
a nasze ciała cieszyły się wolnością,
przytuliłaś mnie, nie zważając na zapach.
Wdrapałaś się na brzeg i powiedziałaś:

Tak właśnie dotykasz inne kobiety
żonę kosiarza traw, córkę palacza wapna.
I szukałaś na swoich ramionach
śladów nieobecnych perfum
i wiedziałaś
co to za łaska
być córką palacza wapna
po którym nie zostaje nawet ślad,
jakby w akcie miłosnym nikt do ciebie nie wymówił słowa
jakby ktoś cię skaleczył, nie dając w zamian rozkoszy blizny.

Dotknęłaś
brzuchem moich dłoni
w suchym powietrzu i powiedziałaś:
To ja jestem cynamonem, żoną
zbieracza. Powąchaj mnie.

The Cinnamon Peeler

If I were a cinnamon peeler
I would ride your bed
And leave the yellow bark dust
On your pillow.

Your breasts and shoulders would reek
You could never walk through markets
without the profession of my fingers
floating over you. The blind would
stumble certain of whom they approached
though you might bathe
under rain gutters, monsoon.

Here on the upper thigh
at this smooth pasture
neighbour to you hair
or the crease
that cuts your back. This ankle.
You will be known among strangers
as the cinnamon peeler’s wife.

I could hardly glance at you
before marriage
never touch you
–your keen nosed mother, your rough brothers.
I buried my hands
in saffron, disguised them
over smoking tar,
helped the honey gatherers…

When we swam once
I touched you in the water
and our bodies remained free,
you could hold me and be blind of smell.
you climbed the bank and said

this is how you touch other women
the grass cutter’s wife, the lime burner’s daughter.
And you searched your arms
for the missing perfume

and knew

what good is it
to be the lime burner’s daughter
left with no trace
as if not spoken to in the act of love
as if wounded without the pleasure of a scar.

You touched
your belly to my hands
in the dry air and said
I am the cinnamon
Peeler’s wife. Smell me.

Zbigniew Herbert

1924-1998, Polonia

Trad. Xaverio Ballester

Mira

Un firmamento tan frío como la piedra donde sus alas aguzan
ángeles altivos y muy sobrenaturales
marchando por travesados de resplandor y peñas de sombra
se van abismando despacio en un cielo imaginario
pero momentos después salen todavía más pálidos
por la otra parte del cielo por la otra parte de los ojos
No digas que no es cierto que no hay ángeles
hundida en la charca de tu cuerpo indolente
tú que todo lo ves según el color de tus ojos
y te alzas saciada del mundo – en la frontera de tus pestañas

Fotografías de Duane Michels (1932 – , EE.UU.)

Zobacz

Błękit zimny jak kamień o który ostrzą skrzydła
aniołowie wyniośli i bardzo nieziemscy
idąc po szczeblach blasku i po głazach cienia
zapadają się z wolna w urojone niebo
lecz po chwili wychodzą jeszcze bardziej bladzi
po tamtej stronie nieba po tamtej stronie oczu
Nie mów że to nieprawda że nie ma aniołów
pogrążona w sadzawce leniwego ciała
ty która widzisz wszystko w kolorze swych oczu
i stajesz syta świata – na granicy rzęs

Transl. Alissa Valles

Look

The blue winter sky like a stone on which angels
sublime and quite unearthly sharpen their wings
moving on rungs of radiance on crags of shadow
they gradually sink into the imaginary heavens
but in another moment they emerge even paler
on the other side of the sky the eye’s other side
Don’t say that it’s not true there aren’t any angels
you immersed in the pool of your indolent body
you who see everything through your eye’s color
and stand sated with world – at your lashes’ edge

Andrzej Stasiuk

1960 – , Polonia

Avión de cartón

El rostro de Samuel Beckett

Creo profundamente que entre el escritor y su obra surge una relación psicosomática. Fotografiar a los autores debería ser la única y aceptable forma de ilustrar los libros. Nada de comentarios, justificaciones, prólogos, ni disculpas sino ciclos de instantáneas accidentales y banales que muestren los rostros, las manos y las siluetas. Nada de estúpidos estantes llenos de libros, y en el fondo únicamente el gris, el negro o el blanco -colores neutros y despiadados-. A lo mejor eso nos habría salvado de tantas y tantas decepciones a la vuelta de la librería.
Por supuesto, eso también se reduce al juego de la imaginación. Y no es poco. ¿Acaso hay algo más fascinante que mirar al sujeto que engendró el pensamiento?
Posiblemente el éxito del comic se debe en cierto grado a su recurso algo pornográfico: miramos un rostro humano y, a la vez, en el bocadillo podemos leer sus pensamientos y deseos más secretos. Es un placer al alcance solamente de los dioses.
El rostro de Samuel Beckett en las fotografías hechas al final de su vida parece un mineral. Como si su objetivo habría sido alcanzado. Todas las palabras han sido investigadas, gastadas, rechazadas; queda un mudo persistir. No queda ni rastro del parloteo de Vladimir ni Estragon, tampoco queda la espera – ese último y el más desesperado de los atributos humanos. Resultó ser una ilusión que uno debe atravesar para callar definitivamente. En el drama el habla siempre es una función del tiempo -acorta la espera-. Al callar nos entregamos a la eternidad.
Puedo imaginar cómo por el rostro de Samuel Beckett caen las gotas de la lluvia, no obstante, ni se me ocurre que podría levantar la mano y borrar las marcas de la humedad de sus mejillas hundidas o proteger los ojos del sol con una mano. Recuerda la fisionomía típica para viejos campesinos, perecidos a unos espejos plásticos en los que ha quedado petrificado el reflejo de la tierra: inerte, monótono e infinito. Ni la lluvia, ni el bochorno, ni siquiera la inconstancia propia de la juventud, ni la estupidez y tampoco la esperanza le tienen acceso.
Samuel Beckett mengua. En las fotografías de la juventud es un hombre apuesto, con el pelo peinado hacia arriba y con la cara alargada. En una de ellas recuerda a capitán Kloss. Pero su mirada es más penetrante. Sin lugar a dudas tenía que gustar a las mujeres, por ejemplo, a la hija de Joyce.
Con el paso de los años su cuerpo se encoge. Sin perder nada de la nobleza del homo erectus, cada vez más se concentra alrededor de su eje vertical. Casi como si su esqueleto tuviera un poder magnético sobre la piel y los músculos, los atrajera sin quitarles la forma ni la armonía exterior. Entre los huesos y el mundo exterior queda un mínimo indispensable para para la protección de la vida. Nada de grasa, nada de la belleza vacía e inflada del varón. Se podría decir que llega a ser un jeroglífico ideal de la humanidad o una letra. El, investigador de la muerte en vida, se asemeja al objeto de su estudio para, al final de sus días, alcanzar la perfección de un cráneo vestido de piel. Aquel es el umbral del conocimiento beckettiano, su umbral de posibilidades.
En realidad, si no fuera por las gafas, se podría tomar esa cara por una escultura, por una representación simbólica del destino, cuya esencia es una perdida permanente de lo que la individualidad humana pretende almacenar, guardar y recoger. Resulta paradójico y sintomático que la abundancia de las vivencias, experiencias, sabidurías y cosas les sea dada a la gente mayor. Todo lo alcanzan en el momento en el que la pérdida es su única perspectiva.
Samuel Beckett le ganó en astucia al destino. Permitió que se instalar en sus obras igual que en su cuerpo. La vivacidad y locuacidad de sus creaciones tempranas: Molloy, Watt, la payasada fatal de Vladimir y Estragon, el mundo petrificado de Hamm y Clov, todo aquello tiende inevitablemente al límite marcado por Me, el yo, donde los personajes desaparecen dejando detrás de sí únicamente el habla, y después, el aliento en el cual todo desaparece. Los textos son cada vez más cortos, el autor cada vez más delgado.

Trad. Ada Trzeciakowska

Tekturowy samoloT

Twarz Samuela Becketta

Wierzę głęboko, że między pisarzem i jego dziełem zachodzi psychosomatyczny związek. Jedyną dopuszczalną formą ilustracji książek powinny być serie zdjęć ich autorów. Nie komentarze, nie usprawiedliwienia i przedmowy, nie przeprosiny, posłowia, ale cykle przypadkowych, banalnych ujęć, pokazujących twarze, dłonie i sylwetki. Żadnych idiotycznych polek z książkami, w tle tylko szarość, czerń albo biel – kolory obojętne i bezlitosne. Być może oszczędziłoby to nam wielu rozczarowań po powrotach z księgarni.
Oczywiście, to tez tylko gra wyobraźni i nic więcej. Albo aż tyle. Bo czy może być coś bardziej fascynującego niż oglądanie przedmiotu, który zrodził myśl?
Niewykluczone, że powodzenie komiksu oparte jest w znacznym stopniu na nieco pornograficznym chwycie: oto oglądamy ludzką, konkretną twarz i jednocześnie w komiksowym dymku możemy odczytać jej, twarzy, najskrytsze myśli i pragnienia. Jest to rozkosz dostępna jedynie bogom.
Twarz Samuela Becketta na fotografiach robionych pod koniec jego życia przypomina minerał. Zupełnie tak, jakby cel wreszcie został osiągnięty. Wszystkie słowa zbadane, użyte, odłożone na bok; pozostało nieme trwanie. Po paplaninie Vladimira i Estragona nie ma śladu, nie ma tez oczekiwania – tego ostatniego i najrozpaczliwszego z ludzkich atrybutów. Okazało się, jak wszystko inne, iluzją, przez która trzeba przejść, by zamilknąć ostatecznie. W dramacie mowa jest zawsze funkcją czasu – skraca oczekiwanie. Jeżeli milkniemy, to tym samym oddajemy się wieczności.
Mogę sobie wyobrazić, jak po twarzy Samuela Becketta spływają krople deszczu, lecz nigdy nie przychodzi mi do głowy myśl, że mógłby on podnieść dłoń i zetrzeć wilgoć z zapadniętych policzków albo przesłonić ręką oczy przed słońcem. Fizjonomie starych wieśniaków są podobne. Przypominają plastyczne lustra, w których zastygło odbicie ziemi: bezwładne, monotonne i nieskończone. Ani slota ani upal, ani zmienność właściwa młodości, głupocie i nadziei nie maja do nich dostępu.
Samuel Beckett się zmniejsza. Na zdjęciach z młodości jest przystojnym, zaczesanym do góry mężczyzną o pociągłej twarzy. Na jednym przypomina nawet kapitana Klossa. Ma tylko bystrzejsze spojrzenie. Na pewno podobał się kobietom, chociażby córce Joyce’a.
Z biegiem lat jego ciało się kurczy. Nic nie tracąc ze szlachetności homo erectus, coraz bardziej skupia się wokół swojej pionowej osi. Zupełnie tak, jakby szkielet miał magnetyczna władze nad skora i mięśniami, przyciągał je, nie odbierając im kształtu ani zewnętrznej harmonii. Pomiędzy kośćmi a zewnętrznym światem pozostało niezbędne dla ochrony zżycia minimum. Żadnego tłuszczu, żadnej próżnej, rozdętej urody ludzkiego samca. Można by rzec, że staje się idealnym hieroglifem człowieczeństwa albo pisarskim znakiem. On, badacz śmierci za zżycia, upodabnia się do przedmiotu własnych studiów, by u schyłku lat osiągnąć w tym mimetyzmie doskonałość czaszki obciągniętej skora. To jest próg Beckettowskiego poznania, próg możliwości.
Właściwie, gdyby nie okulary, można by te twarz wziąć za rzeźbę, za symboliczne przedstawienie ludzkiego losu, którego istota jest permanentną utratą tego, co ludzka indywidualność usiłuje zgromadzić, przechować i zaoszczędzić. Paradoksalne i znamienne jest to, że obfitość przeżyć, doświadczeń, mądrości i rzeczy staje się udziałem ludzi starych. Osiągają to wszystko w chwili, gdy jedyną perspektywą jest strata.
Samuel Beckett przechytrzył los. Pozwolił, by zamieszkał w jego dziełach tak samo jak w jego ciele. Ruchliwość i wielomowność jego wczesnych kreacji: Molloya, Watta, fatalistyczna clownada Vladimira i Estragona, zastygający świat Hamma i Clova, wszystko to zmierza nieuchronnie ku granicy wyznaczonej przez Me ja, gdzie postacie znikają, pozostawiając po sobie tylko mowę, i dalej, po Oddech, w którym znika wszystko. Coraz krótsze teksty, coraz chudszy autor.

Olga Tokarczuk

1962 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

***

desnuda me miro en el cristal
que la nieve del exterior convirtió en espejo
el cuerpo de repente se ahueca por el frío
desnudo sobre el fondo de nieve

cómo desentona

para los ojos el cuerpo aún no existe
apenas se abre el paso como narciso en marzo
hemos perdido nuestra inocencia
susurran dos reflejos
las sábanas desechas el té se enfría
la noche borracha con trenes delira
¿dónde está nuestra inocencia tan cultivada
la piel se ha arañado
los labios se han hinchado
los pechos siguen iguales
el cabello guarda el aroma?

nada ha cambiado
solamente no llega el alba la noche no acaba
crece con soñolencia a pesar de los relojes
y miles de estrellas caen con la nieve
envolviendo las estaciones con el murmullo de diminutas revelaciones

Fotogramas de Tren nocturno de Jerzy Kawalerowicz 

***

przeglądam się naga w szybie
którą śnieg na zewnątrz pozamieniał w lustro
ciało nagle wklęśnieje od chłodu
na tle śniegu nagie

jak to nie pasuje

dla oczu ciało jeszcze nie istnieje
dopiero się przebija jak marcowy narcyz
straciłyśmy swoją niewinność
szepczą dwa odbicia
rozgrzebana pościel wystygła herbata
noc pijana pociągami majaczy
gdzie nasza niewinność tak pielęgnowana
czy skóra zadraśnięta
lub czy usta nabrzmiałe
czy piersi już nie te
czy we włosach zapach

nic się nie zmieniło
tylko świtu nie ma i noc się nie kończy
rozrasta się sennie na przekór zegarom
i tysiące gwiazd opada ze śniegiem
otulając dworce szeptem małych olśnień

Nuala Ní Dhomhnaill

1952 – , Irlanda

Trad. Ada Trzeciakowska

Mirando al hombre

Quítatelos,
Sucesivamente
Los pantalones y tu gastada
Camiseta,
Deja las gafas
En el estante
Al lado del peine
Y el pañuelo.
Luego atraviesa el cuarto
Pasa a mi derecha,
Acércate a la cama
Para que pueda viajar
Con mis ojos de arriba para abajo
A través de los valles oscuros de tu piel,
Que mi mirada acaricie
Esos maravillosos huesos.
Y sé paciente
Conmigo esta noche,
No sugieras cómo debemos hacerlo,
Relájate, entiende
Que frente la verdad desnuda
No soy capaz
De saciar la vista
Ni cerrar a cal y canto mis ojos.
Hombre de largas
Extremidades,
Anchos brazos
Y cintura estrecha.
Eres bello y masculino
Desde el cabello hasta los dedos de los pies,
Y con el sexo
en su sitio,
A ti se te debería venerar
En los lugares públicos
A ti se te deberían entregar
Los trofeos y los cheques.
Eres un modelo
Para la mano del artista.
Y ahora estás delante de mí
Solamente llevas tu piel y el reloj en la mano.

Tłum. Jerzy Jarniewicz

Patrząc na mężczyznę

Zdejmij je,
Po kolei,
Spodnie i znoszony
Szary podkoszulek,
Okulary połóż
Na półce
Obok grzebienia
I chusteczki.
Potem przejdź po podłodze
Po mojej prawej stronie,
Podejdź do łóżka,
Żebym mogła oczyma
Wędrować z góry na dół
Po ciemnych dolinach skóry,
Niech mój wzrok głaszcze
Te cudowne kości.
I bądź cierpliwy
Ze mną dziś wieczór,
Nie podpowiadaj, jak mamy to zrobić,
Rozluźnij się, zrozum,
Że wobec nagiej prawdy
Nie umiem
Zaspokoić wzroku
Ani zamknąć na spust oczu.
Mężczyzno, o długich
Kończynach,
Szerokich ramionach.
I wąskiej talii,
Jesteś piękny i męski
Od włosów po palce u stóp,
I z przyrodzeniem
Na właściwym miejscu,
Ciebie powinno się czcić
W miejscach publicznych,
Tobie powinno się wręczać
Trofea i czeki.
Jesteś modelem
Dla dłoni artysty.
Stoisz teraz przede mną
W samej skórze, z zegarkiem na ręce.

Fotogramas de El vientre del arquitecto de P. Greenaway y Te querré siempre de R. Rossellini

Mi montaje de correspondencias inspirado en la canción I love in your tragic beauty

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Apuntes de fuego

Durante los meses tristes, centelleó mi vida sólo cuando hice el amor contigo.
Como la luciérnaga se enciende y se apaga, se enciende y se apaga- a medias puede uno seguir su camino
en la noche oscura del olivar.

Durante los meses tristes, estaba el alma desesperada y sin vida
pero el cuerpo caminó directo hacia ti.
El cielo de la noche rugió.
Sigilosamente ordeñábamos cosmos y sobrevivimos.

Fotograma en negativo de Historia de un pecado de W. Borowczyk y foto propia (Povedilla)

Tłum. Leonard Neuger 

Ogniste gryzmoły

W te ponure miesiące moje życie roziskrzyło się tylko gdy się z tobą kochałem.
Jak świetlik: zapala się i gaśnie, zapala się i gaśnie – w przebłyskach można iść w jego ślady
w mroku nocnym wśród drzew oliwnych.

W te ponure miesiące dusza siedziała skulona i bez życia
lecz ciało poszło prostą drogą do ciebie.
Ryczało nocne niebo.
Doiliśmy kosmos ukradkiem i przeżyliśmy.

Fotos de Man Ray

Transl. Robin Fulton

Fire Jottings

Throughout the dismal months my life sparkled alive only when I made
love with you.
As the firefly ignites and fades out, ignites and fades out — in glimpses we
can trace its flight
in the dark among the olive trees

Throughout the dismal months the soul lay shrunken, lifeless,
but the body went straight to you.
The night sky bellowed.
Stealthily we milked the cosmos and survived.

.