Elizabeth Bishop

1911-1979, Estados Unidos

Trad. D. Sam Abrams y Joan Margarit

Cuestiones de viaje

Aquí hay demasiadas cascadas: arrolladores torrentes
bajan rápidamente hacia el mar,
y la presión de tantas nubes en las cimas de las montañas
los hace desbordarse en una suave cámara lenta sobre las laderas,
volviéndose cascadas ante nuestros propios ojos.
-Ya que si aquellas venas, aquellas largas millas de brillantes manchas de lágrimas,
aún no son cascadas,
en una época más o menos rápida, como las que aquí transcurren,
probablemente lo serán.
Pero si los arroyos y las nubes continúan viajando, viajando,
las montañas parecen cascos de volcados buques
con limos colgantes y lapas.

Piensa en el largo viaje a casa.
¿Tendríamos que haber permanecido en casa y pensar en esto de aquí?
Hoy, ¿dónde deberíamos estar?
¿Es correcto ser espectadores de extraños que actúan en una obra
en el más extraño de los teatros?
¿Qué infantilismo nos empuja, mientras queda un aliento de vida
en nuestros cuerpos, a correr
para mirar el sol desde el otro lado?
¿Para ver el más pequeño colibrí verde del mundo?
¿Para mirar con atención alguna vieja, inexplicable obra de piedra,
inexplicable e impenetrable,
desde todos los puntos de vista,
percibida en el acto y siempre, siempre encantadora?
Oh, ¿debemos soñar nuestros sueños
y también realizarlos?
¿Y nos queda espacio
para un poniente plegable de viaje, y todavía lo bastante cálido?

Hubiese sido una lástima, a buen seguro,
no haber visto los árboles a lo largo del camino,
realmente exagerados en su belleza,
no haber visto sus gestos,
como nobles pantomimas con vestidos color rosa.
-No haber necesitado detenerse a poner gasolina y no haber podido oír
esas dos tristes notas de la melodía de madera
de unos desaparejados zuecos de madera
que, sin cuidado alguno, golpean
el suelo manchado de aceite de la gasolinera.
(En otro país los zuecos estarían controlados:
cada par sonaría con un idéntico tono.)
-Sería una lástima no haber escuchado
la otra música, la menos primitiva, del gordo pájaro castaño
que canta posado sobre la estropeada bomba de gasolina
en la barroca iglesia de cañas de los jesuitas:
tres torres, cinco cruces de plata.

-Sí, sería una lástima no haber ponderado nunca,
sin precisión, indefinidamente,
qué relación puede existir durante siglos
entre el más burdo calzado de madera
y el cuidado y la exigencia
de las fantasías en las jaulas de madera.
-No haber estudiado historia en
la débil caligrafía de las jaulas de pájaros cantores.
-Y nunca haber tenido que escuchar la lluvia,
tan parecida a los discursos de los políticos:
dos horas de oratoria sin pausa alguna
y después, de repente, un silencio de oro
durante el cual la viajera toma un cuaderno de notas y escribe:

“¿Es una falta de imaginación lo que hace que vengamos
a lugares imaginados, en lugar de quedarnos en casa?
¿O quizá Pascal no tenía toda la razón
en aquello de sentarse tranquilo en una estancia?

Continente, ciudad, país, sociedad:
la elección nunca es amplia ni libre.
Y aquí, o allí… No. ¿Tendríamos que habernos quedado en casa,
doquiera fuese?”.

Fotogramas de Jauja de Lisandro Alonso y Moonrise Kingdom de W. Anderson

Tłum. Andrzej Sosnowski

Pytania w kwestii podróży

Za dużo tych wodospadów; stłoczone strumienie
za szybko pędzą w dół ku morzu,
a pod naporem tylu chmur te górskie wierzchołki
zaczynają musować ze wszystkich stron w zwolnionym tempie,
zmieniając się w wodospady wprost na naszych oczach.
-Bo jeśli te smugi, te błyszczące, kilometrowe łzy
to jeszcze nie wodospady,
to w mgnieniu wieku, a tak biegną tu wieki,
zapewne nimi się staną.
Lecz gdy strumienie i chmury tak sobie podróżują, podróżują,
góry wyglądają jak przewrócone okręty
z brodami skorupiaków i szlamu.

Pomyśl o drodze powrotnej.
Należało zostać w domu i o tych stronach pomyśleć?
Gdzie wypadałoby nam być dzisiaj?
Czy godzi się oglądać dziwnych nieznajomych w sztuce
w tym najdziwniejszym z teatrów?
Cóż to za dziecinada, że póki tchu,
nie wahamy się spieszyć choćby zaraz,
żeby obejrzeć słonce z drugiej strony?
Najmniejszego zielonego kolibra na świecie?
Gapić się w niepojęte, zacne rumowisko,
niepojęte i nieprzeniknione,
w dowolnie wybrany widok,
ujrzany w lot i zawsze, na zawsze cudowny?
Och, czy musimy śnić te swoje sny
i na dokładkę je zjadać?
I czy zdołamy zmieścić kolejny
zawijany zachód słońca, jeszcze ciepły?

Jednak na pewno byłoby nam szkoda
nie ujrzeć drzew rosnących wzdłuż tej drogi,
naprawdę zbyt natarczywych w swoim pięknie,
nie ujrzeć ich gestykulacji w stylu
majestatycznych mimów odzianych na różowo.
Nie musieć stawać po benzynę w polu,
nie słyszeć smutnej, drewnianej melodii
niezgranych codaków na dwie nuty
beztrosko stukających o podłogę
lepkiej od smaru stacji benzynowej.
(W innym kraju drewniaki musiałyby przejść testy.
Każdą parę obowiązywałby identyczny dźwięk).
-Tak, szkoda nie posłuchać innej,
mniej prymitywnej muzyki tłustego brązowego ptaka
nad zepsutą pompą benzynową, w środku
jezuickiego baroku bambusowego kościoła:
trzy wieże, srebrnych krzyży pięć.

-Tak, szkoda nie podumać trochę,
niewyraźnie i bez głębszych wniosków,
nad możliwym związkiem łączącym przez wieki
najtoporniejsze drewniane obuwie
ze struganymi cackami
wymuskanych fantazji tych drewnianych klatek.
-Nigdy nie odcyfrowywać historii
w zwiewnej kaligrafii tych śpiewających klatek.
-Nie być zmuszonym wsłuchiwać się w deszcz
tak przypominający mowy polityków:
dwie godziny bezpardonowej oracji,
po której zapada nagła, złota cisza.
Podróżny wyciąga notes, może pisać:

„Czy to z braku wyobraźni cięgle odwiedzamy
miejsca wyobrażone, zamiast siedzieć w domu?
A może jednak Pascal nie całkiem miał rację
w kwestii tego ślęczenia we własnym pokoju?

Kontynent, miasto, państwo, środowisko:
wybór szeroki nie jest, nie do nas należy.
Tu czy tam… Nie. Należało w domu zostać,
gdziekolwiek ten dom leży?”

El cielo protector de Bernardo Bertolucci

Moonrise Kingdom

Questions of Travel

There are too many waterfalls here; the crowded streams
hurry too rapidly down to the sea,
and the pressure of so many clouds on the mountaintops
makes them spill over the sides in soft slow-motion,
turning to waterfalls under our very eyes.
– For if those streaks, those mile-long, shiny, tearstains,
aren’t waterfalls yet,
in a quick age or so, as ages go here,
they probably will be.
But if the streams and clouds keep travelling, travelling,
the mountains look like the hulls of capsized ships,
slime-hung and barnacled.

Think of the long trip home.
Should we have stayed at home and thought of here?
Where should we be today?
Is it right to be watching strangers in a play
in this strangest of theatres?
What childishness is it that while there’s a breath of life
in our bodies, we are determined to rush
to see the sun the other way around?
The tiniest green hummingbird in the world?
To stare at some inexplicable old stonework,
inexplicable and impenetrable,
at any view,
instantly seen and always, always delightful?
Oh, must we dream our dreams
and have them, too?
And have we room
for one more folded sunset, still quite warm?

But surely it would have been a pity
not to have seen the trees along this road,
really exaggerated in their beauty,
not to have seen them gesturing
like noble pantomimists, robed in pink.
– Not to have had to stop for gas and heard
the sad, two-noted, wooden tune
of disparate wooden clogs
carelessly clacking over
a grease-stained filling-station floor.
(In another country the clogs would all be tested.
Each pair there would have identical pitch.)
– A pity not to have heard
the other, less primitive music of the fat brown bird
who sings above the broken gasoline pump
in a bamboo church of Jesuit baroque:
three towers, five silver crosses.

– Yes, a pity not to have pondered,
blurr’dly and inconclusively,
on what connection can exist for centuries
between the crudest wooden footwear
and, careful and finicky,
the whittled fantasies of wooden cages
– Never to have studied history in
the weak calligraphy of songbirds’ cages.
– And never to have had to listen to rain
so much like politicians’ speeches:
two hours of unrelenting oratory
and then a sudden golden silence
in which the traveller takes a notebook, writes:

‘Is it lack of imagination that makes us come
to imagined places, not just stay at home?
Or could Pascal have been not entirely right
about just sitting quietly in one’s room?

Continent, city, country, society:
the choice is never wide and never free.
And here, or there… No. Should we have stayed at home,
wherever that may be? ‘

Autor: Ada Trzeciakowska

Ada Trzeciakowska (Polonia, 1977). Hispanista, traductora y creadora audiovisual. Estudió Filología Hispánica en la Universidad de Breslavia; Máster en Investigación avanzada en literatura española e hispanoamericana en la Universidad de Salamanca, donde prepara su tesis doctoral dedicada al ensayo fílmico, género que practica como artista. En sus montajes pretende colisionar las capas visuales y textuales para hacer que surjan los significados latentes, con el método al que recurre el ensayo audiovisual. Trabaja con poemas y prosa poética. En paralelo, es autora del blog de traducciones de poesía adalirica.wordpress.com. Colabora con el portal literario mexicano Ablucionistas.com, con filmotecas, escribe reseñas, participa y conduce encuentros literarios.

Responder

Introduce tus datos o haz clic en un icono para iniciar sesión:

Logo de WordPress.com

Estás comentando usando tu cuenta de WordPress.com. Salir /  Cambiar )

Google photo

Estás comentando usando tu cuenta de Google. Salir /  Cambiar )

Imagen de Twitter

Estás comentando usando tu cuenta de Twitter. Salir /  Cambiar )

Foto de Facebook

Estás comentando usando tu cuenta de Facebook. Salir /  Cambiar )

Conectando a %s