Beatriz Russo

1971 -, España (Madrid)

La sal conserva su memoria intacta. Siempre se hacen dioses con la palabra y se colocan sobre la cúspide como se coronan los tejados con la última piedra. Somos descendientes de la orfandad. Nuestro padre fue el primero de una estirpe de vates impuestos por desorientación. A algunos les cae la fe del cielo, como el azar fisiológico de una paloma logra atinar estratégicamente en la coronilla de un jubilado. Los que llevan paraguas crean soldados con sus manos, modelando sangre y arena para después hacer lanzas con el barro que les sobra. Difícil ministerio el de la orfandad. Caminar por este entramado de juicios y de rutas sin alguien que nos lleve de la mano, escuchando este ruido de tambores en el percutir de los días, sabiendo que cuando nos llegue la noche con todo su frío nos ahogaremos descalzos en el mismo mar indiferente.

de La llama inversa

Sebastião Salgado del álbum Génesis

Trad. Ada Trzeciakowska

Sól zachowuje swoją pamięć nietkniętą. Przy pomocy słowa tworzymy bogów, mocujemy ich na szczycie, tak jak koronuje się dachy, kładąc ostatni kamień. Jesteśmy spadkobiercami osierocenia. Nasz ojciec był pierwszym z rodu poetów narzuconych przez zamieszanie. Niektórym wiara spada z nieba, jak fizjologiczny pech gołębia strategicznie trafia w czubek głowy emeryta. Ci, którzy noszą parasol lepią żołnierzy własnymi rękami, modelują krew i piach a później z nadmiaru gliny kleją włócznie. Niełatwa to funkcja to osierocenie. Trzeba iść tą zbieraniną osądów i kierunków bez nikogo kto by poprowadził nas za rękę, słuchając dudnienia bębnów, które wybijają dni, wiedząc, że kiedy noc dosięgnie nas całym swoim chłodem utoniemy bosi w tym samym obojętnym morzu.

Dibujo de Anxo Pastor. Más poemas de Beatriz Russo ilustrados por Anxo en la página fronterD

Chantal Maillard

1951 – , Bélgica/España

LA LUZ, EL AIRE, EL PÁJARO I

A esta luz de hoy
abotonada al forro entumecido
del cielo,
la querría más austera
y no menos poética,
sí más inmediata,
despojada de límites retóricos
que, dilatando el campo,
sujetan, sin embargo, la mirada
al cerco empobrecido
de las comparaciones.
A esta luz de hoy la quisiera
neblina entre mis dedos,
prieta en los recodos de la piel,
aliento en la copa de los pinos,
pero, más aún, la quiero
en su infinito presa y al tiempo dilatada,
simplemente luz
y la sostenga
el graznido de un cuervo en su aleteo,
el arrullo de una alondra, a lo lejos,
y el biselado roce de cigarras,
haciendo más compacto el aire
a medida que avanza el sol
hacia el cenit.

*

Ocupada por algo
que pretende vivir,
que insiste en respirar el aire
de la mañana y me despierta,
despierta al yo
(que acompaña los actos
como el pronombre al verbo)
para que aprecie. Hace mal.
Mejor sería dejarle dormir.
En cuanto se despierte
irá a cobijarse,
según es su costumbre,
en uno de los husos.
Lo hallaremos colgado
de una imagen-recuerdo o
revolviendo, febril, la caja
de herramientas.

Así que el aire, ¿dónde,
el aire? Ah, sí, el aire, la mañana,
vivir, decía algo, alguien
tal vez decía, no sé. Las cigarras.
En otro tiempo, las cigarras.

de Hilos

Tłum. Ada Trzeciakowska

ŚWIATŁO, POWIETRZE, PTAK I

To dzisiejsze światło
przypięte do spuchniętego podbicia
nieba
chciałabym je posępniejsze
i nie mniej poetyckie,
owszem bardziej bezpośrednie,
pozbawione retorycznych ograniczeń
które, poszerzając pole,
przykuwają, mimo wszystko, spojrzenie
do zubożałego kręgu porównań.
To dzisiejsze światło chciałabym je
jako gęstą mgłę pomiędzy palcami,
prawie czarną w załamaniu skóry,
jako oddech w koronach sosen,
lecz, jeszcze bardziej, chcę je
schwytane w swej nieskończoności
i na czas rozszerzone,
po prostu światło
i by podtrzymywało je
krakanie kruka gdy porusza skrzydłami,
śpiew skowronka, w oddali,
ścięte krawędzie szmeru świerszczy,
czyniące powietrze bardziej zwartym
w miarę jak słońce zbliża się
do zenitu.

*

Zajęta czymś,
co usiłuje żyć,
co upiera się przy oddychaniu powietrzem
poranka i budzi mnie,
budzi moje ja*
(które towarzyszy działaniom
jak zaimek czasownikowi)
aby go doceniło. Czyni źle.
Lepiej byłoby dać mu spać.
Jak tylko się ocknie
pójdzie się szukać schronienia,
zgodnie ze swym zwyczajem,
w jednym z wrzecion** czasu.
Znajdziemy go zwisającego
z jakiegoś obrazu-wspomnienia*** lub
przetrząsającego, w gorączce, skrzynkę
z narzędziami.

Tak więc powietrze, gdzie,
powietrze? Ach, powietrze, poranek,
żyć, coś mówił, ktoś
być może mówił, nie wiem. Świerszcze.
W innym czasie, świerszcze.

z tomiku Nici

*El yo, angielskie I, Maillard z wykształcenia jest filozofką, w dalszej części rozróżnia, za George’em Meadem, el Yo od el Mí , które to terminy na polski są tłumaczone opisowo jako ja podmiotowe i ja przedmiotowe (bierne i aktywne).

**termin huso po hiszpańsku oznacza wrzeciono, ale również strefę czasową (huso horario). Należy również wziąć pod uwagę tytuł tomiku Nici, odwołania do Parek itd.

*** imagen-recuerdo, obraz-wspomnienie, prawdopodobnie w nawiązaniu do typologii, którą posługiwał się Gilles Deleuze w analizach filmowych, w odniesieniu do filozofii Henri Bergsona (Kino: 1. Obraz-ruch, 2. Obraz-czas )

Polaroid de Andréi Tarkovsky y fotogramas de su película El espejo. Fotogramas de la película de Bi Gan El largo viaje hacia la noche (en la que rinde homenaje a Tarkovsky)

Luis Miguel Sanmartín

1967 – , España (Alicante)

abismo de sofá

he querido fingir todo este tiempo
fingir que no soy nadie y que no existo
fingir en los poemas
que sufro realmente

que vuelo sin el aire

he querido el abismo en los sillones
la odisea en la ducha
el personaje dentro de la ropa

he pretendido (profano jugador)
la exactitud sin apostar

y cuando el día acabe
tendré
otra lección sobre la mesa

non diligamus verbo
nec lingua sed opere et veritate

no quieras nada
no esperes nada

inventa otros adagios

abraza la emoción

alumno aventajado entre tus dudas

del poemario Frost (Escarcha)

Tłum. Ada Trzeciakowska

w Czeluściach kanapy

chciałem udawać przez cały ten czas
udawać że jestem nikim i że mnie nie ma
udawać w wierszach,
że cierpię prawdziwie

zawsze w locie choć bez skrzydeł

pragnąłem przepaści pod fotelem
odysei pod prysznicem
bohatera w bieliźnie

żądałem (ja światowy gracz)
precyzji nie stawiając na nic

nim dzień dobiegnie końca
czekać mnie będzie
kolejna lekcja do odrobienia

non diligamus verbo
nec lingua sed opere et veritate

nie pragnij niczego
na nic nie czekaj

wymyślaj inne adagia

nie unikaj wzruszenia

uczniu wybitny w godzinie zwątpienia

z tomiku Frost (Szron)

Fotgrafías de Philip-Lorca diCorcia

Marcin Świetlicki

1961 – , Polonia

Trad. Manel Bellmunt Serrano

Poemas ajenos

Por el sendero voy encontrándome más páginas del libro,
paripinadas, en encuadernación de fino hielo,
hora de comer para los guardas del jardín.
Con los dedos palpo la herida del árbol: es profunda,
como una sonrisa boba.

Cudze wiersze

Na ścieżce odnajduję kolejne strony książki
parzyste, oprawione w cienki lód
Pora posiłku strażników ogrodu
Badam palcami ranę w drzewie – jest głęboka, wygląda
jak głupi uśmiech.

Robert Hass

1941 – , Estados Unidos

Trad. Silvina López Medin

Tiempo y materiales

Gerhard Richter: Abstrakte Bilder

1.
Formar capas,
como si fuesen la constante de los días:

nevó; hice recados en un escritorio;
una ráfaga blanca volviéndose espesa en la ventana; mi lengua
sabía al pegamento de los sobres.

En este día la luz del sol sobre el ladrillo rojo, árboles desnudos,
nada se agita en el aire helado.

En este día un color borroso en el ajetreo del gimnasio
ahí donde el calor de los cuerpos
se une a la acuosa superficie fría del vidrio.

Hice el amor, preparé curry, hablé por teléfono
con amigos, el que perdió a su hermano
por momentos lloraba y por momentos cavilaba,
como alguien cayéndose y levantándose
y corriendo y cayendo y levantándose.

2.
El objeto de este poema no es aniquil

no es aniq

el objeto de este poema es denunciar un robo,
en curso, de todo
lo que no sea estas palabras
y su disposición en la página.

El objeto d e este poema es denunciar un robo,
   en curs o de todo lo que existe
que no sea e stas palabras
   y su d isposición en la página.

El objeto de ste poe es denunc un robo
    en urs e to o que existe
qu no sea e tas p labras
    y su disp sic ón en e la pág

3.
Marcar, cicatrizar, untar, vetear
correr, borronear, arrancar, raspar.

Es decir, “Pintura de acción”
el pintor llega a comportarse como el tiempo.

4.
La errata hería “pinchura”.

(Desgastar.)

5.
O representar el tiempo y pararse fuera
de su urgencia horizontal, por un instante
tener la sensación de estar parado fuera
de esa urgencia verdosa.

6.
Algún gesto vertical entonces, el modo en que la furia
o el deseo pueden hacer pedazos una vida,

alguna herida del color.

Gerhard Richter

Tłum. Mieczysław Godyń

Czas i materiały

Gerhard Richter: Abstrakte Bilder

1.
Nakładać warstwy,
jakby były ciągłością dni.

Padał śnieg; załatwiałem sprawy przy biurku;
Gęstniał biały tuman za oknem; na języku
czułem smak kleju z kopert.

Tego dnia słońce na czerwonych cegłach, nagie drzewa,
nic nie mąci lodowatego powietrza.

Tego dnia ruchoma plama koloru na siłowni
gdzie bijące z ciał ciepło
spotyka się z wodnistą, zimną powierzchnią szkła.

Zrobiłem curry, zrobiłem dobrze ukochanej, rozmawiałem
przez telefon z przyjaciółmi; ten, któremu
umarł brat, płakał i myślał na przemian,
jak ktoś, kto upada i się podnosi,
biegnie, upada i wstaje.

2.
Celem tego wiersza nie jest destruk

nie jest des

Celem tego wiersza jest doniesienie
o kradzieży, właśnie się dokonującej, wszystkiego,
co nie jest tymi słowami
i ich rozmieszczeniem na stronie.

Cele m t ego wiersza jest doniesienie
o kradzieży, właś nie si dok on ącej, wszystkiego,
co istnieje i nie jest ty mi słowami
i ich r ozmie szczeniem nas tronie.

Celem tego wie jest d sienie o krad
właśn do on cej kiego c istnie
i nie je tym s o wam
i ich roz nie m na t stro

3.
Naciąć, skaleczyć, rozmazać, musnąć,
zaplamić, rozmyć, wyżłobić, zdrapać.

„Malarstwo gestu”, malarstwo akcji
 – artysta może się zachowywać jak czas.

4.
Z błędem drukarskim
byłoby „artys może za wy ć
jak
(zetrzeć)

5
Albo tłumaczyć czas i stać poza
jego poziomym biegiem, przez moment
mieć uczucie wyjścia poza jego
zielonkawy nurt.

6.
I wtedy jakiś pionowy gest,
zbliżony do gniewu

czy pożądania, które mogą
rozedrzeć życie.

Jakaś rana koloru.

Time and materials

Gerhard Richter: Abstrakte Bilder

1
To make layers,
As if they were a steadiness of days:

It snowed; I did errands at a desk;
A white flurry out the window thickening; my tongue
Tasted of the glue on envelopes.

On this day sunlight on red brick, bare trees,
Nothing stirring in the icy air.

On this day a blur of color moving at the gym
Where the heat from bodies
Meets the watery, cold surface of the glass.

Made love, made curry, talked on the phone
To friends, the one whose brother died
Was crying and thinking alternately,
Like someone falling down and getting up
And running and falling and getting up.

2
The object of this poem is not to annihila

To not annih

The object of this poem is to report a theft,
In progress, of everything
That is not these words
And their disposition on the page.

The object o   f this poem is to report a theft,
            In progre   ss of everything that exists
That is not th   ese words
            And their d   isposition on the page.

The object     of his poe is t     repor a theft
           In rogres f ever hing at xists
Th is no ese w rds
           And their disp sit on o the pag

3
To score, to scar, to smear, to streak,
To smudge, to blur, to gouge, to scrape.

“Action painting,” i.e.,
The painter gets to behave like time.

4
The typo would be “paining.”

(To abrade.)

5
Or to render time and stand outside
The horizontal rush of it, for a moment
To have the sensation of standing outside
The greenish rush of it.

6
Some vertical gesture then, the way that anger
Or desire can rip a life apart,

Some wound of color.



Piedad Bonnett

1951 – , Colombia

Lección de supervivencia

Nada hay de bello en el pepino o carajo de mar.
Es, en verdad, un animal sin gracia
como su nombre.
En el fondo de los grandes océanos,
inmóvil, blando, amorfo,
permanece,
condenado a la arena,
y ajeno a la belleza que encima de su cuerpo
despliega el mar.
Se sabe que
cuando el pepino de mar huele la muerte
en el depredador que lo amenaza,
expele su intestino
y hasta el racimo entero de sus vísceras,
que sirven de alimento a su enemigo.
Y es que también nos puede hablar la poesía
desde lo horrible:
con un limpio ritual
huye el pepino de aquello que amenaza con
dañarlo.
Para sobrevivir queda vacío.
Liviano ya de sí y libre de otros
muda de ser.
Y poco a poco,
sus entrañas
 se recomponen.
Y vuelve a ser, en letargo de sal,
una entidad que vive a su manera.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Lekcja przetrwania

Nie ma nic pięknego w strzykwie.
Jest to w rzeczywistości stworzenie pozbawione wdzięku,
tak jak jego nazwa.
Na dnie ogromnych oceanów,
nieruchoma, miękka, amorficzna,
trwa,
skazana na piasek,
i nieczuła na piękno, które nad jego ciałem
rozpościera morze.
Wiadomo, że
gdy strzykwa wyczuwa śmierć
u drapieżnika, który jej zagraża,
wydala swoje jelito
i aż do ostatniej kropli swoich wnętrzności,
które służą za pokarm jego wrogowi.
Tak właśnie również z potworności może do nas przemówić poezja:
czysty rytuał, za pomocą którego
strzywa ucieka od tego, co jej grozi
uszczerbkiem.
Żeby przeżyć staje się pusta.
Lekka bez ciężaru samej siebie i wolna od innych
zmienia swoją istotę.
I powoli,
jej wnętrzności
ulegają odnowie.
I znów staje się, w letargu z soli,
stworzeniem, które żyje na swój własny sposób.

Fotogramas de la película Elena de Petra Costa (2012)

Michael Ondaatje

1943 – , Sri Lanka/Canadá

Trad. Ada Trzeciakowska

Blues de araña

Bueno, los hice reír, me gustaría hacerlos llorar.
David McFadden

Mi mujer tiene un olor por el que se decantan arañas.
De noche descienden por los caminos de saliva
directo a su cuerpo que sueña.
Magnetizados por el ritmo de su aliento,
dejan sus propias construcciones
o suculentos viajes a través de su cara y brazo.
Mis propias retorcidas pesadillas
caen acribilladas por sus chillidos.

Sobre las arañas.
Como una vez intenté tocar el piano
incapaz de mantener las dos manos
separadas en sus intentos,
Admiro a la araña, su control clásico,
sus ocho patas finas
tejiendo líneas con la savia de su abdomen.
Una especie de escritor, supongo.
Inventa un camino y recorre
el vacío que hubo allí,
deja su puente atrás,
vuelve la cabeza diciendo, ¿Jesús,
lo hice yo?
Y con su extremidad
penetra en regiones nuevas,
donde se halla el crudo de sentimientos.

Arañas como poetas se obsesionan con el poder.
Escriben su obra asesina que dormita
como estrellas en los rincones de habitaciones,
una boca para captar a la audiencia
débil, rota, enferma.

Y la araña se acerca a la mosca, dice,
Ámame, puedo matarte, ámame,
mi inteligencia es superior a la tuya,
ámame, te mato por la claridad que
llega cuando los caminos que construyo quedan hechos
ámame, mi cariño, mi antisocial.
Y la mosca dice, Oh no,
no, tus analogías son escurridizas
no, yo misma elijo con quién voy a morir
vosotros los poetas arañas sois todos iguales
en vuestra sofocante vanidad de crear,
pesados insignificantes, vuestra saliva brilla siempre
absorbiendo todo el líquido de nuestra atmósfera.
Y la araña en su aborrecimiento
crucifica sus víctimas con un escupitajo
convirtiéndolas en el arte que ella misma no puede ser.

Vamos. El final tiene que llegar.
                                     Bueno, chicos.
La pesadilla de mi mujer y mía.

Era una habitación blanca
y las arañas habían arrojado
sus andamios desde el suelo
hacia las cuatro paredes y el techo.
Se han superado a sí mismas esta vez.
Y por los caminos blancos
que sus ocho patas construyeron velozmente
se la llevaron -su cuerpo entero-
hacia el aire soñador tan delicadamente
que ella no se despertó ni gritó.
Qué escena. Tantas huellas,
la habitación era un cristal hecho añicos.
Todos aplaudían, todas las moscas.
Vinieron y se quedaron sin aliento, todas.
Todos lloraron sobrecogidos por la belleza
TODOS
excepto los arquitectos negros sumidos en su trabajo
y la dama encerrada en su sueño, en su título.

Tłum. Jerzy Jarniewicz

Pajęczy blues

Cóż, doprowadziłem ich do śmiechu, a chciałbym doprowadzić do płaczu.
 David McFadden

Za wonią mojej żony przepadają pająki.
Nocą schodzą po ścieżkach ze śliny
wprost do jej śniącego ciała.
Rytm jej oddechu je hipnotyzuje
a wtedy porzucają swoje konstrukcje
na rzecz intrygującej wędrówki po jej twarzy i ramieniu.
Moje kręte koszmary
padają pod śmiertelnym ciosem jej wrzasku.

Teraz o pająkach.
Ponieważ kiedyś próbowałem grać na pianinie
i nie umiałem pozwolić dłoniom
na odrębne ruchy,
podziwiam pająka, jego klasyczną budowę –
jego osiem wymuskanych odnóży
przędzie liny sokiem z odwłoku.
Pewnie jakiś pisarz.
Wymyśla ścieżkę i wędruje
przez pustkę, która tam była,
zostawia za sobą most,
spogląda wstecz i mówi, Jezu
czy to moje dzieło?
i swoją końcówką
wkręca się w nowe regiony,
gdzie czekają już surowce uczuć.

Pająki jak poeci mają obsesję władzy.
Piszą morderczą sztukę, która drzemie
jak gwiazdy w kącie pokoju,
to usta które mają schwytać widownię
słabą, załamaną, chorą.

A pająk podchodzi do muchy, mówi,
Kochaj mnie, mogę cię zabić, pokochaj mnie,
moja inteligencja oplotła cię pierścieniami,
pokochaj mnie, zabiję cię za jasność, która
nadchodzi, kiedy powstają drogi, które buduję
pokochaj mnie, typie aspołeczny, kochanie ty moje.
A mucha mówi, O nie
nie – twoje analogie budzą we mnie wątpliwości
nie – sama wybieram z kim chciałabym umrzeć
wy, poeci wśród pająków, jesteście wszyscy tacy sami
w waszej jasnej próżności tworzenia,
a ty jesteś tylko drobnym szkopułem, twoja ślina lśni zawsze jak gwiazda,
wchłania wodę z naszej atmosfery.
I pająk na znak pogardy krzyżuje swe ofiary w ślinie
zamieniając je w sztukę, którą sam się stać nie może.

No więc tak. Teraz koniec, który nas nie minie.
                                    W porządku, kochani.
Oto koszmar mój i mojej żony:

Był to duży biały pokój
a pająki wzniosły
rusztowanie z podłogi
ku czterem ścianom i sufitowi.
Przeszły same siebie tym razem.
Białymi ścieżkami, które
zbudowało w pośpiechu ich osiem odnóży,
zaniosły ją na górę – całe jej ciało –
na śniące powietrze, tak delikatnie
że nie zbudziła się, nie krzyknęła.
Co za scena. Tak wiele śladów,
pokój był stłuczoną szybą.
Wszyscy klaskali, wszystkie muchy.
Przybyły i zamarły.
Wszyscy z podziwem patrzyli na piękno
WSZYSCY
z wyjątkiem czarnych architektów zajętych swą pracą
i tej damy zamkniętej w ich śnie, w ich temacie.

Spider Blues

Well I made them laugh, I wish I could make them cry.
David McFadden

My wife has a smell that spiders go for.
At night they descend saliva roads
down to her dreaming body.
They are magnetized by her breath ‘ s rhythm,
leave their own constructions
or succulent travel across her face and shoulder. 
My own devious nightmares
are struck to death by her shrieks.

About the spiders.
Having once tried to play piano
and unable to keep both hands
aegregated in their intent
I admire the spider, his control classic,
his eight legs finicky,
making lines out of the juice in his abdomen.
A kind of writer I suppose.
He thinks a path and travels
the emptiness that was there
leaves his bridge behind
looking back saying Jeez
did I do that?
and uses his ending
to swivel to new regions
where the raw of feelings exist

Spiders like poets are obsessed with power.
They write their murderous art which sleeps
like stars in the corner of rooms,
a mouth to catch audiences
weak broken sick

And spider comes to fly, says
Love me I can kill you, love me
my intelligence has run rings about you
love me, I kill you for that clarity that
comes when roads I make are being made
love me, antisocial, lovely.
And fly says, O no,
no your analogies are slipping
no I choose who I die with
you spider poets are all the same
you in your close vanity of making,
you minor drag, your saliva stars always
soaking up the liquid from our atmosphere.
And the spider in his loathing
crucifies his victims in his spit
making them the art he cannot be.

So. The ending we must arrive at.
                                    ok folks.
Nightmare for my wife and me:

It was a large white room
and the spiders had thrown
their scaffolds off the floor
onto four walls and the ceiling.
They have surpassed themselves this time.
And with the white roads
their eight legs built with speed
they carried her up–her whole body
into the dreaming air so gently
she did not wake or scream.
What a scene. So many trails
the room was a shattered pane of glass.
Everybody clapped, all the flies.
They came and gasped, all.
Everybody cried at the beauty
ALL
except the working black architects
and the lady locked in their dream their theme.

Stanisław Lem

1921-2006, Polonia

* En uno de sus relatos más originales (con influencias atípicas de novela gótica, y fantasy dado que la historia transcurre en mundo pseudo-feudal) Lem reflexiona sobre el libre albedrío de un robot asesino.

Trad. Joanna Orzechowska

Máscara (frg.)

En el principio era la oscuridad, oscuridad y unas llamas frías, gélidas, y también el prolongado estrépito de largas hileras de chispas, unos brazos engrasados, formados por varios elementos, que me transferían más allá y unas serpientes metálicas que, al reptar, me rozaban con sus planas cabezas, provocándome sus hocicos un rápido y agudo escalofrío, próximo al placer.

A través de unas lentes redondas, me traspasó una mirada sumamente profunda, inmóvil, que, no obstante, se alejaba de mí gradualmente, o quizás era yo quien se movía, adentrándome en el círculo de la siguiente mirada, que despertó en mí un leve entumecimiento, a la par que respeto y miedo. Durante un tiempo indeterminado, avancé boca arriba y, conforme progresaba de aquella forma, yo fui explorando mis propios límites. Aunque había comenzado a reconocerme, no acerté a precisar cuándo logré abarcar con exactitud mis contornos e identificar dónde mi propio yo terminaba. Allí comenzaba el mundo, resonante, fogoso, oscuro… Después, el ruido cesó y las finas extremidades de insecto —las que antes me habían ido pasando entre sí, elevándome y trasladándome con ligereza hasta unos puños con tenazas que me acercaban a unos labios planos rodeados de chispas— desaparecieron y seguí yaciendo —aún inerte, pero ya capaz de ejecutar mi propio movimiento, y plenamente consciente de que aquel no era el momento adecuado para ello— e inclinada en esa posición, sintiendo frío —pues me encontraba entonces en un plano inclinado—, una última corriente, un viático sin aliento, como un beso tembloroso, me comprimió: aquella era la señal para levantarme y adentrarme reptando en un agujero redondo, sin luz y, ya sin prisa, palpé las frías, lisas y cóncavas baldosas para dejarme caer y descansar sobre ellas. Sentí un profundo alivio. Pero quizás solo fue un sueño.

No recuerdo nada del despertar. Sin embargo, me vienen a la mente unos incomprensibles susurros en mitad de la gélida penumbra circundante: el mundo se abrió ante mí gracias a un ancho haz de luz que brillaba, roto en mil colores. Recuerdo, también, asombrarme cuando me moví para atravesar el umbral. Los fuertes destellos se deslizaban sobre una colorida confusión de troncos verticales, y veía sus esferas dirigirse hacia mí con botones que refulgían acuosos. El bullicio generalizado cesó y, en el silencio que reinó después, me atreví a dar otro pequeño paso. Entonces, mediante un sonido apenas audible, como si en mi interior se quebrase una cuerda finísima, noté cómo me llegaba el sexo tan bruscamente que acabé mareada y tuve que cerrar los párpados. Y mientras permanecía así, con los ojos cerrados, desde todas partes me llegaron las palabras, ya que junto con el sexo se introdujo en mí el lenguaje.

Fotogramas de Ex Machina de Alex Garland

Maska

Na początku była ciemność i zimne płomienie, i huk przeciągły, a w długich sznurach iskier czarno osmalone haki wieloczłonkowe, które podawały mnie dalej, i pełza­jące metalowe węże, co dotykały mię ryjkowato spłaszczo­nymi łbami, a każde takie dotknięcie budziło dreszcz bły­skawiczny, ostry i rozkoszny prawie.

Zza szkieł okrągłych patrzał we mnie wzrok niezmier­nie głęboki, nieruchomy i oddalał sią, ale to chybam ja się przesuwało dalej i wchodziło w krąg następnego spojrzenia, budzącego drętwotę, szacunek i lęk. Ta wędrówka moja na wznak trwała czas niewiadomy, a w miarę jej postępów powiększałom się i rozpoznawałom siebie, doświadczając własnych granic i nie potrafię wyjawić, kiedym mogło już dokładnie ogarnąć własny kształt, rozpoznać każde miej­sce, gdziem ustawało. Tam się świat zaczynał, huczący, pło­mienny, ciemny, a potem ustał ruch i cienkie trzpienie stawonogie, co podawały mię sobie, unosiły lekko w górę, od­dawały cęgowym garściom, podsuwały płaskim ustom w otoku iskier, znikły, i leżałom jeszcze bezwładne, choć zdolne już do własnego ruchu, lecz w pełni wiadomości, że jeszcze nie czas i w tym zmartwiałym przechyle — bom spoczywało wtedy na skośnej równi — ostatni prąd, wiatyk bez tchu, pocałunek rozedrgany sprężył mnie i to był znak, żeby zerwać się i wpełznąć w okrągły otwór bezświetlny i już bez wszelkiego przynaglania dotknęłom zimnych, gładkich, wklęsłych płyt, aby spocząć na nich z kamienną ulgą. Lecz może był to sen.

O przebudzeniu nic nie wiem. Szelesty niezrozumiałe pamiętam i półmrok chłodny i siebie w nim, świat otworzył mi się światłem szerokim, połyskliwością rozbitą w barwy, i to jeszcze, jak wiele zdumienia było w mym ruchu, gdym przekraczało próg. Silne blaski spływały z góry na barwny zamęt pionowych kadłubów, widziałom ich kule, obracające ku mnie lśniące wodą guziki, powszechny gwar zamarł i w powstałej ciszy uczyniłom jeszcze jeden mały krok. Wtedy z nieposłyszanym, odczutym tylko dźwiękiem cieniutkiej struny, co pękła we mnie, uczułam napływ płci tak gwałtowny, że chwycił mnie zawrót głowy i przymknę­łam powieki. A gdy stałam tak, z zamkniętymi oczami, do­biegły mnie ze wszech stron słowa, bo razem z płcią wszedł we mnie język.

Adaptación del relato por los hermanos Quay

Transl. Michael Kandel

The mask

 In the beginning there was darkness and cold flame and lingering thunder, and, in long strings of sparks, char-black hooks, segmented hooks, which passed me on, and creeping metal snakes that touched the thing that was me with their snoutlike flattened heads, and each such touch brought on a lightning tremor, sharp, almost pleasurable.   

From behind round windows eyes watched me, immeasurably deep eyes, unmoving, and they receded, but perhaps it was I who was moving on, entering the next circle of observation, which inspired lethargy, respect and dread. This journey of mine on my back lasted an indeterminate time, and as it progressed the it that was I increased and came to know itself, discovering its own limits, and I cannot say just when I was able to grasp its own form fully, to take cognizance of every place where I left off. There the world began, thundering, flaming, dark, and then the motion ceased and the delicate flitting of articulated limbs, which handed the me to me, lifted lightly up, relinquished that me to pincer hands, offered it to flat mouths in a rim of sparks, disappeared, and the it that was myself lay still inert, though capable now of its own motion yet in full awareness that my time had not come, and in this numb incline—for I, it, rested then on a slanting plane—the final flow of current, breathless last rites, a quivering kiss tautened the me and that was the signal to spring up and crawl into the round opening without light, and needing no urging now I touched the cold, smooth, concave plates, to rest on them with stone relief. But perhaps all that was a dream.   

Of waking I know nothing. I remember incomprehensible rustlings and a cool dimness and myself inside, the world opened up before it in a panorama of glitter, broken into colors, and I remember also how much wonder there was in my movement when it crossed the threshold. Strong light beat from above on the colored confusion of vertical trunks, I saw their globes, which turned in its direction tiny buttons bright with water, the general murmur died down and in the ensuing silence the thing that was myself took yet another step.    And then, with a sound not heard but sensed, a tenuous string snapped within me and I, a she now, felt the rush of gender so violent, that her head spun and I shut my eyes. And as I stood thus, with eyes closed, words came to me from every side, for along with gender she had received language.

The complete text

Federico Fellini

1920-1993, Italia

8½*

*Guion escrito por F. Fellini, Ennio Flaiano, Tullio Pinelli

Mejor dejarlo ir y esparcir sal sobre la tierra. Como hacían los antiguos para purificar los campos de batalla. En el fondo lo único que necesitamos es un poco de higiene, de limpieza, de desinfección. Estamos ahogados por palabras, imágenes, sonidos que no tienen razón de ser que vienen del vacío y van al vacío. A cualquier artista que se precie sólo habría que pedirle este acto de lealtad. Aprender a estar en silencio. ¿Recuerda el homenaje de Mallarmé a la página en blanco? Y Rimbaud, poeta, amigo mío, no director cinematográfico. ¿Sabe cuál fue su poesía más fina? Su renuncia a seguir escribiendo, su retiro en África. Si no podemos tenerlo todo, la nada es la verdadera perfección. Perdóneme por tanta cita célebre. Pero los críticos hacemos lo que podemos. Nuestra verdadera misión es barrer los miles de abortos que todos los días, obscenamente, intentan venir al mundo. Y Ud. se atrevió a dejar tras sí una película entera. Como un cojo que deja detrás una huella deforme. Qué monstruosa presunción creer que otros puedan beneficiarse con el escuálido catálogo de sus errores. ¿Qué puede importarle si se benefician uniendo los fragmentos de su vida? ¿Sus recuerdos vagos, los rostros de las personas que Ud. nunca pudo amar?

Fotogramas de la película

8½*

*utorzy scenariusza: F.Fellini, Ennio Flaiano, Tullio Pinelli

Lepiej odejść i posypać ziemię solą, jak robili starożytni, żeby oczyścić pola bitew. W końcu potrzebujemy jakiejś higieny, czystości, dezynfekcji. Jesteśmy stłamszeni obrazami, słowami i dźwiękami, które nie miały prawa zaistnieć, pustymi i pochodzącymi z pustki.  Od każdego, kto wart jest miana artysty, nie wymagajmy niczego, poza aktem jego wiary nauczenia się milczeć. Pamiętasz hołd Mallarme’a dla pustej kartki?  A Rimbaud, poeta, mój drogi, a nie reżyser filmowy. Co było jego największym dziełem?  Jesteśmy gotowi zacząć.  Jego porzucenie pisania i wyjazd do Afryki.  Jeśli nie możemy mieć wszystkiego, to prawdziwą perfekcją jest nicość. Wybacz mi to całe cytowanie. Ale my, krytycy… robimy, co umiemy.  Naszą prawdziwą misją jest sprzątanie tysięcy pomyłek, które codziennie próbują ohydnie ujrzeć światło dzienne. A ty pozostawiłbyś po sobie cały film, jak kaleka pozostawia za sobą ślad swojej kalekiej stopy.  Co za potworna zarozumiałość, myśleć, że inni mogliby skorzystać na nędznym katalogu twoich pomyłek! A jaki byłby pożytek z połączenia ze sobą poszarpanych kawałków twojego życia? Twoje niejasne wspomnienia, twarze ludzi, których nigdy nie umiałeś pokochać…