Martin Niemöller

1892-1984, Alemania

Niemöller, pastor luterano, inicialmente apoyó a Hitler y su discurso anticomunista, nacionalista y antisemita. En 1933 se opuso a la política totalitaria de la homogenización de las iglesias protestantes que pretendía excluir a los files con antepasados judíos. Arrestado y juzgado en varias ocasiones por la Gestapo, fue internado en campos de concertación durante siete años. Después de su liberación Niemöller desempeñó un papel preponderante en los movimientos pacifistas europeos.

Niemöller menciona​ que no se trataba originalmente de un poema, sino del sermón ¿Qué hubiera dicho Jesucristo?, pronunciado en la Semana Santa de 1946 en Kaiserslautern (Renania-Palatinado, Alemania). Este poema se atribuye de forma errónea, en muchos idiomas, al dramaturgo y poeta alemán Bertolt Brecht.

Cuando los nazis vinieron por los comunistas

Cuando los nazis vinieron a llevarse a los comunistas,
guardé silencio,
ya que no era comunista,

Cuando encarcelaron a los socialdemócratas,
guardé silencio,
ya que no era socialdemócrata,

Cuando vinieron a buscar a los sindicalistas,
no protesté,
ya que no era sindicalista,

Cuando vinieron a llevarse a los judíos,
no protesté,
ya que no era judío,

Cuando vinieron a buscarme,
no había nadie más que pudiera protestar.

Fragmento de No seas tonto cortometraje de propaganda producido por el Departamento de Guerra de los Estados Unidos en 1943, de mensaje antirracista y antifascista. 

Martin Niemöller, niemiecki pastor luterański, teolog i działacz antynazistowski. Był zwolennikiem niezależności ideowej i organizacyjnej Kościoła od państwa. Po II wojnie stał się radykalnym działaczem na rzecz pokoju i rozbrojenia. Tekst wiersza pierwotnie miał być kazaniem, wygłoszonym w 1946. Istnieje kilka wersji wiersza, dodatkowo należy zaznaczyć, że często błędnie przypisuje się autorstwo Bertoltowi Brechtowi.

Kiedy naziści przyszli po komunistów

Kiedy naziści przyszli po komunistów,
milczałem,
nie byłem komunistą.

Kiedy zamknęli socjaldemokratów,
milczałem,
nie byłem socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców,
 nie protestowałem,
nie byłem związkowcem.

Kiedy przyszli po Żydów,
 milczałem,
nie byłem Żydem.

Kiedy przyszli po mnie,
nie było już nikogo,
kto mógłby zaprotestować.

Imágenes de La noche de los cristales rotos, 9-10 de noviembre de 1938 en Alemania y Austria / Noc Kryształowa

Als die Nazis die Kommunisten holten

Als die Nazis die Kommunisten holten,
habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Kommunist.

Als sie die Sozialdemokraten einsperrten,
habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Sozialdemokrat.

Als sie die Gewerkschafter holten,
habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Gewerkschafter.

Als sie die Juden holten,
habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Jude.

Als sie mich holten,
gab es keinen mehr, der protestieren konnte.

Franco Battiato

1945 – , Italia

Trad. Franco Battiato letras en español

La cura/El cuidado

Te protegeré de los miedos de la hipocondría,
de las turbaciones que desde hoy encontrarás por tu vía.
De las injusticias y de los engaños de tu tiempo,
de los fracasos que por tu naturaleza normalmente atraerás.  

Te aliviaré de los dolores y de tus cambios de humor,
de las obsesiones, de tus manías.  

Superaré las corrientes gravitacionales,
el espacio y la luz para no hacerte envejecer.  

Y curarás de todas las enfermedades,
porque eres un ser especial,
y yo, cuidaré de ti.  

Vagaba por los campos de Tennessee,
(cómo había llegado, quien sabe).
No hay flores blancas para mí?
Más veloces que águilas, mis sueños
atraviesan el mar.  

Te traeré sobre todo el silencio y la paciencia.
Recorreremos juntos las vías que llevan a la esencia.
Y perfumes de amor embriagarán nuestros cuerpos,
la bonanza de agosto no calmará nuestros sentidos.  

Tejeré tus cabellos como trenzas de un canto.
Conozco las leyes del mundo, y te las regalaré.  

Superaré las corrientes gravitacionales,
el espacio y la luz para no hacerte envejecer. 

Te salvaré de cada melancolía,
porque eres un ser especial y yo cuidaré de ti…
Yo sí, que cuidaré de ti.  

Tłum. Ada Trzeciakowska

Pod moją opieką

Uchronię cię od lęków hipochondrii,                
od kłopotami, na które natkniesz się na drodze.   
Od niesprawiedliwości i obłudy naszych czasów  
i od niepowodzeń, które naturalnie przyciągniesz.

Uwolnię Cię od bólu i od wahań nastroju,
od twoich urojeń i od obsesji.    

Przezwyciężę siły grawitacji,               
pokonam przestrzeń i światło,
dla ciebie, abyś zachowała młodość.

I zostaniesz uleczona z wszelkich chorób,
ponieważ jesteś istotą wyjątkową,  
a ja zaopiekuję się tobą.     

Zbłądziłem aż na pola Tennessee
(jak się tam dostałem, nie wiem).        
Nie ma dla mnie białych kwiatów?         
Szybciej niż orły sny moje
dotarły za morze.          

Przyniosę ci także ciszę i cierpliwość.          
Pójdziemy razem ścieżkami, wprost do istoty rzeczy.
A woń miłości odurzy nasze ciała,           
sierpniowa bryza nie ukoi zmysłów.   

Włosy twoje splotę jak wątek piosenki.
Znam zasady świata i podaruję je tobie.

Przezwyciężę siły grawitacji,               
pokonam przestrzeń i światło,
dla ciebie, abyś zachowała młodość.

I wyleczę ci każdej melancholii,
ponieważ jesteś istotą wyjątkową, a ja zaopiekuję się tobą,  
właśnie tak, zaopiekuję się tobą.    

La Cura

Ti proteggerò dalle paure delle ipocondrie,                    
dai turbamenti che da oggi incontrerai per la tua via.     
Dalle ingiustizie e dagli inganni del tuo tempo,              
dai fallimenti che per tua natura normalmente attirerai.   

Ti solleverò dai dolori e dai tuoi sbalzi d’umore,
dalle ossessioni delle tue manie.      

Supererò le correnti gravitazionali,               
lo spazio e la luce per non farti invecchiare.    

E guarirai da tutte le malattie,
perché sei un essere speciale,  
ed io, avrò cura di te.     

Vagavo per i campi del Tennessee
(come vi ero arrivato, chissà).        
Non hai fiori bianchi per me?         
Più veloci di aquile i miei sogni     
attraversano il mare.      

Ti porterò soprattutto il silenzio e la pazienza.          
Percorreremo assieme le vie che portano all’essenza.
I profumi d’amore inebrieranno i nostri corpi,           
la bonaccia d’agosto non calmerà i nostri sensi.   

Tesserò i tuoi capelli come trame di un canto.
Conosco le leggi del mondo, e te ne farò dono.  

Supererò le correnti gravitazionali,               
lo spazio e la luce per non farti invecchiare.   

Ti salverò da ogni malinconia,                                  
perché sei un essere speciale ed io avrò cura di te …
Io sì, che avrò cura di te.     

Anna Ajmátova

1889-1966, Rusia

Trad. José Manuel Prieto González

***

Llega la noche y en el oscuro cielo
donde no hace tanto el templo de Jerusalén
brillaba misterioso y magnífico,
tan sólo dos estrellas brillan entre confusas ramas,
y la nieve no parece caer, sino
volar de todos lados despegándose del suelo,
perezosa, cariñosa y con cautela.
Aquella tarde fue extraño mi paseo:
cuando salí, golpeó mi vista
una luz transparente en los rostros, en las casas,
como si por doquier yacieran pétalos
de aquellas rosáceas-amarillas diminutas rosas
cuyo nombre ahora he olvidado.
El aire seco, quieto, de la helada
tanto guardaba y mimaba cada sonido
que pensé por un momento: no existe ya el silencio.
Y sobre el puente, a través del oxidado barandal
los niños metían sus manos enfundadas en guantes
y daban de comer a hambrientos patos de variadas pintas
que se bañaban en un agujero de hielo, negro como tinta.
Y me dije: no puede ser que alguna
vez llegue a olvidar esto.
Y si me espera un camino difícil
ésta es la carga, ligera, que se aviene a mis fuerzas,
que podré llevar conmigo: y en la vejez, enferma,
quizá en la indigencia, recordar
este ocaso llameante, cuán plena era
mi alma entonces, y cuánto encanto encerraba la vida.

(1914-1916)

Floating de Astrid Kruse Jansen

Tłum. Ada Trzeciakowska

***

Zmierzcha się, a na ciemnobłękitnym niebie
Gdzie do niedawna świątynia jerozolimska
tajemniczym lśniła blaskiem,
Tylko dwie gwiazdy nad plątaniną gałęzi
A śnieg pada choć nie z góry,
lecz jakby z ziemi podnosił się,
Leniwy, ostrożny i czuły.
Niezwykły tego dnia był to spacer.
Kiedy wyszłam, oślepiła mnie
Przejrzysta poświata na rzeczach i twarzach
Jakby wszędzie leżały płatki
tych żółto-różowych, małych róż
których nazwy zapomniałam.
Bezwietrzne, suche, mroźne powietrze
tak każdy dźwięk pieści i chroni,
że wydało się, że ciszy nie ma.
A na moście, przez zardzewiałą balustradę
wysuwając drobne rączki w rękawiczkach
Dzieci karmiły wygłodniałe, pstrokate kaczki,
które kłębiły się w atramentowym przeręblu.
Pomyślałam: to niemożliwe
bym kiedykolwiek o tym zapomniała.
A jeśli czeka mnie ciężka droga,
Oto niewielki ciężar, który w mej mocy
ze sobą wziąć, aby na starość, w chorobie
i biedzie może – móc wspominać
płomienny zachód słońca, pełnię
duchowych sił i słodycz minionych dni.

(1914-1916)

***

Смеркается, и в небе темно-синем,
Где так недавно храм Ерусалимский
Таинственным сиял великолепьем,
Лишь две звезды над путаницей веток,
И снег летит откуда-то не сверху,
А словно подымается с земли,
Ленивый, ласковый и осторожный.
Мне странною в тот день была прогулка.
Когда я вышла, ослепил меня
Прозрачный отблеск на вещах и лицах,
Как будто всюду лепестки лежали
Тех желто-розовых некрупных роз,
Название которых я забыла.
Безветренный, сухой, морозный воздух
Так каждый звук лелеял и хранил,
Что мнилось мне: молчанья не бывает.
И на мосту, сквозь ржавые перила
Просовывая руки в рукавичках,
Кормили дети пестрых жадных уток,
Что кувыркались в проруби чернильной.
И я подумала: не может быть,
Чтоб я когда-нибудь забыла это.
И если трудный путь мне предстоит,
Вот легкий груз, который мне под силу
С собою взять, чтоб в старости, в болезни,
Быть может, в нищете – припоминать
Закат неистовый, и полноту
Душевных сил, и прелесть милой жизни.

(1914-1916)

Fani Papageorgiou

1975 – , Grecia

Trad. Luis Ingelmo

La cicatriz

Juntos buscamos oro en el lecho del arroyo.
Me dijiste que en invierno no hay truenos,
que los baobabs almacenan agua en el tronco
yo dije que veo una hondura alicatada en los sentimientos,
de un azul muy intenso.
Dijiste que el calor hace crecer el maíz y yo dije
que dedicaría el resto de la vida
a observar cómo crecían las cosas
y porque estaba contenta
dijiste que el ahogo me abultaba
en los ojos hasta hacerse un adusto pinar.
Cuenta los días de mi ausencia, replicaste.
Traté de deshacer el tiempo
mientras la luz caía sesgada sobre el hielo.
Estos días has estado diciendo
que tú y yo somos imperfectos
que haremos lo que sea para seguir viviendo
y eso me anima, cariño,
eso me anima.

Obra de Gerhard Richter y Katia Chausheva

Tłum. Ada Trzeciakowska

Blizna

Razem szukaliśmy złota w korycie strumienia.
Powiedziałeś, że zimą grzmotów nie ma,
że baobaby wewnątrz pnia gromadzą wodę
ja powiedziałam, że widzę głębiny wyłożone uczuciami,
w odcieniu głębokiego błękitu.
Powiedziałeś, że ciepło sprawia, że kukurydza rośnie a ja powiedziałam,
że poświęciłabym resztę życia
na obserwowanie jak rosną rzeczy
a ponieważ byłam zadowolona
powiedziałeś, że udręka rozrasta się mi
w oczach stając się rozżarzonym sosnowym lasem.
Licz dni mojej nieobecności, odpowiedziałeś.
Próbowałam anulować czas
podczas gdy światło padało skośnie na lód.
W te dni mówiłeś,
że ty i ja jesteśmy niedoskonali,
że zrobimy co w naszej mocy by żyć dalej
i to dodaje mi sił, kochanie,
dodaje mi sił.

Vladimír Holan

1905-1980, República Checa

Trad. Clara Janés

¿De nuevo?

¿De nuevo, noche, confabulada con la naturaleza,
me haces esta pregunta?
Pues sí, he amado la vida,
y por eso tan a menudo he cantado la muerte.
La vida sin ella es impalpable,
la vida sólo con ella es imaginable,
y por eso es absurda…


Fotografías de Jerry Uelsmann

Tłum. Ada Trzeciakowska

Znowu, nocy?

Znowu, nocy, zmówiona z przyrodą,
zadajesz mi to pytanie?
Więc tak, kochałem życie,
i przez to tak często opiewałem śmierć.
Życie bez niej jest nienamacalne
życie tylko z nią jest niewyobrażalne,
i dlatego jest absurdalne…

Znovu mi, noci?

Znovu mi, noci, ty spiklenkynì pøírody ,
pokládáš tuto otázku?
Tedy ano, zamiloval jsem si život
a proto jsem tolikrát opival smrt.
Život bez ní je nehmatatelný,
pouze s ní je život pøedstavitelný,
a proto je absurdní…


Stephen Spender

1909-1995, Reino Unido

Trad. Alejandro Bajarlia

Lo que yo esperaba…

Lo que yo esperaba era
el trueno, la pelea,
largas batallas con hombres
y el ascenso.
Tras el continuo esfuerzo
debía volverme fuerte;
luego las rocas temblarían
y yo descansaría un largo tiempo.

Lo que no había previsto
era el paulatino día
debilitando la voluntad,
destilando el brillo,
la falta de bondad para tocar,
la dilución del cuerpo y el alma
—el humo frente al viento,
corrupto, insustancial.

El desgaste del Tiempo
y ver pasar a lisiados
con raras torceduras en sus piernas
en forma de preguntas,
la aflicción que pulveriza
derritiendo los huesos con piedad,
los enfermos cayendo de la tierra:
todo esto, no lo pude prever.

Siempre a la espera de
cierto resplandor en que confiar,
de cierta inocencia final
exenta de polvo,
que, colgando con solidez,
oscilaría a través de todo,
como el poema creado
o el cristal poliédrico.

Fotografías de Katia Chausheva

Tłum. Ada Trzeciakowska

To, czego się spodziewałem…

To czego się spodziewałem to
grzmoty, walka,
długie zmagania z ludźmi
i wspinaczka.
Po ciągłym wysiłku
powinienem urosnąć w siłę;
skały wtedy zatrzęsłyby się,
a ja odpoczywałbym długo.

To czego nie przewidziałem to
przewlekły dzień
osłabiający wolę
wysączający jasność,
brak namacalnego dobra,
gaśnięcie ciała i duszy.
-dym wobec wiatru-
zepsuty, nieistotny.

Zużycie czasu,
i oglądanie przemarszu kalek
z kończynami wygiętymi w pytania
w dziwacznym skrzywieniu,
miażdżący smutek
z litością roztapiający kości,
chorzy wypadający z ziemi…
tego przewidzieć nie mogłem.

Zawsze w oczekiwaniu na
jakiś blask godzien zaufania,
jakąś ostateczną niewinność
wolną od kurzu i pyłu,
która, zawieszona solidnie,
będzie prześwitywać przez wszystko,
jak napisany wiersz,
albo szlifowany kryształ.

What I expected…

What I expected was
Thunder, fighting,
Long struggles with men
And climbing.
After continual straining
I should grow strong;
Then the rocks would shake,
And I rest long.

What I had not foreseen
Was the gradual day
Weakening the will
Leaking the brightness away,
The lack of good to touch,
The fading of body and soul
—Smoke before wind,
Corrupt, unsubstantial.

The wearing of Time,
And watching of cripples pass
With limbs shaped like questions
In their odd twist,
The pulverous grief
Melting the bones with pity,
The sick falling from earth—
These, I could not foresee.

Expecting always
Some brightness to hold in trust,
Some final innocence
Exempt from dust,
That, hanging solid,
Would dangle through all,
Like the created poem,
Or faceted crystal.

Hans Blumenberg

1920-1996, Alemania

Trad. Griselda Mársico

Teoría del mundo de la vida

Una de las expectativas que hemos puesto en la clarificación de la temática del mundo de la vida, se podría recurrir al experimento mental de preguntar; ¿cómo nos comportaríamos si fuéramos felices? La pregunta apunta al estado duradero, porque con esto no se pretende poner en duda que todos de vez en cuando seamos efectivamente felices. Solo una visión huraña del mundo podrá negarlo. Pero podremos preguntarnos si alguien tendría todavía la motivación, la tendencia o aun las ganas de filosofar si pudiera decir sin cesar de sí mismo que es feliz. Porque no nos contentamos con afirmar que la felicidad es un producto de la teoría, y sobre todo de la teoría filosófica, como lo intentaron y podían intentarlo los griegos porque no les parecía muy problemático llegar a la verdad mediante la teoría y esperaban de la teoría realmente todo lo que podía necesitar un ser definido por su afán natural de conocimiento, como lo afirma el primer enunciado de la Metafísica de Aristóteles. La felicidad como satisfacción de un afán natural hacía de la teoría el medio para lograrlo. (…) Si no nuestra infelicidad, es la falta de seguridad respecto de la posesión de estados de felicidad lo que nos lleva a no olvidar el filosofar.  
Por “feliz” entiendo no los estados excepcionales de exaltación eufórica, sino ya el simple estar libre de dolor y temor, cuidado e inquietud, también de la duda respecto de la perdurabilidad de los estados de normalidad cotidiana evaluados positivamente. Feliz es también aquel a quien no se le ocurre pensar o no tiene motivo para pensar que también podría no ser, o no ser quien es sino otro. No saber nada de la propia muerte -lo cual en definitiva sería posible aun en vista de la muerte de otros- sería un presupuesto decisivo, porque la muerte tal vez es lo primero que conlleva como interrogante que será de todo aquello en lo que uno vive cuando uno ya no viva allí; es decir, también la idea de un mundo que es indiferente de un modo peculiar respecto de la existencia cada vez mía. Esta vivencia de la indiferencia surge de saber que el mundo existe antes y después de mí, indiferente a mi existencia. El experimento mental permite pensar que aquellos que toman conciencia de tener que morir simplemente se van, no se los ve más, caen en el olvido. El mundo de la vida no es un mundo con garantía de felicidad, pero un mundo en el que fuéramos, como tan bien se suele decir, “felices sin desear”, sería en todo caso un mundo de la vida.  
Comienzo describiéndolo como una realidad en la que la filosofía no puede tener lugar, no por contingencia sino por falta de motivación. Sin lugar a duda no es una definición suficiente, sino solo una aproximación a uno de los elementos definitorios de un mundo de la vida. La filosofía es siempre abandonar un camino o abandonar un espacio. Si el mundo de la vida es la esfera en la que se puede vivir y desde la que resulta absolutamente inimaginable que pueda haber un afuera de esa esfera para contemplarla desde allí y para abandonarla hacia allí, entonces el mundo de la vida es esa esfera afilosófica que solo podemos representarnos como el comienzo del todavía no de la filosofía.  

Fotograma de La fuente de la vida de Darren Aronofsky 

Tłum. Ada Trzeciakowska

Theorie der Lebenswelt (teoria Swiata Zycia)

W związku z oczekiwaniami, jakie wiążemy z wyjaśnieniem tematu świata życia, można by uciec się do eksperymentu myślowego polegającego na pytaniu: jak byśmy się zachowywali, gdybyśmy byli szczęśliwi? Pytanie wskazuje na stan permanentny, ponieważ nie ma na celu poddania w wątpliwość faktu, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi od czasu do czasu. Tylko bardzo ponury światopogląd zaprzeczyłby temu twierdzeniu. Możemy jednak zadać sobie pytanie, czy ktokolwiek miałby jeszcze motywację, skłonność lub nawet chęć do filozofowania, gdyby mógł stale mówić o sobie, że jest szczęśliwy. Nie zadowalamy się bowiem stwierdzeniem, że szczęście jest wytworem teorii, a przede wszystkim teorii filozoficznej, jak próbowali i mogli próbować Grecy, ponieważ dochodzenie do prawdy poprzez teorię nie sprawiało im większych trudności i oczekiwali od teorii naprawdę wszystkiego, czego może potrzebować istota określona przez swoje naturalne pragnienie wiedzy, jak to potwierdza pierwsze zdanie Metafizyki Arystotelesa. Szczęście jako zaspokojenie naturalnego pragnienia czyniło z teorii środek do jego osiągnięcia. (…) Jeśli nie nasz brak poczucia szczęścia, to właśnie brak pewności co do osiągania stanów szczęścia nie pozwala nam zapomnieć o filozofowaniu.  
Mówiąc “szczęśliwy” nie mam na myśli wyjątkowych stanów euforycznego uniesienia, ale zwykłą wolność od bólu i strachu, troski i niepokoju, nawet od wątpliwości co do trwałości pozytywnie ocenianych stanów codziennej normalności. Szczęśliwy jest również ten, kto nie myśli lub nie ma powodu myśleć, że mógłby nie być, lub nie być tym, kim jest, ale kimś innym. Nie wiedzieć nic o własnej śmierci – co ostatecznie byłoby możliwe nawet w obliczu śmierci innych – byłoby decydującym założeniem, ponieważ śmierć jest być może pierwszą rzeczą, która pociąga za sobą jako znak zapytania to, co stanie się ze wszystkim, w czym się żyje, gdy już się tam nie żyje; co obejmuje również ideę świata, który jest w swoisty sposób obojętny wobec mojego istnienia. To doświadczenie obojętności wynika ze świadomości, że świat istnieje przed i po mnie, obojętny na moje istnienie. Eksperyment myślowy pozwala nam sądzić, że ci, którzy uświadamiają sobie, że muszą umrzeć, po prostu odchodzą, nie są już widoczni, popadają w zapomnienie. Świat życia nie jest światem z gwarancją szczęścia, ale świat, w którym bylibyśmy, jak to się dobrze mówi, “szczęśliwi nie pragnąc”, byłby w każdym razie światem życia.  
Zaczynam od opisania go jako rzeczywistości, w której filozofia nie może mieć miejsca, nie z powodu braku konieczności, ale z powodu braku motywacji. To z pewnością nie jest wystarczająca definicja, a jedynie przybliżenie jednego z elementów definiujących świat życia. Filozofia jest zawsze porzucaniem drogi lub porzucaniem przestrzeni. Jeśli świat życia jest sferą, w której można żyć i z wnętrza której absolutnie nie można sobie wyobrazić, że można istnieć poza nią i móc stamtąd ją kontemplować i porzucić, wówczas to świat życia staje się tą sferą afilozoficzną, którą możemy sobie przedstawić jedynie jako początek jeszcze nie filozofii.  

Tomas Tranströmer

1931-2015, Suecia

Trad. Roberto Mascaró

Góndola fúnebre N°2

I

Dos hombres, suegro y yerno, Liszt y Wagner, viven junto al Canal Grande
con la inquieta esposa del rey Midas,
ése que transforma en Wagner todo lo que toca.
El frío verde del mar atraviesa los pisos del palacio.
Wagner destaca, el conocido perfil de títere; parece más  cansado;
el rostro, una bandera blanca.
La góndola cargada pesadamente con sus vidas; dos pasajes de ida y vuelta y otro sólo de ida.

II

Una ventana del palacio se abre con el viento y el súbito  soplo provoca muecas.
Sobre el agua aparece la góndola del  basurero impulsada  por dos bandidos con remo.
Liszt ha escrito unos acordes tan pesados que deberían ser enviados a analizar
en el Instituto de Mineralogía de Padua.
¡Meteoritos!
Demasiado pesados para la quietud, pueden sólo hundirse más y más, futuro abajo, hasta
los años de las camisas pardas.
La góndola, pesadamente cargada con las  hacinadas piedras del futuro.

III

Rendijas, hacia 1990.

25 de marzo. Inquietud por Lituania.
Soñé que visitaba un gran hospital.
No tenía funcionarios. Todos eran pacientes.

En el mismo sueño, una niña recién nacida
hablaba con completas oraciones.

IV

Junto al yerno, que es hombre de su tiempo, Liszt es un apolillado grandseigneur.
Es un disfraz.
El abismo, que ensaya y descarta máscaras  diferentes, ha elegido justo ésta para él,
el abismo, que quiere subir hasta los hombres sin mostrar
su rostro.

V

El Abate Liszt está habituado a cargar él
mismo su maleta por soles y por nieves
y cuando muera un día, nadie irá a esperarlo a la estación.
La tibia brisa de un coñac excelente lo conduce a la tarea.
Siempre tiene tarea.
¡Dos mil cartas al año!
El escolar que escribe cien veces el palote, antes de que le permitan volver a casa.
La góndola cargada pesadamente de vida; es sencilla y negra.

VI

De regreso en 1990.

Soñé que conducía doscientos quilómetros en vano.
Entonces, todo se agigantó. Gorriones enormes como gallinas
cantaban de modo ensordecedor.

Soñé que dibujaba teclas de piano
en la mesa de cocina. Tocaba sordamente en ellas.
Los vecinos acudían a escuchar.

VII

El clavicordio que calló durante todo
Persifal (aunque estaba escuchando) puede al fin decir algo.
Suspiros… sospiri…
Mientras Liszt toca, esta noche, mantiene apretado  el pedal marino
para que la fuerza verde del mar suba a través del piso y se una a todas las piedras del edificio. 
¡Buenas tardes, bello abismo!
La góndola cargada pesadamente de vida; es sencilla y negra.

VIII

Soñé que llegaba tarde el primer día de clases.
Todos en el salón  llevaban máscaras blancas sobre el rostro.
Imposible decir quién era el maestro.

Nota
Desde el 19 de noviembre de 1882 haste el 13 de enero de 1883, Liszt visitó a su hija Cosima y a su marido Richard Wagner en el Palazzo Vendramin, en Venecia. Inspirado al ver Liszt un par de góndolas funerarias y bajo una ‘premonición’, compuso dos piezas para piano que se publicaron bajo el título de “Góndola fúnebre”. Wagner moriría al mes siguiente, el 13 de febrero de 1883.


Tłum. Leonard Neuger

Gondola żałobna nr 2

I

Dwóch dziadków, teść i zięć, Liszt i Wagner, mieszka przy Canale Grande
wraz z tą niespożytą kobietą, co wyszła za króla Midasa,
który czego nie dotknie, przemienia w Wagnera.
Zielony ziąb morza przenika przez posadzki do pałacu.
Wagner jest naznaczony, znany profil Kacperka jeszcze bardziej umordowany niż dawniej,
twarz – białą flagą.
Gondola z ciężkim ładunkiem ich życia, dwa powrotne, jeden w jedną stronę.

II

Jedno z okien pałacu otwiera się i w nagłym przeciągu – czyjaś wykrzywiona twarz.
Na dole płynie gondola śmieciarzy poruszana przez dwóch jednowiosłowych bandytów.
Liszt zapisał kilka akordów tak ciężkich, że trzeba by je przekazać
Instytutowi Mineralogicznemu w Padwie do analizy.
Meteoryty!
Zbyt ciężkie by trwać w spoczynku, mogą tylko spadać i spadać w przyszłość
do czasu koszul brunatnych.
Gondola z ciężkim ładunkiem skulonych kamieni przyszłości.

III

Widok na rok 1990.

25 marca. Niepokój o Litwę.
Śniło mi się, że odwiedzam wielki szpital.
Brakowało personelu. Wszyscy byli pacjentami.

W tym samym śnie nowo narodzona dziewczynka,
która mówiła całymi zdaniami.

IV

Przy zięciu, człowieku swoich czasów, Liszt jest wyliniałym światowcem.
Ale to tylko pozór.
Głębia, która przymierza i odrzuca różne maski,
tę właśnie wybrała dla niego –
głębia, która chce przyjść do ludzi nie ukazując twarzy.

V

Wielebny Liszt zwykle sam dźwiga swój bagaż przez roztopy i upały,
a kiedy umrze, nikt nie wyjdzie po niego na stację.
Ciepła bryza bardzo uzdolnionego koniaku zabierze go w połowie misji.
Wciąż ma jakąś misję do spełnienia.
Dwa tysiące listów rocznie!
Uczniak przepisujący sto razy błędnie napisany wyraz zanim mu wolno pójść do domu.
Gondola z ciężkim ładunkiem życia, jest zwykła i czarna.

VI

Z powrotem do roku 1990.

Śniło mi się, że jadę niepotrzebnie dwieście kilometrów.
I wszystko było powiększone. Wróble wielkie jak kury
śpiewały aż uszy puchły.

Śniło mi się, że narysowałem klawisze fortepianu
na kuchennym stole. Grałem na nich, bezgłośnie.
Przyszli sąsiedzi, żeby posłuchać.

VII

Fortepian, który milczał przez całego Parsifala (ale słuchał), nareszcie
może się odezwać.
Skargi… Sospiri…
Dziś wieczorem Liszt gra ciągle na wciśniętym pedale morza,
tak że zielona potęga morza przenika przez posadzkę, wtapia się
w kamienie budynku.
Dobry wieczór, śliczna głębio!
Gondola z ciężkim ładunkiem życia, jest zwykła i czarna.

VIII

Śniło mi się, że pierwszy raz idę do szkoły i jestem spóźniony.
W klasie wszyscy nosili białe maski.
Kto był nauczycielem, trudno orzec.

Komentarz
Między 19 listopada 1882 a 13 stycznia 1883 Liszt odwiedził swoją córkę Cosimę i jej męża Richarda Wagnera w Palazzo Vendramin w Wenecji. Zainspirowany tym parą gondoli pogrzebowych i kierowany przeczuciem” skomponował dwa utwory na fortepian, które ukazały się pod tytułem „Funeral Gondola”. Wagner umarł w następnym miesiącu, 13 lutego 1883 roku.

Transl. Patty Crane

Sorrow Gondola No. 2

I

Two old men, father-and son-in-law, Liszt and Wagner, are staying by the Grand Canal
together with the restless woman who is married to King Midas,
he who changes everything he touches to Wagner.
The ocean’s green cold pushes up through the palazzo floors.
Wagner is marked, his famous Punchinello profile looks more tired than before,
his face a white flag.
The gondola is heavy-laden with their lives, two round trips and a one-way.

II

A window in the palazzo flies open and everyone grimaces in the sudden draft.
Outside on the water the trash gondola appears, paddled by two one-oared bandits.
Liszt has written down some chords so heavy, they ought to be sent off
to the mineralological institute in Padua for analysis.
Meteorites!
Too heavy to rest, they can only sink and sink straight through the future all the way down to the Brownshirt years.
The gondola is heavy-laden with the future’s huddled-up stones.

III

Peep-holdes into 1990.

March 25th. Angst for Lithuania.
Dreamt I visited a large hospital.
No personnel. Everyone was a patient.

In the same dream a newborn girl
who spoke in complete sentences.


IV

Beside the son-in-law, who’s a man of the times, Liszt is a moth-eaten grand seigneur.
It’s a disguise.
The deep, that tries on and rejects different masks, has chosen this one just for him—
the deep that wants to enter people without ever showing its face.

V

Abbé Liszt is used to carrying his suitcase himself through sleet and sunshine
and when his time comes to die, there will be no one to meet him at the station.
A mild breeze of gifted cognac carries him away in the midst of a commission.
He always has commissions.
Two thousand letters a year!
The schoolboy who writes his misspelled word a hundred times before he’s allowed
        to go home.
The gondola is heavy-laden with life, it is simple and black.

VI

Back to 1990.

Dreamt I drove over a hundred miles in vain.
Then everything magnified. Sparrows as big as hens
sang so loud that it briefly struck me deaf.

Dreamt I had drawn piano keys
on my kitchen table. I played on them, mute.
The neighbors came over to listen.

VII

The clavier, which kept silent through all of Parsifal (but listened), finally has
        something to say.
Sighs…ospiri…
When Liszt plays tonight he holds the sea-pedal pressed down
so the ocean’s green force rises up through the floor and flows together with all the
       stone in the building.
Good evening, beautiful deep!
The gondola is heavy-laden with life, it is simple and black.

VIII

Dreamt I was supposed to start school but arrived too late.
Everyone in the room was wearing a white mask.
Whoever the teacher was, no one could say.

Notes:
In late 1882 and early 1883, Liszt visited his daughter Cosima and her husband, Richard Wagner, in Venice. Wagner died several months later. During this time Liszt composed two piano pieces which were published under the title “Sorrow Gondola.”

Sorgegondolen nr 2

I

Två gubbar, svärfar och svärson, Liszt och Wagner, bor vid Canal Grande
tillsammans med den rastlösa kvinnan som är gift med kung Midas
han som förvandlar allting han rör vid till Wagner.
Havets gröna köld tränger upp genom golven i palatset.
Wagner är märkt, den kända kasperprofilen är tröttare än förr
ansiktet en vit flagg.
Gondolen är tungt lastad med deras liv, två tur och retur och en enkel.

II

Ett fönster i palatset flyger upp och man grimaserar i det plötsliga draget.
Utanför på vattnet visar sig sopgondolen paddlad av två enårade banditer.
Liszt har skrivit ner några ackord som är så tunga att de borde skickas
till mineralogiska institutionen i Padova för analys.
Meteoriter!
För tunga för att vila, de kan bara sjunka och sjunka genom framtiden ända ner
till brunskjortornas år.
Gondolen är tungt lastad med framtidens hopkurade stenar.

III

Gluggar mot 1990.
25 mars. Oro för Litauen.
Drömde att jag besökte ett stort sjukhus.
Ingen personal. Alla var patienter.
I samma dröm en nyfödd flicka
som talade i fullständiga meningar.

IV

Bredvid svärsonen som är tidens man är Liszt en maläten grandseigneur.
Det är en förklädnad.
Djupet som prövar och förkastar olika masker har valt just den här åt honom –
djupet som vill stiga in till människorna utan att visa sitt ansikte.

V

Abbé Liszt är van att bära sin resväska själv genom snöglopp och solsken
och när han en gång skall dö är det ingen som möter vid stationen.
En ljum bris av mycket begåvad konjak för honom bort mitt i ett uppdrag.
Han har alltid uppdrag.
Tvåtusen brev om året!
Skolpojken som skriver det felstavade ordet hundra gånger innan han får gå hem.
Gondolen är tungt lastad med liv, den är enkel och svart.
VI

Åter till 1990.
Drömde att jag körde tjugo mil förgäves.
Då förstorades allt. Sparvar stora som höns
sjöng så att det slog lock för öronen.
Drömde att jag ritat upp pianotangenter
på köksbordet. Jag spelade på dem, stumt.
Grannarna kom in för att lyssna.

VII

Klaveret som har tigit genom hela Parsifal (men lyssnat) får äntligen säga något.
Suckar…sospiri…
När Liszt spelar ikväll håller han havspedalen nertryckt
så att havets gröna kraft stiger upp genom golvet och flyter samman med all sten i byggnaden.
Godafton vackra djup!
Gondolen är tungt lastad med liv, den är enkel och svart.

VIII

Drömde att jag skulle börja skolan men kom försent.
Alla i rummet bar vita masker för ansiktet.
Vem som var läraren gick inte att säga.

Kommentar
Vid årsskiftet 1882/1883 besökte Liszt sin dotter Cosima och hennes man, Richard Wagner, i Venedig. Wagner dog några månader senare. Under denna tid komponerade Liszt två pianostycken som publicerades under titeln ”Sorgegondol”.



Fullständig text här

Vladimír Holan

1905-1980, República Checa

Trad. Clara Janés

En la profundidad de la noche

a Jaroslav Seifert

«¿Cómo no ser?», te preguntas y hasta acabas por decirlo
en voz alta…
Pero el árbol y la piedra lo callan,
aunque ambos son hijos de la palabra y por tanto mudos,
ya que la palabra se asusta de ver lo que ha sido de ella…
Pero los nombres aún los tienen. Los nombres: pino,
arce, álamo temblón. ..y los nombres: feldespato,
basalto, fonolita, amor… Bellos nombres,
sólo que asustados de ver en qué se han convertido.

Fotos propias

Tłum. Ada Trzeciakowska

Głęboko w nocy

Jaroslavowi Seifertovi

„Jak nie być!” Pytasz się, a nawet mówisz…
Drzewo i kamień milczą,
choć oba są słowem a zatem nieme,
odkąd słowo przerażone jest tym, co się z nim stało…
Ale nazwy nadal mają. Nazwy: sosna,
klon, osika… I nazwy: skaleń,
bazalt, fonolit, miłość… Piękne nazwy,
lecz przerażone tym, co się z nimi stało…

Transl. Jarmila and Ian Milner

Deep in the Night

for Jaroslav Seifert

‘How not to be!’ you ask yourself and in the end say it
aloud…
But tree and stone are silent
though each is born of the word and therefore dumb
since the word is afraid of what it has become.
But names they still have. Names: pine,
maple, aspen…. And names: feldspar,
basalt, phonolite, love. Beautiful names,
afraid only of what they have become.

Hluboko v noci

Jaroslavu Seifertovi

„Jak nebýt!“ ptáš se a dokonce to vyslovíš…
To strom anebo kámen mlčí,
ač oba jsou ze slova a tedy němé,
pokud je slovo zděšeno tím, co se z něho stalo…
Ale jména dosud mají. Jména: borovice,
babyka, osika… A jména: živec,
čedič, znělec, láska… Krásná jména,
jenomže zděšená tím, co se z nich stalo…


E. M. Foster

1879-1970, Inglaterra

Trad. Eduardo Mendoza

Howards End (La mansión)

—No se apene —rogó él—. No podría soportarlo. Todo irá bien si encuentro trabajo. Si pudiera encontrar un trabajo… un trabajo permanente, nada volvería a ser tan triste como ha sido hasta ahora. Ya no me interesan los libros como antes. Estoy convencido de que con un trabajo permanente podríamos estabilizarnos de nuevo. Eso hace que uno deje de pensar.
            —¿Estabilizarse en qué?
            —Simplemente estabilizarse.
            —¡Y a esto le llama usted vida! —dijo Helen con un nudo en la garganta—. ¿Cómo puede usted decir… con todas las cosas maravillosas que existen por ver y por hacer… con la música… con los paseos nocturnos…?
            —Los paseos están muy bien cuando se tiene trabajo —respondió Leonard—. En cierta ocasión dije un montón de tonterías, pero no hay nada como ver a un oficial de juzgado en casa para olvidarse de ellas. Cuando le vi manosear mis libros de Ruskin y de Stevenson, vi la vida tal y como es, y le aseguro que no es una visión agradable. Ahora mis libros están otra vez en su sitio gracias a usted, pero nunca volverán a ser lo que fueron para mí; y nunca volveré a pensar que la noche en el bosque es maravillosa.
            —¿Por qué no? —dijo Helen cerrando violentamente la ventana.
            —Porque ahora comprendo que hay que tener dinero.
            —Está usted en un error.
            —Ojalá estuviera en un error, pero, mire, el sacerdote tiene dinero propio o lo recibe de sus feligreses; el poeta y el músico, tres cuartos de lo mismo; el vagabundo, otro tanto. El vagabundo acude al final de su vida al asilo y se le paga con dinero de los demás. Miss Schlegel, lo único real es el dinero, todo lo demás es un sueño.
            —Continúa usted en un error. Ha olvidado la muerte.
            Leonard no entendía.
            —Si viviéramos eternamente, lo que usted dice sería cierto. Pero hemos de morir, hemos de dejar esta vida. La injusticia y la ambición serían lo único real si viviéramos eternamente, pero tal como son las cosas, hemos de ocuparnos de algo más, porque la muerte se aproxima. Me gusta la muerte, no de un modo morboso, sino por lo que tiene de explicación total. La muerte explica la vaciedad del dinero. La muerte y el dinero son los eternos enemigos. No la vida y la muerte. No importa lo que exista después de la muerte, míster Bast; tenga por seguro que el poeta, el músico y el vagabundo serán más felices que el hombre que nunca ha aprendido a decir: «Yo soy».
            —Lo dudo.
            —Estamos todos sumergidos en la niebla, lo sé, pero en este sentido algo le puedo decir: los hombres como los Wilcox están más sumergidos en la niebla que ningún otro. ¡Ah, los sanos y sensatos ingleses, que construyen imperios y nivelan el mundo con lo que ellos llaman sentido común! Nómbreles la muerte y se ofenderán, porque la muerte es auténticamente imperial y se lo grita a la cara constantemente.
            —Yo temo tanto a la muerte como cualquiera.
            —Sí, pero no a la idea de la muerte.
            —¿Cuál es la diferencia?
            —Una diferencia infinita —dijo Helen con mayor gravedad que antes.
            Leonard la miró interrogativamente y tuvo conciencia de que surgían grandes cosas de la noche tenebrosa, pero no podía percibirlas porque su corazón seguía lleno de cosas pequeñas. Como la vez que perdió su paraguas en el concierto del Queen’s Hall, la pérdida reciente había obstruido la visión de la divina armonía. La muerte, la vida y el materialismo eran hermosas palabras, pero ¿le admitiría míster Wilcox en su empresa como administrativo? Dijera lo que dijese, míster Wilcox era un rey en su mundo, un superhombre, con su propia moral y con la cabeza invisible, más allá de las nubes.
            —Debo de ser un idiota —dijo a modo de disculpa.
            Para Helen, en cambio, la paradoja se le aparecía con toda claridad: «La muerte destruye al hombre; la idea de la muerte, le redime». Más allá de los ataúdes y los esqueletos que anidan en las mentes vulgares se oculta algo tan inmenso que todo lo que hay de grande en nosotros responde a su llamada. Los hombres retroceden ante la imagen del sepulcro en el que entrarán algún día, pero el amor sabe algo más: la muerte es su enemiga, pero es también su caballero andante; en el transcurso de su combate secular, los músculos del amor se han fortalecido y su vista se ha aclarado de tal modo que su presencia se ha vuelto irresistible.
            —Nunca abandone —continuó diciendo ella, y repitió una y otra vez la vaga pero convincente tesis de que lo invisible se aloja en lo visible.

Fotogramas de Howards End de James Ivory (1992)

Tłum. Ewa Krasińska

Howards End (Domostwo pani Wilcox)

Niech się pani nie przejmuje — powiedział błagalnie. — Nie mogę tego znieść. Jeśli tylko otrzymam posadę, wszystko będzie dobrze. Gdybym tylko znalazł pracę — jakieś stałe zajęcie. Wtedy wszystko znów się ułoży. Książki już mnie tak nie zajmują jak dawniej. Wyobrażam sobie, że mając stałą pracę potrafię się na nowo urządzić. Praca pozwala człowiekowi nie myśleć.
—    Urządzić się? Jak?
—    Ot, po prostu urządzić się.
—    I to ma być życie! — zawołała Helena czując ucisk w gardle. — Jak pan może, kiedy jest tyle pięknych rzeczy, które można zobaczyć i zrobić… i muzyka… i nocne spacery…
—    Na nocne spacery może sobie pozwolić człowiek, który ma stałą posadę — powiedział. — Och, tak, opowiadałem kiedyś masę głupstw, ale nic tak ich nie wypędza z głowy jak wizyta komornika. Kiedy przewracał moich Ruskinów i Stevensonów, to było tak, jakbym zobaczył nagie życie bez żadnych obsłonek, i nie był to przyjemny widok. Dzięki pani odzyskałem swoje książki, ale już nigdy nie będą dla mnie tym, czym dawniej, i noc spędzona w lesie nigdy już nie będzie miała dla mnie tego uroku, co kiedyś.
—    Dlaczego? — zapytała Helena odchodząc od okna.
—    Bo zrozumiałem, że trzeba mieć pieniądze.
—    Nie, nie ma pan racji.
—    Chciałbym się mylić, ale… Ksiądz ma albo własne pieniądze, albo pensję, tak samo poeta czy muzyk; z włóczęgą jest podobnie. Albo kończy w przytułku, albo dostaje pieniądze od innych ludzi. Proszę pani, pieniądze są najważniejsze — reszta to tylko marzenie.
—    Mimo wszystko nie ma pan racji. Zapomniał pan o śmierci.
Leonard nie rozumiał.
—    To, co pan powiedział, byłoby prawdą, gdybyśmy żyli wiecznie. Ale musimy umrzeć, musimy w którymś momencie opuścić życie. Niesprawiedliwość i zachłanność byłyby istotnie najważniejsze, gdybyśmy żyli wiecznie. Ale ponieważ jest tak, jak jest, musimy się trzymać innych rzeczy — bo czeka nas śmierć. Kocham śmierć, nie jakąś chorobliwą miłością, ale za to, czego nas uczy. Obnaża pustkę pieniądza. Śmierć jest najzaciętszym wrogiem pieniądza. Nie życia. Obojętne, co nas czeka po śmierci, panie Bast, najważniejsza rzecz, to pewność, że każdego poetę, muzyka i włóczęgę czeka po tamtej stronie lepszy los niż człowieka, który nigdy nie nauczył się mówić: „ja jestem ja”.
—    Czy ja wiem?
—    Wiem, że nic nie wiemy, ale mogę pana pocieszyć, że tacy ludzie jak Wilcoxowie wiedzą jeszcze mniej niż inni. Rozsądni, solidni Anglicy. Twórcy imperiów, sprowadzający świat do poziomu tak zwanego zdrowego rozsądku. Ale kiedy im przypomnieć o śmierci czują się obrażeni, bo śmierć jest prawdziwym imperium, które gromić ich będzie po wieczne czasy.
—    Ja też boję się śmierci, jak każdy człowiek.
—    Ale nie idei śmierci.
—    Co to za różnica?
—    Nieskończona — odparła Helena z jeszcze większą powagą.
Leonard patrzył na nią w zadumie, czując, iż z ciemności nocy płyną ku niemu jakieś wielkie sprawy. Ale nie potrafił ich przyjąć, ponieważ umysł miał wciąż zaprzątnięty drobnymi sprawami. Podobnie jak utrata parasola zepsuła mu kiedyś koncert w Queen’s Hall, tak teraz utrata posady zagłuszyła anielskie chóry. Śmierć, życie, materializm — to piękne słowa, ale czy pan Wilcox da mu posadę? Cokolwiek by się powiedziało, nie zmieni to faktu, że prawdziwym władcą tego świata, nadczłowiekiem, który rządzi się własnymi prawami moralnymi i głową sięga chmur, jest pan Wilcox.
—To dla mnie za mądre — powiedział ze skruchą.
Natomiast Helena coraz bardziej upewniała się w swym paradoksalnym odkryciu. „Śmierć niszczy człowieka; idea śmierci zbawia go”. Poza trumnami i szkieletami, które paraliżują przyziemne umysły, jest coś ogromnego, co budzi w nas i wyzwala wielkość. Niech się światowcy wzdragają na myśl o kostnicy, do której pewnego dnia i tak muszą trafić — miłość jest mądrzejsza. Śmierć jest jej przeciwnikiem, ale godnym przeciwnikiem i w odwiecznej walce miłość nabierać będzie tężyzny i jasności widzenia, aż stanie się silniejsza od wszystkiego.
—I dlatego nie wolno się poddawać — ciągnęła dziewczyna powtarzając wciąż i wciąż na nowo mglistą, ale przekonywającą myśl, że widzialne czai się naprzeciwko niewidzialnego.

Howards End

“Don’t you worry,” he pleaded.  “I can’t bear that.  We shall be all right if I get work.  If I could only get work–something regular to do.  Then it wouldn’t be so bad again.  I don’t trouble after books as I used.  I can imagine that with regular work we should settle down again.  It stops one thinking. “
    “Settle down to what?”
    “Oh, just settle down.”
    “And that’s to be life!” said Helen, with a catch in her throat.  “How can you, with all the beautiful things to see and do–with music–with walking at night–“
    “Walking is well enough when a man’s in work,” he answered.  “Oh, I did talk a lot of nonsense once, but there’s nothing like a bailiff in the house to drive it out of you.  When I saw him fingering my Ruskins and Stevensons, I seemed to see life straight real, and it isn’t a pretty sight.  My books are back again, thanks to you, but they’ll never be the same to me again, and I shan’t ever again think night in the woods is wonderful.”
    “Why not?” asked Helen, throwing up the window.
    “Because I see one must have money.”
    “Well, you’re wrong.”
    “I wish I was wrong, but–the clergyman–he has money of his own, or else he’s paid; the poet or the musician–just the same; the tramp–he’s no different.  The tramp goes to the workhouse in the end, and is paid for with other people’s money.  Miss Schlegel, the real thing’s money and all the rest is a dream.”
    “You’re still wrong.  You’ve forgotten Death.”
    Leonard could not understand.
    “If we lived for ever what you say would be true.  But we have to die, we have to leave life presently.  Injustice and greed would be the real thing if we lived for ever.  As it is, we must hold to other things, because Death is coming.  I love Death–not morbidly, but because He explains.  He shows me the emptiness of Money.  Death and Money are the eternal foes.  Not Death and Life.  Never mind what lies behind Death, Mr. Bast, but be sure that the poet and the musician and the tramp will be happier in it than the man who has never learnt to say, ‘I am I.'”
    “I wonder.”
    “We are all in a mist–I know but I can help you this far–men like the Wilcoxes are deeper in the mist than any.  Sane, sound Englishmen!  building up empires, levelling all the world into what they call common sense.  But mention Death to them and they’re offended, because Death’s really Imperial, and He cries out against them for ever.”
    “I am as afraid of Death as any one.”
    “But not of the idea of Death.”
    “But what is the difference?”
    “Infinite difference,” said Helen, more gravely than before.
    Leonard looked at her wondering, and had the sense of great things sweeping out of the shrouded night.  But he could not receive them, because his heart was still full of little things.  As the lost umbrella had spoilt the concert at Queen’s Hall, so the lost situation was obscuring the diviner harmonies now.  Death, Life and Materialism were fine words, but would Mr. Wilcox take him on as a clerk?  Talk as one would, Mr. Wilcox was king of this world, the superman, with his own morality, whose head remained in the clouds.
    “I must be stupid,” he said apologetically.
    While to Helen the paradox became clearer and clearer.  “Death destroys a man: the idea of Death saves him.” Behind the coffins and the skeletons that stay the vulgar mind lies something so immense that all that is great in us responds to it.  Men of the world may recoil from the charnel-house that they will one day enter, but Love knows better.  Death is his foe, but his peer, and in their age-long struggle the thews of Love have been strengthened, and his vision cleared, until there is no one who can stand against him.
    “So never give in,” continued the girl, and restated again and again the vague yet convincing plea that the Invisible lodges against the Visible.