Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. F. J. Uriz

Bálticos V

30 de julio. La ensenada ha devenido excéntrica –por primera vez en años hoy las medusas bullen en el mar, avanzan hinchándose lenta y considerablemente, pertenecen a la misma compañía naviera: AURELIA, andan sin rumbo como flores después de un entierro en el mar, si se las saca del agua pierden completamente su forma, como cuando se arranca del silencio una verdad indescriptible y se formula convirtiéndola en gelatina muerta, sí, son intraducibles, tienen que permanecer en su elemento.

2 de agosto. Algo quiere ser dicho pero las palabras se niegan.
Algo que no puede decirse,
afasia,
no hay palabras, pero tal vez sí un estilo…
 
A veces uno se despierta por la noche
y garabatea rápido unas palabras
en el papel que más a mano tiene, en el margen de un periódico
(¡las palabras irradian significado!)
pero por la mañana: esas mismas palabras ya no dicen nada, garabatos, lapsus                     linguae.
¿O fragmentos del gran estilo nocturno que pasó de largo?
 
La música le llega a un hombre, es compositor, se interpretan sus obras, hace carrera,        llega a ser director del conservatorio.
Cambia la situación, las autoridades lo condenan.
Nombran como fiscal a su alumno K***.
Es amenazado, degradado, relegado.
Pasan algunos años y su desgracia va cediendo, es rehabilitado.
Llega entonces el derrame cerebral: parálisis en el lado derecho con afasia, solo              entiende frases cortas, dice palabras equivocadas.
Por consiguiente no le afectan ni honores ni condenas.
Pero la música sigue en él, continúa componiendo en su propio estilo,
se convierte en una sensación médica el tiempo que le queda por vivir.
 
Puso música a textos que ya no entendía–
de la misma manera
expresamos algo con nuestras vidas
en el coro que tararea los lapsus linguae.
Las conferencias sobre la muerte duraron varios trimestres. Yo asistía junto con              compañeros que no conocía
(¿quiénes sois?)
–después cada uno se iba a lo suyo, perfiles.
 
Miré hacia el cielo y hacia la tierra y de frente
y desde entonces estoy escribiendo una larga carta a los muertos
en una máquina de escribir que no tiene cinta sino una estría en el horizonte,
así que las palabras repiquetean en vano y no queda nada grabado.
 
Estoy con la mano en el picaporte de la puerta, le tomo el pulso a la casa.
Las paredes están tan llenas de vida
(los niños no se atreven a dormir solos en el cuartito de arriba –lo que a mí me da              tranquilidad a ellos los intranquiliza).
 
3 de agosto. Allí fuera en la hierba húmeda
se arrastra un saludo de la Edad Media: el caracol de Borgoña,
un caracol que resplandece sutilmente, en su gris amarillento, con su casa a cuestas,
trasplantado por monjes que gustaban de escargots– sí, aquí hubo franciscanos,
abrieron canteras y quemaron piedra caliza, la isla fue suya en 1288, donación del rey              Magnus
(«Esas limosnas y otras parecidas / lo esperarán en el reino de los cielos»),
cayeron los bosques, ardían los hornos, la cal navegaba rumbo a los conventos en              construcción…
El hermano caracol
está casi inmóvil en la hierba, sus tentáculos se retraen
y se desarrollan, perturbaciones y dudas…
¡Cómo se parece a mí en mi búsqueda!
 
El viento que ha soplado con tanta meticulosidad todo el día
–en los arrecifes más lejanos están contadas todas las briznas de hierba–
ha amainado en el interior de la isla. La llama de la cerilla se yergue vertical.
La pintura marina y la pintura del bosque oscurecen juntas.
También el follaje de los árboles de cinco pisos se vuelve negro.
«Cada verano es el último». Palabras vacías, sin sentido
para los seres que viven en la media noche de finales de verano
cuando los grillos cosen a máquina como desesperados
y el Báltico está cerca
y el solitario grifo de agua se levanta entre el rosal silvestre
como una estatua ecuestre. El agua sabe a hierro.

Fotogramas de Como en un espejo/ Jak w zwierciadle / Såsom i en spegel (1961) de Ingmar Bergman

Tłum. Leonard Neuger

morza bałtyckie v

30 lipca. Zatoka zrobiła się ekscentryczna — dzisiaj zaroiło się od meduz po raz pierwszy od lat. Pompują się w przód spokojnie i litościwie, należą do tego samego armatora: AURELIA, dryfują jak kwiaty po pogrzebie morza; gdy je wyjąć z wody znika cały ich kształt jak nieopisana prawda wyciągnięta z ciszy i przeformułowana w martwą galaretkę. No tak, są nieprzekładalne. Muszą pozostać w swoim żywiole.

2 sierpnia. Coś chce się wypowiedzieć lecz słowa nie zgadzają się na to.
Coś czego nie da się powiedzieć
afasia
nie ma słów ale być może styl…
 
Bywa że człowiek budzi się nocą
i rzuca szybko kilka słów
na pierwszą lepszą kartkę, na margines gazety
(słowa tryskają sensem!)
lecz rankiem: te same słowa nie mówią już nic. Gryzmoły. Przejęzyczenia.
A może fragmenty wielkiego nocnego stylu który obok przeciągał?
 
Muzyka przychodzi do człowieka. Jest kompozytorem, grają go, robi karierę, zostaje              szefem konserwatorium.
Koniunktura się zmienia. Zostaje wyklęty przez władze.
Na głównego oskarżyciela powołuje się jego ucznia Ch***.
Grożą mu, degradują, zsyłają.
Po kilku latach mija niełaska łagodnieje. Zostaje przywrócony.
 
I wtedy przychodzi wylew: paraliż prawostronny z afazją. Pojmuje tylko krótkie frazy. Przekręca słowa.
Jest więc nieosiągalny dla awansów i potępień.
Lecz muzyka pozostała. Wciąż komponuje we własnym stylu,
staje się sensacją medyczną w tym czasie, który mu jeszcze pozostał do życia.
 
Pisał muzykę do tekstów, których już nie rozumiał —
w identyczny sposób
wyrażamy coś naszym życiem
w nucącym chórze przejęzyczeń.
Wykłady śmierci trwały wiele semestrów. Byłem obecny wraz z kolegami, których nie             znałem
(cóż z was za jedni?)
— potem każdy powrócił do swego. Profile.
 
Spoglądałem w niebo i w ziemię i na wprost
i od tamtej pory piszę długi list do umarłych
na maszynie nie posiadającej barwnej taśmy tylko pasek horyzontu
więc słowa na próżno łomoczą i nic nie pozostaje.
 
Stoję z ręką na klamce. Mierzę domowi puls.
Ściany mają w sobie tyle życia
(dzieci boją się same spać w izbie na piętrze — to co mnie daje poczucie             bezpieczeństwa, wzbudza w nich niepokój).
 
3 sierpnia. Na dworze w wilgotnej trawie
pełza pozdrowienie ze średniowiecza: winniczek
delikatny błyszczący żółtoszaro ślimak z dachem na kotwicy
wyhodowany przez mnichów, którzy lubili escatgots — tak, franciszkanie tu byli
wydobywali kamień i palili wapno, wyspa weszła w ich posiadanie w 1288 roku z             nadania króla Magnusa
(„Tito jełmożny jako też ine togo rodzayu / tenraz ji potykayą w niebyeskim rayu”)
las padał, piece płonęły, wapno spławiano do zabudowań klasztornych…
Brat ślimak
stoi prawie nieruchomo w trawie, wystawia i chowa
rożki. Zakłócenia i wahanie…
Jakże on przypomina mnie w moim poszukiwaniu!
 
Wiatr który tak starannie wiał cały dzień
— na najdalszych szkierach wszyściutkie źdźbła są policzone —
spoczął spokojnie gdzieś na wyspie. Płomień zapałki prosto świeci.
Obraz marynistyczny i obraz sylwiczny razem ciemnieją.
Czernieje też zieleń pięciopiętrowych drzew.
„Każde lato jest ostatnim”. To puste określenia
tych stworzeń nocy letniej,
gdy świerszcze szyją na maszynie jak najęte
i Morze Bałtyckie jest blisko
i samotna studnia wznosi się pośród krzewów dzikiej róży
jak posąg jeźdźca. Woda ma smak żelaza.
 

Transl. Robin Fulton

Baltics V

July 30th. The strait has become eccentric – swarming with jellyfish today for the first time in years, they pump themselves forward calmly and patiently, they belong to the same lint: Aurelia, they drift like flowers after a sea-burial, if you take them out of the water all their form vanishes, as when an indescribable truth is lifted out of silence and formulated to an inert mass, but they are untranslatable, they must stay in their own element.  
 
August 2nd. Something wants to be said but the words don’t agree.
Something which can’t be said,
aphasia,  
there are no words but perhaps a style…
 
You can wake up in the small hours
jot down a few words   
on the nearest paper, a newsprint margin
(the words radiate meaning!)
but in the morning: the same words now say nothing, scrawls, slips-of-the-tongue.
Or fragments of the high nocturnal style that drew past?
 
Music comes to a man, he’s a composer, he’s played, makes a career, becomes                         Conservatory Director.
The climate changes, he’s condemned by the authorities.
His pupil K. is set up as prosecutor.
He’s threatened, degraded, removed.
After a few years the disgrace lessens, he’s rehabilitated.
Then, cerebral haemorrhage: paralysis on the right side with aphasia, can grasp only             short phrases, says the wrong words.
Beyond the reach of eulogy or execration.
But the music’s left, he goes on composing in his own style,
for the rest of his days he becomes a medical sensation.
 
He wrote music to texts he no longer understood –
in the same way
we express something through our lives
in the humming chorus full of mistaken words.
 
The death-lectures went on for several terms. I attended
together with people I didn’t know
(who are you?)
– then each went his own way, profiles.
 
I looked at the sky and at the earth and straight ahead
and since then I’ve been writing a long letter to the dead
on a typewriter with no ribbon just a horizon line
so the words knock in vain and nothing sticks.
 
I pause with my hand on the door-handle, take the pulse of the house.
The walls are so full of life
(the children don’t dare to sleep alone in the little room upstairs – what makes me             safe makes them uneasy).
 
August 3rd. Out there in the damp grass
a greeting shuffles from the Middle Ages, the Edible Snail,
subtle gleaming grey-and-yellow, with his house aslant,
introduced by monks who liked their escargots – the Franciscans were here,  
broke stone and burned lime, the island became theirs in 1288, a gift of King Magnus
(‘Almes fordoth all wykkednes / And quenchyth synne and makyth hyt les’)  
the forest fell, the ovens burned, the lime was shipped in for the building of the                         monastery…  
                            Sister snail
almost motionless in the grass, the antennae are sucked in
and rolled out, disturbances and hesitation…
How like myself in my searching!  
 
The wind that’s been blowing carefully all day
– the blades of grass on the outer skerries are all counted –
has lain down peacefully at the heart of the island. The match-flame stands straight.  
The sea-painting and the forest-painting darken together.
The foliage on the five-storey trees turns black.
‘Each summer is the last.’ Empty words
for the creatures in the late summer midnight
where the crickets whirr their sewing-machines frantically
and the Baltic is close
and the lonely water-tap rises among the wild roses
like the statue of a horseman. The water tastes of iron.

Jacek Kaczmarski

1957-2004, Polonia

Stalker

Trad. Ada Trzeciakowska

¿Quién jamás a bordo de un barco habrá naufragado?
¿Quién se atreverá a negar sus propios defectos?
¿Y quién por un pájaro cegado no se ha desviado?
¿A quién no le ha guiado un perro de solitario aspecto?

Sin embargo, aún nos atrae el terreno cercado,
Cercado no sin objetivo -deseamos creer-
Mas no nosotros en la Zona -nos la han quitado-
Con el paso propio e inseguro la hemos de recorrer
Hasta que la amargura cubra el anhelo derrotado.

Por ello, pese a las alambradas, de vigía torres
Allí ansiamos llegar, donde nos han prohibido pasar
Poseer aquellos misterios patéticos e inútiles
Con tal de arder una vez más con la fiebre de nostalgia
Antes de que un soplo haga caer cabezas vacilantes.

¿Quién jamás a bordo de un barco habrá naufragado?
¿Quién se atreverá a negar sus propios defectos?
¿Y quién por un pájaro cegado no se ha desviado?
¿A quién no le habrá guiado un perro de solitario aspecto?

Camino de rodeo puede resultar engañoso,
Y ese Stalker que nos lleva un embustero codicioso,
Mas es mejor que morir entre calcio en trinchera
En el umbral de los aproches e invisible frontera,
Entre los bostezos de un soldado, casi sentenciado.

El camino lleva por los valles antaño inundados;
Debajo del agua susurra ilegible argot del tiempo:
Senda encima de fusiles, iconos y manuscritos
Sobre los que el remo traza un ruido apocalíptico;
Y no nos lamentan -ni a los viejos- lloran a los hijos.

¿Entonces la verdad por encontrar -un cuarto vacío
Donde teléfonos apagados suenan de repente-?
¿Serpentinas de sangre sincera fluyendo en arroyos,
Una rabia sorda contra el firmamento indiferente
Y la magia de las palabras contra el maleficio?

¿Entonces esa verdad por encontrar – mesa de piedra
De la que se precipita el objeto de rezos intacto?
¿Entre el estrépito de las ruedas aria de Beethoven?
¿Aguas profundas y por encima del insondable abismo
suspendida, mirándose en el espacio nuestra cara?

¿A quién el hado balsas salvavidas le ha negado?
¿A quién -de los lisiados- salud no ha sido devuelta?
Cuando el pájaro ciego rastro ha reencontrado
Y el perro solitario se ha tumbado en la puerta.

Kogóż to z nas tonący nie wiózł wrak?
Któż z nas zaprzeczyć może że ułomny?
Kogóż nie łudził oślepiony ptak?
Kogóż w bezludzie nie wiódł pies bezdomny?

A przecież wciąż przyciąga strefa ogrodzona
I ogrodzona nie bez celu – chcemy wierzyć
To nie my w Zonie, to nam odebrana Zona
Nam ją niepewnym, ale własnym krokiem mierzyć
Póki nadziei gorycz wreszcie nie pokona.

Dlatego, mimo druty, wieże i strażnice
Tam chcemy dotrzeć, gdzie nam dotrzeć zabroniono
Bezużyteczne, śmieszne posiąść tajemnice
Byleby jeszcze raz gorączką tęsknot płonąć
Nim podmuch jakiś strzepnie chwiejne potylice.

Kogóż to z nas tonący nie wiózł wrak?
Któż z nas zaprzeczyć może że ułomny?
Kogóż nie łudził oślepiony ptak?
Kogóż w bezludzie nie wiódł pies bezdomny?

Droga okrężna może być i oszukańcza,
Może nas wiedzie szalbierz chciwy paru groszy,
Lecz lepsze to, niż śmierć na wapniejących szańcach
U progu granic niewidzialnych i aproszy,
Gdzie ziewa żołnierz tak podobny do skazańca.

Po zatopionych dawno droga to dolinach;
Pod płytką wodą nieczytelne czasu grypsy:
Szlak po ikonach, rękopisach, karabinach
Nad którym wiosło kreśli plusk Apokalipsy;
Nie po nas płacz – i nie po przodkach – płacz po synach.

Więc prawda, którą znaleźć nam to pusty pokój
Gdzie nagle dzwonią wyłączone telefony?
Serdeczna krew snująca w martwym się potoku,
Bezsilny gniew na obojętność Nieboskłonu
I magia słów, co chronić ma od złych uroków?

Więc prawda, którą znaleźć nam to stół z kamienia,
Z którego przedmiot modłów spadł nietknięty dłonią?
W stukocie kół transportu – Aria Beethovena?
Bezdenna toń, a nad bezdenną tonią
Twarz własna co przegląda się w przestrzeniach?

Z tonących – komu los nie zesłał tratw?
Z ułomnych – zdrowia nie przywrócił komu?
Gdy oślepiony ptak odnalazł ślad
I pies bezdomny siadł na progu domu.

Stalker

Transl. by Jadwiga Smulko and Ryszard P. Kostecki

Who of us has never travelled by a drowning wreck?
Who amongst us dares to contradict he is flawed?
Who of us has never been by a blinded bird misled?
Who has never been led into wasteland by a stray dog?

And yet, we are enthralled by the fenced area
Which is excluded for a purpose – we want to believe
It’s not us within it – it’s taken from us – the Zone
It is for us to pace it, with our own gait, be it unfirm
Until all hope, defeated by bitterness, is out – gone

Thus, in spite of wires, guards’ posts and watchtowers
We long to go where going is forbidden
To possess useless, ridiculous mysteries’ koan
If only we could burn with longing fever once again
Before a sudden blast flicks off the occipital bone

The way might be misleading and roundabout
Our guide might be a swindler, craving to make a dime
But better this, than death on calcifying ramparts’ dawns
At the trenches and invisible borders’ lines
Where – so resembling a convict – soldier yawns

The path leads through the inundated glens of ages gone
Under the shallow waters – illegible kites of times past
A trail over the icons, the manuscripts, and guns
Above which the paddle draws Apocalypse’s splash
The wail is not for us, nor the ancestors – but for sons

Is then the truth for us to find – an empty room
With switched-off phones, that suddenly start to ring?
The dearest blood, that slowly flows in lifeless brook
A forceless wrath against indifferent Firmament
And the spell of words to save from bad bewitchments’ hook?

Is then the truth for us to find – a table of stone
From which the object of the prayers fell, untouched by hand?
In transport’s wheels clatter – Beethoven’s aria blazes?
Bottomless abyss, and – above it, suspended –
One’s own face, watching itself in spaces

Of the drowning – whom fortune did not send a raft?
Of the flawed – whom it had ever failed to heal?
When the blinded bird has finally found the right track
And the stray dog has at last sat at the doorsill