Henry Miller

1891-1980, EE. UU.

Trad. Ramón Gil Novales

El coloso de Marusi (frag.)

Pero en cualquier figura humana hay algo colosal, cuando el individuo se hace verdadera y totalmente humano. Nunca he conocido a un individuo más humano que Katsimbalis. Paseando con él por las calles de Amaroussion, tenía la sensación de caminar por la Tierra de una manera absolutamente nueva. La Tierra se hacía más íntima, más viva, más prometedora. Es verdad que Katsimbalis hablaba frecuentemente del pasado, pero no como algo muerto y olvidado, sino más bien como algo que llevamos con nosotros, que fecunda el presente y hace atractivo el futuro. Hablaba con la misma veneración de las cosas pequeñas que de las grandes. Siempre tenía tiempo, por ocupado que estuviese, para detenerse largamente en lo que le había emocionado. ¿Cómo he de olvidar esa última impresión que me llevé de él, cuando nos despedimos en la estación de autobuses, en el corazón de Atenas? Hay hombres de una riqueza y una plenitud tales, que siempre se entregan tan por entero, que cada vez que se despide uno de ellos se tiene la sensación de que poco importa que la despedida sea por un día o para siempre. Se os acercan rebosando, y os llenan hasta desbordar. Sólo os piden que participéis en su superabundante alegría vital. Nunca os preguntan a qué lado de la valla estáis, porque en su mundo no existen vallas. Se hacen invulnerables a fuerza de exponerse a todo peligro. Acrecientan su heroísmo a medida que revelan su debilidad. (…)
Había en su notable don, otro interesante aspecto que guarda analogía con el talento del músico. Durante el tiempo que le traté, la vida de Katsimbalis era relativamente tranquila y sin aventuras. Pero cualquier incidente que le ocurriera, por trivial que fuese, lo con¬vertía en un gran acontecimiento. Tal vez sólo se trataba de que, volviendo a su casa, había cogido una flor en la cuneta de la carretera. Pero cuando terminaba de contar el hecho, la flor, por humilde que fuera, se convertía en la más maravillosa que un hombre hubiera cogido jamás. Se grababa en la memoria del oyente como la flor que había cogido Katsimbalis. Se convertía en algo único en su género, no porque fuera excepcional, sino porque Katsimbalis la había inmortalizado al advertirla, porque había depositado en esa flor todo lo que pensaba y sentía sobre las flores; es decir, un completo universo.
Elijo esta imagen al azar, pero, ¡qué apropiada y exacta es! Cuando pienso en Katsimbalis, inclinándose para coger una flor en el desnudo suelo de Ática, todo el mundo griego con su pasado, presente y porvenir, se levanta ante mis ojos. Veo de nuevo los suaves y bajos montículos en los que fueron enterrados los muertos ilustres; veo la luz violeta bajo la que se avispa la maleza; veo las rocas desgastadas y los enormes guijarros de los lechos por donde corren los ríos secos, brillantes como la mica; veo las diminutas islas flotando en la superficie del mar, aureoladas de deslumbrantes franjas blancas; veo las águilas lanzarse desde los vertiginosos riscos de inaccesibles montañas, empañando la brillante alfombra de la tierra con la mancha lenta y sombría que proyecta su vuelo; veo las siluetas de hombres solitarios que marchan tras las huellas de sus rebaños sobre el desnudo espinazo de las colinas, y veo desprenderse del vellón de los corderos una dorada pelusilla como en los tiempos de la leyenda; veo las mujeres reunidas junto a los manantiales, entre los olivos, con sus vestidos, sus ademanes y su charla semejantes a cómo eran en los tiempos bíblicos; veo la gran figura patriarcal del sacerdote, mezcla perfecta de hombre y mujer, y la serenidad, franqueza, paz y dignidad de su rostro; veo los diseños geométricos de la naturaleza, explicados por ella misma con un silencio ensordecedor. La tierra griega se abre ante mí como el Libro de la Revelación. No sabía que esa tierra encerrase tantas cosas. Había caminado con los ojos vendados, con pasos inseguros y vacilantes; era orgulloso y arrogante, y estaba satisfecho de vivir la falsa y limitada vida del hombre ciudadano. La luz de Grecia abrió mis ojos, penetró en mis poros, dilató todo mi ser. He vuelto a mi hogar que es el mundo, después de haber encontrado el verdadero centro y el significado real de la palabra revolución. Ningún conflicto bélico entre las naciones puede turbar este equilibrio. Tal vez la misma Grecia se vea envuelta en este lío, como nosotros estamos a punto de estarlo, pero me niego categóricamente a convertirme en algo que sea inferior a esa condición de ciudadano del mundo que, de pie ante la tumba de Agamenón, me otorgué. Desde ese día mi vida está dedicada al restablecimiento de la divinidad del hombre. ¡Paz a todos los hombres, digo, y vida mejor!

Inquietante, hiriente y poética película experimental de Jean Daniel Pollet con texto de Philippe Sollers. Subtitulada al español.

Tłum. Cecylia Wojewoda

Kolos z Maroussi (fragm.)

Lecz jest coś kolosalnego w człowieku, który staje się prawdziwie i na wskroś ludzki. Nie spotkałem człowieka bardziej ludzkiego niż Katsimbalis. Idąc u jego boku ulicami Amarousion czułem, że chodzę po ziemi jak nigdy dotąd. Ziemia stała się znacznie dostępniejsza, żywsza, bardziej obiecująca. Prawda, on często mówił o przeszłości, ale nie jako o czymś martwym i zapomnianym, lecz jak o czymś, co nosimy w sobie, co użyźnia teraźniejszość i dodaje powabu przyszłości. Mówił o sprawach małych i wielkich z jednakim szacunkiem, zawsze znajdował czas, by zastanowić się nad tym, co zajmowało jego myśli, miał nieskończenie dużo czasu, co już samo w sobie jest oznaką wielkiej duszy. Nie zapomnę nigdy uczuć, jakie obudził we mnie żegnając się ze mną na stacji autobusowej w sercu Aten. Istnieją ludzie tak wielostronni, tak bogaci, tak hojnie dający z siebie wszystko, że rozstając się z nimi wiemy, jak absolutnie bez znaczenia jest fakt, czy rozstajemy się z nimi na dzień czy na wieki. Przychodzą do nas posiadając nadmiar wszystkiego i wypełniają nas darami po brzegi. Nie żądają od nas niczego prócz tego, abyśmy dzielili z nimi ich przeogromną radość życia. Nigdy nie ”pytają, po której stronie bariery jesteśmy, gdyż świat, w jakim przebywają, nie ma barier. Są nienaruszalni przez to, że bezustannie narażają się na każde niebezpieczeństwo. Im bardziej przejawiają swoje słabości, tym bardziej stają się heroiczni. (…)
Jego niezwykły dar jeszcze pod jednym względem przypominał talent muzyczny. W okresie, kiedy go znałem, życie Katsimbalisa było stosunkowo spokojne i nieciekawe. Lecz najpospolitszy incydent w jego życiu rozkwitał w wielkie wydarzenie. Mogło to być zerwanie kwiatka przy drodze, kiedy wracał do domu. Jednakże, kiedy opowiadał o tym wydarzeniu, najskromniejsza roślinka stawała się najcudowniejszym kwiatem kiedykolwiek zerwanym przez człowieka. Słuchacz zapamiętywał ten kwiat jako zerwany przez Katsimbalisa, a przez to unikalny nie dlatego, że w jakimkolwiek sensie był niezwykły, lecz dlatego, że Katsimbalis unieśmiertelnił go, kiedy go zauważył i włożył w niego wszystko, co myślał i czuł w stosunku do kwiatów – czyli cały wszechświat.
Wybrałem ten pierwszy lepszy przykład, ale jakże jest właściwy i wierny. Kiedy myślę o Katsimbalisie, pochylającym się, by zerwać kwiat wyrosły na jałowej glebie Attyki, wyłania się przede mną miniony, obecny i przyszły świat Grecji. Widzę znów łagodne niskie wzgórza, w których ukryto znakomitych zmarłych; widzę fioletowe światło, w którym sztywne krzaki, poszarpane skały, olbrzymie głazy w korytach wyschłych rzek połyskują jak mika; widzę maleńkie wysepki unoszące się na tafli morza, obramowane oślepiająco białymi brzegami; widzę orły zlatujące z zawrotnych turni niedostępnych szczytów górskich, ich ciemne cienie powoli plamią jaskrawy dywan na ziemi; widzę postaci samotnych ludzi, pędzących stada przez nagie grzbiety pagórków i runo owiec, złote i puszyste jak w dniach legend; widzę kobiety przy źródłach w gajach oliwnych, ich ubranie, ruchy i mowa są identyczne jak w czasach biblijnych; widzę wspaniałą patriarchalną postać kapłana, idealne zespolenie mężczyzny i kobiety, o twarzy pogodnej, otwartej pełnej spokoju i godności; widzę geometryczny układ pól, dokonany przez samą glebą w ogłuszającej ciszy. Ziemia grecka otwiera się przede mną jak Księga Objawienia. Nie miałem pojęcia, że ziemia może być tak bogata; chodziłem z zawiązanymi oczami, krokiem niepewnym i wahającym się; byłem pyszny i arogancki, zadowolony, że mogę prowadzić fałszywe, ograniczone życie człowieka miejskiego. Światło Grecji otworzyło mi oczy, przeniknęło w moje pory, nadało większe wymiary całej mojej istocie. Świat stał się moim domem, bowiem pojąłem sedno i prawdziwe znaczenie rewolucji. Może i Grecja zostanie wciągnięta do wojny, jak jesteśmy wciągani my, lecz ja niewzruszenie pozostanę obywatelem całego świata, zgodnie z tym, co czułem stojąc w milczeniu u grobu Agamemnona. Od tamtego dnia celem mego życia jest odzyskanie boskości przez człowieka. Pokój wszystkim ludziom i życie pełniejsze.