Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Góndola fúnebre N°2

I

Dos hombres, suegro y yerno, Liszt y Wagner, viven junto al Canal Grande
con la inquieta esposa del rey Midas,
ése que transforma en Wagner todo lo que toca.
El frío verde del mar atraviesa los pisos del palacio.
Wagner destaca, el conocido perfil de títere; parece más  cansado;
el rostro, una bandera blanca.
La góndola cargada pesadamente con sus vidas; dos pasajes de ida y vuelta y otro sólo de ida.

II

Una ventana del palacio se abre con el viento y el súbito  soplo provoca muecas.
Sobre el agua aparece la góndola del  basurero impulsada  por dos bandidos con remo.
Liszt ha escrito unos acordes tan pesados que deberían ser enviados a analizar
en el Instituto de Mineralogía de Padua.
¡Meteoritos!
Demasiado pesados para la quietud, pueden sólo hundirse más y más, futuro abajo, hasta
los años de las camisas pardas.
La góndola, pesadamente cargada con las  hacinadas piedras del futuro.

III

Rendijas, hacia 1990.

25 de marzo. Inquietud por Lituania.
Soñé que visitaba un gran hospital.
No tenía funcionarios. Todos eran pacientes.

En el mismo sueño, una niña recién nacida
hablaba con completas oraciones.

IV

Junto al yerno, que es hombre de su tiempo, Liszt es un apolillado grandseigneur.
Es un disfraz.
El abismo, que ensaya y descarta máscaras  diferentes, ha elegido justo ésta para él,
el abismo, que quiere subir hasta los hombres sin mostrar
su rostro.

V

El Abate Liszt está habituado a cargar él
mismo su maleta por soles y por nieves
y cuando muera un día, nadie irá a esperarlo a la estación.
La tibia brisa de un coñac excelente lo conduce a la tarea.
Siempre tiene tarea.
¡Dos mil cartas al año!
El escolar que escribe cien veces el palote, antes de que le permitan volver a casa.
La góndola cargada pesadamente de vida; es sencilla y negra.

VI

De regreso en 1990.

Soñé que conducía doscientos quilómetros en vano.
Entonces, todo se agigantó. Gorriones enormes como gallinas
cantaban de modo ensordecedor.

Soñé que dibujaba teclas de piano
en la mesa de cocina. Tocaba sordamente en ellas.
Los vecinos acudían a escuchar.

VII

El clavicordio que calló durante todo
Persifal (aunque estaba escuchando) puede al fin decir algo.
Suspiros… sospiri…
Mientras Liszt toca, esta noche, mantiene apretado  el pedal marino
para que la fuerza verde del mar suba a través del piso y se una a todas las piedras del edificio. 
¡Buenas tardes, bello abismo!
La góndola cargada pesadamente de vida; es sencilla y negra.

VIII

Soñé que llegaba tarde el primer día de clases.
Todos en el salón  llevaban máscaras blancas sobre el rostro.
Imposible decir quién era el maestro.

Nota
Desde el 19 de noviembre de 1882 haste el 13 de enero de 1883, Liszt visitó a su hija Cosima y a su marido Richard Wagner en el Palazzo Vendramin, en Venecia. Inspirado al ver Liszt un par de góndolas funerarias y bajo una ‘premonición’, compuso dos piezas para piano que se publicaron bajo el título de “Góndola fúnebre”. Wagner moriría al mes siguiente, el 13 de febrero de 1883.


Tłum. Leonard Neuger

Gondola żałobna nr 2

I

Dwóch dziadków, teść i zięć, Liszt i Wagner, mieszka przy Canale Grande
wraz z tą niespożytą kobietą, co wyszła za króla Midasa,
który czego nie dotknie, przemienia w Wagnera.
Zielony ziąb morza przenika przez posadzki do pałacu.
Wagner jest naznaczony, znany profil Kacperka jeszcze bardziej umordowany niż dawniej,
twarz – białą flagą.
Gondola z ciężkim ładunkiem ich życia, dwa powrotne, jeden w jedną stronę.

II

Jedno z okien pałacu otwiera się i w nagłym przeciągu – czyjaś wykrzywiona twarz.
Na dole płynie gondola śmieciarzy poruszana przez dwóch jednowiosłowych bandytów.
Liszt zapisał kilka akordów tak ciężkich, że trzeba by je przekazać
Instytutowi Mineralogicznemu w Padwie do analizy.
Meteoryty!
Zbyt ciężkie by trwać w spoczynku, mogą tylko spadać i spadać w przyszłość
do czasu koszul brunatnych.
Gondola z ciężkim ładunkiem skulonych kamieni przyszłości.

III

Widok na rok 1990.

25 marca. Niepokój o Litwę.
Śniło mi się, że odwiedzam wielki szpital.
Brakowało personelu. Wszyscy byli pacjentami.

W tym samym śnie nowo narodzona dziewczynka,
która mówiła całymi zdaniami.

IV

Przy zięciu, człowieku swoich czasów, Liszt jest wyliniałym światowcem.
Ale to tylko pozór.
Głębia, która przymierza i odrzuca różne maski,
tę właśnie wybrała dla niego –
głębia, która chce przyjść do ludzi nie ukazując twarzy.

V

Wielebny Liszt zwykle sam dźwiga swój bagaż przez roztopy i upały,
a kiedy umrze, nikt nie wyjdzie po niego na stację.
Ciepła bryza bardzo uzdolnionego koniaku zabierze go w połowie misji.
Wciąż ma jakąś misję do spełnienia.
Dwa tysiące listów rocznie!
Uczniak przepisujący sto razy błędnie napisany wyraz zanim mu wolno pójść do domu.
Gondola z ciężkim ładunkiem życia, jest zwykła i czarna.

VI

Z powrotem do roku 1990.

Śniło mi się, że jadę niepotrzebnie dwieście kilometrów.
I wszystko było powiększone. Wróble wielkie jak kury
śpiewały aż uszy puchły.

Śniło mi się, że narysowałem klawisze fortepianu
na kuchennym stole. Grałem na nich, bezgłośnie.
Przyszli sąsiedzi, żeby posłuchać.

VII

Fortepian, który milczał przez całego Parsifala (ale słuchał), nareszcie
może się odezwać.
Skargi… Sospiri…
Dziś wieczorem Liszt gra ciągle na wciśniętym pedale morza,
tak że zielona potęga morza przenika przez posadzkę, wtapia się
w kamienie budynku.
Dobry wieczór, śliczna głębio!
Gondola z ciężkim ładunkiem życia, jest zwykła i czarna.

VIII

Śniło mi się, że pierwszy raz idę do szkoły i jestem spóźniony.
W klasie wszyscy nosili białe maski.
Kto był nauczycielem, trudno orzec.

Komentarz
Między 19 listopada 1882 a 13 stycznia 1883 Liszt odwiedził swoją córkę Cosimę i jej męża Richarda Wagnera w Palazzo Vendramin w Wenecji. Zainspirowany tym parą gondoli pogrzebowych i kierowany przeczuciem” skomponował dwa utwory na fortepian, które ukazały się pod tytułem „Funeral Gondola”. Wagner umarł w następnym miesiącu, 13 lutego 1883 roku.

Transl. Patty Crane

Sorrow Gondola No. 2

I

Two old men, father-and son-in-law, Liszt and Wagner, are staying by the Grand Canal
together with the restless woman who is married to King Midas,
he who changes everything he touches to Wagner.
The ocean’s green cold pushes up through the palazzo floors.
Wagner is marked, his famous Punchinello profile looks more tired than before,
his face a white flag.
The gondola is heavy-laden with their lives, two round trips and a one-way.

II

A window in the palazzo flies open and everyone grimaces in the sudden draft.
Outside on the water the trash gondola appears, paddled by two one-oared bandits.
Liszt has written down some chords so heavy, they ought to be sent off
to the mineralological institute in Padua for analysis.
Meteorites!
Too heavy to rest, they can only sink and sink straight through the future all the way down to the Brownshirt years.
The gondola is heavy-laden with the future’s huddled-up stones.

III

Peep-holdes into 1990.

March 25th. Angst for Lithuania.
Dreamt I visited a large hospital.
No personnel. Everyone was a patient.

In the same dream a newborn girl
who spoke in complete sentences.


IV

Beside the son-in-law, who’s a man of the times, Liszt is a moth-eaten grand seigneur.
It’s a disguise.
The deep, that tries on and rejects different masks, has chosen this one just for him—
the deep that wants to enter people without ever showing its face.

V

Abbé Liszt is used to carrying his suitcase himself through sleet and sunshine
and when his time comes to die, there will be no one to meet him at the station.
A mild breeze of gifted cognac carries him away in the midst of a commission.
He always has commissions.
Two thousand letters a year!
The schoolboy who writes his misspelled word a hundred times before he’s allowed
        to go home.
The gondola is heavy-laden with life, it is simple and black.

VI

Back to 1990.

Dreamt I drove over a hundred miles in vain.
Then everything magnified. Sparrows as big as hens
sang so loud that it briefly struck me deaf.

Dreamt I had drawn piano keys
on my kitchen table. I played on them, mute.
The neighbors came over to listen.

VII

The clavier, which kept silent through all of Parsifal (but listened), finally has
        something to say.
Sighs…ospiri…
When Liszt plays tonight he holds the sea-pedal pressed down
so the ocean’s green force rises up through the floor and flows together with all the
       stone in the building.
Good evening, beautiful deep!
The gondola is heavy-laden with life, it is simple and black.

VIII

Dreamt I was supposed to start school but arrived too late.
Everyone in the room was wearing a white mask.
Whoever the teacher was, no one could say.

Notes:
In late 1882 and early 1883, Liszt visited his daughter Cosima and her husband, Richard Wagner, in Venice. Wagner died several months later. During this time Liszt composed two piano pieces which were published under the title “Sorrow Gondola.”

Sorgegondolen nr 2

I

Två gubbar, svärfar och svärson, Liszt och Wagner, bor vid Canal Grande
tillsammans med den rastlösa kvinnan som är gift med kung Midas
han som förvandlar allting han rör vid till Wagner.
Havets gröna köld tränger upp genom golven i palatset.
Wagner är märkt, den kända kasperprofilen är tröttare än förr
ansiktet en vit flagg.
Gondolen är tungt lastad med deras liv, två tur och retur och en enkel.

II

Ett fönster i palatset flyger upp och man grimaserar i det plötsliga draget.
Utanför på vattnet visar sig sopgondolen paddlad av två enårade banditer.
Liszt har skrivit ner några ackord som är så tunga att de borde skickas
till mineralogiska institutionen i Padova för analys.
Meteoriter!
För tunga för att vila, de kan bara sjunka och sjunka genom framtiden ända ner
till brunskjortornas år.
Gondolen är tungt lastad med framtidens hopkurade stenar.

III

Gluggar mot 1990.
25 mars. Oro för Litauen.
Drömde att jag besökte ett stort sjukhus.
Ingen personal. Alla var patienter.
I samma dröm en nyfödd flicka
som talade i fullständiga meningar.

IV

Bredvid svärsonen som är tidens man är Liszt en maläten grandseigneur.
Det är en förklädnad.
Djupet som prövar och förkastar olika masker har valt just den här åt honom –
djupet som vill stiga in till människorna utan att visa sitt ansikte.

V

Abbé Liszt är van att bära sin resväska själv genom snöglopp och solsken
och när han en gång skall dö är det ingen som möter vid stationen.
En ljum bris av mycket begåvad konjak för honom bort mitt i ett uppdrag.
Han har alltid uppdrag.
Tvåtusen brev om året!
Skolpojken som skriver det felstavade ordet hundra gånger innan han får gå hem.
Gondolen är tungt lastad med liv, den är enkel och svart.
VI

Åter till 1990.
Drömde att jag körde tjugo mil förgäves.
Då förstorades allt. Sparvar stora som höns
sjöng så att det slog lock för öronen.
Drömde att jag ritat upp pianotangenter
på köksbordet. Jag spelade på dem, stumt.
Grannarna kom in för att lyssna.

VII

Klaveret som har tigit genom hela Parsifal (men lyssnat) får äntligen säga något.
Suckar…sospiri…
När Liszt spelar ikväll håller han havspedalen nertryckt
så att havets gröna kraft stiger upp genom golvet och flyter samman med all sten i byggnaden.
Godafton vackra djup!
Gondolen är tungt lastad med liv, den är enkel och svart.

VIII

Drömde att jag skulle börja skolan men kom försent.
Alla i rummet bar vita masker för ansiktet.
Vem som var läraren gick inte att säga.

Kommentar
Vid årsskiftet 1882/1883 besökte Liszt sin dotter Cosima och hennes man, Richard Wagner, i Venedig. Wagner dog några månader senare. Under denna tid komponerade Liszt två pianostycken som publicerades under titeln ”Sorgegondol”.



Fullständig text här

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Ada Trzeciakowska

La Galería (fragm.)

Voces en el micrófono decían: La velocidad es el poder.
¡La velocidad es el poder!
¡Sigue el juego, the show must go on!

En nuestras carreras nos movemos rígidamente paso a paso
como en el teatro 
con máscaras, gritando la canción: ¡Yo, soy Yo!
El derrotado
es representado por una manta enrollada.

Un artista dijo: Antes era un planeta
con mi propia atmósfera densa.
Los rayos del exterior se refractaban en arcoíris.
Las constantes tormentas rugían dentro, dentro.

Ahora estoy quemado, árido y abierto.
Ya carezco de esa energía infantil.
Tengo un lado caliente y un lado frío.

Ningún arcoíris.

Máscaras de teatro Noh

Tłum. Leonard Neuger

Galeria (frg.)

Głosy w mikrofonie mówiły: Tempo to potęga,
tempo to potęga!
Graj w tę grę, the show must go on!

W karierze poruszamy się sztywno krok za krokiem
jak w teatrze no
z maskami, rycząc pieśń: Ja, to Ja!
Ten kto przegrał reprezentowany jest przez zwinięty koc.

Artysta mówił: Dawniej byłem planetą
z własną gęstą atmosferą,
na której załamywały się w tęczę promienie z zewnątrz.
Ciągłe burze szalały wewnątrz, wewnątrz.

Teraz jestem skończony i suchy i otwarty.
Brakuje mi obecnie dziecięcej energii.
Mam stronę gorącą i stronę zimną.

Żadnych tęcz.

Transl. Patty Crane

The Gallery (fragm.)

Voices in the microphone said: Speed is power
speed is power!
Play the game, the show must go on!

We move through our career stiffly, step by step
like in a Noh play
with masks, shrieking song: Me, it’s Me!
Whoever’s defeated
is represented by a rolled-up blanket.

An artist said: I used to be a planet
with my own dense atmosphere.
Incoming rays were refracted into rainbows.
Continuous thunderstorms raged within, within.

Now I’m burnt-out and dry and open.
I no longer have childlike energy.
I have a hot side and a cold side.

Full text here

Gallerit

Röster i mikrofonen sa: Fart är makt
fart är makt!
Spela spelet, the show must go on!

I karriären rör vi oss stelt steg för steg
som i ett no-spel
med masker, skrikande sång: Jag, det är Jag!
Den som slogs ut
representerades av en hoprullad filt.

En konstnär sa: Förr var jag en planet
med en egen tät atmosfär.
Strålarna utifrån bröts där till regnbågar.
Ständiga åskväder rasade inom, inom.

Nu är jag slocknad och torr och öppen.
Jag saknar numera barnslig energi.
Jag har en het sida och en kall sida.

Inga regnbågar.

Fullständig text här

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Breve pausa en el concierto de órgano

El órgano cesa de tocar y hay un silencio mortal en la iglesia,
   pero solo durante un par de segundos.
Entonces atraviesa el leve rumor del tráfico
   de afuera, el gran órgano.

Sí, estamos rodeados del murmullo del tráfico que anda
   alrededor de las paredes de la catedral.
El mundo exterior resbala como un filme transparente
   y con sombras que luchan en pianissimo.

Como incluido entre los ruidos de la calle, escucho uno
   de mis latidos golpear el silencio;
oigo mi sangre circular, la cascada oculta
   dentro de mí, con la que ando a cuestas,

y tan cerca como mi sangre y tan lejos como
   un recuerdo de los cuatro años,
escucho el camión de carga que pasa y hace temblar
   los muros de seiscientos años.

He aquí lo más opuesto posible a un abrazo de madre;
   sin embargo, ahora soy precisamente un niño que,
oye a los adultos hablar lejos; las voces de los ganadores
   y de los perdedores se mezclan.

En los bancos azules hay una pequeña reunión.
   Y las columnas se alzan como extraños árboles:
sin raíces (solo el suelo es común) y sin
   copa (solo el techo es común).

Vuelvo a vivir un sueño. Estoy solo en un cementerio.
   Por todos los lados relampaguea
hasta donde la vista alcanza. ¿A qué espero? A un amigo.
   ¿Por qué no viene? Él ya ha llegado.

Lentamente, la muerte destornilla la luz desde abajo, del suelo.
   El prado brilla, cada vez más violeta
-no, es un color que nadie ha visto… hasta que la luz pálida
   de la mañana silba a través de los párpados

y no despierto en el inconmovible quizás que
   me lleva por el mundo vacilante.
Y cada imagen abstracta del mundo es tan imposible como
   dibujar una tormenta.

En casa estaba el sabelotodo. La Enciclopedia, un metro en
   la biblioteca; he aprendido a leerla.
Pero cada persona tiene  escrita su propia enciclopedia,
   ella crece en cada alma,

se escribe del nacimiento hacia adelante, los cientos de miles
   de páginas apretadas la una contra la otra
-¡y sin embargo hay aire entre ellas!- como las hojas que
   tiemblan en un bosque. Libro de las contradicciones.

Lo que está allí cambia a cada instante, las imágenes se retocan a
   sí mismas, centellean las palabras.
Un torrente de ellas marcha por todo el texto, seguido de
   la próxima ola, y la próxima…

Fotogramas de La catedral de Tomasz Bagiński

Tłum. Leonard Neuger

Krótka pauza w koncercie organowym

Organy kończą grać i kościół zalega śmiertelna cisza
ale tylko na parę sekund.
Wreszcie przenika słaby warkot ruchu
ulicznego, większych organów…

Cóż, osaczeni jesteśmy przez bełkot ruchu ulicznego
wędrujący wzdłuż murów katedry.
Tam przesuwa się świat zewnętrzny jak przeźroczysty film
z walczącymi cieniami w pianissimo.

Jakby należał do dźwięków z ulicy, słyszę, jak jeden
z mych pulsów bije w ciszy,
słyszę, jak moja krew krąży, kaskada ukryta
w moim wnętrzu, z którą łażę w kółko po świecie.

Bliziutko jak moja krew i daleko
jak wspomnienie z okresu, gdy się miało cztery lata,
słyszę ciężarówkę, która przejeżdża obok i wprawia w drżenie
te sześćsetletnie mury.

To się tak różni od matczynych objęć, jak tylko
można się różnić, a jednak jestem właśnie teraz dzieckiem,
które słyszy, jak dorośli gdzieś daleko rozmawiają. Głosy zwycięzców
i zwyciężonych wymieszane.

Na tych niebieskich ławkach siedzi przerzedzona parafia. A
kolumny wznoszą się jak dziwaczne drzewa:
bez korzeni (tylko wspólna posadzka) i bez korony
(tylko wspólny strop).

Na nowo przeżywam sen. Stoję na cmentarzu parafialnym
samiusieńki. Wszędzie jak okiem sięgnąć
błyszczy wrzos. Na kogo czekam? Na przyjaciela. Czemu
nie nadchodzi? Jest już tutaj.

śmierć ostrożnie podkręca światło od spodu, z ziemi.
Wrzosowisko świeci coraz liliowiej —
nie, w kolorze, którego nikt nie widział…póki blade
światło poranka świszcząc nie wleci przez powieki

i nie obudzę się na to niewzruszone MOŻE, które
niesie mnie przez ten zataczający się świat.
I każdy abstrakcyjny obraz świata jest również niemożliwy
jak rysunek sztormu.

W domu stała wszechwiedząca Encyklopedia, metr na
półce. Na niej uczyłem się czytać.
Lecz każdy człowiek spisuje własną encyklopedię.
Ona wyrasta w każdej duszy.

Pisana jest od narodzin w przód. Setki tysięcy ściśniętych stron
a jeszcze między nimi jest powietrze! Jak drgające liście w lesie.
Księga przeciwstawień.

To, co w niej napisane, zmienia się w każdej chwili, obrazy retuszują się same. Migoczą słowa.
Strumień toczy się przez cały tekst, za nim następny
Strumień i następny…

Transl. Robin Fulton

Brief pause in the organ recital

The organ stops playing and it’s deathly quiet in the church, but only for a couple of seconds.
And the faint rumbling penetrates from the traffic out there, that greater organ.

For we are surrounded by the murmuring of the traffic, it flows along the cathedral walls.
The outer world glides there like a transparent film and with shadows struggling pianissimo.

And as if it were part of the street noise I hear one of my pulses beating in the silence,
I hear my blood circulating, the cascade that hides inside me, that I walk about with,

and as close as my blood and as far away as a memory from when I was four,
I hear the trailer that rumbles past and makes the six-hundred-year-old walls tremble.

This could hardly be less like a mother’s lap, yet at the moment I am like a child,
hearing the grown-ups talking far away, the voices of the winners and the losers mingling.

On the blue benches a sparse congregation. And the pillars rise like strange trees:
no roots (only the common floor) and no crown (only the common roof).

I relive a dream. That I’m standing alone in a churchyard. Everywhere heather glows
as far as the eye can reach. Who I am waiting for? A friend. Why doesn’t he come. He’s here already.

Slowly death turns up the lights from underneath, from the ground. The heath shines, a stronger and stronger purple —
no, a colour no one has seen … until the morning’s pale light whines in through the eyelids

and I waken to that unshakeable PERHAPS that carries me through the wavering world.
And each abstract picture of the world is as impossible as the blue-print of a storm.

At home stood the all-knowing Encyclopedia, a yard of bookshelf, in it I learnt to read.
But each one of us has his own encyclopedia written, it grows out of each soul,

it’s written from birth onwards, the hundreds of thousands of pages stand pressed against each other
and yet with air between them! Like the quivering leaves in a forest. The book of contradictions.

What’s there changes by the hour, the pictures retouch themselves, the words flicker.
A wake washes through the whole text, it’s followed by the next wave, and then the next …

Kort paus i orgelkonserten

Orgeln slutar att spela-och det blir dödstyst i kyrkan
men bara ett par sekunder.
Så tränger det svaga brummandet igenom från
trafiken därute, den större orgeln.

Ja, vi är omslutna av trafikens mumlande som vandrar
runt längs domkyrkans väggar.
Där glider yttervärlden som en genomskinlig film
och med kämpande skuggor i pianissimo.

Som om den ingick bland ljuden från gatan hör jag en
av mina pulsar slå i tystnaden,
jag hör mitt blod kretsa, kaskanen som gömmer sig
inne i mig, som jag går omkring med,

och lika nära som mitt blod och lika långt borta
som ett minne från fyraårsåldern
hör jag långtradaren som går förbi och får de sex-
hundraåriga murarna att darra.

Här är så olikt en modersfamn som någonting kan
bli, ändå är jag ett barn just nu
som hör de vuxna prata lång borta, vinnarnas och
förlorarnas röster flyter ihop.

På de blå bänkarna sitter en gles församling. Och
pelarna reser sig som underliga träd
inga rötter (bara det gemensamma golvet) och ingen
kröna (bara det gemensamma taket).

Jag återupplever en dröm. Att jag står på en kyrko-
gård ensam. Överalt lyser ljung
så långt ögat når. Vem väntar jag på? En vän. Varför
kommer han inte? Han är redan här.

Sakta skruvar döden upp ljuset underifrån, från mar-
ken. Herden lyser allt starkate lila-
nej i en färg som ingen sett… tills morgonens bleka
ljus viner in genom ögonlocken

och jag vaknar till det där orubbliga KANSKE som
bär mig genom den vacklande världen.
Och varje abstrakt bild av världen är lika omöjlig som
ritningen till en storm.

Hemma stod allvetande Encyklopedin, en meter i
bokhyllan, jag lärde mig läsa i den.
Men varje människa får sin egen encyklopedi skriven,
den växer fram i varje själ,

den skrivs från födelsen och framåt, de hundratusen-
tals sidorna står pressade mot varann
och ändå med luft emellan! som de dallrande löven i
en skog. Motsägelsernas bok.

Der står som där andras varje stund, bilderna retu-
scherar sig själva, orden flimrar.
En svallvåg rullar genom hela texten, den följs av nästa
svallvåg, och nästa…


Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Grados bajo cero

Estamos en una fiesta que no nos ama. Al final, la fiesta deja caer su máscara y se muestra como realmente es: una estación de cambio de trenes. Fríos colosos sobre raíles en la niebla. Una tiza ha garabateado en las puertas de los vagones.

No se puede mencionar, pero aquí hay mucha violencia reprimida. Por eso son tan pesados los detalles. Y es tan difícil ver lo otro que también existe: una mancha de sol que cambia de sitio en la pared de la casa y resbala a través del inconsciente bosque de rostros centelleantes; una cita bíblica que nunca ha sido escrita: “Ven a mí, porque yo soy tan contradictoria como tú.”

Mañana trabajo en otra ciudad. Susurro hacia allá a través de la niebla matinal que es un cilindro negriazul. Orión cuelga encima de la capa de hielo. Hay un grupo silencioso de niños esperando el autobús escolar, niños por los que nadie reza. La luz crece lentamente como nuestro pelo.

Tłum. Mirosław Rodziewicz

Minusowe stopnie

Jesteśmy na zabawie, która nas nie kocha. Pod koniec zabawa opuszcza maskę i pokazuje swe prawdziwe ja: plac manewrowy. Zimne kolosy stoją we mgle, na szynach. Kreda namazała coś na drzwiach wagonów.

Nie powinno się o tym wspominać, ale jest tu dużo stłumionej przemocy. To dlatego detale są tak ciężkie. I tak trudno zobaczyć inne rzeczy: plamę słońca przemieszczającą się po ścianie i zjeżdżającą poprzez nieświadomy las drżących twarzy, słowo biblijne, którego nigdy nie zapisano: „Chodź do mnie, ponieważ mam naturę równie sprzeczną jak ty”.


Jutro pracuję w innym mieście. Lecę tam porankiem będącym wielkim czarno-niebieskim cylindrem. Orion wisi nad mrozem. Dzieci stoją w cichej grupie i czekają na szkolny autobus, dzieci za które nikt się nie modli. Światło rośnie wolno jak nasze włosy.

Fotos propias

Transl. Robin Fulton

Below Zero

We are at a party that doesn’t love us. At last the party lets its mask drop and shows itself for what it really is: a marshalling yard. Cold colossi stand on rails in the mist. A piece of chalk has scribbled on the wagon doors.

It shouldn’t be said but there is much suppressed violence here. That’s why the components are so heavy. And why it’s so hard to see something else that’s there too: a little reflection from a mirror, flitting on the house-walls and gliding through the unknowing forest of glimmering faces, a biblical text which was never written: ‘Come unto me, for I am full of contradictions like you.’

Tomorrow I am working in another town. I swish towards it through the morning hour which is like a big dark-blue cylinder. Orion hangs above the ground-frost. Children are standing in a silent cluster waiting for the school bus, children no one prays for. The light is growing as slowly as our hair.

Minusgraden

Vi är på en fest som inte älskar oss. Till sist låter festen sin mask falla och visar sig som den verkligen är: en växlings- bangård. Kalla kolosser står på skenor i dimman. En krita harklottrat på vagnsdörrarna.

Det får inte nämnas, men här finns mycket undertryckt våld. Därför är detaljerna så tunga. Och så svårt att se det andra som också finns: en solkatt som flyttar sig på husväggen och glider genom den ovetande skogen av flimrande ansikten, ett bibelord som aldrig skrevs: ‘Kom till mig, ty jag är mot- sägelsefull som du själv.’

I morgon arbetar jag i en annan stad. Jag susar dit genom morgontimman som är en stor svartblå cylinder. Orion hanger ovanför tjälen. Barn står i en tyst klunga och väntar på skol-bussen, barn som ingen ber för. Ljuset växer sakta som vårt hår.

Elizabeth Bishop

1911-1979, Estados Unidos

Trad. Ada Trzeciakowska

Santarém

Por supuesto, puede que todo lo recuerde mal
después, después- ¿de cuántos años?

Aquella tarde dorada no quise seguir viajando;
lo que más me apetecía era quedarme un tiempo
allí en la confluencia de dos grandes ríos, Tapajós, Amazonas,
que fluían y fluían, majestuosos y silenciosos, al este.
De repente aparecieron casas, personas y un montón de
barcos mestizos pasando de un lado para otro
bajo el cielo de nubes preciosas, iluminadas por debajo,
con todo dorado, bruñido a lo largo de un lado,
y todo claro, alegre, despreocupado – por lo menos eso parecía-.
Me gustó el lugar; me gustó la idea del lugar.
Dos ríos. ¿Acaso no brotaron dos ríos
del Jardín del Paraíso? No, eran cuatro
y habían divergido. Aquí hay solo dos
y juntándose. Igual si a uno le resulta tentadora
una interpretación literaria
como esa: vida/muerte, cierto/falso, masculino/femenino
-semejantes nociones se habrían resuelto, disuelto, inmediatamente
en esa deslumbrante y acuosa dialéctica.

Frente a la iglesia, catedral, mejor dicho,
había una modesta rambla y un pabellón
a punto de caerse al río,
palmeras regordetas y llamativas como ceniceros con brasa,
edificios de una planta, estucos, azules o amarillos,
y una casa con fachada de azulejos, amarillos como ranúnculos.
La calle estaba sumida en la arena dorada y oscura del río
mojada por la lluvia ritual de cada tarde,
e yuntas de cebúes caminaban pesadamente, nobles, apacibles
y azules con sus cuernos curvados por abajo y orejas colgando,
tirando de carros de ruedas sólidas.
Las pezuñas de cebúes, los pies de la gente
se hundían en arena dorada,
humedecidos e insonorizados por la arena dorada,
de forma que el único sonido que llegaba era el crujir y el –shu, shu, shu-.

Dos ríos llenos de una locura de barcos – gente,
toda cambiando de idea aparentemente, embarcando,
desembarcando, remando en torpes barcazas.
(Después de la Guerra de Secesión algunas familias sureñas
vinieron aquí, aquí donde se permitía tener esclavos.
Dejaron algunos ojos azules, nombres ingleses,
y -remos-. En todos los sitios, todos
a lo largo de las cuatro mil millas del Amazonas
no hacen otra cosa que remar.)
(…)

(¡Catedrales, por cierto!). Hacía una semana más o menos
hubo una tormenta eléctrica y sobre la catedral
cayó un rayo. En una torre había dejado
una fisura en zigzag ensanchándose hacia abajo.
Era un milagro. A la casa del cura justo al lado
también la alcanzó el rayo y su cama de latón pulido
(la única en todo el pueblo) se volvió negra al galvanizarse.
Graças a deus– estábamos por entonces en Belém,

En una farmacia azul el farmacéutico
colgó un nido vacío de avispas junto a un estante:
pequeño, exquisito, limpio, de blanco opaco,
y duro como estuco. Lo admiré
tanto que me lo regaló.
Entonces -sonó la sirena de mi barco de vapor-. No pude quedarme.
De vuelta a bordo, un compañero de viaje, el señor Swan,
holandés, ex-director de Philips Electric,
un viejo de verdad muy simpático,
que quería ver el Amazonas antes de morir,
me preguntó: “Qué es esa cosa tan fea?”

Tłum. Andrzej Sosnowski

Oczywiście mogę sobie przypominać to wszystko opacznie
po ilu – ilu latach?

Tamtego złotego wieczora naprawdę nie chciałam dalej podróżować;
niczego bardziej nie chciałam, niż zatrzymać się na dłuższą chwilę
u zbiegu tych dwóch wielkich rzek, Tapajós i Amazonki,
dostojnie, cicho płynących, płynących na wschód.
Nagle pojawiły się domy, byli ludzie i mnóstwo dziwnych
kryp śmigających tam i nazad po rzece,
pod niebem ze wspaniałych, od spodu podświetlonych chmur,
ze wszystkim wyzłoconym, skrzącym się wzdłuż jednej strony,
wszystkim jasnym, pogodnym, niedbałym – tak to wyglądało.
Podobało mi się takie miejsce; podobała mi się idea tego miejsca.
Dwie rzeki. Czy dwie rzeki nie wypływały
z ogrodu w Edenie? Nie, były cztery
i rozchodziły się w różne strony. Tutaj tylko dwie
i się schodziły. Nawet gdyby ulec pokusie
literackich interpretacji
takich jak: życie-śmierć, prawda-fałsz, męskie-żeńskie
pojęcia takie zlałyby się ze sobą, rozpłynęły raz dwa
w tej wodnej, oślepiającej dialektyce.

Naprzeciw kościoła; naprzeciw Katedry, rzecz jasna,
była skromna promenada, dalej belweder
jakby już spadający do rzeki,
korpulentne palmy-strojnisie ukwiecone jak popielniki z żarem,
budynki jednopiętrowe, stiuk w kolorze niebieskim lub żółtym,
i jeden dom z frontem w azulejos, jak jaskier żółtym.
Cała ulica w głębokim ciemnozłotym piasku z rzeki,
zmoczona po rytualnym popołudniowym deszczu,
a zaprzęgi zebu stąpały ciężko, dumne, szlachetne
i błękitne, z rogami skrzywionymi w dół i wiszącymi uszami,
ciągnąc wozy o pełnych kołach.
Racice tych zebu, stopy ludzi
brodziły w złotawym piasku,
mokre, wytłumione w złotawym piasku,
tak że niemal jedyny donośniejszy odgłos
to było skrzypienie oraz szu, szu, sza.

Dwie rzeki pełne wodnego szaleństwa – ludzie
najwidoczniej nieustannie zmieniający plany, wsiadający,
wysiadający, wiosłujący w klocowatych płaskodenkach.
(Po wojnie secesyjnej grupa rodzin przybyła tutaj
z Południa; tu mogły nadal posiadać niewolników.
Zostawiły trochę niebieskich oczu i angielskich imion
oraz dulki. Żadna inna miejscowość, nikt
na czterech tysiącach mil Amazonki
niczego innego nie robi, tylko pagajuje).
Jakiś tuzin młodych mniszek w białych habitach
machał wesoło ze starego tylnokołowca
stojącego pod parą, już obwieszonego hamakami

w drodze na misję, oddaloną o tyle dni i nocy
w górze Bóg wie jakiego zatraconego dopływu.
Bocznokołowce, niezliczone chybotliwe pirogi…
W jednej stała krowa, całkiem spokojnie
przeżuwając paszę, kolebiąc się, chybocząc,
gdzieś tam wieziona, gdzie zostanie poślubiona.
Szkuner rzeczny z wygiętymi do tyłu masztami,
pod fioletowymi żaglami, robił zwrot tak późno,
że bukszprytem chyba już dotknął kościoła

(Katedry, rzecz jasna!). Jakiś tydzień wcześniej
była burza z piorunami i w Katedrę walnął był
grom. Na jednej wieży z góry na dół pozostało
zygzakowate, rozszerzające się pęknięcie
Był to cud. Zaraz obok domostwo księdza
też zostało rażone i jego łóżko z mosiądzu
(jedyne takie w mieście) sczerniało od galwanizacji.
Gracas a deus – bawił wtedy w Belem.

Aptekarz w niebieskiej aptece
powiesił puste gniazdo os przy jednej z półek:
małe, śliczne, czysty niklowy biały mat,
twarde jak stiuk. Zachwyciłam się
tak bardzo, że mi je podarował.
Potem – zagwizdał parowiec. Nie mogłam zostać.
Na statku jeden ze współpasażerów, Mr. Swan,
Holender, odchodzący dyrektor Philips Electric,
naprawdę bardzo miły starszy pan,
który chciał zobaczyć Amazonkę, zanim umrze,
spytał: „A co to za paskudztwo?”

Santarém

Of course I may be remembering it all wrong
after, after—how many years?

That golden evening I really wanted to go no farther;
more than anything else I wanted to stay awhile
in that conflux of two great rivers, Tapajós, Amazon,
grandly, silently flowing, flowing east.
Suddenly there’d been houses, people, and lots of mongrel
riverboats skittering back and forth
under a sky of gorgeous, under-lit clouds,
with everything gilded, burnished along one side,
and everything bright, cheerful, casual—or so it looked.
I liked the place; I liked the idea of the place.
Two rivers. Hadn’t two rivers sprung
from the Garden of Eden? No, that was four
and they’d diverged. Here only two
and coming together. Even if one were tempted
to literary interpretations
such as: life/death, right/wrong, male/female
—such notions would have resolved, dissolved, straight off
in that watery, dazzling dialectic.

In front of the church, the Cathedral, rather,
there was a modest promenade and a belvedere
about to fall into the river,
stubby palms, flamboyants like pans of embers,
buildings one story high, stucco, blue or yellow,
and one house faced with azulejos, buttercup yellow.
The street was deep in dark-gold river sand
damp from the ritual afternoon rain,
and teams of zebus plodded, gentle, proud,
and -blue-,with down-curved horns and hanging ears,
pulling carts with solid wheels.
The zebus’ hooves, the people’s feet
waded in golden sand,
dampened by golden sand,
so that almost the only sounds were creaks and –shush, shush, shush-.

Two rivers full of crazy shipping—people
all apparently changing their minds, embarking,
disembarking, rowing clumsy dories.
(After the Civil War some Southern families
came here; here they could still own slaves.
They left occasional blue eyes, English names,
and -oars-. No other place, no one
on all the Amazon’s four thousand miles
does anything but paddle.)
A dozen or so young nuns, white-habited,
waved gaily from an old stern-wheeler
getting up steam, already hung with hammocks
—off to their mission, days and days away
up God knows what lost tributary.
Side-wheelers, countless wobbling dugouts…
A cow stood up in one, quite calm,
chewing her cut while being ferried,
tipping, wobbling, somewhere, to be married.
A river schooner with raked masts
and violet-colored sails tacked so close
her bowsprit seemed to touch the church

(Cathedral, rather!). A week or so before
there’d been a thunderstorm and the Catheral’d
been struck by lightning. One tower had
a widening zigzag crack all the way down.
It was a miracle. The priest’s house right next door
had been struck, too, and his brass bed
(the only one in town) galvanized black.
Graças a deus– — he’d been in Belém.

In the blue pharmacy the pharmacist
had hung an empty wasps’ next from a shelf:
small, exquisite, clean matte white,
and hard as stucco. I admired it
so much he gave it to me.
Then—my ship’s whistle blew. I couldn’t stay.
Back on board, a fellow-passenger, Mr. Swan,
Dutch, the retiring head of Philips Electric,
really a very nice old man,
who wanted to see the Amazon before he died,
asked, “What’s that ugly thing?”