Virginia Woolf

1882-1941, Reino Unido

Trad. Angela Pérez

De la enfermedad (frg.)

Existe, confesémoslo (y la enfermedad es el gran confesionario), una franqueza infantil en la enfermedad; se dicen cosas, se sueltan verdades que la cautelosa respetabilidad de la salud oculta. Acerca de la compasión, por ejemplo: podemos prescindir de ella. Esa ilusión de un mundo tan uniforme que repite todos los gemidos, de seres humanos tan unidos por las necesidades y los temores comunes que el tirón de una muñeca tira de las demás, en el que por extraña que sea la experiencia propia, otras personas ya la han tenido, donde, por muy lejos que llegues en tu propia mente, alguien ha estado allí antes que tú — es completamente ilusoria. No conocemos nuestra propia alma, y mucho menos las almas de los demás. Los seres humanos no vamos todo el trecho del camino cogidos de la mano. Hay una selva virgen en cada uno; un campo nevado en el que se desconocen incluso las huellas de los pájaros. Aquí vamos solos, y lo preferimos. Sería insoportable que nos compadecieran siempre, estar siempre acompañados, que nos comprendieran siempre. Pero en la salud ha de mantenerse la pretensión de cordialidad, y el esfuerzo renovado: comunicarse, civilizar, compartir, cultivar el desierto, educar al nativo, trabajar juntos día y noche. En la enfermedad cesa esta simulación. En cuanto nos vemos obligados a guardar cama o a reposar entre almohadones en un sillón y alzamos los pies unos centímetros sobre el suelo en otro, dejamos de ser soldados del ejército de los erguidos; nos convertimos en desertores. Ellos marchan a la batalla. Nosotros flotamos con las ramitas en la corriente; revueltos con las hojas muertas en el prado, irresponsables e indiferentes y quizá por primera vez en años capaces de mirar a nuestro alrededor, alzar la mirada y ver, por ejemplo, el cielo.

Fotograma de Zama de Lucrecia Martel (2017)

Tłum. Magdalena Heydel

O chorowaniu (frag.)

W chorobie, wyznajmy to (choroba bowiem jest wiel­kim konfesjonałem), pojawia się pewna dziecięca szczerość, człowiek gotów różne rzeczy powiedzieć, wyrzucić z siebie prawdę, którą ostrożna przyzwoitość zdrowia chce ukryć Na przykład na temat współczucia – że możemy się bez niego obejść. To złudzenie, że świat tak jest ukształtowany, iż echem odbija każdą skargę, że ludzie tak są z sobą po­wiązani wspólnotą potrzeb i lęków, iż drgnienie jednej dło­ni przenosi się na inną, że bez względu na to, jak dziwne przeżywa się doświadczenia, inni już je mają za sobą, że gdziekolwiek powędrujemy myślą, inni już też tam byli. Wszystko to jest złudzeniem. Nie znamy własnych dusz, a co dopiero mówić o cudzych. Ludzie, wędrując swą drogą, nie trzymają się za ręce. W każdym człowieku jest dziewi­cza puszcza, śnieżne pustkowie, bez jednego choćby ptasie­go śladu. Idziemy samotnie i bardziej nam to odpowiada. Zawsze odczuwać współczucie, zawsze mieć towarzystwo, zawsze znajdować zrozumienie – to by było nie do zniesie­nia. Jednak w zdrowiu musimy utrzymywać pozory i nie­ustannie się wysilać: aby się porozumiewać, aby cywilizo­wać, dzielić, uprawiać pustynię, kształcić tubylców, całymi dniami wspólnie pracować, a nocami hasać. W chorobie te pozory ustają. Natychmiast chcemy iść do łóżka albo, zapadłszy się głęboko w poduchy fotela, opieramy nogi na jakimś podnóżku, przestajemy być żołnierzami armii wy­prostowanych, dezerterujemy. Oni idą dalej na bitwę. My, wśród patyków, spływamy z nurtem rzeki, rozrzuceni wśród opadłych liści na trawniku, nieodpowiedzialni i nieporuszeni, i być może po raz pierwszy od wielu lat zdolni do rozejrzenia się wokoło czy spojrzenia w górę – na przykład do spojrzenia w niebo.

Fotograma de Dead man de Jim Jarmusch

On being ill

There is, let us confess it (and illness is the great confessional), a childish outspokenness in illness; things are said, truths blurted out, which the cautious respectability of health conceals. About sympathy for example—we can do without it. That illusion of a world so shaped that it echoes every groan, of human beings so tied together by common needs and fears that a twitch at one wrist jerks another, where however strange your experience other people have had it too, where however far you travel in your own mind someone has been there before you—is all an illusion. We do not know our own souls, let alone the souls of others. Human beings do not go hand in hand the whole stretch of the way. There is a virgin forest in each; a snowfield where even the print of birds’ feet is unknown. Here we go alone, and like it better so. Always to have sympathy, always to be accompanied, always to be understood would be intolerable. But in health the genial pretence must be kept up and the effort renewed—to communicate, to civilise, to share, to cultivate the desert, educate the native, to work together by day and by night to sport. In illness this make-believe ceases. Directly the bed is called for, or, sunk deep among pillows in one chair, we raise our feet even an inch above the ground on another, we cease to be soldiers in the army of the upright; we become deserters. They march to battle. We float with the sticks on the stream; helter-skelter with the dead leaves on the lawn, irresponsible and disinterested and able, perhaps for the first time for years, to look round, to look up—to look, for example, at the sky.

Virginia Woolf

1882-1941, Reino Unido

La señora Dalloway (frg.)

Yacía muy alto, sobre la espalda del mundo. Debajo de él la tierra palpitaba. Flores rojas crecían a través de su carne; sus rígidas hojas murmuraban alrededor de su cabeza. Sonora comenzó a chocar la música contra las rocas, allí en lo alto. (…)
Pero él seguía alto, sobre la roca, como un marinero ahogado sobre una roca. Me incliné sobre la borda de la barca y me caí, pensó. Me fui al fondo del mar. He estado muerto, y sin embargo ahora estoy vivo, pero dejadme descansar en paz, suplicó (volvía a hablar para sí, ¡era horrible, horrible!); y, tal como ocurre antes de despertar, las voces de los pájaros y el sonido de las ruedas cantan y suenan en una extraña armonía, y adquieren más y más fuerza, y el durmiente siente que es arrastrado hacia las playas de la vida, y de esta manera sintió Septimus que era arrastrado hacia la vida, que se hacía más cálida la luz del sol, que sonaban con más fuerza los gritos, y algo tremendo, algo horrible, estaba a punto de ocurrir.
Sólo tenía que abrir los ojos, pero sentía un peso en ellos, un temor. Hizo un esfuerzo; empujó hacia delante; miró; ante sí vio Regent’s Park. Largos haces de luz del sol incidían en el suelo a sus pies. Los árboles se inclinaban, se balanceaban. Doy la bienvenida, parecía decir el mundo, acepto, creo. Belleza, parecía decir el mundo. Y como si fuera una demostración (científica) de ello, fuera lo que fuese lo que mirara, las casas, las barandas, los antílopes que tendían el cuello sobre la empalizada, allí surgía inmediatamente la belleza. Contemplar el estremecimiento de una hoja al paso del viento era una exquisita delicia. En lo alto, en el cielo, las golondrinas trazaban curvas líneas, efectuaban giros, se lanzaban de un lado para otro, giraban y giraban, pero jamás perdían el perfecto dominio de su vuelo, como si elásticos hilos las sostuvieran; y las moscas subían y bajaban; y el sol manchaba ora esta hoja, ora aquélla, burlón, deslumbrando con su suave oro, en pura benevolencia; y, una y otra vez, un penetrante sonido (bien podía ser la bocina de un automóvil), resonando divinamente en las briznas de hierba; y todo esto, pese a ser tranquilo y razonable, pese a estar constituido por realidades ordinarias, era ahora la verdad; la belleza, esto era la verdad ahora. La belleza estaba en todas partes.
-No llegaremos a tiempo- dijo Rezia.
La palabra tiempo rompió su propia cáscara; derramó sus riquezas sobre Septimus; y de los labios de Septimus cayeron cual conchas, cual virutas de madera surgidas del cepillo de carpintero, sin que él las hiciera, duras, blancas, imperecederas, palabras, y volaron para posarse en sus lugares debidos en una oda al Tiempo; una oda inmortal al Tiempo.

Pani Dalloway (frag.)

Leżał bardzo wysoko, na szczycie świata. Pod nim dygotała ziemia. Czerwone kwiaty wyrastały mu na ciele, słyszał w uszach szelest ich sztywnych liści. Od wysokich ścian skalnych odbijało się echo muzyki.
(…) Ale on, Septimus, został wysoko na skale, jak żeglarz-topielec na skale. Wychyliłem się z łodzi i wpadłem do wody, pomyślał. Poszedłem na dno morza. – Byłem umarły, a jednak jestem teraz żywy, ale pozwólcie mi jeszcze odpocząć – błagał (znów mówi do siebie na głos, to straszne, straszne!). I podobnie jak tuż przed obudzeniem głosy ptaków i skrzypienie kół złączone w zadziwiającej harmonii stają się coraz głośniejsze, a człowiek uśpiony czuje, że zbliża się powoli do brzegów życia, tak teraz Septimus czuł, że zbliża się do życia; bo słońce grzało goręcej, dźwięki były wyraźniejsze, za chwilę miało zdarzyć się coś zadziwiającego.
Wystarczy otworzyć oczy, ale miał na oczach ciężar; strach. Zebrał wszystkie siły; dźwignął powieki, spojrzał, zobaczył przed sobą Regent’s Park. Długie promienie słońca łasiły mu się do nóg. Drzewa powiewały, wymachiwały gałęziami. Witam was, zdawał się mówić świat. Przyjmuję, tworzę. Tworzę piękno, zdawał się mówić świat. I aby tego dowieść (naukowo), gdziekolwiek Septimus spojrzał – na domy, na sztachety, na antylopy wyciągające szyje nad ogrodzeniem – tam natychmiast wyrastało piękno. Samo patrzenie na liście poruszające się w podmuchach wiatru było najczystszą radością. Wysoko na niebie jaskółki zataczały kręgi, podrywały się, spadały, krążyły, krążyły, ale wciąż w idealnym porządku, jak gdyby były połączone gumką; muchy wznosiły się, opadały, słońce dotykało raz tego listka, to znów innego, barwiąc je dla żartu, w przypływie dobrego humoru, łagodnym połyskiem złota, od czasu do czasu zaś srebrny dzwonek (może klakson samochodu) grał niebiańską melodię na źdźble trawy. Wszystko to, tak teraz spokojne i normalne, powstałe z rzeczy tak zwyczajnych, wszystko to było teraz prawdą; prawda była pięknem. Piękno było wszędzie.
– Już czas – powiedziała Recja.
Słowo „czas” przebiło się przez swoją łupinę; obdarzyło Septimusa swoimi skarbami, a z jego ust posypały się – same – jak łuska, jak wióry z drzewa, twarde, białe, niezniszczalne słowa, które uleciawszy trafiły na właściwe miejsce w odzie do czasu; w nieśmiertelnej odzie do czasu.

Mrs Dalloway

He lay very high, on the back of the world. The earth thrilled beneath him. Red flowers grew through his flesh; their stiff leaves rustled by his head. Music began clanging against the rocks up here. (…)
But he himself remained high on his rock, like a drowned sailor on a rock. I leant over the edge of the boat and fell down, he thought. I went under the sea. I have been dead, and yet am now alive, but let me rest still; he begged (he was talking to himself again — it was awful, awful!); and as, before waking, the voices of birds and the sound of wheels chime and chatter in a queer harmony, grow louder and louder and the sleeper feels himself drawing to the shores of life, so he felt himself drawing towards life, the sun growing hotter, cries sounding louder, something tremendous about to happen.
He had only to open his eyes; but a weight was on them; a fear. He strained; he pushed; he looked; he saw Regent’s Park before him. Long streamers of sunlight fawned at his feet. The trees waved, brandished. We welcome, the world seemed to say; we accept; we create. Beauty, the world seemed to say. And as if to prove it (scientifically) wherever he looked at the houses, at the railings, at the antelopes stretching over the palings, beauty sprang instantly. To watch a leaf quivering in the rush of air was an exquisite joy. Up in the sky swallows swooping, swerving, flinging themselves in and out, round and round, yet always with perfect control as if elastics held them; and the flies rising and falling; and the sun spotting now this leaf, now that, in mockery, dazzling it with soft gold in pure good temper; and now and again some chime (it might be a motor horn) tinkling divinely on the grass stalks — all of this, calm and reasonable as it was, made out of ordinary things as it was, was the truth now; beauty, that was the truth now. Beauty was everywhere.
“It is time,” said Rezia.
The word “time” split its husk; poured its riches over him; and from his lips fell like shells, like shavings from a plane, without his making them, hard, white, imperishable words, and flew to attach themselves to their places in an ode to Time; an immortal ode to Time.