Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

El pelele

¿Volverá a declinar el verano? – claman los titulares
e informativos locales. Por supuesto, con él también
se vendrán abajo los sucesivos planes de mudanza
a algún país cálido, del cambio de las condiciones

de vida por unas donde la avispa obstinada
del verano se caiga sucesivamente en cada vaso
de la terraza, y por la tarde un panal de miel
descienda lentamente al horizonte para derramarse

repentinamente por las ventanas vacías. Se vendrán abajo los sueños
con abandonar la zona de la sombra. A ella no la proyectan
los objetos, son ellos los que se escapan de ella
por un instante como chispas para como una chispa consumirse

con un siseo, un gimoteo. Por supuesto que el verano decaerá,
junto con las hojas y nuestra civilización. Entretanto
el amor, aquel pelele que precipitamos del tejado,
ha aprendido a volar y va dando golpecitos al alféizar.  

Kukła

Czy lato znów upadnie? – wołają nagłówki
oraz media lokalne. Oczywiście, padną
wraz z nim także kolejne plany przeprowadzki
do ciepłych krajów, zmiany tutejszych warunków

bytowania na takie, gdzie uparta osa
lata wpada po kolei do każdej szklanki
na tarasie, a wieczorem miodowy plaster
spływa powoli na horyzont, żeby rozlać

się naraz w pustych oknach. Upadną marzenia
o opuszczeniu strefy cienia. On z przedmiotów
tu nie pada, to one wypadają z cienia
na moment niczym iskry, by jak iskra spłonąć

z sykiem, kwileniem. Jasne, że lato upadnie,
z liśćmi i naszą cywilizacją. Tymczasem
miłość, ta kukła, którą zrzuciliśmy z dachu,
nauczyła się latać, stuka o parapet.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

El amor

El amor -una guerra química en el organismo-.
El hipotálamo, parte del diencéfalo
conduce fuera cohorte tras cohorte
de hormonas en su gran misión suicida
de hacer reír al césar. De aquí la sangre más vivaz,
el sudor, el temblor de las manos etc. etc,
De aquí el olor a quemado cuando ya no te quiere, cuando se va.
El cuerpo recoge asiduamente las astillas,
los tarugos de la puerta cerrada de golpe, para formar
de ellos una pira funeraria en la arder.
De aquí también el enmarañamiento. Mientras allí lejos
apartas los cabellos, yo soy la mano.

Fotogramas de La novia de Paula Ortiz

Miłość

Miłość, wojna chemiczna w organizmie.
Hipotalamus, część międzymózgowia
wyprowadza kohortę za kohortą
hormonów w wielkiej samobójczej misji
rozśmieszenia cezara. Stąd żywsza krew,
pot, drżenie dłoni itepe itede.
Stąd swąd, gdy już cię nie chce, kiedy odchodzi.
Ciało pracowicie zbiera drzazgi,
szczapy z zatrzaśniętych drzwi, by ułożyć
z nich stos żałobny, na którym się spali.
Stąd też splątanie. To, że tam daleko
odgarniasz włosy, a ja jestem ręką.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Gusano

A veces me hago recordar. Todas las cartas perdidas
llegan el mismo día y quemarlas no ayuda mucho.
Jirones negros giran en el aire, se posan en los labios.
En los sueños estoy cerca, se ven manchas en las sábanas.

Lavando no se quitan. A veces me hago recordar desde aquí,
sin ira en silencio susurro conjuros. Allí en seguida gritan
por la noche, se equivocan en el cálculo, rompen vasos,
un cansancio pasajero, lo siento. El jabón no lo podrá lavar.

A veces pienso en ello y no consigo dormir, aún aquí
me crecen el pelo y las uñas. A veces parece que
alguien ha venido, se oyen pasos y la tierra cae
en los ojos abiertos. Me imagino un día así.

Robak

Czasem przypominam się im. Wszystkie zaginione listy
przychodzą jednego dnia i palenie ich niewiele pomaga.
Czarne strzępy krążą w powietrzu, siadają na wargach.
W snach staję blisko, rano widać ślady na pościeli.

Nie można doprać. Czasem przypominam się stąd,
szepcę zaklęcia cicho bez złości. Tam zaraz krzyczą
w nocy, mylą się w liczeniu i nagle tłuką szkło, chwilowe
zmęczenie, przepraszam. Mydło tego nie zmyje.

Czasem myślę o tym i nie mogę zasnąć, jeszcze tutaj
rosną mi włosy i paznokcie. Czasem wydaje mi się,
że ktoś przyszedł, słychać kroki i piach sypie się
do otwartych oczu. Wyobrażam sobie taki dzień.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Xavier Ferré

Ostras y dátiles

Dime ¿qué te gustaría? Tenemos aquí frutas,
queso, vino, semillas, unas cuantas especias,
una calle femenina y también un julio masculino,
y Cracovia, un poco de luz, hemos dejado atrás una época
 
genial y terrible, ante nosotros tenemos unas vistas
a otra todavía más genial y más terrible.
Y para elegir tenemos tres tipos de vida:
podemos ser ricos y felices, después
 
felices pero pobres, o tan solo felices
y al diablo con las finanzas. Lo pregunto
mientras caen las multinacionales, se derrumban
las exposiciones y los imperios, las leyendas del fútbol
 
empiezan a hacer faltas. Ya ha llegado la hora
de abandonar todo esto y de hacer locuras.

La gran comilona de Marco Ferreri

Ostrygi i daktyle

Powiedz mi, jak byś chciała? Mamy tu owoce,
ser, wino, nasiona, mamy trochę przypraw
i kobiecą ulicę oraz męski lipiec,
i Kraków, trochę światła, za sobą epokę

genialną i straszliwą, przed sobą widoki
na jeszcze genialniejszą i jeszcze straszliwszą.
I mamy do wyboru trzy rodzaje życia:
możemy być bogaci i szczęśliwi, potem

szczęśliwi ale biedni, lub tylko szczęśliwi
i pal diabli finanse. Pytam o to w chwili,
kiedy się rozpadają korporacje, walą
wystawy i imperia, legendy futbolu

zaczynają faulować. Nadeszła już pora,
żeby to wszystko rzucić i trochę oszaleć.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Campaña de invierno 2003

8.

Desde que el mundo se nos haya roto, lo arreglamos en casa
con ayuda de movimientos mágicos. De esta manera
se produce el calor y es él el que hace subir
ligeramente la columna de mercurio. El deshielo. Él vencerá

pronto a las paredes y saldrá de casas a la calle
quemando sus estandartes hasta que termine
el período glaciar y en el fondo del valle
entre la cama y la pared descubran

una escritura secreta surcada por nuestros cuerpos.
Solamente aquel arqueólogo quien ponga
su cuerpo a medida, podrá reproducir
el ritmo y conocerá el carácter de la letra. Y en un destello

verá el mundo de nuevo: las nubes muy bajas,
tan bajas que de verdad habrá que tumbarse.

Fotografías de Francesca Woodman (1958-1981, EE.UU.)

Kampania zimowa 2003

8.

Odkąd świat nam się zepsuł, naprawiamy w domu
z pomocą czarodziejskich ruchów. W taki sposób
wytwarzane jest ciepło i ono podnosi
nieznacznie słupek rtęci. Odwilż. To ona pokona

wkrótce ściany i wyjdzie z mieszkań na ulice
paląc swoje sztandary, póki nie przeminie
epoka lodowcowa i na dnie doliny
między łóżkiem a ścianą zostanie odkryte

wyżłobione przez nasze ciała tajne pismo.
Tylko ten archeolog, który sam przyłoży
swoje ciało na miarę, będzie mógł odtworzyć
rytm i pozna krój liter. I w jednym przebłysku

zobaczy świat na nowo: chmury bardzo nisko,
tak nisko, że naprawdę trzeba się położyć.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Sobrevivimos este invierno

Sobrevivimos este invierno, esos días negros,
cuando nos iluminamos uno al otro,
frotando sin parar la cerilla contra el rascador,
el rascador contra la cerilla. Todo eso en un país,
en el cual el interdisciplinar
presentimiento de las desgracias flota gris,
lívido y pardo entre la reja y la ventana,
y presiona, presiona. Ha llegado la primavera,

y el fuego sigue ardiendo. Escribo cartas,
y sentado en la ventana lanzo aviones,
que aterrizan en los patios de los más cercanos
y más lejanos, y en cada uno hay una llama.
Un par de días así, mi pequeñito diario,
robados de las reservas divinas,
nos tienen que llegar para los meses largos.
Cuando abras uno, cien echarás en olvido.

Przetrwaliśmy tę zimę

Przetrwaliśmy tę zimę, te dni czarne,
kiedy się oświetlaliśmy nawzajem,
pocierając wciąż zapałką o draskę,
draską o zapałkę. To wszystko w kraju,
w którym to interdyscyplinarne
przeczucie nieszczęść wisi w barwie szarej,
burej i sinej w kratownicy okna,
i napiera, napiera. Przyszła wiosna,

a ogień wciąż płonie. Piszę listy
i siedząc w oknie, puszczam samoloty,
i one wylądują u najbliższych
i u najdalszych, a w każdym z nich płomień.
Kilka dni takich, mój mały dzienniczku,
wykradzionych z boskich zapasów, one
muszą nam starczyć na długie miesiące.
Kiedy jeden otworzysz, sto zapomnisz.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. M. Bellmunt Serrano

Ángel

Trabajo en sueños. Me levanto y salgo, la acera está cubierta
por una capa de escarcha. Entro allí cuando duerme y la tomo tal como es;
de espaldas, sobre el vientre o encogida, y entonces se agitan las paredes
los muebles y, tras la ventana, las calles, y, más allá, hasta que ella sienta todas
estas cosas irreales, cómo millones de palabras que fluyen, esas imágenes
inverosímiles que comienzan a girar en silencio, ah, a llenarla.

Así trabajo cada noche, soy invisible. Después me siento y observo
cómo mueve los párpados y sus dedos tiemblan. Y sé incluso qué ve
cuando empieza a llorar.

Ah, trabajo a través del sueño, la amo a través del sueño. Cada noche le entrego
todo mi ser, espero un hijo. Y después vuelvo por todas esas calles,
todo permanece inmóvil, las casas, los árboles y lo demás. Y en la piel
tengo una capa de escarcha. Y cuando la oigo despertar con un grito, lo sé;
alguien más trabaja en la realidad.

Collage de Robin Isely.

Anioł

Pracuję we śnie. Wstaję i wychodzę, a chodnik pokryty jest  
jasnym nalotem. Wchodzę tam, kiedy śpi i biorę ją tak, jak jest;  
na wznak, na brzuchu, albo skuloną, i wtedy poruszają się  
ściany, meble i za oknem ulice i dalej, aż poczuje te wszystkie  
nierealne rzeczy, jak płyną te miliony słów, te nieprawdopodne  
obrazy i zaczynają cicho krążyć, ach, wypełniać ją.
 
Tak pracuję co noc, jestem niewidzialny. I potem siedzę i patrzę
 jak porusza powiekami i drgają jej palce. I nawet wiem, co widzi
 gdy zaczyna płakać.  
 
Ach, pracuję przez sen, kocham ją przez sen. Co noc zostawiam  
w niej to wszystko, oczekuję dziecka. A potem wracam tymi ulicami
 wszystko jest nieruchome, domy, drzewa i dalej. A na skórze
 mam jasny nalot. I kiedy słyszę, że budzi się z krzykiem, wiem;
 ktoś inny pracuje na jawie.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Segundo hipótico*

Si es por amor, nos será perdonado,
quedarán atrás las camas deshechas y ciudades
iniciadas, cortinas entreabiertas, cosas apenas
tocadas y algunos platos sucios. Si es por amor,

no quedará vacío después de nosotros, hay una innata
discordancia gramatical, el vacío no puede habitar
en los lugares no marcados por nuestros cuerpos, mas
saldrán de allí los niños, los países y todos los colores.

si es por amor, se pondrán de nuestra parte los animales,
perros abandonados. Nos perdonarán la inmovilidad
y esa mirada perdida dentro de uno mismo. Yaceremos
y encima pasarán los días y las corrientes. Construirán encima

una ciudad y los electrones libres enjambrarán, gruñirán,
y los sueños, los sueños serán nuestros para siempre.

En Mundo y Antimundo (2003)

*Pseudegénero inventado por Różycki

Fotogramas de Copia Certificada de Abbas Kiarostami

Drugi hipotyk

Jeżeli to z miłości, będzie nam wybaczone, 
pozostaną za nami łóżka niepościelone i napoczęte 
miasta, rozchylone zasłony, ledwo dotknięte 
rzeczy i trochę brudnych naczyń. Jeżeli to z miłości, 

nie pozostanie po nas pustka, jest taka wrodzona 
gramatyczna niezgodność, pustka nie może zamieszkać 
w miejscach przez nasze ciała naznaczonych, wyjdą 
natomiast z nich dzieci, kraje i wszelkie kolory. 

Jeżeli to z miłości, staną po naszej stronie zwierzęta, 
psy porzucone. One wybaczą nam tę nieruchomość 
i ten zagubiony gdzieś w sobie wzrok. Będziemy leżeć 
i będą po nas chodzić dni i przeciągi. Zbudują na nas 

miasto i wolne elektrony będą nad nami się roić, warczeć, 
i sny, sny będą nasze na zawsze. 

Świat i Antyświat (2003)

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Primer hipótico*

Si es un castigo, sé cuándo ocurrió.
Por la mañana, porque las mañanas son malignas.
Por la mañana, porque es cuando más cosas ocurren
entre Dios y el suelo.

Si es un castigo, sé de dónde viene.
Quería decir algo, abrí la boca y una pequeña parte
del vacío que llenaba por la mañana
la calle y las casas vecinales, penetró en mí.

Si es un castigo, yo desde aquel momento intento
llenarlo, esta pequeña burbuja vacía. Y echo
dentro de mí varios asuntos, gente, coches,
casas y ciudades enteras, me los tomo a pecho.

Si es un don, me gustaría devolverlo.
Escupir ya esa pastilla en la que habita la nada,
pero ella no está entre las palabras que cada día,
y de allí los gritos nocturnos, y de allí las poluciones.

Si es un don, una vez intenté quitarlo, por ahora
sin embargo, la tráquea y los pulmones, el estómago
y el hígado, el tegumento y el corazón, el corazón, el corazón.

Mundo y Antimundo (2003)

*Psuedogénero inventado por Różycki

Pierwszy hipotyk

Jeżeli to jest kara, wiem, kiedy to się stało.
Rankiem, ponieważ ranki są złowrogie. Rano,
ponieważ ranem dzieje się najwięcej pomiędzy
Panem Bogiem a podłogą.

Jeżeli to jest kara, to wiem, skąd przychodzi.
Chciałem powiedzieć coś, otworzyłem usta
i wtedy mała część tej pustki, której pełna była
rankiem ulica i sąsiednie domy, weszła we mnie.

Jeżeli to jest kara, ja od tamtej pory próbuję
ją wypełnić, małą pustą bańkę. I wrzucam
w siebie napotkane sprawy, ludzi, samochody,
domy i całe miasta, biorę to do siebie.

Jeżeli jest to darem, ja chciałbym go zwrócić.
Wypluć już tę pastylkę, w której mieszka nicość,
ale jej nie ma wśród słów, które codziennie,
i stąd te krzyki nocne, i stąd te polucje.

Jeżeli to jest dar, ja chciałem go wyjąć,
na razie jednak tchawica i płuca, żołądek
i wątroba, powłoki oraz serce, serce, serce.

Świat i Antyświat (2003)

Collages de Robin Isely.

Tomasz Różycki

1970 – , Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Vientos adversos

Cuando empecé a escribir, no sabía aún,
que cada palabra mía se llevaría
un trozo del mundo, dejándome a cambio
únicamente lugares vacíos. Que poco a poco los poemas
 
reemplazarían a la patria, a la madre, al padre, al primer
amor y la segunda juventud, y lo que hubiese escrito
desaparecería de este mundo, cambiaría su firme
existencia por una volátil, se haría aire,
 
viento, temblor y fuego, y lo que tocase
en el poema, quedaría petrificado en la vida, se partiría
en trozos tan diminutos, que se reducirían casi
a antimateria, polvo completamente invisible,
 
que giraría en el aire, hasta que quedase atrapado
en tu ojo, y de aquel ojo caerían lágrimas.

Cuadros de Zdzisław Beksiński

Transl. Alexander Fletcher

Opposing Winds

When I started writing, I did not know yet
that each of my words would be taking away
a piece of the world, leaving behind
only empty places. That slowly verses

would replace my homeland, my mother, my father, my first
love and my second youth, and what I had written,
would be taken away from this world, would abandon its solid
state, evaporate, become air,

wind, rain and fire, and that which I animated
in verse, would become still in life, and would crumble
into particles so minuscule, that it would become almost
anti-matter, a cloud of invisible dust,

spiralling in the air until in the end,
it falls in your eye and makes it tear up.

Przeciwne wiatry

Kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem jeszcze,
że każde moje słowo będzie zabierało
po kawałku ze świata, w zamian zostawiając
jedynie miejsca puste. Że powoli wiersze

zastąpią mi ojczyznę, matkę, ojca, pierwszą
miłość i drugą młodość, a co zapisałem,
ubędzie z tego świata, zamieni swe stałe
istnienie na byt lotny, stanie się powietrzem,

wiatrem, dreszczem i ogniem, i to, co poruszę
w wierszu, znieruchomieje w życiu, i pokruszy
się na tak drobne cząstki, że się stanie prawie
antymaterią, pyłem całkiem niewidzialnym,

wirującym w powietrzu, tak długo, aż wpadnie
w końcu tobie do oka, a ono załzawi.