George Szirtes

1948 – , Hungría/Reino Unido

Trad. Ada Trzeciakowska

Petersen: Kleichen y un hombre

He visto la eternidad y es justo así:
un hombre y una mujer bailan en el bar
en una calle miserable en un suelo sin barrer.

Todo se adhiere y trama y desespera,
a un punto entre la violencia y la abyección,
entre la calidez y agorafóbico miedo.

Déjame invertirlo y aceptar el miedo.
Déjame refutar las objeciones a la abyección,
pues la vida misma desespera

y tiene que pisar el suelo sin barrer
con cuidado y amor, mientras que el bar
flota suspendido en la eternidad. Justo así.

Serie de Anders Petersen. Kleinchen and Rose with Mona, Café Lehmitz. 1970

Situado en el barrio rojo de Hamburgo, el Café Lehmitz era un lugar de encuentro de prostitutas, proxenetas, travestis, matones y delincuentes. Anders Petersen (Estocolmo, 1944) tenía dieciocho años cuando llegó a Hamburgo y encontró el Café Lehmitz casi por azar. En él trabó amistades que le marcarían durante mucho tiempo. En 1968 regresó al Lehmitz, conoció a nuevos clientes, entabló contactos y comenzó a hacer fotografías. Estas imágenes, publicadas por primera vez en 1978, se han convertido desde entonces en clásicas de su género. Turbadoras en su franqueza y autenticidad, desprovistas de voyerismo y falsa compasión, las imágenes de Petersen evocan la mirada de Brassaï. El Café Lehmitz ya no existe, pero ese mundo distinto, ese entorno considerado asocial, revela aquí toda su cohesión y su dignida . (Texto editorial)

Tłum. Ada Trzeciakowska

Petersen: Kleichen i Mężczyzna

Widziałem wieczność i wygląda tak:
mężczyzna i kobieta tańczą, w tle bar,
na biednej ulicy, na brudnej podłodze.

Wszystko się tam klei i knuje zrozpaczone,
gdzieś na styku przemocy i wstrętu,
między ciepłem a agorafobicznym lękiem.

Pozwól, że to obrócę i pogodzę się z lękiem.
Pozwól, że pozbędę się oporów wobec wstrętu,
skoro samo życie jest zrozpaczone,

i musi stąpać po brudnej podłodze
ostrożnie i czule, podczas gdy bar
unosi się w wieczności. Właśnie tak.

Petersen: Kleichen and a Man 

I have seen eternity and it is like this,
a man and woman dancing in a bar
in a poor street on an unswept floor.

It clings and plots and is desperate,
at a point between violence and abjection,
between warmth and agoraphobic fear.

Let me reverse this and accept the fear.
Let me drop all objections to abjection,
since life itself  is desperate

and has to tread the unswept floor
carefully, lovingly, while the bar
hovers in eternity. Like this.

Gonzalo Rojas

1916-2011, Chile

RÉQUIEM DE LA MARIPOSA MUERTA

Sucio fue el día de la mariposa muerta.
                                                                    Acerquémonos
a besar la hermosura reventada y sagrada de sus pétalos
que iban volando libres, y esto es decirlo todo, cuando
sopló la Arruga, y nada
sino ese precipicio que de golpe,
y únicamente nada.

Guárdela el pavimento salobre si la puede
guardar, entre el aceite y el aullido
de la rueda mortal.
                                   O esto es un juego
que se parece a otro cuando nos echan tierra.
Porque también la Arruga…

O no la guarde nadie. O no nos guarde
larva, y salgamos dónde por último del miedo:
a ver qué pasa, hermosa.
                                             Tú que aún duermes ahí
en el lujo de tanta belleza, dinos cómo
o, por lo menos, cuándo.

De Réquiem de la mariposa (2001)

Collage propio

Tłum. Ada Trzeciakowska

Requiem dla martwego motyla

Brudny był dzień martwego motyla.
                                                                 Podejdźmy
by ucałować stłamszone i święte piękno jego płatków,
które unosiły się wolne, a to tyle co powiedzieć wszystko, kiedy
zdmuchnęła go Zmarszczka, i nic
ponad tą przepaścią, która nagle,
i wyłącznie nic.

Oszczędź jej słonawego chodnika, jeśli możesz
ocal go od oleju i skowytu
śmiertelnego koła.
                                  Czy to jest zabawa
przypominająca inną, gdy chowają nas.
Bo i Zmarszczka…

Albo niech go nikt nie ocala. Albo zachowaj dla nas
larwę, i otrząśnijmy się jak? w końcu ze strachu:
zobaczmy, co się stanie, piękności.
                                                              Ty, który wciąż śpisz tam
w luksusie nieopisanego piękna, powiedz nam jak?
lub, przynajmniej, kiedy?

José Watanabe

1946-2007, Perú

EI MITO QUE YA NO

Los esquiladores imponen su fuerza sobre las ovejas,
las maniatan
y con una tijera les quitan su candorosa metáfora
                                              de nube.
Y las ovejas súbitamente magras y desgarbadas
              se arraciman
avergonzadas
muy avergonzadas
y ahora el pescuezo deja ver el triste tragar.

Mas aquí el tiempo torna. El mito dice
que el tiempo taladra una espiral en la piedra
               y allí duerme
                  y despertará
y vendrá
               y el vellón de la oveja se habrá renovado
                                            y la metáfora.

Pienso en lo que a mí me rodea:
nada tiene regeneraciones estacionales.
Para entrar en el mito del eterno retorno primero hay que morir.
No tengo mitos inmediatos.
                                       Era ella y ya no:
el tiempo bajó de su fino rostro a sus finos pies
                                        y le empellejó todas sus
                                        metáforas.

Fragmento de La Adoración del Cordero Místico (1432) de Hubert y Jan van Eyck

Tłum. Ada Trzeciakowska

MIT, KTÓRY JUŻ NIE

Strzygacze siłą narzucają owcom swoją wolę,
wiążą je
i nożyczkami odbierają im naiwną metaforę
                                           chmury.
A owce nagle chude i pozbawione wdzięku
               zbijają się w kiście
zawstydzone
bardzo zawstydzone
a ich szyja pozwala dostrzec smutne przełykanie.

Ale tu czas zawraca. Mit mówi, że
że czas wierci spiralę w kamieniu
            tam śpi
              i obudzi się
i nadejdzie
            a runo owiec zostanie odnowione
                                           i metafora również.

Myślę o tym, co mnie otacza:
nic istnieje sezonowe odradzanie.
Aby wniknąć w mit wiecznego powrotu, trzeba najpierw umrzeć.
Nie istnieją bliskie mi mity.
                                           Ona nim była i już więcej nie:
czas opadł z jej drobnej twarzy do jej drobnych stóp
                                           i powlekł skórą wszystkie jej
                                           metafory. 


Adam Zagajewski

1945 – 2021 , Polonia

IN MEMORIAM

*Somos pasto del tiempo, cada día nos estamos ejercitando en el arte de perder lo que más amamos (como lo cuenta E. Bishop con cierta dosis de ironía). No hay día en el que el horizonte no se oscurezca por las sombras de las guerras, las desgracias, las catástrofes naturales, enfermedad, la presión social que nos oprime. Esta es la realidad más contigua, el mundo donde trata de sobrevivir un ser contemporáneo sometido a una crisis continua. El poeta polaco Adam Zagajewski, lo describe como mundo herido, mutilado. Sin embargo, trascender nos lleva a descubrir que tampoco el ángel, criatura limítrofe y fronteriza, nos oye. Trascender, por tanto, tampoco trae alivio. Lo único que nos queda, insinúa Rilke y tras él, Zagajewski, es alabar la belleza trágica de nuestra circunstancia:

Trad. Xavier Farré

Intenta celebrar el mundo mutilado

Intenta celebrar el mundo mutilado.
Recuerda los largos días de junio
y las fresas silvestres, las gotas de vino rosé.
Las ortigas, que con esmero cubrían
las fincas abandonadas de los exiliados.
Tienes que celebrar el mundo mutilado.
Mirabas los yates y los barcos lujosos;
uno de ellos tenía un largo viaje por hacer,
a otros sólo les aguardaba un vacío salado.
Has visto a refugiados con rumbo a ninguna parte,
has oído a verdugos que cantaban con gozo.
Deberías celebrar el mundo mutilado.
Recuerda los momentos cuando estabais juntos,
en una habitación blanca se movió la cortina.
Que tu pensamiento vuelva al concierto cuando estalló la música.
Durante el otoño cogías bellotas en el parque
mientras las hojas se arremolinaban en las cicatrices de la tierra.
Celebra el mundo mutilado,
y la pluma gris que un tordo ha perdido,
y la luz delicada que yerra y desaparece
y regresa.

Mi videopoema, trabajo hecho los últimos días,una manera de alabar y celebrar el mundo

*Padamy łupem czasu, każdego dnia ćwiczymy się w sztuce utraty tego, co najbardziej kochamy (jak twierdzi E. Bishop z pewną dozą ironii). Nie ma dnia, w którym horyzont nie rysowałby się ciemniej przez widmo wojen, nieszczęść, katastrof naturalnych, presji społecznej chorób. To najbliższa nam rzeczywistość, świat, w którym istota współczesna pogrążona w bezustannym kryzysie próbuje przetrwać. Polski poeta Adam Zagajewski opisuje go jako okaleczony świat. Jednak próby transcendencji prowadzą nas do odkrycia, że ​​Rilkeański anioł, stworzenie żyjące na pograniczu dwóch wymiarów, również nas nie słyszy. Dlatego też poszukiwanie transcendencji również nie przynosi ulgi. Jedyne, co nam pozostało, insynuuje Rilke, a za nim, Zagajewski, jest opiewanie tragicznego piękna naszych okoliczności. Szczególnie w tym trudnym momencie, kiedy pandemia znaczy nas w sposób nieodwołalny.

Spróbuj opiewać okaleczony świat

Spróbuj opiewać okaleczony świat.
Pamiętaj o długich dniach czerwca
i o poziomkach, kroplach wina rosé.
O pokrzywach, które metodycznie zarastały
opuszczone domostwa wygnanych.
Musisz opiewać okaleczony świat.
Patrzyłeś na eleganckie jachty i okręty;
jeden z nich miał przed sobą długą podróż,
na inny czekała tylko słona nicość.
Widziałeś uchodźców, którzy szli donikąd,
słyszałeś oprawców, którzy radośnie śpiewali.
Powinieneś opiewać okaleczony świat.
Pamiętaj o chwilach, kiedy byliście razem
w białym pokoju i firanka poruszyła się.
Wróć myślą do koncertu, kiedy wybuchła muzyka.
Jesienią zbierałeś żołędzie w parku
a liście wirowały nad bliznami ziemi.
Opiewaj okaleczony świat
i szare piórko, zgubione przez drozda,
i delikatne światło, które błądzi i znika
i powraca.

Moja adaptacja wiersza Adama Zagajewskiego. Wideo montowane już w tych trudnych chwilach pandemii, moja próba opiewania świata, który cierpi.

*We become prey to time , every day we are exercising ourselves in the art of losing what we love the most (as E. Bishop tells us with a certain dose of irony). There is no day when the horizon is not darkened by the shadows of wars, misfortunes, natural disasters, the social pressure that oppresses us. This is the most contiguous reality, the world where a contemporary being in continual crisis tries to survive. The Polish poet Adam Zagajewski describes it as a wounded, mutilated world. However, transcending leads us to discover that the angel, a bordering creature, does not hear us. Therefore, transcending does not bring relief either. All that remains, Rilke insinuates and with him, Zagajewski, is to praise the tragic beauty of our circumstance. Especially in these days that are marking us forever.

Trans. Clare Cavanagh

Try to praise the mutilated world

Try to praise the mutilated world.
Remember June’s long days,
and wild strawberries, drops of rosé wine.
The nettles that methodically overgrow
the abandoned homesteads of exiles.
You must praise the mutilated world.
You watched the stylish yachts and ships;
one of them had a long trip ahead of it,
while salty oblivion awaited others.
You’ve seen the refugees going nowhere,
you’ve heard the executioners sing joyfully.
You should praise the mutilated world.
Remember the moments when we were together
in a white room and the curtain fluttered.
Return in thought to the concert where music flared.
You gathered acorns in the park in autumn
and leaves eddied over the earth’s scars.
Praise the mutilated world
and the gray feather a thrush lost,
and the gentle light that strays and vanishes
and returns.

My adaptation of these poem, my attempt to praise the world that suffers in a pandemic moment.

José Watanabe

1946-2007, Perú

Cielo de hospital

santa
vaciada
BLANCA VARELA

 Mi útero de humo
sale por la chimenea y se disuelve como nimbo
en este cielo que nunca tiene violencias.
Una violencia de cielo me hubiera consolado más.
 
Una enfermera cruza el jardín, ninguna
flor anuncia mi dolor. El dolor solo está
en los confines de la carne que aún me resta.
 
Mi útero
debió irse como un globo festivo
lleno de novios y nonatos. Él me convertía
en un animal muy bello
cuando urdía otro cuerpo.
Debió irse entonces
como un odre de dioses, ebrio y feliz, no víscera
de triste mamífero
en la bandeja de cirugía, no huevo
de la amargura.
 
La muerte se me acunó como hijo
y ahora también es humo de crematorio.
La cólera
o el ansia de belleza que impulsa a los árboles
a restituir la rama podada, está conmigo. Todo será
restablecido.
Voy a formar
una matriz nueva, un cuenco hondo como dos manos juntas,
no para frito, no importa si huera
 
pero ahí

Tłum. Ada Trzeciakowska

Szpitalne niebo

święta
spustoszona

BLANCA VARELA

Moja macica z dymu
ulatuje kominem i rozpływa się jak deszczowa chmura
na tym niebie zawsze pozbawionym aktów przemocy.
Przemoc nieba pocieszyłaby mnie bardziej.

Pielęgniarka przechodzi przez ogród, żaden
kwiat nie zapowiada mojego bólu. Ból istnieje tylko
w tych zakątkach ciała, które jeszcze mi pozostały.

Moja macica
musiała odlecieć jak radosny balon
pełen ukochanych i nienarodzonych. To ona czyniła ze mnie
piękne zwierzę
będąc osnową dla innego ciała.
Musiała odejść zatem
jak bukłak bogów, pijany i szczęśliwy, a nie trzewia
smutnego ssaka
na chirurgicznej tacy, nie jajeczko
zgorzknienia.

Śmierć ukołysała mi się jak dziecko
a teraz jest też dymem z krematorium.
Gniew
czy pragnienie piękna, które popycha drzewa
do odtworzenia odciętej gałęzi, jest ze mną. Wszystko
zostanie odtworzone.
Uformuję
nową macierz, misę głęboką jak dwie złączone dłonie,
nie na chleb, nie ważne, że pustą

byle tam

Jeannette L. Clariond

1948 – , México

La tarde (1º frg.)

Extraviada, miré la tarde contra el viento desnudo,
las hojas caídas escuché.

Vacía, Emily, ¿es real que la tarde se vacía?

La poesía, es ausencia de agua, puerta
que abre otra puerta y otra y una más.

Nada entraba en mis ojos o en mi lengua
que no fuera belleza.

Tomé un cuaderno, un lápiz afilado,
encendí una vela en plena luz.

Salí a caminar por calles oscuras,
el horizonte se abrió lento ante mis ojos.

en Leve sangre

Fotografías de Astrid Kruse Jensen

Trad. Ada Trzeciakowska

Popołudnie (frg.)

Zagubiona, spojrzałam na popołudnie pod nagi wiatr,
usłyszałam opadłe liście.

Puste, Emily, czy to prawda, że popołudnie robi się puste?

Poezja, to brak wody, drzwi,
które otwierają kolejne drzwi i następne.

Nie wpadło mi do oczu ani nie osadziło się na języku,
nic co nie byłoby pięknem.

Wzięłam zeszyt, zaostrzony ołówek,
zapaliłam świecę w blasku dnia.

Wędrowałam ciemnymi ulicami,
horyzont otwierał się powoli przede mną.

Transl. Curtis Bauer

The afternoon

Lost, I watched the afternoon stand in front of the naked wind,
listened to the fallen leaves.

Hollow, Emily, is it possible the afternoon hollows?

Poetry, absence of water, a door opening
a thousand doors, and then another.

Nothing entered my eyes or crossed my tongue
that was not beauty.

I took out a notebook, a sharpened pencil,
lit a candle in full light.

I walked through the dark streets,
the slow horizon opened before me.

Blanca Varela

1926-2009, Perú

Dama de blanco

el poema es mi cuerpo
esto la poesía
la carne fatigada
el sueño el sol
atravesando desiertos
los extremos del alma se tocan
y te recuerdo Dickinson
precioso suave fantasma
errando tiempo y distancia
en la boca del otro habitas
caes al aire eres el aire
que golpea con invisible sal
mi frente
los extremos del alma se tocan
se cierran se oye girar la tierra
ese ruido sin luz
arena ciega golpeándonos
así será ojos que fueron boca
que decía manos que se abren
y se cierran vacías
distante en tu ventana
ves al viento pasar
te ves pasar el rostro en llamas
póstuma estrella de verano
y caes hecha pájaro
hecha nieve en la fuente
en la tierra en el olvido
y vuelves con falso nombre de mujer
con tu ropa de invierno
con tu blanca ropa de
invierno
enlutado

Trad. Ada Trzeciakowska

Dama w bieli

wiersz jest moim ciałem
a poezja to
zmęczone ciało
sen słońce
przemierzające pustynie
końce duszy stykają się
i pamiętam ciebie Dickinson
śliczny delikatny błędny
duchu czas i przestrzeń
zamieszkujesz na ustach innych
opadasz z powietrzem jesteś wiatrem
co smaga niewidzialną solą
czoło moje
końce duszy stykają się
zwierają się słychać obroty ziemi
ten łoskot bez światła
ślepy piach chłoszczący nas
tak stanie się oczami, które były ustami
mówiącymi dłonie, które otwierają się
i zamykają puste
daleka w twoim oknie
widzisz jak przetaczają się wichry
widzisz siebie niknącą twarz pośród płomieni
pośmiertna letnia gwiazdo
i opadasz jako ptak
jako śnieg na źródło
na ziemię w zapomnieniu
by powrócić pod przybranym kobiecym imieniem
w zimowym stroju
w twoich białych sukniach
na zimę
w żałobie

Fotos de Laura Makabresku

Maravilloso biopic de Terence Davis.

Sándor Márai

1900-1989, Hungría / EE.UU

Trad. Judit Xantus

El último encuentro

Yo interpretaba ese encuentro, el encuentro entre ella y yo, como algo inequívoco, como ningún otro encuentro anterior. Era una mezcla de distintas razas: un poco alemana, un poco italiana y el resto húngara. Quizás haya tenido también alguna gota de sangre polaca, por el lado de la familia de su padre… Era tan indefinible, tan inclasificable… como si ninguna raza ni ninguna clase la pudiera contener del todo, como si la naturaleza hubiese tratado por una vez de crear algo único, un ser independiente y libre, alguien que no tiene que ver con clases ni con orígenes. Era como las fieras salvajes: una educación estricta con las monjas, la cultura y la ternura de su padre habían contribuido tan sólo a suavizar sus modales. Krisztina era salvaje por dentro, indomable: todo lo que yo podía darle, la riqueza, el rango social, el mundo adonde la conducía no tenían ningún valor para ella en el fondo; y ella no quería entregar a cambio ni una mínima parte de su afán de independencia y de libertad, puesto que ése era el verdadero contenido de su ser y de su carácter… Su orgullo también era distinto del de las personas orgullosas de su rango, de su origen, de su riqueza, de su posición social o de algún talento personal y particular. Krisztina estaba orgullosa de la calidad noble y salvaje de su corazón y de su alma, de esa herencia que era como un veneno. Era una persona soberana, totalmente independiente y emancipada en su fuero íntimo, y tú lo sabes muy bien; y éstas son cualidades muy raras hoy en día, tanto en mujeres como en hombres. Parece que no se trata de una cuestión de origen o de situación. No se dejaba ofender, ni se dejaba atemorizar por ningún desafío; no toleraba las limitaciones, en ningún sentido. Sabía otra cosa más que pocas mujeres saben: era consciente de la responsabilidad que conllevaban sus propios valores humanos. Te acordarás… sí, seguramente te acuerdas de la primera vez que nos encontramos ella y yo: en el salón de su casa, junto a aquella mesa grande, desbordada por las partituras y los cuadernos de su padre; entró Krisztina y aquel salón oscuro se inundó de luz. No solamente irradiaba juventud, no. Irradiaba pasión y orgullo, la conciencia soberana de unos sentimientos incondicionales. No he conocido a ninguna otra persona que fuera capaz de responder así, de una manera tan plena, a todo lo que el mundo y la vida le daban: a la música, a un paseo matutino por el bosque, al color y al perfume de una flor, a la palabra justa y sabia de otra persona. Nadie sabía tocar como ella una tela exquisita o un animal, de esa manera suya que lo abarcaba todo. No he conocido a nadie que fuera capaz de alegrarse como ella de las cosas sencillas de la vida: personas y animales, estrellas y libros, todo le interesaba, y su interés no se basaba en la altivez, en la pretensión de convertirse en experta, sino que se aproximaba a todo lo que la vida le daba con la alegría incondicional de una criatura que ha nacido al mundo para disfrutarlo todo. Como si estuviera en conexión íntima con cada criatura, con cada fenómeno del universo, ¿comprendes lo que quiero decir?… Claro, seguramente lo comprendes. Era directa, espontánea y ecuánime, y también había en ella humildad, como si sintiera constantemente que la vida es un regalo lleno de gracia.  

Tłum. Feliks Netz

Żar

Ja to spotkanie, spotkanie nas dwojga, zaznajomienie się z Krystyną, uważałem za coś tak niepojętego, jak żadne inne spotkanie przedtem. Owszem, był to gatunek mieszany: odrobinę niemiecki, trochę włoski, a reszta węgierska. Możliwe, że była w niej również kropla krwi polskiej na skutek powiązań rodzinnych jej ojca… A tez ona sama była trudna do zakwalifikowania i sklasyfikowania, jakby żaden gatunek i żadna klasa nie zawłaszczyły jej sobie całkowicie, jakby natura raz jeden spróbowała stworzyć jakąś istotę samodzielną, niezależną i wolną. Była taka sama jak zwierzęta: staranne wychowanie, klasztor, kultura i czułość jej ojca, wszystko to jedynie oswoiło jej sposób bycia. Krystyna od wewnątrz była dzika, nie do oswojenia: wszystko, co jej dałem, majątek i pozycję towarzyską, nie miało dla niej istotnej wartości i temu światu, do którego ją wprowadziłem, nie chciała dać niczego ze swojego wewnętrznego luzu, z tej bezwzględnej potrzeby wolności, jaka była prawdziwą treścią jej natury… Jej duma także była innego rodzaju niż tych, którzy są dumni ze swojej rangi, pochodzenia, majątku, pozycji towarzyskiej bądź jakichś własnych indywidualnych uzdolnień. Krystyna była dumna z tej szlachetnej dzikości, jaka żyła w jej sercu i w nerwach jak jakaś trucizna i dziedzictwo. Ta kobieta – dobrze wiesz o tym – była wewnętrznie niezawisła, a to już jest bardzo rzadkie; rzadkością jest człowiek suwerenny, zarówno w kobiecie jak w mężczyźnie. Wydaje się, że nie jest to kwestia pochodzenia i pozycji towarzyskiej. Nie można było jej obrazić, nie można było postawić jej w takiej sytuacji, z której by się wycofała, nie znosiła ograniczeń w wielorakim sensie. Rozumiała coś jeszcze, a to jest ewenement w charakterze kobiety: miała w sobie tę odpowiedzialność, do jakiej nas zobowiązuje nasze człowieczeństwo. Pamiętasz – tak, z pewnością pamiętasz – kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, w pokoju, gdzie na szerokim stole leżały zeszyty nutowe jej ojca: weszła Krystyna i naraz ciemny mały pokój wypełnił się jasnością. Wniosła nie tylko swoją młodość, nie. Wniosła namiętność i hardość, suwerenną świadomość bezwzględnych uczuć. Nie widziałem od tamtego czasu człowieka, który umiałby, jak ona, całym sobą reagować na wszystko, co daje mu świat i życie: na muzykę, na poranny spacer w lesie, na zapach i barwę kwiatu, na czyjeś rozumne i właściwe słowa. Nikt tak nie potrafił dotknąć szlachetnej tkaniny czy zwierzęcia jak Krystyna. Nie znałem nikogo, kto umiałby tak cieszyć się pospolitymi darami życia jak ta kobieta: ludzie i zwierzęta, gwiazdy i książki, wszystko ją ciekawiło, ale nie ciekawością zarozumiałej sawantki, nie, ona zbliżała się do wszystkiego, co świat może pokazać i ofiarować, z bezstronną radością istoty cieszącej się darem życia. Jakby ją, osobiście, obchodziło każde ziemskie stworzenie, rozumiesz?… Tak, ty to z pewnością rozumiesz. A w tej bezstronnej bliskości była też pokora, jakby ciągle czuła, że życie jest wielką łaską i przywilejem.

Blanca Varela

1926-2009, Perú

Strip tease

quítate el sombrero
 si lo tienes
quítate el pelo
que te abandona
quítate la piel
las tripas los ojos
 y ponte un alma
si la encuentras

Trad. Ada Trzeciakowska

Strip tease

zdejmij kapelusz
jeśli go masz
ściągnij włosy,
które cię opuszczają
zdejmij skórę
trzewia oczy
i załóż duszę
jeśli ją znajdziesz

Fotos de René Groebli (1927 – , Suiza)

Mary Szybist

1970 – , Estados Unidos

Trad. Katherine M. Hedeen y Víctor Rodríguez Núñez

Los trovadores etc.

Solo por esta tarde, no nos burlemos de ellos.
Ni de sus reverencias, ni de sus ligas en cruz
ni de los renovados pimenteros de sus jardines
que prometen, prometen.

Por lo menos tenían ideas sobre el amor.

Todo el día hemos manejado entre maizales, ante vacas
que sacan la cabeza de los aparatos metálicos para comer.
Hemos seguido la carretera West 84, y ¿qué más?
Nos pasan volando rociadores de irrigación, enormes bobinas
de madera en los campos, ovejas que descansan, cables
telefónicos, arbustos en flor que amarillean.

Frente a nosotros, encima de nosotros, crecen las nubes, en capas,
el reverso violeta de las nubes.
Toda idea que tengo es nostalgia. Mira hacia arriba:
está el cielo que las palomas de paso oscurecían y llenaban
–que oscurecían durante días, eclipsando el sol, eclipsando
todo sonido con el trueno de sus alas.
Después de un rato, debía haber parecido que no seguían
ningún instinto ni patrón solo
a ellas mismas.

Cuando paraban, observó Audubon, rompían las ramas
de árboles recios con el peso de sus números.

Y cuando nos detengamos nosotros seguiremos ¿qué?
¿Nuestro corazón?

Los puritanos pensaban que se nos daba la capacidad de amar
solo como un milagro,
pero los trovadores sabían arder hasta consumirse,
volverse santuarios de su propio anhelo.
Lo espectacular nunca les quedó atrás.

Piensa en esos días de pájaros de pecho rojo y ala azul encima de ti.
Piensa en mí en el jardín, canturreando bajito
a mí misma en un vestido azul, un azul más oscuro que el cielo
encima de nosotros, un azul lo suficiente oscuro para tempestades
pero sin nubes.

¿En qué punto se va algo por completo?
Lo que queda de la luz del sol huye
aunque crece

–Solo por esta tarde, ¿me pondrás frente a ti
hasta que esté lo suficiente lejos que puedas
creer en mí?

Y entonces intenta, intenta acercarte
–mi maravilloso y menos de.

Tłum. Ada Trzeciakowska

Trubadurzy itd.

Tylko przez ten jeden wieczór, nie śmiejmy się z nich.
Z ich ukłonów ani podwiązek
ani odwiecznych drzew pieprzowych w ich ogrodach,
które obiecują i obiecują.

Oni przynajmniej mieli pojęcie o miłości.

Cały dzień jechaliśmy przy polach kukurydzy, przy krowach
przystawiających głowy do metalowych przyrządów by jeść
Jechaliśmy drogą West 84 i co więcej?
Przeleciały zraszacze obok nas, olbrzymie drewniane szpule
na polach, przycupnięte owce, kable telefoniczne,
zażółcone kwitnące krzewy.

Przed nami, nad nami, puchną chmury, warstwami,
fioletowe podbrzusza chmur.
Przychodzi mi do głowy tylko nostalgia. Spójrz w górę:
zobaczysz pociemniałe i nabrzmiałe od przelatujących gołębi niebo-
pociemniałe na wiele dni, zaćmiewające słońce, zaćmiewające inne dźwięki
grzmotem skrzydeł.
Po chwili, wygląda na to, że nie podążały za
żadnym instynktem ani kursem tylko
wsłuchiwały się w siebie.

Kiedy się zatrzymały, Audubon zauważył,
że pod ciężarem ich liczby załamały się gałęzie rosłych drzew.

I kiedy się zatrzymamy będziemy istnieć dalej -co?
Nasze serca?

Purytanie myśleli, że dana jest nam umiejętność kochania
wyłącznie za pomocą cudu,
ale trubadurzy wiedzieli, jak w niej płonąć,
jak stać się świątynią dla własnego pragnienia.
Spektakularność nigdy nie została na bocznym torze.

Pomyśl o dniach o ptakach o czerwonych piersiach i błękitnych skrzydłach nad tobą.
Pomyśl o mnie w ogrodzie, cicho
Nucącej sobie, w niebieskiej sukience
której błękit ciemniejszy jest niż niebo nad nami, wystarczająco ciemny dla burz,
lecz bezchmurny.

W którym punkcie coś zupełnie odchodzi?
Resztki słonecznego światła znikają
Nawet gdy ono rośnie-

Tylko przez ten jeden wieczór, postawisz mnie przed sobą.
Aż oddalę się wystarczająco byś
Mógł we mnie uwierzyć?

Wtedy spróbuj, spróbuj podejść bliżej
Mój cudowny i mniejszy niż.

The Troubadours Etc.

Just for this evening, let’s not mock them.
Not their curtsies or cross-garters
or ever-recurring pepper trees in their gardens
promising, promising.

At least they had ideas about love.

All day we’ve driven past cornfields, past cows poking their heads
through metal contraptions to eat.
We’ve followed West 84, and what else?
Irrigation sprinklers fly past us, huge wooden spools in the fields,
lounging sheep, telephone wires,
yellowing flowering shrubs.

Before us, above us, the clouds swell, layers of them,
the violet underneath of clouds.
Every idea I have is nostalgia. Look up:
there is the sky that passenger pigeons darkened and filled—
darkened for days, eclipsing sun, eclipsing all other sound
with the thunder of their wings.
After a while, it must have seemed that they followed
not instinct or pattern but only
one another.

When they stopped, Audubon observed,
they broke the limbs of stout trees by the weight of the numbers.

And when we stop we’ll follow—what?
Our hearts?

The Puritans thought that we are granted the ability to love
only through miracle,
but the troubadours knew how to burn themselves through,
how to make themselves shrines to their own longing.
The spectacular was never behind them.

Think of days of those scarlet-breasted, blue-winged birds above you.
Think of me in the garden, humming
quietly to myself in my blue dress,
a blue darker than the sky above us, a blue dark enough for storms,
though cloudless.

At what point is something gone completely?
The last of the sunlight is disappearing
even as it swells—

Just for this evening, won’t you put me before you
until I’m far enough away you can
believe in me?

Then try, try to come closer—
my wonderful and less than.