Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia/EE.UU.

Trad. Ada Trzeciakowska

Vacío

Algún día yo sola entraré en ti, como una mano
en el Guante. Como él, planificaré tus
formas y movimientos. Y a través de tu piel
apenas notaré las arrugas del granito y grava.

Tú, tan deshabitado eres una morada para mí
-cien veces supuesta-; yo, tan ausente
en tus tenebrosos pasajes, rincones secretos,
en sus resonancias vacías, si tocas sordamente.

En las tinieblas aumentarme, multiplicarme en
cada dirección dentro de ti. Un día. Aún crees
que eres y un instrumento en su estuche.
Solo yo voy a ser tus palabras.

Laura Splan, Gloves (2009)

Pusty

Kiedyś ja sama w ciebie wejdę, niczym ręka
w Rękawiczkę. Jak ona, zaplanuję twoje
kształty i poruszenia. I przez twoją skórę
ledwie wyczuję żwir i popękany granit.

Ty, tak opustoszały pomieszczeniem dla mnie,
po stokroć przypuszczonej; ja, tak nieobecna
w twoich półmrocznych przejściach, zakamarkach tajnych,
w ich pustych odebrzmieniach, gdy uderzyć głucho.

W mroku rozszerzyć siebie, rozmnożyć na wszystkie
strony w tobie. Dopiero kiedyś. Jeszcze wierzysz,
żeś jest i instrumentem wewnątrz futerału.
To ja dopiero będę twoimi słowami.

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia

Trad. Ada Trzeciakowska

Agosto de 1988

Oft didst thou scan my verse, where if I misse
Henceforth I will impute the cause to this.
A fingers losse (I speake it not in sport)
Will make a verse a Foot too short.

Thomas Randolph
Este Agosto pasará a la historia de la meteorología
The Boston Globe

Este agosto va a pasar, ya ha pasado a la historia de mi cuerpo
como época de camisas húmedas, debajo de las que la piel no sabía,
si se condensaba sobre ella el sudor o la humedad récord del aire;
el tiempo cuando, mediante el azul del esmog, se burlaba de los pulmones la espejada superficie
de la Hancock Tower, elevada hoja de afeitar puesta de punta en medio de la ciudad;
cuando los oídos absorbían frescos, competentes sollozos de las sirenas, gomosa
del bochorno la calzada en Roxbury eternizaba la huella de los neumáticos de la ambulancia,
en cuyo interior un joven traficante de drogas,
alcanzado en la barriga con una serie de Uzi, se volvía gris bajo máscara de oxígeno,
corriendo hacia un destino banal, único, planeado por alguien;
mientras en los ojos, clavados en la pantalla, puntuados con la risa de la presentadora
ardían aviones en las pistas, brotaban de las ciudades fuegos artificiales,
amenazaba con la inundación el Ganges, apretaba las manos el candidato, parloteaba
un cómico en el anuncio de Toyota, incrementaban las huelgas en Polonia,
un dictador africano en las tribunas atemorizaba a las charreteras;
mientras que yo sobre una rodilla húmeda y desnuda traducía un epigrama del poeta
que hace tres siglos y medio se despedía de su dedo meñique,
cortado en una pelea de taberna; mientras que en cada segundo corrían
lánguidamente las aguas de los ríos, la sangre circulaba en mil millones de venas,
encima de aquel todo, si existía, velaba un tutor invisible
o solamente observador, no lo sé; el tiempo, cuando bajo el pie
se calcinaba la acera, los periódicos informaban de los residuos de hospital
encontrados en las playas, del cambio climático;
cuando agonizábamos, como siempre, en las catástrofes, de cáncer, de hambre;
cuando un día, en la ducha, dando vueltas a la pointe de la traducción,
modificada un sinfín de veces, elegí “…veo con no poca
pena:/ Tendré que dar por perdida mi propia mano”;
cuando encendíamos el aire acondicionado, batíamos otro récord,
nos desmayábamos durante las torturas, nos perseguía una melodía del cuarteto
e-moll de Mendelssohn, la mañana nos entregaba a la abierta
ventana del sol, de los buzones sacábamos cartas y postales,
nos disparaba la patrulla fronteriza, besábamos el delicado
velo en la nuca, las válvulas se abrían acompasadamente en el corazón,
cuando por cada momento y lugar se enhebraba el hilo del sentido,
que no queríamos averiguar, mientras en nuestras muñecas el dedo
cortado de Thomas Randolph escribía golpeando sordos acentos.

Fotografías de Philip-Lorca diCorcia

Sierpień 1988

Wystukiwałeś wierszy mych rytm; gdy w nim zbłądzę
Dziś, o kulawość strofy twoją śmierć posądzę:
Utrata palca (wybacz, że w żałobne smutki
Pcham kalambur) wiersz stworzy o stopę za krótki…

Thomas Randolph (1605-1635), “Na utratę małego palca”
Ten sierpień przejdzie do historii meteorologii.
The Boston Globe

Ten sierpień przejdzie, już przeszedł do historii mojego ciała
jako epoka mokrych koszul, pod którymi skóra nie wiedziała,
czy skrapla się na niej pot, czy rekordowa wilgotność powietrza;
czas, gdy przez błękit smogu drwiła z płuc zwierciadlana powierzchnia
Hancock Tower, wzniosłej żyletki postawionej na sztorc w środku miasta;
gdy uszy chłonęły chłodne, kompetentne łkanie syren, gumiasta
od upału jezdnia w Roxbury utrwalała ślad dotyku
opon karetki, a w środku młodociany handlarz narkotyków,
trafiony w brzuch serią z uzi, szarzał pod maską tlenową,
pędząc w banalny, jedyny los, jaki ktoś mu planował;
gdy w oczach, wpatrzonych w ekran, punktowane śmiechem spikerki
płonęły samoloty na pasach, wytryskały znad miast fajerwerki,
groził powodzią Ganges, ściskał dłonie kandydat, trajkotał
komik w reklamie Toyoty, narastała sytuacja strajkowa
w Polsce, afrykańsky dyktator na trybunie stroszył epolety;
gdy na gołym, wilgotnym kolanie tłumaczyłem fraszkę poety,
który trzy i pół wieku wcześniej żegnał swój mały palec,
ucięty w karczemnej bójce; gdy w każdej sekundzie ospale
toczyły się wody rzek, krew krążyła w miliardach krwiobiegów,
nad wszystkim, jeśli istniał, czuwał niewidzialny opiekun
lub tylko obserwator, nie wiem; czas, gdy pod stopą rozprażał
się chodnik, gazety pisały o znajdowanych na plażach
odpadkach ze szpitali, o przemianie w klimacie globu;
gdyśmy konali, jak zwykle, w katastrofach, na raka, z głodu;
gdy któregoś dnia, pod prysznicem, obracając w głowie zmienianą
bez końca pointę przekładu, wybrałem: “…widzę z niemałą
udręką: / Trzeba będzie na własny palec machnąć ręką”;
gdy włączaliśmy klimatyzację, biliśmy kolejny rekord,
mdleliśmy na torturach, prześladował nas motyw z kwartetu
e-moll Mendelssohna, poranek powierzał nas otwartemu
oknu słońca, ze skrzynek wyjmowaliśmy listy i kartki,
strzelał do nas patrol graniczny, całowaliśmy delikatny
puch na karku, zastawki otwierały się miarowo w sercu,
gdy przez każdy moment i miejsce przewlekała się nitka sensu,
którego nie chcieliśmy dociec, a na naszych przegubach ucięty
palec Thomasa Randolpha wystukiwał bezgłośne akcenty.

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia/EE.UU.

Trad. Ada Trzeciakowska (I estrofa M. Bellmunt Serrano)

Porque solo este mundo de dolor

Porque solo este mundo de dolor, solo esta
esfera achatada por un torno helado,
azotada por tormentas, enrodada por
meridianos, que cruje en las fronteras
cosidas con grueso hilo, solo esta
fina piel de corteza terrestre, agrietada
de ríos, que exhala sudor de mares salados
entre golpes de lava y golpes de sol

porque solo este mundo, solo este
cuerpo en un torno de tierra y aire,
azotado por balas, partido en dos de un
puñetazo, que cruje bajo la porra
en costuras óseas del cráneo, solo esta
fina corteza de piel humana, agrietada
en sangre, que exhala mares salados de sudor
entre golpe de nacimiento y de muerte,

porque solo este mundo de dolor, porque solo este mundo
es dolor; porque el dolor solo es este mundo.

Retrato de Gerhard Richter

Bo tylko ten świat bólu

Bo tylko ten świat bólu, tylko ta
kula spłaszczona w lodowym imadle,
wychłostana burzami, łamana kołami
południków, trzeszcząca w granicach
grubymi nićmi szytych, tylko ta
cienka skóra skorupy ziemskiej, popękana
rzekami, wydzielająca z siebie pot mórz słonych
między ciosami lawy i ciosami słońca,

bo tylko ten świat bólu, tylko to
ciało w imadle ziemi i powietrza,
wychłostane kulami, łamane wpół ciosem
pięści, trzeszczące pod pałką
w kostnych szwach czaszki, tylko ta
cienka skorupa skóry ludzkiej, popękana
krwawo, tocząca z siebie słone morza potu
pomiędzy ciosem narodzin i śmierci,

bo tylko ten świat bólu; bo tylko ten świat
jest bólem; bo światem jest tylko ten ból. 

Fotografías de Sebastião Salgado: Mina de oro en Brasil, El Sahel, Ruanda, Kuwait.
“No he querido retratar a los desfavorecidos, yo nunca he sido un militante, es solo mi forma de vida y lo que pensaba. Hubo quien dijo [como Susan Sontag] que Salgado hacía estética de la miseria… ¡Meu cu! [expresión brasileña que puede traducirse por “¡Y una mierda!”]. Yo fotografío mi mundo, soy una persona del Tercer Mundo.  (…) Es mentira eso de que una foto puede cambiar el mundo; puede cambiarlo el trabajo conjunto de las ONG, la prensa, los Gobiernos”

Robert Frost

1874-1963, Estados Unidos

Trad. Clara G. Pariente

Revelación

Nos hacemos a un lado
Tras palabras luminosas que bromean y engañan,
Pero oh, el corazón se sacude
Hasta que alguien realmente nos aprende.

Es una pena si el caso requiere
(O eso afirmamos) que al final
Digamos lo literal para inspirar
La comprensión de un amigo.

Pero aun con todo, desde los bebés que juegan
Al escondite hasta Dios en la distancia,
Aquellos que se esconden demasiado bien a lo lejos
Deben hablar y decirnos dónde están.

Věra Chytilová “Los frutos prohibidos del paraíso” (1970)

Tłum. Stanisław Barańczak

Objawienie

Budujemy sobie na uboczu
Z przekomarzań i kpin tajny szałas,
Ale serce omal nie wyskoczy:
Żeby ktoś z nas z naszą prawdą znalazł!

Żal aż bierze, gdy takie warownie
Po (umownie rzecz biorąc) minucie
Runą: w końcu znów mówimy dosłownie,
Gdy potrzebne nam czyjeś współczucie.

Tak ze wszystkim: od dziecięcej zabawy
W chowanego aż do Boga w błękicie,
Kto się schował nazbyt dobrze, ten wyjawi –
Odezwawszy się – swoje ukrycie

Revelation

We make ourselves a place apart
Behind light words that tease and flout,
But oh, the agitated heart
Till someone find us really out.

‘Tis pity if the case require
(Or so we say) that in the end
We speak the literal to inspire
The understanding of a friend.

But so with all, from babes that play
At hide-and-seek to God afar,
So all who hide too well away
Must speak and tell us where they are.

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia

Trad. Manel Bellmunt Serrano

Postal desde este mundo

Lástima que Tú no estés aquí. Me he instalado en un lugar
desde el que tengo gratuitas y vastas vistas:
ponga donde me ponga sobre la enfriada tierra
de este aplastado punto, por encima de la cabeza
ese vacío glacial de siempre
con su empedernida respuesta guarda
silencio. El clima llevadero, pero impredecible.
Seguramente el aire es mejor que en cualquier otra parte.
Pero hay diferencias: la bandada de grullas, las sombras
de las palmeras y los rascacielos, el trueno, las ahuecadas nubes.
Pero basta de hablar de mí. Cuéntame cómo te va todo,
qué puede verse
siendo Tú.
(…)

Fotos propias. Povedilla y Mar Báltico.

Widokówka z tego świata

 Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
 z którego mam za darmo rozległe widoki:
 gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
 tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
 ta sama mroźna próżnia
 milczy swą nałogową
 odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie.
 Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
 Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
 palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
 Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie
 słychać, co można widzieć,
 gdy się jest Tobą.
 (…)

Stanisław Barańczak

Trad. Ada Trzeciakowska

Fotografía

No te muevas; así, bravo;
solo voy a esperar a que
pase esa gente y las cosas
con las que tan poco tienes
en común; oh, esa es buena;
solo me voy a acercar
para que queden fuera
millones de desgracias
y palabras inútiles; oh, así, quieto
así; solo voy a ajustar
la nitidez, para captar tu sueño
en la realidad, tu
sombra; así, justo con esta
mueca, en esta pose:
daré un paso atrás
para que no se noten
líneas precisas
en la cara, en la pared del fondo;
así, bien, justo estos
pensamientos, no otros;
solo el obturador: que
calle para un instante
el tiempo, su risa
no muy bondadosa;
así, por fin, aguanta un rato;
solo que ya es de noche:
y queda un único flash…

en Chinchilla del Monte
Zdjęcie

Nie ruszaj się; tak, brawo;
tylko poczekam, aż
przejdą ci ludzie i sprawy,
z którymi zbyt mało masz
wspólnego; o, to jest dobre;
tylko przybliżę się, żeby
usunąć poza obręb
miliony niepotrzebnych
nieszczęść i słów; o tak, stój
właśnie tak; tylko nastawię
ostrość, żeby na jawie
uchwycić twój sen, twój
cień; tak, z tą właśnie
miną, w tej pozie;
tylko się cofnę może,
żeby nie za wyraźnie
rysowały się linie
na twarzy, na murze w tle;
tak, dobrze, właśnie te
myśli, nie inne;
tylko migawka: niech
na mgnienie się uciszy
czas, jego śmiech
nie najżyczliwszy;
tak, wreszcie, bądź tak chwilkę;
z tym, że już zmierzch:
a został jeden tylko
jednorazowy flesz

Stanisław Barańczak

1946-2014, Polonia/EE.UU

Trad. Ada Trzeciakowska

Pupila en la que estuve

Pupila en la que estuve; que estuvo
en el ojo de alguien y su cara; en la que estuvo
mi cara; mis ojos; pupilas; y la que
en mi sombra, en el desafío levantado
y sospecha, se abrió confiadamente
como agua fresca, como la llamada absorbente
desde las entibaciones insondables del iris, que salta
a la vista con el aroma de hojas ahogadas,
sabor alquitranado de la rotación del eje del agua,
que atraviesa los ganglios grises de la Tierra
de parte a parte; estuve en la pupila tanto,
como se puede estar en algo que repele,
que refleja la cara, los ojos, las pupilas arrastrando
al fondo; estuve en la pupila tan claramente
como se puede estar en algo, que ante la luz
se cierra y penetra más profundamente en los ganglios grises,
en los que, si aun estoy, estoy muerto

Źrenica w której byłem

Źrenica, w której byłem; która była
w czyimś oku i twarzy; w której była moja
twarz; moje oczy; źrenice; i która
w moim cieniu, w rzucanym przeze mnie wyzwaniu
i podejrzeniu, rozwarła się ufnie
jak chłodna woda, jak chłonne wołanie
z bezdennych ocembrowań tęczówki, bijące
w oczy umarłą wonią utopionych liści,
smolnym smakiem obrotu długiej osi wody,
która przebija szare zwoje Ziemi
na wylot; byłem w źrenicy tak bardzo,
jak tylko można być w czymś, co odpycha,
co odbija twarz, oczy, źrenice, wciągając
w głąb; byłem w źrenicy tak jasno,
jak tylko można być w czymś, co przed światłem
zamyka się i wwierca głębiej w szare zwoje,
w których jeżeli nawet jestem, to umarły

Robert Frost

1874-1963, Estados Unidos

El camino no elegido

Dos caminos se bifurcaban en un bosque amarillo,
Y apenado por no poder tomar los dos
Siendo un viajero solo, largo tiempo estuve de pie
Mirando uno de ellos tan lejos como pude,
Hasta donde se perdía en la espesura;

Entonces tomé el otro, imparcialmente,
Y habiendo tenido quizás la elección acertada,
Pues era tupido y requería uso;
Aunque en cuanto a lo que vi allí
Hubiera elegido cualquiera de los dos.

Y ambos esa mañana yacían igualmente,
¡Oh, había guardado aquel primero para otro día!
Aun sabiendo el modo en que las cosas siguen adelante,
Dudé si debía haber regresado sobre mis pasos.

Debo estar diciendo esto con un suspiro
De aquí a la eternidad:
Dos caminos se bifurcaban en un bosque y yo,
Yo tomé el menos transitado,
Y eso hizo toda la diferencia.

Foto propia. Povedilla.

Tłum. Stanisław Barańczak

Droga nie wybrana

Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony:
Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżnym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, aż po jej zakręt oddalony,
Gdzie widok niknął w gęstych krzakach i konarach;

Potem ruszyłem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Może wartą wyboru z tej jednej przyczyny,
Że, rzadziej używana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny,

Pełne liści, na których w tej porannej porze
Nie znaczyły się jeszcze śladów czarne smugi.
Och, wiedziałem: choć pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne drogi prowadzą – i może
Nie zjawię się w tym samym miejscu po raz drugi.

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną –
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

The Road Not Taken

Two roads diverged in a yellow wood,
And sorry I could not travel both
And be one traveler, long I stood
And looked down one as far as I could
To where it bent in the undergrowth;

Then took the other, as just as fair,
And having perhaps the better claim,
Because it was grassy and wanted wear;
Though as for that the passing there
Had worn them really about the same,

And both that morning equally lay
In leaves no step had trodden black.
Oh, I kept the first for another day!
Yet knowing how way leads on to way,
I doubted if I should ever come back.

I shall be telling this with a sigh
Somewhere ages and ages hence:
Two roads diverged in a wood, and I—
I took the one less traveled by,
And that has made all the difference