J.M. Coetzee

1940 – , Sudáfrica/Australia

Trad. Concha Manella y Luis Martínez Victorio

Esperando a los bárbaros

Más adelante, cuando subimos una loma, primero tratando de persuadir a los caballos y después obligándoles con empujones y tirones, nos encontramos de repente con ellos. Salen de unas rocas, de un barranco escondido, hombres montados en ponies de pelo largo, más de doce, vestidos con abrigos y gorras de piel de cabra, de rostro moreno, curtido, de ojos rasgados, bárbaros en carne y hueso en territorio propio. Me encuentro lo bastante cerca como para olerlos: sudor de caballo, humo, cuero semicurtido. Uno de ellos apunta a mi pecho con un mosquete muy antiguo casi tan largo como un hombre, con el soporte empernado cerca de la boca del cañón. Mi corazón deja de latir.             (…)
            Los bárbaros se perfilan frente al cielo por encima de nuestras cabezas. Sólo se oye el latido de mi corazón, el jadeo de los caballos, el gemido del viento, ningún otro sonido. Hemos cruzado los límites del Imperio. No podemos tomar este momento a la ligera.
            Ayudo a la muchacha a desmontar.     
            —Escucha atentamente —le digo—. Te conduciré a la cima de la loma para que hables con ellos. Coge los bastones, el terreno es poco firme, no hay otro camino para subir. Cuando hayas hablado con ellos puedes decidir lo que quieres hacer. Si quieres ir con ellos, si te conducen hasta tu familia, ve con ellos. Si decides volver con nosotros puedes volver con nosotros. ¿Lo entiendes? No te quiero forzar.
            Asiente con la cabeza. Está muy nerviosa.
            Rodeándola con un brazo la ayudo a subir la pedregosa loma. Los bárbaros no se mueven. Cuento tres mosquetes de cañón largo; además llevan los arcos cortos que ya conozco. Cuando alcanzamos la cima retroceden un poco.
            —¿Los ves? —le digo jadeando.
            Vuelve la cabeza de esa manera extraña e indiferente.
            —No muy bien —contesta.
            —Ciega: ¿cómo se dice ciega?
            Me lo dice. Me dirijo a los bárbaros.
            —Ciega —digo, tocándome los párpados. No contestan. El arma apoyada entre las orejas del poney todavía me apunta. Los ojos de su dueño brillan de alegría. El silencio se prolonga.
            —Háblales —le digo—. Diles por qué estamos aquí. Cuéntales tu historia. Cuéntales la verdad.
            Me mira de refilón y esboza una sonrisa.
            —¿Seguro que quiere que les cuente la verdad?
            —Cuéntales la verdad. ¿Qué otra cosa puedes contar?
            La sonrisa no abandona sus labios. Mueve la cabeza, no dice nada.
            —Diles lo que quieras. Sólo que, ahora que te he traído hasta donde me era posible, quiero pedirte claramente que regreses al pueblo conmigo. Por tu propia voluntad —le agarro el brazo—.  ¿Me comprendes? Eso es lo  que quiero.
            —¿Por qué? —la palabra sale de sus labios con una suavidad mortal. Sabe que me confunde, me ha confundido desde el principio. El hombre del arma avanza despacio hasta colocarse a nuestro lado.   Ella niega con la cabeza—. No. No quiero regresar a ese lugar. (…)
Sus compañeros han desmontado pero él todavía está sobre el caballo, con el viejo y enorme mosquete sujeto con una correa a su espalda. Estribos, silla, bridas, riendas: no son de metal sino de hueso y madera endurecida al fuego cosidos con tripa, amarrados con correas. Cuerpos cubiertos con lana y pieles de animales y alimentados desde la infancia con carne y leche, desconocedores del tacto suave del algodón, de la delicadeza de los cereales y las frutas: estas son las gentes a las que se expulsa de las mesetas hacia las montañas por la expansión de un Imperio. Nunca había visto antes gentes del norte en su propio territorio en igualdad de condiciones: los bárbaros que conozco son los que van al oasis a comerciar y los pocos que acampan en el río, y los pobres cautivos de Joll. ¡Qué acontecimiento, y qué vergüenza también, estar aquí hoy! En el futuro mis sucesores coleccionarán los artefactos de este pueblo para exhibirlos junto a mis huevos de ave y mis enigmas caligráficos. Y aquí estoy yo arreglando las relaciones entre los hombres del futuro y los hombres del pasado, devolviéndoles, con disculpas, un cuerpo del que hemos chupado la sangre —¡un mensajero, un chacal de un Imperio disfrazado de cordero! (…)
 Ella se va, casi se ha ido. Es la última oportunidad de mirarla directamente a los ojos, de examinar a fondo mis emociones, de tratar de comprender quién es verdaderamente: de ahora en adelante, lo sé, empezaré a reformarla según mi repertorio de recuerdos y de acuerdo con mis dudosos deseos. Le acaricio la mejilla, le cojo la mano. En esta colina desolada a media mañana no puedo descubrir en mí ni rastro de ese lánguido erotismo que me arrastró a su cuerpo noche tras noche, ni siquiera de la cariñosa camaradería del viaje. Sólo existe un vacío, y la desolación producida por ese vacío. Cuando le estrecho la mano más fuerte no recibo respuesta. Sólo veo demasiado claro lo que veo: una muchacha robusta de boca ancha y un flequillo sobre la frente que mira hacia el cielo por encima de mi hombro, una desconocida; una visitante de otros lugares que ahora vuelve a casa después de una estancia bastante desagradable.

Fotogramas de la película de Ciro Guerra, adaptación de la novela de J.M. Coetzee Esperando a los bárbaros (2019).

Tłum. Anna Mysłowska

Czekając na barbarzyńców

W pewnym momencie, wspinając się percią, kiedy różnymi sposobami, przymilaniem się, popychaniem, szarpaniem i ciągnięciem za lejce, zmuszamy konie do posuwania się naprzód, niespodziewanie mamy ich tuż przed sobą. Spoza skał i niewidocznych żlebów wyłaniają się mężczyźni na kudłatych kucach, dwunastu, a może więcej, odziani w kożuchy i baranie czapy, o twarzach brązowych, wysmaganych wiatrem, wąskich oczach, barbarzyńcy we własnej osobie na własnych śmieciach. Jestem tak blisko nich, że z miejsca, gdzie stoję, czuję ich zapach: mieszaninę końskiego potu, dymu i źle wyprawionej skóry. Jeden z nich trzyma wycelowany w moją pierś starodawny muszkiet długi na wysokość człowieka, oparty i przymocowany blisko wylotu ryglem do półmetrowego forkietu. Serce we mnie zamiera. (…)
Na tle nieba nad nami odcinają się sylwetki stojących barbarzyńców. Prócz bicia serca, cichego postękiwania koni i zawodzenia wiatru nie słyszę nic. Przekroczyliśmy granicę Imperium. Jest to chwila, której nie wolno lekceważyć.
Pomagam dziewczynie zejść z konia. – Słuchaj uważnie – mówię. – Podprowadzę cię w górę zbocza i będziesz mogła z nimi pomówić. Weź swoje kije, ścieżka jest piarżysta, ale nie ma innej drogi pod górę. Kiedy z nimi porozmawiasz, zdecydujesz, co chcesz zrobić. Jeżeli zechcesz z nimi odejść, jeżeli cię odprowadzą do rodziny, przyłącz się do nich. Jeżeli zdecydujesz, że chcesz wracać z nami, możesz wrócić. Do niczego cię nie przymuszam.
Kiwa głową potakująco. Jest bardzo podniecona. Objąwszy ją ramieniem, pomagam jej wejść po kamienistym zboczu. Barbarzyńcy stoją nieporuszeni. Doliczam się trzech muszkietów o długich lufach; poza tym mają dobrze mi znane krótkie łuki. Kiedy dochodzimy do szczytu grani, lekko się cofają.
– Widzisz ich? – pytam, sapiąc.
Przekręca głowę w swój dziwny, nienaturalny sposób.
– Niezbyt dobrze – stwierdza.
– Niewidoma: jak powiedzieć po waszemu niewidoma?
Mówi mi. Zwracam się do barbarzyńców. – Niewidoma – mówię, dotykając własnych powiek. Nie odpowiadają. Strzelba spoczywająca między uszami kuca jest ciągle wycelowana we mnie. Cisza się przedłuża.
– Porozmawiaj z nimi – mówię. – Powiedz im, w jaki sposób się tu znalazłaś. Opowiedz im o sobie. Mów prawdę.
Przechyliwszy głowę, spogląda na mnie z uśmiechem.
– Naprawdę chcesz, żebym im powiedziała prawdę?
– Oczywiście, tylko prawdę. Cóż innego mogłabyś powiedzieć?
Uśmiech nie schodzi z jej warg. Potrząsa głową, ciągle milcząc.
– Powiedz im, co sama chcesz. Z tym, że teraz, kiedy cię odprowadziłem z powrotem, dokąd tylko mogłem, chcę cię jasno i wyraźnie prosić, żebyś wróciła ze mną do miasta. Wybieraj sama. – Ściskam jej ramię. – Zrozumiałaś? Oto, czego chcę od ciebie.
– Dlaczego? – Słowo to pada z jej ust niemal bezgłośnie. Ona wie, że to mnie zbija z tropu, że tak było od samego początku. Mężczyzna ze strzelbą zbliża się powoli, jest już prawie tuż przed nami. Dziewczyna potrząsa przecząco głową. – Nie. Nie chcę wracać do tamtego mieszkania.
(…)
Jego towarzysze zsiedli z koni, ale on ciągle siedzi na swoim, z olbrzymią starą strzelbą zarzuconą na rzemieniu przez plecy. Strzemiona, siodło, wędzidło, lejce: wszystko zrobione bez użycia metalu, materiały, jakimi się posługują, to kość i zahartowane w ogniu drewno, zszyte nićmi z jelit i wzmocnione rzemykami. Ciała odziewają w wełnę i zwierzęce skóry, od dziecka żywią się mlekiem i mięsem, nie znają delikatnego dotyku bawełny ani wartości odżywczych łagodnych w smaku zbóż i owoców: tacy są ludzie zepchnięci z równin w góry przez zagarniające coraz to nowe obszary Imperium. Nigdy dotąd nie spotkałem się z koczującymi na północy barbarzyńcami na ich terenach jak równy z równym: barbarzyńcy, jakich znam, to ci, którzy przyjeżdżają do oazy, żeby wymienić swoje towary na to, co im jest potrzebne, to także nieliczna garstka innych, którzy rozkładają się obozami wzdłuż rzeki, i wreszcie nieszczęśni jeńcy Jolla. Co za szczególna sposobność, a jednocześnie upokorzenie, znaleźć się tutaj w dniu dzisiejszym! Ci, którzy przyjdą po mnie, będą kiedyś kolekcjonować wyroby rzemiosła tych ludzi, groty strzał, rzeźbione trzonki noży czy drewniane talerze, żeby je umieścić obok moich zbiorów ptasich jaj i zagadkowego pisma. A oto ja; jestem tutaj, żeby wygładzić wzajemne stosunki pomiędzy tymi, którzy nadejdą, a tymi, którzy odchodzą, by jako zadośćuczynienie krzywd zwrócić im ciało, które wyssaliśmy do ostatniej kropli krwi – tak, to ja, szakal na usługach Imperium, który przywdział owczą skórę!
(…) Dziewczyna odchodzi, już prawie odeszła. Jest to ostatnia chwila, żeby jej spojrzeć prosto w twarz, uważnie wsłuchać się w drżenie własnego serca, starać się zrozumieć, co ona dla mnie naprawdę znaczy; wiem, że kiedyś, grzebiąc w rejestrze wspomnień, w zależności od moich niejasnych skłonności seksualnych, zacznę patrzeć na nią inaczej. Dotykam jej policzka, ujmuję dłoń. Patrząc na nią rankiem na tym nieprzyjaznym stoku, nie odnajduję w sobie nic z dawnego zaćmiewającego mój umysł pożądania, które co noc ciągnęło mnie do jej ciała; zniknęła nawet przyjacielska zażyłość zrodzona w czasie wędrówki. Nic z tego nie pozostało, prócz uczucia pustki i pełnego goryczy zawodu, że musiało do tego dojść. Kiedy ściskam mocno jej dłoń, nie spotykam się z żadną reakcją. Widzę ją teraz aż nazbyt trzeźwym okiem: niska, mocno zbudowana dziewczyna o szerokich ustach, z włosami prosto przyciętymi nad brwiami w grzywkę i oczyma tępo utkwionymi w niebo ponad moim ramieniem; ktoś zupełnie obcy; gość z tajemniczych stron powracający do domu po niezbyt radosnej wizycie.

Waiting for the Barbarians

Then, climbing a ridge, coaxing the horses, straining and pushing and hauling, we are all of a sudden upon them. From behind the rocks, from out of a hidden gully, they emerge, men mounted on shaggy ponies, twelve and more, dressed in sheepskin coats and caps, brown-faced, weatherbeaten, narrow-eyed, the barbarians in the flesh on native soil.
I am close enough to smell them where I stand: horse-sweat, smoke, half-cured leather. One of them points at my chest an ancient musket nearly as long as a man, with a dipod rest bolted near the muzzle. My heart stops.(…)
The barbarians stand outlined against the sky above us. There is the beating of my heart, the heaving of the horses, the moan of the wind, and no other sound. We have crossed the limits of the Empire. It is not a moment to take lightly.
I help the girl from her horse. “Listen carefully,” I say. “I will take you up the slope and you can speak to them. Bring your sticks, the ground is loose, there is no other way up. When you have spoken you can decide what you want to do. If you want to go with them, if they will see you back to your family, go with them. If you decide to come back with us, you can come back with us. Do you understand? I am not forcing you.”
She nods. She is very nervous.
With an arm around her I help her up the pebbly slope. The barbarians do not stir. I count three of the long-barrelled muskets; otherwise they bear the short bows I am familiar with. As we reach the crest they back away slightly.
“Can you see them?” I say, panting.
She turns her head in that odd unmotivated way. “Not well,” she says.
“Blind: what is the word for blind?”
She tells me. I address the barbarians. “Blind,” I say, touching my eyelids. They make no response.
The gun resting between the pony’s ears still points at me. Its owner’s eyes glint merrily. The silence lengthens.
“Speak to them,” I tell her. “Tell them why we are here. Tell them your story. Tell them the truth.”
She looks sideways at me and gives a little smile. “You really want me to tell them the truth?”
“Tell them the truth. What else is there to tell?”
The smile does not leave her lips. She shakes her head, keeps her silence.
“Tell them what you like. Only, now that I have brought you back, as far as I can, I wish to ask you very clearly to return to the town with me.
Of your own choice.” I grip her arm. “Do you understand me? That is what I want.”
“Why?” The word falls with deathly softness from her lips. She knows that it confounds me, has confounded me from the beginning. The man with the gun advances slowly until he is almost upon us. She shakes her head.
“No. I do not want to go back to that place.”
(…) His companions have dismounted but he still sits his horse, the enormous old gun on its strap over his back. Stirrups, saddle, bridle, reins: no metal, but bone and fire-hardened wood sewn with gut, lashed with thongs. Bodies clothed in wool and the hides of animals and nourished from infancy on meat and milk, foreign to the suave touch of cotton, the virtues of the placid grains and fruits: these are the people being pushed off the plains into the mountains by the spread of Empire. I have never before met northerners on their own ground on equal terms: the barbarians I am familiar with are those who visit the oasis to barter, and the few who make their camp along the river, and Joll’s miserable captives. What an occasion and what a shame too to be here today! One day my successors will be making collections of the artifacts of these people, arrowheads, carved knife-handles, wooden dishes, to display beside my birds’ eggs and calligraphic riddles. And here I am patching up relations between the men of the future and the men of the past, returning, with apologies, a body we have sucked dry–a go-between, a jackal of Empire in sheep’s clothing!
(…) She is going, she is almost gone. This is the last time to look on her clearly face to face, to scrutinize the motions of my heart, to try to understand who she really is: hereafter, I know, I will begin to re-form her out of my repertoire of memories according to my questionable desires. I touch her cheek, take her hand. On this bleak hillside in mid-morning I can find no trace in myself of that stupefied eroticism that used to draw me night after night to her body or even of the comradely affection of the road. There is only a blankness, and desolation that there has to be such blankness.
When I tighten my grip on her hand there is no answer. I see only too clearly what I see: a stocky girl with a broad mouth and hair cut in a fringe across her forehead staring over my shoulder into the sky; a stranger; a visitor from strange parts now on her way home after a less than happy visit. “Goodbye,” I say. “Goodbye,”
she says. There is no more life in her voice than in mine. I begin to climb down the slope; by the time I reach the bottom they have taken the sticks from her and are helping her on to a pony.

D. H. Lawrence

1885-1930, Reino Unido

Trad. Ada Trzeciakowska

Místico

Toda la experiencia sensible es para ellos mística, cuando se refieren
      a la experiencia en sí misma.
Entonces una manzana se convierte en mística cuando paladeo en ella
el verano y la nieve, la salvaje agitación de tierra
y la insistencia del sol.

Cosas que todas seguramente puedo distinguir en una manzana rica.
Aunque algunas manzanas, jugosas y ácidas, saben sobre todo a agua,
otras a demasiado sol, agridulces
como el agua de una laguna demasiado soleada.

Cuando digo que todo esos sabores los distingo en una manzana, me llaman místico,
      es decir, un mentiroso.

La única manera de comer una manzana es devorarla como un cerdo
y no percibir nada
eso es real.

Pero si como una manzana, me gusta comerla con todos mis sentidos despiertos.
Devorarla como un cerdo es alimentar cadáveres.

Cuadro de El Gran Hotel Budapest de Wes Anderson

Tłum. Czesław Miłosz

Mistyk

Wszelkie doznanie zmysłowe jest dla nich mistyczne,
      kiedy mowa o samym doznaniu.

Więc jabłko będzie mistyczne, kiedy smakuję w nim lato i śniegi i dzikie
falowanie ziemi i upór słońca.

Na pewno te wszystkie rzeczy znajduję w dobrym jabłku,
choć niektóre jabłka, wodniste i kwaśne, mają smak wody,
a inne, gorzkawo-słodkie, mają za wiele słońca, jak woda
laguny zanadto nagrzana.

Kiedy mówię, że smakuję to wszystko w jabłku, nazywają mnie mistykiem, to       znaczy kłamcą.

Jedyny sposób jedzenia jabłka
to pożreć je jak wieprz
i nie czuć nic,
to jest realne.

Ale ja, kiedy jem jabłko, chcę mieć obudzone wszystkie zmysły. Pożreć je jak
wieprz to karmić nieżywych.


“El hijo del hombre” (1964) de René Magritte

Mystic

They call all experience of the senses mystic, when the
       experience is considered.
So an apple becomes mystic when I taste in it
the summer and the snows, the wild welter of earth
and the insistence of the sun.

All of which things I can surely taste in a good apple.
Though some apples taste preponderantly of water, wet and sour
and some of too much sun, brackish sweet
like lagoon-water, that has been too much sunned.

If I say I taste these things in an apple, I am called mystic, which
       means a liar.

The only way to eat an apple is to hog it down like a pig
and taste nothing
that is real.

But if I eat an apple, I like to eat it with all my senses awake.
Hogging it down like a pig I call the feeding of corpses.

Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. Ada Trzeciakowska

Blues de araña

Bueno, los hice reír, me gustaría hacerlos llorar.
David McFadden

Mi mujer tiene un olor por el que se decantan arañas.
De noche descienden por los caminos de saliva
directo a su cuerpo que sueña.
Magnetizados por el ritmo de su aliento,
dejan sus propias construcciones
o suculentos viajes a través de su cara y brazo.
Mis propias retorcidas pesadillas
caen acribilladas por sus chillidos.

Sobre las arañas.
Como una vez intenté tocar el piano
incapaz de mantener las dos manos
separadas en sus intentos,
Admiro a la araña, su control clásico,
sus ocho patas finas
tejiendo líneas con la savia de su abdomen.
Una especie de escritor, supongo.
Inventa un camino y recorre
el vacío que hubo allí,
deja su puente atrás,
vuelve la cabeza diciendo, ¿Jesús,
lo hice yo?
Y con su extremidad
penetra en regiones nuevas,
donde se halla el crudo de sentimientos.

Arañas como poetas se obsesionan con el poder.
Escriben su obra asesina que dormita
como estrellas en los rincones de habitaciones,
una boca para captar a la audiencia
débil, rota, enferma.

Y la araña se acerca a la mosca, dice,
Ámame, puedo matarte, ámame,
mi inteligencia es superior a la tuya,
ámame, te mato por la claridad que
llega cuando los caminos que construyo quedan hechos
ámame, mi cariño, mi antisocial.
Y la mosca dice, Oh no,
no, tus analogías son escurridizas
no, yo misma elijo con quién voy a morir
vosotros los poetas arañas sois todos iguales
en vuestra sofocante vanidad de crear,
pesados insignificantes, vuestra saliva brilla siempre
absorbiendo todo el líquido de nuestra atmósfera.
Y la araña en su aborrecimiento
crucifica sus víctimas con un escupitajo
convirtiéndolas en el arte que ella misma no puede ser.

Vamos. El final tiene que llegar.
                                     Bueno, chicos.
La pesadilla de mi mujer y mía.

Era una habitación blanca
y las arañas habían arrojado
sus andamios desde el suelo
hacia las cuatro paredes y el techo.
Se han superado a sí mismas esta vez.
Y por los caminos blancos
que sus ocho patas construyeron velozmente
se la llevaron -su cuerpo entero-
hacia el aire soñador tan delicadamente
que ella no se despertó ni gritó.
Qué escena. Tantas huellas,
la habitación era un cristal hecho añicos.
Todos aplaudían, todas las moscas.
Vinieron y se quedaron sin aliento, todas.
Todos lloraron sobrecogidos por la belleza
TODOS
excepto los arquitectos negros sumidos en su trabajo
y la dama encerrada en su sueño, en su título.

Tłum. Jerzy Jarniewicz

Pajęczy blues

Cóż, doprowadziłem ich do śmiechu, a chciałbym doprowadzić do płaczu.
 David McFadden

Za wonią mojej żony przepadają pająki.
Nocą schodzą po ścieżkach ze śliny
wprost do jej śniącego ciała.
Rytm jej oddechu je hipnotyzuje
a wtedy porzucają swoje konstrukcje
na rzecz intrygującej wędrówki po jej twarzy i ramieniu.
Moje kręte koszmary
padają pod śmiertelnym ciosem jej wrzasku.

Teraz o pająkach.
Ponieważ kiedyś próbowałem grać na pianinie
i nie umiałem pozwolić dłoniom
na odrębne ruchy,
podziwiam pająka, jego klasyczną budowę –
jego osiem wymuskanych odnóży
przędzie liny sokiem z odwłoku.
Pewnie jakiś pisarz.
Wymyśla ścieżkę i wędruje
przez pustkę, która tam była,
zostawia za sobą most,
spogląda wstecz i mówi, Jezu
czy to moje dzieło?
i swoją końcówką
wkręca się w nowe regiony,
gdzie czekają już surowce uczuć.

Pająki jak poeci mają obsesję władzy.
Piszą morderczą sztukę, która drzemie
jak gwiazdy w kącie pokoju,
to usta które mają schwytać widownię
słabą, załamaną, chorą.

A pająk podchodzi do muchy, mówi,
Kochaj mnie, mogę cię zabić, pokochaj mnie,
moja inteligencja oplotła cię pierścieniami,
pokochaj mnie, zabiję cię za jasność, która
nadchodzi, kiedy powstają drogi, które buduję
pokochaj mnie, typie aspołeczny, kochanie ty moje.
A mucha mówi, O nie
nie – twoje analogie budzą we mnie wątpliwości
nie – sama wybieram z kim chciałabym umrzeć
wy, poeci wśród pająków, jesteście wszyscy tacy sami
w waszej jasnej próżności tworzenia,
a ty jesteś tylko drobnym szkopułem, twoja ślina lśni zawsze jak gwiazda,
wchłania wodę z naszej atmosfery.
I pająk na znak pogardy krzyżuje swe ofiary w ślinie
zamieniając je w sztukę, którą sam się stać nie może.

No więc tak. Teraz koniec, który nas nie minie.
                                    W porządku, kochani.
Oto koszmar mój i mojej żony:

Był to duży biały pokój
a pająki wzniosły
rusztowanie z podłogi
ku czterem ścianom i sufitowi.
Przeszły same siebie tym razem.
Białymi ścieżkami, które
zbudowało w pośpiechu ich osiem odnóży,
zaniosły ją na górę – całe jej ciało –
na śniące powietrze, tak delikatnie
że nie zbudziła się, nie krzyknęła.
Co za scena. Tak wiele śladów,
pokój był stłuczoną szybą.
Wszyscy klaskali, wszystkie muchy.
Przybyły i zamarły.
Wszyscy z podziwem patrzyli na piękno
WSZYSCY
z wyjątkiem czarnych architektów zajętych swą pracą
i tej damy zamkniętej w ich śnie, w ich temacie.

Spider Blues

Well I made them laugh, I wish I could make them cry.
David McFadden

My wife has a smell that spiders go for.
At night they descend saliva roads
down to her dreaming body.
They are magnetized by her breath ‘ s rhythm,
leave their own constructions
or succulent travel across her face and shoulder. 
My own devious nightmares
are struck to death by her shrieks.

About the spiders.
Having once tried to play piano
and unable to keep both hands
aegregated in their intent
I admire the spider, his control classic,
his eight legs finicky,
making lines out of the juice in his abdomen.
A kind of writer I suppose.
He thinks a path and travels
the emptiness that was there
leaves his bridge behind
looking back saying Jeez
did I do that?
and uses his ending
to swivel to new regions
where the raw of feelings exist

Spiders like poets are obsessed with power.
They write their murderous art which sleeps
like stars in the corner of rooms,
a mouth to catch audiences
weak broken sick

And spider comes to fly, says
Love me I can kill you, love me
my intelligence has run rings about you
love me, I kill you for that clarity that
comes when roads I make are being made
love me, antisocial, lovely.
And fly says, O no,
no your analogies are slipping
no I choose who I die with
you spider poets are all the same
you in your close vanity of making,
you minor drag, your saliva stars always
soaking up the liquid from our atmosphere.
And the spider in his loathing
crucifies his victims in his spit
making them the art he cannot be.

So. The ending we must arrive at.
                                    ok folks.
Nightmare for my wife and me:

It was a large white room
and the spiders had thrown
their scaffolds off the floor
onto four walls and the ceiling.
They have surpassed themselves this time.
And with the white roads
their eight legs built with speed
they carried her up–her whole body
into the dreaming air so gently
she did not wake or scream.
What a scene. So many trails
the room was a shattered pane of glass.
Everybody clapped, all the flies.
They came and gasped, all.
Everybody cried at the beauty
ALL
except the working black architects
and the lady locked in their dream their theme.

Matthew Arnold

1822-1888, Gran Bretaña

*Guy Montag, protagonista de Fahrenheit 451, lee este poema a las amigas de su mujer :

[“Después empezó a leer con voz lenta y vacilante, que fue afirmándose a medida que progresaba de línea. Y su voz atravesó un desierto, la blancura, y rodeó a las tres mujeres sentadas en aquel gigantesco vacío”.]

 Trad José María Martín Triana

La playa de Dover

El mar está en calma esta noche.
La marea alta, la luna duerme hermosa
Sobre el estrecho – en la costa francesa la luz
Resplandece y se ha ido; los acantilados de Inglaterra alzan,
Tenues y vastos, allá en la plácida bahía.
Ven a la ventana, el aire nocturno es dulce,
Soñoliento, desde la larga línea de espuma
Donde el mar besa la tierra empalidecida por la luna,

¡Escucha! Puedes oír el rugir de las piedras
Que las olas agitan, arrojándolas
a su regreso allá en el ramal de arriba,
Comienza y cesa, y luego comienza otra vez,
Con trémula cadencia disminuye, y trae
La eterna nota de la melancolía.

Sófocles, hace mucho tiempo
Lo escuchó en el Egeo, y trajo
A su mente el turbio flujo y reflujo
De la miseria humana, nosotros
También encontramos una idea en el sonido,
Cerca de este remoto mar del norte.

El Mar de la Fe
También era uno, en su plenitud,
Y rodaba en las orillas de la tierra,
Yacía como los pliegues de una gloriosa diadema.
Pero ahora sólo escucho
su rugir lleno de tristeza, largo y en retirada,
alejándose hacia el sereno de la noche
Hacia los extensos bordes monótonos.
Oh, mi amor, ¡seamos fieles el uno al otro!
Pues el mundo, que parece yacer ante nosotros
Como una tierra de sueños,
Tan variada, tan bella, tan nueva,
No posee en realidad ni gozo, ni amor, ni luz,
Ni certeza, ni paz, ni alivio para el dolor;
Estamos aquí como en una llanura sombría
Envueltos en alarmas confusas de fugas y batallas,
donde los ejércitos, ignorantes, se enfrentan por la noche.

[Mrs. Phelps estaba llorando.
Las otras, en medio del desierto, observaban su llanto que iba acentuándose al mismo tiempo que su rostro se contraía y deformaba. Permanecieron sentadas, sin tocarla, asombradas ante aquel espectáculo. Ella sollozaba inconteniblemente. El propio Montag estaba sorprendido Y emocionado. (…)
—¿Lo ve? Lo sabía, eso era lo que quería demostrar. Sabía que había de ocurrir. Siempre lo he dicho, poesía y lágrimas, poesía y suicidio y llanto y sentimientos terribles, poesía y enfermedad. ¡Cuánta basura! Ahora acabo de comprenderlo. ¡Es usted muy malo, Mr. Montag, es usted muy malo! (…)
Montag sintió que se volvía y, acercándose a la abertura que había en la pared, arrojó el libro a las llamas que aguardaban.
—Tontas palabras, tontas y horribles palabras, que acaban por herir —dijo Mrs. Bowles—. ¿Por qué querrá la gente herir al prójimo? Como si no hubiera suficiente maldad en el mundo, hay que preocupar a la gente con material de este estilo.]

Fotogramas de Aniara (2019) y Habitación con vistas (1985)


*Guy Montag, bohater 451 Fahrenheita czyta ten wiersz koleżankom żony:

[Potem zaczął czytać powolnym, utykającym głosem, który wzmacniał się, gdy postępował od linijki do linijki. Jego głos przechodził przez pustynię, w białą przestrzeń wokół trzech siedzących kobiet, w wielką gorącą pustkę.]

Tłum. Stanisław Barańczak

Wybrzeże w Dover

Dziś w nocy morze zastygło w spokoju.
Pora przypływu; księżyc srebrzy wodę
Cieśniny; z brzegu Francji co pewien czas błyska
Latarnia i znów gaśnie; angielskie urwiska
Świecą masywem bieli nad cichą zatoką.
Podejdź do okna, wdychaj tę nocną pogodę!
Tylko od długiej granicy przyboju,
Gdzie z wypranym poświatą z barwy stromym lądem
Styka się morze, słychać — wsłuchaj się głęboko —
Szum żwiru, miotanego o brzeg i od nowa
W toń wleczonego fal powrotnym prądem,
Który znowu, zaledwie z pracą się uporał,
Wraca ponowną falą; i wolna, miarowa
Muzyka morza śpiewa wieczny smutku chorał.

Sofokles wieki temu
Słyszał ten smutek w Morza Egejskiego szumie
I w rytmie mętnej fali znalazł wzór systemu
Rządzącego chaosem
Ludzkiej doli; nam też coś podpowiedzieć umie
Północne morze swoim tak odległym głosem.

Ocean Wiary
W dawnych wiekach, wezbrany, brzegi kontynentów
Otulał swym nadmiarem jak jedwabna szata;
Dzisiaj słyszę jedynie
Smętny szum cofających się morskich odmętów,
Fali, która to ślepo runie, to odpłynie
W świście nocnego wiatru przez nagie obszary
Jałowych piasków i skał tego świata.

Bądźmy choć my oboje
Wierni sobie nawzajem, miła! bo przed nami
Z pozoru świetny, nowy, nęcący tęczami
Świat, gościnnie rozwarte marzenia podwoje —
Ale naprawdę troski, bóle, niepokoje,
Mrok bez światła miłości, jad w każdym pokarmie;
Na tej ciemnej równinie stoimy we dwoje
W szturmów, odwrotów dzikim, zmieszanym alarmie,
Gdy ścierają się wokół ślepe, wrogie armie.

[Pani Phelps płakała. Pozostałe wśród pustyni patrzyły, jak płacze coraz głośniej, a jej twarz traci w skurczach wszelki kształt. Siedziały nie zbliżając się do niej, zdumione jej wybuchem. Łkała niepohamowanie. Sam Montag był ogłuszony i wstrząśnięty. (…)
Pani Bowles wstała i złowrogo popatrzyła na Montaga. — Wiedziałam, że tak będzie, oto co chciałam udowodnić! Wiedziałam, że tak się stanie! Zawsze mówiłam: poezja i łzy, poezja i samobójstwo, i płacz, i okropne samopoczucie, cała ta tkliwość! Teraz mam oczywisty dowód. Brzydki pan jest, panie Montag, brzydki! (…)
Montag poczuł, że się obraca, idzie do otworu w ścianie i wrzuca książkę przez mosiężne drzwiczki do pełzających płomieni.
— Głupie słowa, głupie słowa, głupie, straszliwie raniące słowa — powiedziała pani Bowles. — Dlaczego ludzie chcą ranić innych ludzi? Jak by nie było dość zła na świecie, jeszcze drażnić ludzi tego rodzaju rzeczami!]


* Guy Montag, The protagonist of Fahrenheit 451 reads this poem to his wife’s friends:

[Then he began to read in a low, stumbling voice that grew firmer as he progressed from line to line, and his voice went out across the desert, into the whiteness, and around the three sitting women there in the great hot emptiness:]

Dover Beach

The sea is calm tonight.
The tide is full, the moon lies fair
Upon the straits;-  on the French coast the light
Gleams and is gone; the cliffs of England stand;
Glimmering and vast, out in the tranquil bay.
Come to the window, sweet is the night-air!
Only, from the long line of spray
Where the sea meets the moon-blanched land,
Listen! you hear the grating roar
Of pebbles which the waves draw back, and fling,
At their return, up the high strand,
Begin, and cease, and then again begin,
With tremulous cadence slow, and bring
The eternal note of sadness in.

Sophocles long ago
Heard it on the Aegean, and it brought
Into his mind the turbid ebb and flow
Of human misery; we
Find also in the sound a thought,
Hearing it by this distant northern sea.

The Sea of Faith
Was once, too, at the full, and round earth’s shore
Lay like the folds of a bright girdle furled.
But now I only hear
Its melancholy, long, withdrawing roar,
Retreating, to the breath
Of the night-wind, down the vast edges drear
And naked shingles of the world.

Ah, love, let us be true
To one another! for the world, which seems
To lie before us like a land of dreams,
So various, so beautiful, so new,
Hath really neither joy, nor love, nor light,
Nor certitude, nor peace, nor help for pain;
And we are here as on a darkling plain
Swept with confused alarms of struggle and flight,
Where ignorant armies clash by night.

[Mrs. Phelps was crying. The others in the middle of the desert watched her crying grow very loud as her face squeezed itself out of shape. They sat, not touching her, bewildered by her display. She sobbed uncontrollably. Montag himself was stunned and shaken. (…)
Mrs. Bowles stood up and glared at Montag. “You see? I knew it, that’s what I wanted to prove! I knew it would happen! I’ve always said, poetry and tears, poetry and suicide and crying and awful feelings, poetry and sickness; all that mush! Now I’ve had it proved to me. You’re nasty, Mr. Montag, you’re nasty!
(…) Montag felt himself turn and walk to the wall-slot and drop the book in through the brass notch to the waiting flames. “Silly words, silly words, silly awful hurting words,” said Mrs. Bowles. “Why do people want to hurt people? Not enough hurt in the world, you’ve got to tease people with stuff like that ! “]

Federico Fellini

1920-1993, Italia

8½*

*Guion escrito por F. Fellini, Ennio Flaiano, Tullio Pinelli

Mejor dejarlo ir y esparcir sal sobre la tierra. Como hacían los antiguos para purificar los campos de batalla. En el fondo lo único que necesitamos es un poco de higiene, de limpieza, de desinfección. Estamos ahogados por palabras, imágenes, sonidos que no tienen razón de ser que vienen del vacío y van al vacío. A cualquier artista que se precie sólo habría que pedirle este acto de lealtad. Aprender a estar en silencio. ¿Recuerda el homenaje de Mallarmé a la página en blanco? Y Rimbaud, poeta, amigo mío, no director cinematográfico. ¿Sabe cuál fue su poesía más fina? Su renuncia a seguir escribiendo, su retiro en África. Si no podemos tenerlo todo, la nada es la verdadera perfección. Perdóneme por tanta cita célebre. Pero los críticos hacemos lo que podemos. Nuestra verdadera misión es barrer los miles de abortos que todos los días, obscenamente, intentan venir al mundo. Y Ud. se atrevió a dejar tras sí una película entera. Como un cojo que deja detrás una huella deforme. Qué monstruosa presunción creer que otros puedan beneficiarse con el escuálido catálogo de sus errores. ¿Qué puede importarle si se benefician uniendo los fragmentos de su vida? ¿Sus recuerdos vagos, los rostros de las personas que Ud. nunca pudo amar?

Fotogramas de la película

8½*

*utorzy scenariusza: F.Fellini, Ennio Flaiano, Tullio Pinelli

Lepiej odejść i posypać ziemię solą, jak robili starożytni, żeby oczyścić pola bitew. W końcu potrzebujemy jakiejś higieny, czystości, dezynfekcji. Jesteśmy stłamszeni obrazami, słowami i dźwiękami, które nie miały prawa zaistnieć, pustymi i pochodzącymi z pustki.  Od każdego, kto wart jest miana artysty, nie wymagajmy niczego, poza aktem jego wiary nauczenia się milczeć. Pamiętasz hołd Mallarme’a dla pustej kartki?  A Rimbaud, poeta, mój drogi, a nie reżyser filmowy. Co było jego największym dziełem?  Jesteśmy gotowi zacząć.  Jego porzucenie pisania i wyjazd do Afryki.  Jeśli nie możemy mieć wszystkiego, to prawdziwą perfekcją jest nicość. Wybacz mi to całe cytowanie. Ale my, krytycy… robimy, co umiemy.  Naszą prawdziwą misją jest sprzątanie tysięcy pomyłek, które codziennie próbują ohydnie ujrzeć światło dzienne. A ty pozostawiłbyś po sobie cały film, jak kaleka pozostawia za sobą ślad swojej kalekiej stopy.  Co za potworna zarozumiałość, myśleć, że inni mogliby skorzystać na nędznym katalogu twoich pomyłek! A jaki byłby pożytek z połączenia ze sobą poszarpanych kawałków twojego życia? Twoje niejasne wspomnienia, twarze ludzi, których nigdy nie umiałeś pokochać…

Marcin Świetlicki

1961 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

El lunes negro

El instante en el que se encienden a la vez todas
las farolas de la ciudad. El instante cuando dices
aquel inconcebible ´no´ y de repente no sé qué hacer
a continuación: ¿morir? ¿salir? ¿no reaccionar?
El instante al sol cuando te observo desde la ventana del autobús,
tu cara es distinta a la que tienes cuando sabes que te miro
-ahora no me ves, miras la nada, el cristal
brillante detrás del que se supone que estoy yo-.
No más yo, no conmigo, no de esta forma, no aquí.
Puede pasar de todo, porque aquí pasa de todo.
Todo lo determinan tres posturas básicas:
hombre sobre mujer, mujer sobre hombre o la de ahora
-mujer y hombre separados por la luz.

Fotogramas de My Blueberry Nights (2007) de Wong Kar-Wai

Czarny Poniedziałek

Moment, kiedy się zapalają jednocześnie wszystkie
lampy uliczne w mieście. Moment, kiedy mówisz
to niepojęte “nie” i nagle nie wiem co z tym robić
dalej: umrzeć? wyjechać? nie zareagować?
Moment w słońcu, kiedy cię obserwuję z okna autobusu,
masz inną twarz niż w chwilach, kiedy wiesz, że patrzę
-a teraz mnie nie widzisz, patrzysz w nic, w błyszczącą
szybę, za którą niby jestem. Już nie ja, nie ze mną,
nie ten sposób, nie tutaj. Może zdarzyć się
wszystko, bo wszystko się wydarza. Wszystko określają
trzy podstawowe pozycje: mężczyzna na kobiecie,
kobieta na mężczyźnie albo to, co teraz
-kobieta i mężczyzna przedzieleni światłem.

Marcin Świetlicki

1961 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Los grillos

Grillos, oh, una infinidad, los cogíamos, juntándolos en parejas artificiales
los movíamos, se movían, movían, muy grandes, muy
verdes, el amor es un actividad hermosa -y lo hacían, el amor,
oh, oh, una infinidad de amor, hasta dejar la hierba viscosa,
una infinidad de hierba, los agitamos y derramamos, observando,
prenderles fuego, prender, ardía el suelo, la infancia era después,
es ahora en todos los recuerdos, antes había solo una infinidad,
los grillos, esa no es, no es, memoria a corto plazo
– nos han juntado, nos han derramado por la tierra,
estamos tiritando, tiritando, los grillos se están vengando-.

Fotografías de André Kertész (1894-1985)

Świerszcze

Świerszcze, o, zatrzęsienie, zbieraliśmy je, łącząc w sztuczne pary
poruszaliśmy nimi, ruszały się, ruszały, bardzo duże, bardzo
zielone, miłość jest piękną czynnością – i robiły to, tę miłość,
o, o, zatrzęsienie miłości, trawy miały tak lepko, zatrzęsienie traw,
roztrząsaliśmy je, patrzyliśmy, podpalić; podpalić, płonęła
ziemia, dzieciństwo było potem, jest teraz w tych wszystkich
przypomnieniach, przedtem jedynie było zatrzęsienie, świerszcze,
to nie jest, nie jest, nie jest krótka pamięć – połączyli nas,
rozlali nas po ziemi, trzęsiemy się, trzęsiemy, to świerszcze się mszczą.

Aldous Huxley

1894-1963, Gran Bretaña

Trad. Floreal Mazía

La isla (frag.)

–¿El coronel Dipa? –¡Qué extraño regalo de Adriano a Antinoo! Volvió a mirar el grabado de la motocicleta, y luego contempló de nuevo el rostro encendido de Murugan. Se hizo la luz en su cerebro; se reveló el propósito del coronel. La serpiente me tentó y comí. El árbol del centro del jardín se llamaba Árbol de los Bienes de Consumo, y para los habitantes de todos los edenes subdesarrollados, el más leve regusto de su fruta, y aun la visión de sus mil trescientas cincuenta y ocho páginas, tenía el poder de hacerles reconocer avergonzados, que, hablando en términos industriales, se encontraban completamente desnudos. El futuro raja de Pala estaba siendo obligado a entender que era el gobernante descamisado de una tribu de salvajes.
–Debería –dijo en voz alta– importar un millón de estos catálogos y distribuirlos, a título gratuito, por supuesto, como los anticonceptivos, a todos sus súbditos.
–¿Para qué?
–Para aguzarles el apetito de poseer cosas. Entonces empezarán a pedir Progreso a gritos: pozos petrolíferos, armamentos, Joe Aldehyde, técnicos soviéticos.
Murugan frunció el entrecejo y meneó la cabeza.
–No serviría.
–¿Quiere decir que no se dejarían tentar? ¿Ni siquiera por Motonetas Aerodinámicas y Corpiños color Rosa Susurro? ¡Pero eso es increíble!
–Podrá ser increíble –replicó Murugan con amargura–, pero es un hecho. No les interesa nada de eso.
–¿Ni siquiera a los jóvenes?
–Yo diría que especialmente a los jóvenes.
Will Farnaby aguzó los oídos. Esa falta de interés le resultaba en alto grado interesante.
–¿Y puede adivinar por qué? –preguntó.
–No adivino –respondió el joven–. Lo sé. –Y como si de repente hubiese decidido representar una parodia de su madre, comenzó a hablar en tono de justiciera indignación, absurdamente ajeno a su edad y aspecto.– Por empezar, están muy ocupados en… –Vaciló, y la odiada palabra fue musitada con énfasis de repugnancia.– En cosas del sexo.
–Pero todos se dedican al sexo. Cosa que no les impide ansiar los coches veloces.
–Aquí el sexo es distinto –insistió Murugan.
–¿Debido al yoga del amor? –preguntó Will, recordando el rostro embelesado de la pequeña enfermera.
–Tienen algo que les hace creer que son perfectamente dichosos, y no quieren ninguna otra cosa –asintió el joven.
–¡Qué estado de bienaventuranza!
–¡No hay nada de bienaventurado en eso! –replicó Murugan con seque-dad–. Es estúpido y desagradable. Nada de progreso; sólo sexo, sexo, sexo. Y, por supuesto, esa asquerosa droga que les dan.

Fotogramas de Moonrise Kingdom de Wes Anderson (2012)

Tłum. Sławomir Jerzy Białostocki

Wyspa

– Od pułkownika Dipy? – Co za dziwny prezent od Hadriana dla Antinousa! Popatrzył jeszcze raz na zdjęcie motocykla i z powrotem na rozpromienioną twarz Murugana. Zaświtało mu – nagle dojrzał ukryty cel zabiegów pułkownika. „Wąż mnie zwiódł i zjadłam”. Drzewo w rajskim ogrodzie nazywa się Drzewo Towarów Konsumpcyjnych, a dla mieszkańców każdego z upośledzonych w rozwoju Rajów smak najmniejszego z jego owoców, a nawet sam widok jego tysiąca trzystu pięćdziesięciu ośmiu liści ma moc uświadomienia im wstydliwego faktu, że w sensie wyrobów przemysłowych są kompletnie goli. A przyszłemu Radży Pali dawano szansę uświadomienia sobie, że nie jest niczym więcej jak nienawykłym do noszenia spodni władcą szczepu dzikusów.
– Powinieneś – powiedział Will na głos – sprowadzić milion tych katalogów i rozdać – oczywiście gratis, tak jak środki antykoncepcyjne – wśród swoich poddanych.
– W jakim celu?
– By zaostrzyć im apetyt na posiadanie. Zaczną się wtedy domagać Postępu, a więc szybów naftowych, uzbrojenia, Joego Aldehyda, radzieckich techników.
Murugan zmarszczył brwi i potrząsnął głową.
– To nic nie da.
– Myślisz, że ich nie skusi? Nawet Speedstery o eleganckiej sylwetce i bladoróżowe biustonosze? Ależ to nie do wiary!
– Może i nie do wiary – powiedział gorzko Murugan – ale to fakt. Oni są po prostu niezainteresowani.
– Nawet ci młodzi?
– Powiedziałbym, że szczególnie ci młodzi.
Will Farnaby nadstawił uszu. Brak zainteresowania w tym przypadku był niezwykle interesujący.
– Czy potrafisz zgadnąć dlaczego? – zapytał.
– Nie muszę zgadywać – odparł chłopak. – Wiem. – Sztucznie jak aktor, jakby nagle postanowił parodiować swoją matkę, zaczął mówić, absurdalnie niepasującym do jego wieku i wyglądu, tonem świętego oburzenia. – Zacznijmy od tego, że są zdecydowanie zbyt zajęci… – Tu się zawahał, a następnie wyświstał to wstrętne słowo z akcentowaną odrazą: – Seksem.
– Ależ seksem zajmują się wszyscy. Co ich nie powstrzymuje przed uganianiem się za skuterami o eleganckiej linii.
– W tym kraju seks jest czymś innym – upierał się Murugan.
– Czy z powodu jogi miłości? – zapytał Will, pamiętając pełną zachwytu twarz małej pielęgniarki.
Chłopak pokiwał twierdząco głową.
– Mają coś, co każe im myśleć, że są zupełnie szczęśliwi i nie potrzebują nic więcej.
– Ależ to prawdziwe błogosławieństwo!
– Nie ma w tym nic błogosławionego – odciął się Murugan. – Tylko coś głupiego i odrażającego. Żadnego postępu, jedynie seks, seks i seks. No i oczywiście ten potworny narkotyk, który się im daje.

Island

Murugan shook his head. “Colonel Dipa gave it to me.” “Colonel
Dipa?” What an odd kind of present from Hadrian to Antinoiis! He looked again at the picture of the motorbike, then back at Murugan’s glowing face. Light dawned; the Colonel’s purpose revealed itself. The serpent tempted me, and I did eat. The tree in the midst of the garden was called the Tree of Consumer Goods, and to the inhabitants of every underdeveloped Eden the tiniest taste of its fruit, and even the sight of its thirteen hundred and fifty-eight leaves, had power to bring the shameful knowledge that, industrially speaking, they were stark-naked. The future Raja of Pala was being made to realize that he was no more than the untrousered ruler of a tribe of savages.
“You ought,” Will said aloud, “to import a million of these catalogues
and distribute them—gratis, of course, like contraceptives—to all your
subjects.”
“What for?”
“To whet their appetite for possessions. Then they’ll start clamoring for
Progress—oil wells, armaments, Joe Aldehyde, Soviet technicians.”
Murugan frowned and shook his head. “It wouldn’t work.”
“You mean, they wouldn’t be tempted? Not even by Sleek Speedsters
and Whisper-Pink Bras? But that’s incredible!”
“It may be incredible,” said Murugan bitterly, “but it’s a fact. They’re just not interested.”
“Not even the young ones?”
“I’d say especially the young ones.”
Will Farnaby pricked up his ears. This lack of interest was profoundly
interesting. “Can you guess why?” he asked.
“I don’t guess,” the boy answered. “I know.” And as though he had
suddenly decided to stage a parody of his mother, he began to speak in a tone of righteous indignation that was absurdly out of keeping with his age and appearance. “To begin with, they’re much too busy with …” He hesitated, then the abhorred word was hissed out with a disgustful
emphasis. “With sex.”
“But everybody’s busy with sex. Which doesn’t keep them from
whoring after sleek speedsters.”
“Sex is different here,” Murugan insisted.
“Because of the yoga of love?” Will asked, remembering the little
nurse’s rapturous face.
The boy nodded. “They’ve got something that makes them think
they’re perfectly happy, and they don’t want anything else.”
“What a blessed state!”
“There’s nothing blessed about it,” Murugan snapped. “It’s just stupid
and disgusting. No progress, only sex, sex, sex. And of course that beastly dope they’re all given.”