Czesław Miłosz

1911-2004, Polonia

Miłosz llegó por primera vez a los Estados Unidos en el 1946 y en el 1958 fue invitado a Berkeley. Finalmente, en el 1960 volvió ya en calidad de inmigrante y profesor en la Universidad de Berkeley, estancia que se prolongó hasta el año 1993. La primera etapa estuvo marcada por la incomprensión de la realidad americana, dado que decía no reconocer ni el comunismo, ni tampoco el capitalismo. La aceptación de su circunstancia llegó pasados varios años gracias a la relación con los jóvenes (bárbaros, como les solía llamar), traducciones al polaco y el ritmo de la vida que llevaba. En el 1980 recibió el Premio Nobel de la Literatura. Sin embargo, siempre tuvo que luchar contra la soledad y el aislamiento llegando a escribirse las cartas a sí mismo en alguna ocasión y buscar el consuelo en la copa del bourbon…. Su bagaje vital, cultural añadieron un tono apocalíptico y religioso de su escritura y la necesidad de tocar temas altos en la conversación profundizaron su sensación de la alienación. Nunca llegó a acostumbrarse a la naturaleza y el clima californianos.

Trad. Jan Zych

La montaña mágica

No recuerdo bien cuándo murió Budberg, hace dos o tres
años.
Ni cuándo Chen. Hace un año o más.
Un poco después de nuestra llegada, Budberg,
melancólicamente cortés,
Dijo que al principio es difícil acostumbrarse
Porque aquí no hay primavera ni verano, ni otoño ni
invierno.

“— He soñado seguido la nieve y los bosques de abedules.
Donde casi no hay estaciones del año, uno ni ve cómo pasa
el tiempo.
Ésta es, lo verá usted, la montaña mágica.”

Budberg: en mi niñez un apellido doméstico.
Mucho significaba en la región de Kiejdany
Esta familia rusa, de los alemanes bálticos.
No leí ninguno de sus trabajos, demasiado especiales.
Y Chen era, según entiendo, un excelente poeta.
Tengo que aceptarlo de buena fe porque él escribía sólo en
chino.

*

Octubre canicular, julio frío, en febrero florecen los árboles.
Los vuelos nupciales de los colibríes no anuncian la
primavera.
Sólo el arce fiel cada año hacía caer las hojas sin necesidad
Porque así aprendieron sus antepasados.

Sentí que Budberg tenía razón y me rebelaba.
¿No alcanzaré luego la potencia, no salvaré al mundo?
¿Y la gloria me rehuirá, no habrá ni tiara ni corona?
¿Ejercitaba yo a mí, al Único, para eso,
Para componer estrofas a las gaviotas y a las neblinas del
mar,
Escuchar cómo mugen allá abajo las sirenas de los barcos?

Y pasó. ¿Qué pasó? La vida.
Ahora no me avergüenzo de mi pérdida.
Una isla nublada donde el aullido de las focas
O el desierto calcinado, esto ya me basta
Para decir yes, tak, sí.*
“Hasta durmiendo trabajamos sobre la formación del
mundo.”
Sólo con perseverancia nace la perseverancia.
Con los gestos creaba yo una cuerda invisible.
Y trepaba por ella y ésta resistía.

*

¡Qué procesión! Quelles délices!
¡Qué birretes y togas con vueltas!
Mnogouvazhaemiy* Professor Budberg,
Most Distinguished Professor Chen
,
Escurecido Señor Profesor Milosz
Quien escribía poemas en alguna lengua extraña.
Quién pudiera contarlos. Y aquí el sol.
Blanquean pues las llamas de sus altas velas
Y cuántas generaciones de los colibríes les acompañan
Cuando van siguiendo así. Por la montaña mágica.
Y la neblina fría del mar quiere decir que de nuevo es julio.

Berkeley, 1975

* Muy estimado, en ruso en el original.

Fotogramas de La infancia de Iván de Andréi Trakovsky

Czarodziejska góra

Nie pamiętam dokładnie, kiedy umarł Budberg, albo dwa, albo trzy lata temu.
Ani kiedy Chen. Rok temu czy dawniej.
Wkrótce po naszym przyjeździe Budberg, melancholijnie łagodny,
Powiedział, że z początku trudno się przyzwyczaić,
Bo nie ma tutaj ni wiosny i lata, ni jesieni i zimy.

„— Śnił mi się ciągle śnieg i brzozowe lasy.
Gdzie prawie nie ma pór roku, ani spostrzec, jak upływa czas.
To jest, zobaczy Pan, czarodziejska góra”.

Budberg: w dzieciństwie domowe nazwisko.
Dużo znaczyła w kiejdańskim powiecie
Ta rosyjska rodzina, z bałtyckich Niemców.
Nie czytałem żadnej z jego prac, zanadto specjalne.
A Chen był podobno znakomitym poetą.
Muszę to przyjąć na wiarę, bo pisał tylko po chińsku.

*

Upalny październik, chłodny lipiec, w lutym kwitną drzewa.
Godowe loty kolibrów nie zwiastują wiosny.
Tylko wierny klon zrzucał co roku liście bez potrzeby,
Bo tak nauczyli się jego przodkowie.

Czułem, że Budberg ma rację, i buntowałem się.
Więc nie dostanę potęgi, nie uratuję świata?
I sława mnie ominie, ni tiary, ani korony?
Czyż na to ćwiczyłem siebie, Jedynego,
Żeby układać strofy dla mew i mgieł od morza,
Słuchać, jak buczą tam nisko okrętowe syreny?

Aż minęło. Co minęło? Życie.
Teraz nie wstydzę się mojej przegranej.
Jedna pochmurna wyspa ze szczekaniem fok
Albo sprażona pustynia, i tego nam dosyć,
Żeby powiedzieć yes, tak si.
„Nawet śpiąc, pracujemy nad stawaniem się świata”.
Tylko z wytrwałości bierze się wytrwałość
Gestami stwarzałem niewidzialny sznur.
I wspinałem się po nim, i trzymał mnie.

*

Jaka procesja! Quelles delices!
Jakie birety i z wyłogami togi!
Mnogouważajemyj Professor Budberg,
Most Distinguished Professor Chen
,
Ciemno Wielmożny Profesor Milosz,
Który pisywał wiersze w bliżej nieznanym języku.
Kto ich tam zresztą policzy. A tu słońce.
Tak, że bieleje płomień ich wysokich świec
I ileż pokoleń kolibrów im towarzyszy,
Kiedy tak posuwają się. Po czarodziejskiej górze.
I zimna mgła od morza znaczy, że znów lipiec.

Berkeley, 1975

Trasl. Czeslaw Milosz and Lillian Vallee

A Magic Mountain

I don’t remember exactly when Budberg died, it was either two years   
      ago or three.   
The same with Chen. Whether last year or the one before.   
Soon after our arrival, Budberg, gently pensive,   
Said that in the beginning it is hard to get accustomed,   
For here there is no spring or summer, no winter or fall.   

“I kept dreaming of snow and birch forests.   
Where so little changes you hardly notice how time goes by.   
This is, you will see, a magic mountain.”   

Budberg: a familiar name in my childhood.   
They were prominent in our region,   
This Russian family, descendants of German Balts.   
I read none of his works, too specialized.   
And Chen, I have heard, was an exquisite poet,   
Which I must take on faith, for he wrote in Chinese.

Sultry Octobers, cool Julys, trees blossom in February.   
Here the nuptial flight of hummingbirds does not forecast spring.   
Only the faithful maple sheds its leaves every year.   
For no reason, its ancestors simply learned it that way.   

I sensed Budberg was right and I rebelled.   
So I won’t have power, won’t save the world?   
Fame will pass me by, no tiara, no crown?   
Did I then train myself, myself the Unique,   
To compose stanzas for gulls and sea haze,   
To listen to the foghorns blaring down below?

Until it passed. What passed? Life.   
Now I am not ashamed of my defeat.   
One murky island with its barking seals   
Or a parched desert is enough   
To make us say: yes, oui, si.
“Even asleep we partake in the becoming of the world.”   
Endurance comes only from enduring.   
With a flick of the wrist I fashioned an invisible rope,   
And climbed it and it held me.   

What a procession! Quelles délices!
What caps and hooded gowns!
Most respected Professor Budberg,   
Most distinguished Professor Chen
,   
Wrong Honorable Professor Milosz   
Who wrote poems in some unheard-of tongue.   
Who will count them anyway. And here sunlight.   
So that the flames of their tall candles fade.   
And how many generations of hummingbirds keep them company   
As they walk on. Across the magic mountain.   
And the fog from the ocean is cool, for once again it is July.   

Berkeley, 1975

Elizabeth Bishop

1911-1979, Estados Unidos

Trad. J. Coronel Urtecho y Ernesto Cardenal

Gasolinera

¡Ah, pero es sucia!
—esta pequeña gasolinera,
empapada de aceite, impregnada
de aceite, de una negrura
traslúcida, perturbadora.
¡Cuidado con ese fósforo!

El padre con un overol
sucio empapado de aceite
que lo corta bajo los brazos,
y varios hijos malcriados
y grasientos le ayudan
(es una gasolinera familiar),
todos completamente sucios.

¿Vivirán en la gasolinera?
Hay un porche de cemento
detrás de las bombas y en él
un juego de mimbre aplastado
e impregnado de grasa;
en el sofá de mimbre
un perro sucio, muy cómodo.

Algunas tiras cómicas dan
la única nota de color—
de cierto color. Puestas
sobre un tapete oscuro
cubriendo un taburete
(parte del juego), junto
a una gran begonia hirsuta.

¿Por qué la extraña planta?
¿Por qué el taburete?
¿Por qué, oh por qué, el tapete?
(Bordado con puntadas
formando margaritas, creo,
y grueso por el crochet gris).

Alguien bordó el tapete.
Alguien riega la planta,
o la engrasa, tal vez. Alguien
arregla las filas de latas
de modo que digan suavemente:
ESSO-SO-SO-SO
a los tan excitables automóviles.
Alguien nos ama a todos.

Tłum. Andrzej Sosnowski

Stacja benzynowa

Och, ale tu brudno!
na małej stacji benzynowej
spływającej olejem, nasyconej olejem
na niepokojąco wysoki
czarny połysk.
Ostrożnie z tą zapałką!

Ojciec wbił się w brudny,
powalany olejem mundurek,
który wyje mu pod pachami,
a czeredka umorusanych,
szparkich synalków z ikrą
(tak zwana firma rodzinna)
asystuje mu, nader brudna.

Czy oni mieszkają na stacji?
Jest cementowy ganek
za pompami, a na nim
wygnieciony komplet impregnowanych
smarem wyrobów z wikliny:
na wiklinowej sofie
brudny piesek, jak na pufie.

Jakieś komiksy kładą
jedyną nutę koloru –
specyficznego koloru. Leżą
na wielkiej, bladej serwecie
spływającej z taboretu
(element kompletu), obok
wielkiej, włochatej begonii.

Czemu zbyteczny kwiatek?
Czemu akurat taboret?
Czemu, och czemu, serweta?
(Dziergana haftem w stokrotki
na wzór margerytek, jak sądzę,
spuchła od szarego szlaczka).

Ktoś wyhaftował serwetę.
Ktoś tu podlewa roślinkę
lub, dajmy na to, oliwi. Ktoś
wystawia te szeregi puszek,
tak że zwracają się szeptem
ESSO-SO-SO-SO
do znerwicowanych aut.
Ktoś nas tu wszystkich kocha.

Filling Station

Oh, but it is dirty!
—this little filling station,
oil-soaked, oil-permeated
to a disturbing, over-all
black translucency.
Be careful with that match!

Father wears a dirty,
oil-soaked monkey suit
that cuts him under the arms,
and several quick and saucy
and greasy sons assist him
(it’s a family filling station),
all quite thoroughly dirty.

Do they live in the station?
It has a cement porch
behind the pumps, and on it
a set of crushed and grease-
impregnated wickerwork;
on the wicker sofa
a dirty dog, quite comfy.

Some comic books provide
the only note of color—
of certain color. They lie
upon a big dim doily
draping a taboret
(part of the set), beside
a big hirsute begonia.

Why the extraneous plant?
Why the taboret?
Why, oh why, the doily?
(Embroidered in daisy stitch
with marguerites, I think,
and heavy with gray crochet.)

Somebody embroidered the doily.
Somebody waters the plant,
or oils it, maybe. Somebody
arranges the rows of cans
so that they softly say:
ESSO—SO—SO—SO
to high-strung automobiles.
Somebody loves us all.

Sherwood Anderson

1876-1941, EE. UU.

“Una aventura” en Winesburg, Ohio (frag.)

Alice subió a su cuarto y se desvistió a oscuras. Permaneció un momento junto a la ventana, escuchando el ruido de las gotas que golpeaban los cristales, y de pronto se apoderó de ella un extraño deseo. Sin detenerse a pensar en lo que iba a hacer, echó a correr es¬caleras abajo por la casa en tinieblas y se zambulló en la lluvia que caía. Mientras permanecía de pie en el pequeño espacio sembrado de hierba que había frente a su casa, sintiendo correr por su cuerpo la fría lluvia, se adueñó por completo de ella un deseo loco de echar a correr desnuda por las calles.
Se imaginó que la lluvia ejercía sobre su cuerpo un influjo creador y maravilloso. Hacía muchos años que no se había sentido tan llena de juventud y de energía. Sentía impulsos de saltar y de correr, de gritar, de topar con algún ser humano solitario y abrazarse a él. Por la acera enladrillada se oyeron las torpes pisadas de un hombre que iba camino de su casa. Alice echó a correr. La poseía un capricho salvaje y desesperado. «¡Qué me importa quién sea! Está solo, y yo me llegaré a él —pensó—; y sin detenerse a reflexionar en las posibles consecuencias de su locura, lo llamó cariñosamente de este modo: ¡Espera! No marches. Seas quien seas, tienes que esperar.»
El hombre que pasaba por la acera se detuvo y se quedó escuchando. Era viejo y algo sordo. Se llevó la mano a la boca para dar más resonancia a sus palabras y gritó con toda su fuerza: «¿Cómo? ¿Qué dice?»
Alice se dejó caer al suelo toda temblorosa. Tan asustada quedó, pensando en lo que había hecho, que cuando el hombre siguió su camino ella no tuvo valor para ponerse en pie, sino que se dirigió hasta su casa gateando sobre la hierba. Cuando llegó a su cuarto, se cerró por dentro y arrimó la mesa de tocador a la puerta. Su cuerpo tiritaba como si hubiese cogido frío; y era tal el temblor de sus manos que no podía ponerse el camisón. Se metió en la cama, hundió su rostro en la almohada y sollozó desconsoladamente. «¿Qué es lo que me pasa? Si no tomo precauciones, un día haré algún disparate horrible», pensaba. Se volvió de cara a la pared y procuró armarse de valor para hacerse a la idea de que son muchas las personas que se ven obligadas a vivir y morir solitarias, aun en Winesburgo.

Fotografías de Gregory Crewdson, serie Twilight

“Przygoda” w Winesburg, Ohio (fragm.)

Alicja poszła na górę do swojego pokoju i po ciemku rozebrała się. Stała chwilę pod oknem słysząc, jak deszcz tłucze o szyby, aż ogarnęła ją niezwykła żądza. Nie namyślając się, co ma zamiar zrobić, po schodach z ciemnego domu wybiegła w deszcz. Stała na małym trawniku przed domem czując zimne strugi na ciele, gdy chwyciło ją szalone pragnienie, aby nago pobiec przez ulice.
Myślała, że deszcz stanie się ożywczym, wspaniałym balsamem dla jej ciała. Od lat nie czuła się tak pełna młodości i odwagi. Chciała skakać i biec, wznosić okrzyki, znaleźć inną samotność człowieczą i porwać ją w ramiona. Chodnikiem z cegieł jakiś człowiek wlókł się do domu. Alicja zaczęła biec. Ogarnął ją dziki, szaleńczy nastrój. „Co mnie obchodzi, kto to jest. Wystarczy, że samotny, więc będę z nim” – myślała. I nagle bez chwili zastanowienia, jaki będzie skutek jej szaleństwa, łagodnie zawołała:
– Zaczekaj! Nie odchodź. Kimkolwiek jesteś, zaczekaj.
Człowiek na chodniku zatrzymał się i stał nasłuchując. Był stary i głuchawy. Zwijając dłoń przy ustach krzyczał: – Co? Że co?
Alicja osunęła się na ziemię i leżała drżąca. Zdjął ją taki strach na myśl o tym, co zrobiła, że kiedy stary poszedł swoją drogą, nie miała śmiałości wstać, tylko na czworakach przez trawę popełzła do domu. Dostawszy się do swojego pokoju zaryglowała drzwi i zastawiła wejście toaletą. Ciałem jej wstrząsał dreszcz, a ręce tak drżały, że ledwo uporała się z nocną koszulą.
Kiedy weszła do łóżka, ukryła twarz w poduszce i żałośnie płakała. „Co się ze mną dzieje? Muszę uważać, bo zrobię coś strasznego” – myślała i odwróciwszy się twarzą do ściany próbowała się przemóc, aby dzielnie zmierzyć się z faktem, że wielu ludziom dane jest żyć i umierać samotnie, nawet w Winesburgu.