Bruno Schulz

1892-1942, Polonia

Trad. Elzbieta Bartkiewicz y Juan C. Vidal

Las tiendas de color canela (cap. Tratado de maniquíes )

—Saben ustedes —decía mi padre— que en los apartamentos antiguos a veces hay habitaciones olvidadas. Al no ser visitadas durante meses se marchitan en el olvido entre los viejos muros y ocurre que se encierran, se obstruyen con ladrillos, y una vez para siempre perdidas en nuestra memoria, se despojan poco a poco de su existencia. Las puertas que a ella conducen desde algún rellano de la escalera trasera pueden pasar inadvertidas para los habitantes que se incrustan, penetran en la pared que borra sus señas en un fantástico dibujo de grietas y fisuras. Una vez —seguía —, una mañana muy temprana, al ocaso del invierno y tras varios meses de ausencia, entré en un camino semiolvidado y me quedé sorprendido por el aspecto de estas habitaciones.
Desde todas las grietas del suelo, todas las cornisas y marcos, se espigaban finos tallos que colmaban el aire grisáceo con su encaje reverberante de follaje filigrana, un matorral transparente de algún invernadero lleno de susurros, brillos, meneos, de una primavera falsa y placentera. Alrededor de la cama, bajo una lámpara de varios brazos, a lo largo de los armarios, temblaban manojos de árboles delicados, estallaban arriba en coronas luminosas, en surtidores de hojas de claridad que disparaban clorofila vaporizada hasta el cielo pintado del techo. En el acelerado proceso de florecimiento las enormes flores blancas y rosadas emergían en este verdor, brotaban ante nuestros ojos, movían su pulpa rosada y desbordaban perdiendo pétalos y deshaciéndose en un marchitar veloz.
—Yo era feliz —decía mi padre— con este florecer inesperado que había colmado el aire de susurros destellantes, suaves, que, cual confeti multicolor, caía a través de las fustas delicadas de las ramas.
Veía cómo las vibraciones del aire, de la fermentación de un aura demasiado abundante, esa riada y la destrucción de fantásticos oleandros que poblaban la estancia con una nevisca perezosa de grandes racimos florales en rosa, ese florecer, se emitía y se materializaba.
—Antes del anochecer —continuaba— no quedaba ni rastro de este florecimiento magnífico. Toda la fatamorgana había sido tan sólo una mixtificación, un accidente de la extraña simulación de la materia disfrazada de vida.

Imágenes de Suzanne Moxhay

Sklepy cynamonowe (Rozdz. Traktat o manekinach)

— Wiedzą panie — mówił ojciec mój — że w starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina. Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami i zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi, prowadzące do nich z jakiegoś podestu tylnych schodów, mogą być tak długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys.
— Wszedłem raz — mówił ojciec mój — wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącach nieobecności, do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem wyglądem tych pokojów.
Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrze migotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejś cieplarni, pełnej szeptów, lśnień, kołysań, jakiejś fałszywej i błogiej wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą, wzdłuż szaf chwiały się kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w fontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufitu rozpylonym chlorofilem. W przyśpieszonym procesie kwitnienia kiełkowały w tym listowiu ogromne, białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach, bujały od środka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi, gubiąc płatki i rozpadając się w prędkim przekwitaniu.
— Byłem szczęśliwy — mówił mój ojciec — z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się jak kolorowe confetti przez cienkie rózgi gałązek.
Widziałem, jak z drgania powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializuje to pośpieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznych oleandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śnieżycą wielkich, różowych kiści kwietnych.
— Nim zapadł wieczór — kończył ojciec — nie było już śladu tego świetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była tylko mistyfikacją, wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywa się pod pozór życia.

Bruno Schulz

1892-1942, Polonia

Trad. Elzbieta Bartkiewicz y Juan C. Vidal

Sanatorio bajo la clepsidra (frag. La primavera)

¿Qué es el crepúsculo primaveral?
¿Acaso alcanzamos el núcleo y ese camino no nos conduce más allá? ¿Nos encontramos en el último significado de las palabras, cuando se vuelven delirantes, disparatadas e incongruentes? No obstante, sólo detrás de sus límites da comienzo lo inabarcable e inenarrable de la primavera. ¡El misterio del ocaso! Más allá de nuestras palabras, allí donde el poder de nuestra magia no llega, ronronea ese elemento lúgubre, infinito. La palabra se descompone y se desenlaza, regresa a su etimología, retorna a su interior, a sus oscuras raíces. ¿Qué interior? (…)
Cuando las raíces de los árboles quieren hablar, cuando bajo la costra terrestre se acumula el pasado, las viejas leyendas, las antiguas historias, cuando se amontonan en su origen demasiados susurros jadeantes, una masa inarticulada y aquello oscuro, sin aliento, que precede a la palabra, entonces, la costra ennegrece y se desgaja en espesas, torpes escamas, en surcos profundos y el núcleo abre sus ocultos poros, como si de la piel de un oso se tratase. Hundid la cara por un instante en la abundante piel del ocaso y todo se volverá impenetrable, sórdido, sin aliento.
Luego, habrá que clavar los ojos, igual que sanguijuelas, en la negra oscuridad, atravesar la tierra insondable y, de repente, estaremos en la meta, en el otro lado de las cosas, en el centro, en el infierno. Y veremos…
No es tan oscuro como podríamos sospechar. Al contrario, el interior late luminosamente. Se hace evidente la luz interna de las raíces, la fosforescencia enloquecida, los pequeños vasos capilares del contraluz que recubren la oscuridad, el errante, brillante declinar de la sustancia.
Igual que cuando dormimos, aislados del mundo, perdidos en la profunda introversión, en el regreso hacia nosotros mismos, también vemos aquí diáfanamente con los párpados cerrados porque los pensamientos se encienden con una antorcha interior, se chamuscan febrilmente en el transcurso de largas mechas, de nudo a nudo. Así se realiza en nosotros una regresión en toda línea, un retroceder hacia el núcleo, una vuelta al origen. Así, nos bifurcamos en una anamnesia sacudidos por escalofríos subterráneos que recorren nuestros cuerpos. Porque sólo en lo alto, en la luz del día —hay que decirlo— somos un manojo de melodías articulado, una luminosa cima de alondras; en aquella hondura nos convertimos en un murmullo negro, en un susurro, en una infinidad de historias inacabadas.
Sólo ahora podemos observar sobre qué crece la primavera, porqué está grabada por la sabiduría ¡y es tan infinitamente triste!

Zdzisław Beksiński

Sanatorium pod klepsydrą (Fragm. Wiosny)

Co to jest zmierzch wiosenny?
Czy dotarliśmy do sedna rzeczy, czy dalej już ta droga nie prowadzi? Jesteśmy u końca naszych słów, które już tu stają się majaczliwe, bredzące i niepoczytalne. A jednak dopiero za ich rubieżą zaczyna się to, co w tej wiośnie jest nieogarnięte i niewypowiedziane. Misterium zmierzchu! Dopiero poza naszymi słowami, gdzie moc naszej magii już nie sięga, szumi ten ciemny, nieobjęty żywioł. Słowo rozkłada się tu na elementy i rozwiązuje, wraca w swą etymologię, wchodzi z powrotem w głąb, w ciemny swój korzeń. Jak to w głąb? (…)
Gdy korzenie drzew chcą mówić, gdy pod darnią nazbiera się bardzo wiele przeszłości, dawnych powieści, prastarych historyj, gdy nagromadzi się pod korzeniami zbyt wiele zdyszanego szeptu, nieartykułowanej miazgi i tego ciemnego bez tchu, co jest przed wszelkim słowem – wtedy kora drzew czernieje i rozpada się chropawo w grube łuski, w głębokie skiby, otwiera się rdzeń ciemnymi porami, jak futro niedźwiedzie. Pogrążyć się twarzą w tym puszystym futrze zmierzchu, wtedy staje się przez chwilę całkiem ciemno, głucho i bez tchu jak pod wiekiem. Trzeba wtedy przystawić oczy jak pijawki do najczarniejszej ciemności, zadać im lekki gwałt, przecisnąć je przez nieprzeniknione, przepchać na wskroś przez głuchą glebę – i oto nagle jesteśmy u mety, po drugiej stronie rzeczy, jesteśmy w głębi, w Podziemiu. I widzimy…
Nie jest tu wcale ciemno, jak można by przypuszczać. Przeciwnie — wnętrze pulsuje całe od światła. Jest to, rzecz oczywista, wewnętrzne światło korzeni, błędna fosforescencja, nikłe żyłki poświaty, którymi marmurkowana jest ciemność, wędrujące świetliste majaczenie substancji. Tak samo przecież, gdy śpimy, odcięci od świata, daleko zabłąkani w głębokiej introwersji, w powrotnej wędrówce do siebie — widzimy również, widzimy wyraźnie pod zamkniętymi powiekami, gdyż wtedy myśli zapalają się w nas wewnętrznym łuczywem idą się majaczliwie wzdłuż długich lontów, zaniecając się od węzła do węda. Tak dokonuje się w nas regresja na całej linii, cofanie się w głąb, powrotna droga do korzeni. Tak rozgałęziamy się w głębi anamnezą, wzdrygając się od podziemnych dreszczów, które nas przebiegają, roimy podskórnie na całej majaczącej powierzchni. Bo tylko w górze, w świetle — trzeba to raz powiedzieć – jesteśmy drżącą artykułowaną wiązką melodii, świetlistym wierzchołkiem skowronkowym — w głębi rozsypujemy się z powrotem w czarne mruczenie, w gwar, w bezlik nieskończonych historyj.
Teraz dopiero widzimy, na czym ta wiosna rośnie, czemu jest tak niewymownie smutna i ciężka od wiedzy.